Die die die my darling
O nieszczęśliwych wypadkach, niewygodnej wiedzy i ludziach, którzy uczciwie służą swemu krajowi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cały oddział posuwał się przez dżunglę w ślimaczym tempie. To zatrważające jak mało może człowiek w miejscu, w którym króluje natura, jeśli się jej nie podporządkuje, ale oni na pewno nie chcieli tego uczynić. Właściwie to nie chcieli walczyć z przyrodą, ale tutaj w lesie wszystko było przeciwko nim: woda okazywała się gorzka, trawa była ostra jak brzytwy, a mrówki gryzły jak jakieś straszne psy. To bez wątpienia nie są warunki dla człowieka. Ale tak się składało, że oni musieli tędy przyjść i już. Istniało jednak pewne drobne pytanie: po co? Po jaką cholerę mają doborowy oddział komandosów brnie przez dżunglę jak jakiś nędzny patrol? Bez wątpienia było to dobre pytanie i na pewno należałoby zadać je temu kochanemu majorowi, który wysłał ich tutaj. Tylko po co?
Po woli, ale mimo wszystko zbliżali się do celu. Czuł to. Właściwie to nie wiedział jak, ani skąd, ale zawsze wyczuwał kiedy zbliżali się do celu. Chyba po prostu po trzech latach czynnej służby w tym fachu zmysły się wyostrzają i człowiek zaczyna działać jak maszyna. Jak najlepsza maszyna. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył, ale nigdy na prawdę nie był pewien o co z tym chodzi. Pamięta jak któregoś razu rozmawiał z ojcem. Ten zawsze odradzał mu służbę w armii jako najgorszy wybór z możliwych. John nigdy nie słuchał ojca, więc i tym razem miał gdzieś wszystkie jego mądre słowa i po prostu wstąpił do wojska, a że miał ku temu świetne predyspozycje, to po prostu został komandosem, a teraz siedzi tutaj w Laosie i udaje, że go tu wcale nie ma. Jakoś mu to nie bardzo wychodziło, bo wczoraj widziało go kilkunastu miejscowych wieśniaków, a potem mieli straszny bigos w bazie, bo dwudziestu ludzi z kałaszami wdarło się do bazy i próbowało zgarnąć zawartość apteczki w szpitalu polowym. Teraz jakoś nikt już nie widział jak wdrapywali się na kolejne wzniesienie, by z niego się rozejrzeć i dojść do oczywistego wniosku, że nic nie widać, a potem skontaktować się z bazą i po prostu przekazać im tę miłą wieść. Miał nadzieję, że wreszcie teraz dostaną dokładne instrukcje co do ich misji, a nie tylko kolejne wytyczne i zdawkowe komentarze do kolejnych raportów. To zastanawiające jak można wysłać jakąkolwiek grupę żołnierzy na misję nie podając jej żadnych szczegółów misji po za współrzędnymi celu. Kolejne pytanie do majora. W puli jest ich już chyba z tysiąc.
Dwudziestoosobowy oddział raczej trudno zobaczyć, gdy schodzi ze zbocza gęsto zarośniętego pagórka, lecz jednak jakiś strzelec spostrzegł jakiś ruch i otworzył ogień. Najwyraźniej nie był on dobry w swoim fachy, ponieważ wszystkie kule jakie posyłał im na powitanie trafiały gdzieś w pnie i korony pobliskich drzew. Dostrzegli go dość szybko i nie chcąc pozostawiać go na swym miejscu i by później nie ustrzelił kogoś innego, otworzyli ogień w jego kierunku. Różnica była bardzo wyraźna. Widać było, że oni byli świetnie wyszkoleni, a ów strzelec musiał być jakimś niezbyt zdolnym samoukiem, który przypadkiem dorwał się do jakiegoś starego CKM-u. Ich kule szybko osiągnęły cel i zrobiły z niego sito umożliwiając im dalszą, spokojną wędrówkę. Teraz kiedy wiedzieli, że mają ratować rozbitka, który po zestrzeleniu swego samolotu katapultował się i wylądował gdzieś w tym miejscu w dżungli. Było sprawą oczywistą, że miejscowi też się nim zainteresują, ale bynajmniej nie będą go witali chlebem i solą. Zastanawiające było jedynie dlaczego był tak ważny, że nawet oni, ratownicy, nie wiedzieli po co idą. Zdając ostatni raport dowiedzieli się oni jedynie, że człowiek ten ma ze sobą jakąś bardzo cenną przesyłkę, którą należy niezwłocznie dostarczyć do bazy, a stamtąd do samego Waszyngtonu. Sprawa tak ważna nie mogła czekać, więc wysłano najlepszych i tą metodą John razem ze swoimi najlepszymi ludźmi wlókł się przez dżunglę. Mieli jednak szczęście, ponieważ po pierwsze do celu było już bardzo blisko, a po drugie po misji ma przylecieć po nich helikopter. Lepszego rozwiązania nie można było znaleźć.
