Wróć do katalogu

Doktor Adramelech

Wybór właściwego miejsca na wypoczynek to nie jest sprawa banalna, o czym przekonała się dwójka zakochanych, czyli Wojtek i Martyna.

DoktorUboot, opublikowano , 25 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wszystkie złe przeczucia Wojtka zmaterializowały się w sposób niemalże doskonały.

Zacząć trzeba jednak od tego, że jego ukochana narzeczona Martyna jeszcze w maju wpadła na dość nietypowy sposób spędzenia ich pierwszych wspólnych wakacji, wykorzystując – świadomie czy nieświadomie, tego nie wie nikt – fakt, iż jej stosunkowo świeżo upieczony partner nie zdążył nabyć umiejętności wyrażania wobec niej sprzeciwu.

– Dajmy sobie spokój z Hiszpanią, albo inną Grecją – zaproponowała pewnego leniwego popołudnia. – Zróbmy wreszcie coś oryginalnego. – To znaczy? – Wojtek zadał to pytanie zupełnie spokojnie, jednak już wtedy coś go zaniepokoiło w pobudzonym tonie głosu Martyny. Był człowiekiem wyjątkowo inteligentnym. Tylko ludzie inteligentni w pełnym tego słowa znaczeniu, rozumieją, że kiedy ktoś zaczyna mówić o oryginalności, to trzeba wówczas natychmiast zacząć wykazywać się podwójną czujnością. – Weźmy namiot i pojedźmy na Mazury, znajdźmy jakieś bezludzie i tam spędźmy kilka dni. Wojtek usłyszawszy te słowa, pozornie tylko nic po sobie nie dał poznać. Ot, na chwilę zamilkł i pokiwał głową.

Byli parą zdecydowanie zbyt krótko, by Martyna mogła rozszyfrować ów komunikat. A brzmiał on w rzeczywistości następująco: skoro nie odpowiadam od razu, milknę i kiwam głową, to oznaczać to może tylko jedno – dezaprobatę. Nie miało to jednak w gruncie rzeczy wielkiego znaczenia. Wojtek znajdował się w stanie niemożliwego do opisania zadurzenia, tak więc torpedowanie pomysłów Martyny było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. – Wspaniały pomysł, kochanie – wydusił z siebie ostatecznie.

vvv

Miejsce, w którym rozbili swój namiot (zupełnie nowy, w kolorze błękitnym – to właśnie ten błękit zadecydował zdaniem Martyny o jego wyższości ponad pozostałymi egzemplarzami wystawionymi w sklepie) rzeczywiście robiło wrażenie, ale to tylko spotęgowało podskórny niepokój Wojtka. Zamieszkali tuż pod ścianą gęstego sosnowego lasu, skąd roztaczał się widok na rozległą polanę, którą równie dobrze można byłoby nazwać plażą. Jakieś sto metrów dalej rozciągał się poszarpany brzeg imponującego jeziora o wiecznie pomarszczonej tafli w kolorze stali. Wojtek od razu zwrócił uwagę, że ta polano-plaża jest porozjeżdżana, a raczej dosłownie zdemolowana kołami jakiegoś pojazdu lub pojazdów. Więcej niż trawy było na niej piaszczystych połaci pociętych bieżnikami o różnorakich średnicach. Z jednej strony trudno było mu uwierzyć w to, że ktoś mógłby zadawać sobie trud i przyjeżdżać tu, w te bezludne ostępy, a potem zamiast cieszyć się ich hipnotyzującym spokojem, wolał orać przybrzeżny piach. Jednak wcale się tym ostatecznie jakoś bardzo nie zdziwił. W tak dziwaczne rejony, jak domniemywał, przyciągać musi przede wszystkim ludzi z jakimś głębokim problemem. Niestety – powoli zaczął się już z tym godzić – i oni sami muszą zostać zakwalifikowani do tej właśnie grupy społecznej. Kto bowiem normalny spędza czas we dwójkę tam, gdzie można nawet w biały dzień spokojnie wykonać na kimś wyrok śmierci, a potem obmyć dłonie w chłodnej wodzie z jeziora i wreszcie zająć się niespiesznie pozbyciem zwłok, co też zapewne nie może nieść przesadnych trudności w takich a nie innych okolicznościach.

vvv

Przeczucia towarzyszące Wojtkowi ziściły się dosyć szybko, bo już wczesnym wieczorem – od chwili, gdy montaż błękitnego namiotu można było uznać za zakończony, minęło ledwie kilka godzin.

