Dom dla lalek cz.III
Ich zmysły, choć może zniszczone przez choroby i czas, są historią ich życia. Za zamkniętymi powiekami pojawiają się dawne obrazy, uszy słyszą wspomnienia, starą muzykę, szczęśliwe wiwaty i nigdy niespełnione obietnice.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
9
Rebeka siedziała na różowym łóżku w swoim pokoju czekając na zapowiedzianą piętnaście minut temu wizytę doktora. Spodziewała się dłuższej rozmowy wyjaśniającej okoliczności w jakich się znajduje, wskazówek. Powtarzała sobie, że w ramach wyklarowania sytuacji otrzyma konkrety w postaci powodu nieporozumienia, daty powrotu do domu czy na rozprawę. Przez te nadzieje donośnym realizmem przemawiało jednak drugie wyobrażenie rozmowy, w którym traktuje ona o zasadach panujących w ośrodku i czynnościach jakie przyjdzie jej wykonywać jako mieszkance tego dziwacznego domu. Wzięła głęboki wdech. Usłyszała pukanie do drzwi. Zaraz po tym pojawił się w nich uśmiechnięty mężczyzna, jak widać nie przywykły do czekania na pozwolenie na wejście. - Przepraszam, że tak długo, mam codziennie tyle spraw do załatwienia... - Nic się nie stało. Czy... - zamyśliła się na chwilę. Nie przemyślała o co będzie pytać, postanowiła więc zamilknąć i czekać na ruch doktora, który jednak siedział wyprostowany z wciąż tym samym, kretyńskim uśmiechem na twarzy i czekał na dokończenie myśli swojej rozmówczyni.- Czy dowiem się o co chodzi? - Oczywiście. Ale na jaki temat? - Dlaczego tu jestem? Mam wrażenie, że znajduję się w ośrodku dla osób, które...- zawahała się. Doktor jakby zastygł, jeśli domyślał się co Rebeka ma na myśli, nijak nie dawał tego po sobie poznać. Nie znajdując w nim pomocy kobieta ciągnęła dalej- które nie są do końca normalne. - Ależ pani Rebeko, to bardzo skrajna i bezpodstawna ocena. My- ludzie- jesteśmy rodziną. A pani mówi o nas jak o obcych. - Nie chcę nikogo urazić, ale nie znam żadnej z osób, która tu mieszka. - Mogę panią zapewnić, że nikt tu nie jest nienormalny. Człowiek posiada pewną bardzo ważną cechę. Umiejętność asymilacji. Nie mamy wpływu na kolejny dzień. Za każdym zdarzeniem stoi człowiek. A za każdym człowiekiem- jego sumienie. Nie wybieramy sobie tych, którzy będą nam wytyczać drogę. Ale możemy wybrać sposób, w jaki przez nią przejdziemy. Gdy napotykamy głęboką rzekę, możemy przez nią przepłynąć- tu mowa o asymilacji, możemy też próbować przez nią przejść, co nigdy nie skończy się powodzeniem. Wyraz twarzy Rebeki zdradzał zakłopotanie. Nie tego oczekiwała. Nie potrzebuje morałów i rad, lecz wyjaśnienia. - Niech pan posłucha, nikogo nie zabiłam. - Nie oskarżam pani. - Ale ktoś uznał moją winę. - Kto? - Zapewne sąd. - Rozumiem. A jak się pani u nas podoba? - Nie wiem, jestem tu od paru godzin! Czy pan mnie słucha? Zostałam oskarżona o coś, czego nie zrobiłam. Ktoś postanowił, że nie będę dalej żyć tak jak żyłam dotąd, że skończy to na co pracowałam przez lata. Sugeruje mi pan, że powinnam pogodzić się z losem i nie robić problemów? - Pani wypowiedź nie jest dla mnie do końca zrozumiała – wycedził powoli- ale nie roztkliwiajmy się nad tym dłużej, nie wątpię, że i moja metafora z rzeką mogła budzić różnego rodzaju niejasności. Rebeka poczuła ścisk w gardle. Znowu to co mówi nie ma znaczenia, znów nikt jej nie słucha. Uśmiech na twarzy lekarza, z pozoru serdeczny teraz wydawał się jej obłudny i szyderczy. - Radzę pani zapełnić lodówkę- mężczyzna zbierał się do wyjścia. - Jest pani nerwowa, porozmawiamy jutro. Nacisnął klamkę. - Mam do pana jeszcze jedno pytanie. Odwrócił się. - Kiedy tu trafiłam? Popatrzył na nią badawczym, lekko zdziwionym wzrokiem. - W zeszły poniedziałek.
10
Noce w Dorth Hause były najgorszą męką. Rebeka nie spała od dwóch dni. Wbiła sobie do głowy, że nie zaśnie w tym domu, w tym łóżku. Sen oznacza brak kontroli. Gdy tylko ściany pokoju przybierały ciemniejszych barw, Rebeka próbowała zająć się czymś, co nie pozwoliłoby jej zamknąć oczu. Szybko jednak pomieszczenie stawało się ciemnią i zaczynał się koszmar. Zza drzwi dochodziły różne odgłosy, krzyki, piski. Nic sprecyzowanego, majaczy bełkot. Urywał się nagle, a wyobraźnia robiła swoje. Ktoś chodzi w nocy po korytarzu. Sunie wręcz, długimi krokami, które niemiłosiernie dudnią w uszach Rebeki. To co widziała w myślach nie pozwalało jej zasnąć, leżała więc z szeroko otwartymi oczyma myśląc co też zrobiła, że przyszło jej wsłuchiwać się w takie dźwięki.
...
Minął tydzień. A może miesiąc. Doktor nie pamięta już daty początku. Ale ona liczy każdy dzień, pamięta każdą nieprzespaną noc. Raz śniła o domu. Przez pięć nocy płakała, raz śniły jej się koszmary. A dziś nastał kolejny ranek, siódmy, jest tego pewna. Spojrzała na zegarek. Szósta. W normalnych okolicznościach mijałaby właśnie na rowerze sklep spożywczy na Green Street, albo przepływała kolejną długość. Podniosła się. Nie patrzyła już do okna tęsknym spojrzeniem, nie wdychała domowego zapachu, jakim nasączone były jej ubrania. Jej psychika ograniczała się teraz do analizy kolejnych wydarzeń, bez sentymentalnych wspomnień. Uznała, że tak będzie najlepiej, chwilowo radzi sobie taką strategią. Wyszła na korytarz. Bezkresy hallów nie budziły w niej już ani grozy ani zainteresowania, stały się kolejnym bezsensownym elementem jej aktualnej sytuacji, denerwowały ją. Wyszła przed dom. Cienie ludzi sunęły w najróżniejszych kierunkach. Czy oni nie myślą co robią? Patrzyła nieprzytomnym wzrokiem na kolejnych przechodniów. Czuła, że się przyzwyczaja, odpędzała jednak tą myśl. Idzie on. On wie najwięcej, on widzi to, o istnieniu czego nie mają pojęcia te nijakie istoty. Zataja zbawienną prawdę, przeraża swoją świadomością i biernością wobec tego, co się dzieje. Doktor szedł długimi krokami, nie spiesząc się, ręce zaplótł na plecach i uśmiechał się do mijanych przez siebie ludzi. Do Rebeki również się uśmiechnął. Nie doczekawszy się odwzajemnienia życzliwości, skręcił gwałtownie i przyspieszył, uśmiechając się nienaturalnie szeroko. - Witam panią! Dlaczegóż widzieć mogę na twarzy pani taki smutek? - To co pan powiedział było skrajnie nieskładne. A dlaczegóż ja na twarzy pana widzę taki szeroki uśmiech? - Bo dziś piękna pogoda. Ktoś na górze ma dobry humor! - Kto? - Rebeka zadała to pytanie powoli i stanowczo. Uśmiech doktora przestał być taki promienny, co wzbudziło w Rebece lekką satysfakcję. Mężczyzna wziął głęboki oddech i złapał się pod boki. - Nasze lilie lubią słońce- powiedział znów radośnie. - Każde kwiaty lubią słońce- Rebeka mówiła rzeczowo, nie odrywając wzroku od doktora. - Tak. Kwiaty i owoce. Drzewa i warzywa. Trawy i chwasty, ludzie i zwierzęta. - Zwierzęta. A gdzie one są? Lekarz zaczął dziwnie kręcić głową, jego dłonie zaczęły się trząść. Twarz wykrzywiła się w przerażającym grymasie, zacisnął zęby tak mocno, że jego głowa zaczęła drżeć. Powoli podniósł oczy na nieokreślony punkt na niebie, patrzył na niego przez chwilę wzrokiem ponurym i zupełnie do niego niepodobnym. Nagle przestał się trząść, znów popatrzył na Rebekę, tym razem jednak bez uśmiechu. Ujrzał w jej oczach zdziwienie, które nazwać by można ciekawością i obawę, lekką, lecz widoczną. Nie był radosny jak zawsze, nie udawał, przez chwilę nie widziała w nim zakłamania, był teraz szczery. Przez moment czuła, że mięknie jej serce na widok starca, lecz szybko powróciła do zawziętego wyrazu twarzy. Poczuła w nim słabość. - Nasze lilie lubią słońce- powtórzył cicho. - Tak. Kwiaty i chwasty, ludzie i zwierzęta. Gdzie są zwierzęta? Dlaczego po niebie nie fruwają ptaki, dlaczego pszczoły nie zapylają lilii? Doktor patrzył na nią teraz jak zwykły człowiek, jeden z wielu, nikt szczególny. - Niech się pani przyjrzy. Niebu i liliom. Wszystkiemu i każdemu ktoś się przygląda. Wyciąga wnioski, ocenia. Niech się pani przyjrzy słońcu. A potem narysuje je takim, jakie zapamięta. Są rzeczy nieosiągalne. Ale cieszę się, że zaczęła pani pytać o to, czego nie ma. - Dobrze. Więc dlaczego nie ma mnie w domu? - Bo jest pani w ogrodzie- doktor mrugnął do Rebeki, obrócił się i odszedł. Kobieta usiadła pod drzewem. Zaczęła zastanawiać się co może wyłapać ze słów mężczyzny. Popatrzył w niebo, a potem mówił o słońcu. Kazał przyjrzeć się liliom i niebu, ale to były tylko przykłady, użył ich na podstawie moich słów. Potem dodał, że każdemu i wszystkiemu ktoś się przygląda. Zmarszczyła brwi. Popatrzyła na niebo, skarciła się jednak szybko pod zarzutem bzdurnych domysłów. Wstała i skierowała się w stronę domu. Szła powoli, rozglądając się dookoła. Tuż przy wejściu ktoś przytrzymał ją za rękę. Obróciła się gwałtownie i ujrzała doktora. Znów mogła oglądać wszystkie jego zęby, znów irytował ją tak samo jak kiedyś.
- Przejdźmy się- zaproponował.
11
Pierwsze pięć minut spaceru minęło w milczeniu. Rebeka patrzyła uważnie na gesty doktora, przyglądała się reakcjom ludzi zaczepianych wzrokiem mężczyzny. - Zaprosiłem panią na spacer, bo mam wrażenie, że gnębią panią jakieś koszmarne wizje- powiedział nagle. Rebeka przybrała zaskoczoną minę. - Koszmarne wizje? Skąd tak bezpośrednie domysły? - Wielu z nas je miewa. - Wielu z nas, czyli kto? - Ludzie!- lekarz mówił pewnie i niezrozumiale. - Nie miewam żadnych wizji. Co do koszmarów, owszem, zdarza mi się niebezpiecznie śnić, lecz sądzę, że jest to spowodowane otoczeniem. - Boi się pani czegoś? Może nie pasuje pani pokój? - Niech pan przestanie grać doktorze. Pojawiłam się tutaj tydzień temu, z woli kogoś, komu nie dam spokoju, gdy stąd wyjdę. Nocami słyszę odgłosy z najgorszych horrorów, ludzie dookoła zachowują się nienormalnie. Doktor zamyślił się na chwilę. Zwolnił kroku i z poważną miną zaczął mówić. - Nie wiem co mam pani odpowiedzieć. Nie jestem psychologiem, trudno mi więc radzić. - Nie potrzebuję rad, lecz... - Potrzebuje pani własnie rad, proszę mi wierzyć. - Niech mi pan powie, co ja tu robię? Dlaczego tu jestem? - Obawiam się, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. I że choćby poświęciła pani życie na szukanie odpowiedzi, nie pozna jej pani. Jak każdy, z resztą. - To jakaś gra? - To zależy od perspektywy i pozycji. - Jakiej pozycji? - Cóż, w pani pozycji to nie gra. W mojej również. - Nie rozumiem. - Dlatego proszę mnie nie pytać co pani to robi. Nie odpowiem pani. Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że każdy z nas jest innym pionkiem. - Więc to jednak gra. - Dla gracza, nie dla pionków. - A kto jest graczem? - Zadała pani najgorsze z możliwych pytań. - Chcę wiedzieć. Lekarz zatrzymał się i popatrzył na Rebekę.
- Chce pani? Niech pani nie myśli, że znaczy więcej niż ci upiorni przechodnie, że ma pani przywileje. Tu nikt ich nie ma. - Tu, a więc gdzie?! - To oceni pani sama- doktor ruszył dalej zaplatając dłonie na plecach. - Nie będę miała okazji. - Będzie pani miała, codziennie, przez długie godziny, aż ktoś uzna, że wystarczy. Proszę przestać zadawać banalne pytania, to jedynie strata czasu. - A jednak uzyskałam odpowiedź. - To również oceni pani kiedyś, w przyszłości.
12
Nastał kolejny poranek, zimny i wietrzny. Zaczął się listopad. Po dość upalnym październiku, chłodne poranki listopada przyniosły ulgę i rześkość. Nie przez wszystkich jednak były mile witane. Wielu mieszkańców Dorth Hause panicznie biegało po ogrodzie, usiłując w najróżniejszy sposób uchronić rośliny przed negatywnym wpływem chłodu. Wszędzie słychać było przepowiednie zamieci śnieżnych, śmiercionośnego lodu, którym przecież nie da się podlać warzyw i owoców. Pozostaje również kwestia lilii, które nie należy, lecz trzeba zabezpieczyć. Każdy poczuwał się do tego obowiązku, jakby jego spełnienie zadecydować miało o życiu lub śmierci. W plątaninie kolejnych świetnych pomysłów, szybkich oddechów i nerwowych krzątań stała Rebeka oparta o jedną ze ścian domu Dorth Hause. Patrzyła na tych ludzi z niesmakiem, ale i z czułością. Patrzyła na porządki w ogrodzie, na zatroskaną minę jakiejś staruszki, która zastanawia się czym okryć swoje maleństwa. Tutaj również ktoś myśli o dobru tego, co dla niego najważniejsze. Tutaj również ludzie bawią się w proroków, szukają wyjść, mają plany, ambicje. Jednocześnie jednak patrzyła na stado marionetek, którzy dbają o rośliny, bo ktoś wbił im do głowy, że to jedyny sposób przetrwania. Mają plany, które w swych nawiasach obejmują jedynie rozpaczliwe próby jak najprostszego przeżycia w środowisku, w jakim się znaleźli. Może kiedyś i oni próbowali stąd uciec. Może tak, jak Rebeka dwa dni temu, poszli przed siebie z nadzieją, że dojdą... gdzieś. Doszli jednak tylko do wielkiej bagnistej przestrzeni. Może kiedyś i ona uwierzy, że to jej przeznaczenie. Zaakceptuje sytuację i wsiąknie w to nijakie tło. Może kiedyś ktoś nowy usłyszy jej pisk w nocy. A może nie. Przeszła parę kroków w przód. Zaplotła ręce na piersi. Chciała im pomóc, znała się trochę na prowadzeniu ogródka, odstraszała ją jednak wizja integracji. O to właśnie chodzi „graczowi”. Chce widzieć jej asymilację. Nie, bycie „jednym z nich” nie wchodziło w grę. Stała więc wciąż w niedbałej choć stanowczej pozie przypatrując się ludziom pochłoniętym zatrutym przekonaniem, że to co robią jest nie tyle słuszne, co konieczne. Nagle na jej twarzy wyrysował się radosny uśmiech. Bez żadnego konkretnego powodu, po prostu naraz uznała, że to co
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil majja
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…