I wreszcie zobaczył srebrzysty kadłub maszyny, która obecnie zamiast latać leżała lekko zaryta w ziemi. Bez wątpienia nie świadczyło to o miękkim lądowaniu tej maszyny. Spoglądał na tę długą na jakieś sto metrów polanę zza najgęstszego krzaka w całej okolicy i badał, czy przypadkiem ktoś na nich nie czeka z ołowiem. Nie widział jednak nic podejrzanego, a sam pilot wyraźnie czekał w kabinie z karabinem maszynowym. Przykucnął więc i rozejrzał się po reszcie lasu okalającego polanę. Szukał jakiegoś znaku, że trzeba mieć się na baczności, lecz nigdzie nic nie widział. Postanowił podejść do samego samolotu, a potem dokładnie zbadać najbliższy kawałek tego lasu, tak aby helikopter mógł tu bezpiecznie przylecieć. Zaczęli więc czołgać się do samolotu, co nie sprawiało im żadnych trudności i choć każdy z nich bał się ataku, to robili to dość płynnie i swobodnie. Wreszcie John dotarł do samej kabiny pilota i lekko zapukał w owiewkę. Pilot po woli wysunął głowę i zaczął rozglądać się po okolicy. Nie tylko nie wyglądał on na zbyt spostrzegawczego, ale na dodatek taki był i nie od razu zobaczył Kapitana, który leżał tuż poniżej jego dość cennej głowy. - Żołnierzu w dół byś czasem spoglądał, to nic cię nie zaskoczy - Już jesteście? - odparł pilot spoglądając na kapitana - Czy działo się tu cokolwiek? - Właściwie to nikogo tu nie było przed wami. A nawet jakby byli to już dawno gryźliby ziemię - odparł pilot jednocześnie gładząc glock-a siedemnastkę. - No dobra zaczekaj jeszcze chwilę. Chłopcy sprawdzą teren, a potem lecimy do domu. Z rozpoznaniem terenu nie było problemu, ponieważ za żadnym krzakiem nikt się nie czaił i żadna lufa nie była wycelowana w ich kierunku. Właściwie to żadnej innej lufy, niż ich własne, po prostu tam nie było. Skontaktowali się więc przez radio z dowódcą i odczekali jakieś piętnaście minut, aż wreszcie pilot śmigłowca doprowadzi maszynę do celu i bezpiecznie posadzi ją na ziemi. Dopiero wsiadając do helikoptera zauważyli potężną aluminiową walizkę, którą pilot wymontował z samolotu i taszczył ją do kolejnego środka transportu. Gdyby nie zamek szyfrowy na jej boku, to można by pomyśleć, że ten dość młody człowiek po prostu wybiera się na wakacje w jakieś na prawdę odległe miejsce. - co ty tam taszczysz kolego - spytał jeden z komandosów. - Mike jestem, a to co jest w środku to bardzo tajna sprawa. - No chyba nie powiesz, że nie podzielisz się z nami jakąś durną tajemnicą rządową. Przecież jesteś wśród kolegów. - Niestety nie mogę powiedzieć nic na temat tej przesyłki. - No uchyl rąbka…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil eloar
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…