Niebo nad mazurską głuszą nabrało krwistego koloru. Wojtkowi udało się trochę uspokoić. Pomagała mu w tym Martyna. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Cieszyła się tą wyprawą jak mała dziewczynka, nawet zrobiła sobie warkocze ze swoich pięknych czarnych włosów. Nie w głowie były jej jakiekolwiek wątpliwości, znikała gdzieś co chwilę, potem wracała z podrapanymi łydkami, uśmiechnięta od ucha do ucha, i kazała zachwycać się Wojtkowi nazbieranym zielskiem. Zawiesiła nawet na ten czas swoje inklinacje do wybrzydzania na różne nieprzyjemności, co jeszcze bardziej poruszyło Wojtka i wzbudziło w nim nadzieję, że może tak już będzie zawsze. Martyna piła wodę mineralną wprost z butelki i na wczesną kolację bez słowa spałaszowała konserwę tyrolską. Konserwę! Ona, która nawet sałatę uważała za nie do końca dietetyczną. Wojtek uznał obserwując to wszystko, że nie może psuć jej zabawy swoją, nie do końca dającą się ukryć, rezerwą wobec tak gorącego entuzjazmu. Aby odrobinę poprawić sobie humor zabrał się za paczkowane kabanosy, które zapobiegliwie zakupił w ostatniej chwili przed wyjazdem. Konserwa tyrolska popita wodą mineralną, to nawet dla niego już zbyt wiele.

Może jednak to rzeczywiście był dobry pomysł? – niechętnie pomyślał gryząc ostatniego kabanosa. Siedział sobie na karimacie rozłożonej przed namiotem i obserwował ciemniejącą z każdą minutą powierzchnię jeziora.

W tej samej chwili monumentalna cisza wisząca nad „ich” siedliskiem stała się przeszłością. Przeciął ją brutalnie jadowity jazgot motocyklowych silników. Nie wiadomo właściwie skąd nadjechała horda obnażonych do pasa młodych ludzi o czerwonych i świecących się od potu twarzach. Przybyli na zdezelowanych motocyklach, których czas świetności musiał minąć gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych, a te ich najlepsze lata zapewne upłynęły za naszą zachodnią granicą.

Poorane nabrzeże jeziora musiało być bez dwóch zdań dla hałaśliwych przybyszy ważnym miejscem. Tylko tu zapewne mogli bez przeszkód uwalniać swoje skrywane na co dzień emocje. Darli się do siebie bez przerwy i kręcili dzikie kółka po polanie, strzelając spod kół na wszystkie strony grudami piachu. Silniki dławiły się, podstarzałe kolorowe motocykle momentami zakopywały się w bruzdach, ale jakimś cudownym sposobem sekundę później odżywały i zrywały się do kolejnej szarży. Wszystko to przy towarzyszeniu zwierzęcych wrzasków właścicieli dwuśladów.

Wojtek aż przymknął oczy.

A jednak to ja znów miałem rację – pomyślał nie bez drobnej satysfakcji. Martyna wychyliła się z namiotu trzymając w jednej ręce książkę, w drugiej telefon służący za latarkę. Widok szalejących na motocyklach młodzieńców wywołał w niej nieskrywany zachwyt. Z oddali grzmiało od wysokich obrotów spotęgowanych przez las. - Fajnie, nie? – uśmiechała się szeroko.

Wojtek nie odpowiedział. Był skupiony już tylko na analizie. Piękne miejsce, które razem wybrali i w którym ostatecznie rozbili namiot, ze strategicznego punktu widzenia, w zaistniałej sytuacji, okazało się być najgorszym możliwym wyborem. Nie dość, że otoczeni z jednej strony przez las a z przeciwnej przez jezioro ciągnące się aż po horyzont, to jeszcze wystawili się na widok tych podpitych chłystków niczym jajo na patelni. Wszystko przez ten lekko wznoszący się teren. W dodatku nie pomagał feralny błękit namiotu. Musieli być widoczni z kilometra, nawet pomimo powiększających się ciemności.

Jeden z rycerzy jednośladu właśnie spróbował przejazdu na tylnym kole, co skończyło się spektakularnym upadkiem. Kompani pechowca ryknęli zdrowym śmiechem. Niedoszły akrobata, uwalony piachem jak nieboskie stworzenie, z trudem dźwignął swojego stalowego rumaka. W tym czasie inny dokonał tego, co nie udało się koledze. Ujechał na tylnym kole dobre trzydzieści, czterdzieści metrów, nim wreszcie zarył w łachę piachu. Wojtek patrząc na to to wszystko, przełknął z trudem końcówkę kabanosa.

Wreszcie silniki ucichły. Chłopaki, zapewne miejscowi, wydobyli nie wiadomo skąd flaszki i papierosy. Wieczór zapowiadał się ciepło, wręcz parnie. W resztkach światła słonecznego można było przyjrzeć się lepiej fizjonomiom przybyszy. Proste, kanciaste twarze, wszyscy chudzi, żylaści. Z tego co dolatywało w okolice namiotu Wojtka i Martyny, dawało się wyłowić głównie przekleństwa okraszone miejscową gwarą. Jak szybko Wojtek wywnioskował, znajdowali się oni w stanie dość osobliwym. Ani trzeźwi, ani pijani. Niby weseli, ale dawało się odczuć, że potrzeba tylko niewielkiej iskry, by wzbudzić w nich namiętność do rozróby. Już niektórzy z nich zaczęli dla zabawy okładać się kostropatymi kułakami po opalonych na brąz suchych klatkach piersiowych. Póki co nie zwrócili jeszcze uwagi na świadków swojego konwentyklu, zamieszkujących błękitny namiot rozbity tuż u progu lasu.

Nowe towarzystwo w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na samopoczucie Martyny. Traktowała je jako zwykły element niegroźnej dzikości tego miejsca i nie spodziewała się z jego strony żadnego zagrożenia. Ona nigdy nie była nigdy niczym zagrożona – zatroskał się Wojtek. Zapaliła latarkę w telefonie, sięgnęła po jabłko i jak gdyby nigdy nic wróciła do książki.

Wojtek w tym czasie wyobrażał sobie wszystko co najgorsze. On pobity, ona zgwałcona i dla zabawy poddana najstraszniejszym możliwym eksperymentom. Świadkami tych zdarzeń byłyby tylko sosny i błękitny namiot. Nie mógł powiedzieć Martynie: kochanie, może byśmy się schowali na wszelki wypadek w lesie? Po prostu nie mógł.

Tak jak przypuszczał, weseli motocykliści w końcu musieli zainteresować się ludźmi siedzącymi przy niebieskim namiocie. Jeden z dokazujących dosiadł swej maszyny i robiąc efektowne zakosy podjechał przednim kołem niemal pod sam nos Wojtka, wciąż siedzącego w miarę spokojnie na karimacie. Akurat pół minuty wcześniej Martyna weszła do namiotu z zamiarem odnalezienia cieplejszej bluzy. Bardzo to Wojtka ucieszyło, jednak radość ta nie trwała długo. Już wychyliła głowę odrzucając w bok rozpuszczone włosy, chcąc przywitać niespodziewanego gościa.

Ten kilka razy jeszcze dodał gazu, zapewne w ramach przywitania, i zrzucił silnik na wolne obroty. Uśmiechnięty wioskowy debil – ocenił bez litości Wojtek, mimowolnie mierząc przybysza spode łba. – Siemano, co tu robita? Jestem Simson! – zaskrzeczał gość i odsłonił żółte, krzywe zęby w nie wiadomo co mającym znaczyć uśmiechu. Wojtek poczuł się bardzo dziwnie. Zauważył, że czyste dotąd wieczorne niebo, zaciągnęło się chmurami. Zemdliło go. – Ty, ziomuś – Simson zwrócił się do Wojtka – koledzy by chcieli panią poznać i przewieźć na motorze. Nu, chyba żeby nie chciała, to wtedy ni.

Martyna bawiła się dobrze. Jeszcze. Wojtek zdobył się na grymas, który od biedy można by nazwać uśmiechem. Ten uśmiech miał za zadanie sprowadzić tę obleśną w gruncie rzeczy propozycję do rangi żartu.

– Ale ja się boję jeździć na motorze – Martyna wesoło podjęła negocjacje. Oczywiście nie miała zamiaru nigdzie jechać, ale pożartować? Czemu nie. – Się pani nie boi, my wszystko pokażemy, nic się nie będzie, proszę pani, działo. Zza pleców Simsona dały się słyszeć wesołe pokrzykiwania kamratów. Ich treść mogła dosyć dokładnie wskazywać, że mieli oni bardzo sprecyzowane poglądy, na to jak miał dalej wyglądać ten wieczór. – No. Simson, na kolanko przed księżniczką! – zawołał jeden z nich, zapewne najbardziej romantycznie nastawiony. Inny z kolei nie bawił się w etykiety. – No dawaj tu tę dupę, przewieziemy ją. Targnął nimi dziwaczny śmiech, wydawali się być już całkiem wyzwoleni spod kontroli swoich wątłych rozumów. – No, wsiada pani – Simson ostentacyjnie przesunął się bardziej do przodu na siodełku, chcąc udowodnić, że pasażerka, jeśli tylko w końcu się przełamie, będzie miała w czasie podróży najwyższy możliwy komfort.

Wtedy nagle wyraz twarzy Martyny uległ całkowitej przemianie. Tak jakby wreszcie dotarło do niej, gdzie tak naprawdę się znajdują i jakie może to przynieść konsekwencje. Wojtek zauważył tę zmianę. Siedział na swojej karimacie, opierając przedramiona luźno na kolanach. Zanim powiedział to, co miał zamiar powiedzieć, zmienił pozycję dłoni, złożył je razem ze sobą i – zrobił to całkowicie nieświadomie – potarł nimi o siebie.

– Kolego – rzekł pewnym siebie głosem – „pani” nigdzie nie pojedzie, kładziemy się spać, więc bawcie się dobrze, ale już się będziemy zbierać. Martyna na dowód tych planów uśmiechnęła się przepraszająco i schowała się z powrotem do namiotu. Simson na te słowa spoważniał, co sprawiło, że jego gęba wydała się jeszcze mniej rozumna niż dotąd. – Jak to, bawcie się dobrze, co? My się zawsze bawimy dobrze, gościu. Mozieś nam nie mówić co mamy robić? Skąd ty się wziełeś, co? Przyjechałeś z miasta, przywiozłeś se jakąś ksiutę i świrujesz.

Kopnął w podpórkę i oparł na niej motocykl. Reflektor przechylił się na bok i rzucił okrągły snop światła na czarną już ścianę lasu za namiotem.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych