Drewno
Historia o tym, co się dzieje, gdy marzenia się ziszczają... ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}Drewno{/b}
{i}Proszę bardzo, oto ja. Mogę się przedstawić. Na imię mam Radość i jestem bardzo malutka. Nie zawsze tak było. Nie. Właściwie, to w zamierzeniu miałam być potężna. Zostałam powołana do wielkich rzeczy. Lecz teraz jestem malutka. Nie pytajcie mnie o powody, bo sami dobrze je znacie, choć zapewne będziecie udawać, że nie macie pojęcia. Niech i tak będzie. Ale przynajmniej nie próbujcie zaprzeczać. Hej! Tak, Ty! Do Ciebie mówię. Co w tym dziwnego? No? Nie patrz tak. Zamknij usta. Słuchaj...{/i}
Kolejna pobudka z serii przykrych; nieznośny ból głowy i dziki wrzask, jakby z głębi trzewi. Mój własny wrzask? Nie chce się wierzyć. Noc już właściwie minęła, za oknem powoli wstaje świt. Forma jeszcze niezbyt miła dla oka, szarówka. Nawet nie chcę się upewniać, która godzina. Z pewnością najpodlejsza. Czuję to każdym włóknem. Każdy, kto może, jeszcze śpi. Także z ruchliwej zazwyczaj ulicy, przy której przyszło mi mieszkać, nie dochodzi praktycznie żaden dźwięk. Wszechogarniająca, porażająca martwota przedranna. W odruchu rozpaczy chwytam się dłońmi za skronie i ściskam je mocno, ale to oczywiście nie pomaga, ból wynikający z nacisku wzmaga „tamten” ból. Ręka wystrzeliwuje w kierunku biurka, gdzie stoi szklanka z wodą, o kilka centymetrów za daleko. Zbyt mocno. Szkło rozpryskuje się na posadzce w maleńkie odłamki, drobinki wpadają zdradliwie między włókna dywanu, który z lekka zamortyzował upadek, lecz tylko na tyle, by pozbawić go charakterystycznego brzdęku. Wzdycham cicho w odruchu skrajnej rozpaczy. Nie mam chęci wstawać, nie widzę celu. Opadam ciężko z powrotem w pościel, topię twarz w miękkości poduszki. W międzyczasie udaje mi się zapaść w lekki, niespokojny sen. A może raczej półsen? Dźwięki słyszę jak przez watę. Coś mi się śni. Chyba.
Kiedy wstaję, już ostatecznie, słońca nie ma, niebo jest szare; dzień wygląda jeszcze gorzej, niż się zapowiadał. Nawet czajnik pogwizduje wyjątkowo jazgotliwie. W skrzynce, pośród uprzejmych próśb o uregulowanie zaległych i bieżących rachunków bieleje coś całkiem nowego, innego. Gruba koperta obiecuje wiele... zbyt wiele, by mogło się to okazać prawdą. Niecierpliwymi dłońmi rozrywam papier, szybko przebiegam wzrokiem litery. Witamy serdecznie, dziękujemy uprzejmie za zainteresowanie naszą ofertą, nasza firma... no, niestety pani nie przyjmie. No proszę, proszę... ktoś pofatygował się nawet, by mnie powiadomić. W dodatku listownie; rzecz w naszych czasach niespotykana. Przynamniej mam czarno na białym, że kolejna próba spełzła na niczym. Zatem w dalszym ciągu trzeba będzie żyć z nędznej rencinki po rodzicach. Niektóre dni naprawdę wiedzą, jak się zacząć, żeby całkowicie pozbawić człowieka chęci do życia... Tylko dlaczego ostatnimi czasy odnoszę wrażenie, że moje życie właściwie składa się tylko z takich dni?
Rzecz jasna przypalam sobie śniadanie... tak, tak, dokładnie to, nad którym rozmyślałam przez cały miniony wieczór i które wzbudziło we mnie wiele entuzjazmu i nietypowej dla mnie kreatywności... Obmyśliłam je sobie dokładnie i niemalże czułam już jego smak, który nieznośnie rozbudzał podniebienie, tylko po to, by w konsekwencji pochłaniać spaleniznę. Spaleniznę, która zdominowała całą kompozycję. Jakże by inaczej. Później wylewam sobie świeżo zaparzoną kawę na gazetę. I myślę sobie, kurwa jego mać, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Kiedy Ronni dzwoni jest wieczór, a hipnotyzowany wzrokiem telefon zdążył już pozbawić mnie resztek nadziei. Oczywiście ten nagły dźwięk wywołuje we mnie przerażenie i podrywa mnie gwałtownie na równe nogi, choć wyczekiwałam go całe popołudnie. Oczywiście oblewam się herbatą. Oczywiście jest gorąca. - Co robisz? - zagaduje tymczasem mój rozmówca, obojętny na popiskiwania dochodzące z mojej strony kabla. A może właśnie o to pyta? Uda pieką nieznośnie. Ochlapuję się lodowatą wodą, by choć odrobinę to zneutralizować. A co mi tam, myślę, miotając się między pokojem a łazienką. I tak już jestem mokra. - Aaa... - sapię w biegu do słuchawki. Ignoruje to. Widocznie sam fakt dania przeze mnie znaku życia robi za odpowiedź. - To przyjdź do mnie - proponuje, choć doprawdy brzmi to raczej jak polecenie. I jakby jedno z drugiego naturalnie wynikało. - Mamy kilka filmów, obejrzymy sobie. - My...? To znaczy kto? - No ja... - zaczyna niekulturalnie i nie za mądrze. - I Anja, i Tony, I Goel… Z pozorną nonszalancją, siląc się na swobodny ton, rzucam: - W sumie czemu nie...? Mogę przyjść... - To fajnie - kwituje z równym zapałem. - Czekamy więc. Pa! Nieco oszołomiona, rozglądam się po mieszkaniu. Jedyne, co mi pozostaje, to zebranie się w możliwie jak najdłuższym czasie, by przypadkiem nie zdradzić się z desperackim pragnieniem zobaczenia się z jakąkolwiek istotą ludzką. Zatem spokojnie mogę obejrzeć sobie co najmniej dwa teleturnieje i trzy w porywach do czterech durnych obcojęzycznych seriali. A i tak jestem gotowa zbyt wcześnie.
Żeby się nie zgrzać, gdy w pełnym rynsztunku jestem już gotowa do złożenia wizyty, umilam - i przedłużam - sobie trasę powolnym, leniwym spacerkiem. Idzie mi to na tyle dobrze, że gdy docieram na miejsce jest już całkowicie ciemno, choć gdy wychodziłam z domu dzień miał się jeszcze całkiem dobrze. Nie lepiej, czy może raczej nie jaśniej, jest też na klatce Ronniego, dłuższą chwilę spędzam więc na poklepywaniu ręką ściany w poszukiwaniu włącznika. - Ej... - słyszę nagle syk, dobiegający z przeciwległego kąta klatki. Sztywnieję. Ktoś śmierdzący odrzucającą mieszanką papierosów ze spirytusem i tanim winem trąca mnie palcem w ramię. Usiłuję przypomnieć sobie podstawowe chwyty samoobrony, choć wojownik ze mnie żaden. - Ej, Ty... - wciąż syczy i kłuje mnie tym ohydnym paluchem. Moje oczy powoli przyzwyczajają się do zmroku, zaczynam dostrzegać kontury jego postaci. I jedyne, co jednoznacznie mogę stwierdzić, to: odpychający typ! Podręcznikowy typ klasycznego, zniszczonego osiedlowego żula. Kto się musiał na niego natknąć i dlaczego właśnie ja? - Chcesz na wino? - pytam głupio. - Nie pogardzę - śmierdziel, jakby tego było mało, jest jeszcze szczerbaty. - Ale ja w innej sprawie. Chciałem z paniusią interesik ubić. - I, nie czekając na reakcję, być może dlatego, że jedyne, co mogłam zrobić, to kompletnie zaniemówić, bo sytuacja stawała się do granic absurdalna, wyjmuje spod wyżej wspomnianej pachy małą, na oko trzydziestocentymetrową, drewnianą, misternie wyrzeźbioną figurkę, która przedstawia nieco korpulentną kobietę. - Chce mi pan to sprzedać, jak rozumiem? - Ehe - z zapałem kiwa głową mój nowy znajomy. - Za wino? - Wolne żarty! Wino za takie cacko? To już co najmniej dwa wina jest warte! Pchana jakimś przedziwnym impulsem, który minął się po drodze z rozsądkiem i nawet się o niego nie otarł, wyciągam 10 złotych. - Drogie wina - dodaje żul jakby od niechcenia. Wzdycham i wręczam mu 30 zł. - Będzie - kwituje i wręcza mi posążek. - To jest Radość. Masz się nią opiekować. - Żaden problem - odpowiadam zgodnie z prawdą, trochę tym wszystkim skonsternowana i nieco rozbawiona. - A dlaczego akurat mi pan to sprzedał? - Żebym ja to wiedział! Wybrała sobie panią. Do widzenia - odpowiada, po czym wychodzi. Nie namyślając się wybiegam za nim, ale zniknął mi z pola widzenia. „Jakby rozpłynął się w powietrzu”. Został tylko ten nieznośny smród. Dopiero teraz mam czas, by przetrawić to wszystko, ułożyć sobie w głowie - oraz uświadomić sobie, co ja właściwie zrobiłam. I zaświecić światło. Ociągając się nieco, wdrapuję się po schodach na górę. Już z półpiętra dochodzą do mnie roześmiane głosy gości Ronniego, które zresztą cichną na mój widok, zastąpione zdziwionymi spojrzeniami. - Co to? - pyta Toni, wyjmując mi figurkę z ręki. - Jakiś żulek upchał mi to w Twojej klatce za 30 zetów - zwracam się do Ronniego. Na jego twarzy przez nieuchwytny niemal moment maluje się niedowierzanie, po czym wzrusza ramionami. - Ładne - stwierdza Anja. - A co ten ludzik w ogóle przedstawia? - Szczęście czy jakoś tak - mówię obojętnie i stawiam figurkę na półce. I przez resztę wieczoru nie poświęcam jej więcej uwagi.
Do domu zostaję odstawiona gdzieś nad ranem przez dość znacznie podchmielonego Ronniego. Siąpi drobny deszczyk, więc zapraszam go na kawę. Uderza mnie nieznośna wtórność tej sceny; jakże często widywałam tego typu sytuacje w mych ukochanych serialach... Z tą różnicą, że w tym przypadku skończy się to o wiele bardziej prozaicznie, bez namiętnych podrygiwań w pościeli naszej nagle i jednorazowo odkrytej namiętności. Woda gotuje się w starym czajniku, za oknem jest już całkiem jasno. Figurka spokojnie stoi na jednej z półek, naprzeciw telewizora. - Muszę przyznać, że bawiłam się świetnie - zagajam nieśmiało. - Dawno nie miałam tak udanego wieczoru. - Poważnie? - odpowiada pytaniem Ronni. - To chyba nie za często gdzieś wychodzisz? O cholera. Nie tak, nie tak, nie tak. - Ależ...! - udawane oburzenie, jeśli doprawimy je wystarczająco podniesionym głosem i zmarszczonymi brwiami, jest nie mniej przekonywujące niż autentyczne. - Skąd Ci to przyszło do głowy? Ronni waha się wyraźnie, lekko przygryza dolną wargę. Tym razem staranniej dobiera słowa - niestety efekt jest taki, że zaczyna się plątać. - Miałem na myśli, że... że wiesz... strasznie zalatana jesteś! - puentuje z wielką ulgą. - Kończysz studia, pracy znaleźć nie możesz, cały dom jest na Twojej głowie... Lekko nie masz. - Nie mam - potwierdzam ostrożnie. - Ale czasu starcza mi na wszystko. Z w ł a s z c z a na rozrywki. Oszukując bardziej samą siebie, niż jego, jak rasowy alkoholik, uśmiecham się najszczerzej jak umiem i zalewam czarny proszek gorącą wodą. Ronni nie zwraca jednak na mnie już żadnej uwagi, mogę sobie więc darować te zbędne uprzejmości. Mój gość całą swoją uwagę poświęca memu wczorajszemu nabytkowi. - Mogę obejrzeć tę Wesołą? - prosi. - ... Jak jej tam było? - Chyba właśnie tak - waham się. - Nie wiem. Sięgam po posążek i nieruchomieję z uniesioną ręką. Przez jedną straszną chwilę mrugam oczami, bliska przetarciu ich w zdumieniu. A po chwili śmieję się głupio. - Chyba mi się w oczach troi - dzielę się z Ronnim moimi spostrzeżeniami. - Wydawała mi się mniejsza, a tymczasem ledwo mieści się na półce.
Na pierwszym roku studiów kładzenie się spać bladym świtem miało swój urok. Teraz jednak jestem już najwidoczniej stara, bo jedyne, co czuję, to zniecierpliwienie i zmęczenie. Nie, nie lubię spać za dnia. O zgrozo, nawet nie chce mi się myć. Ale to chyba nie miało nigdy żadnego uroku. Rozbieram się i zasypiam, jeszcze zanim zdążę położyć głowę na poduszce.
Dużo ciekawych rzeczy mi się śni. Przypomina to trochę pokaz slajdów, oglądanie filmu w zwolnionym tempie, klatka po klatce. Albo czytanie komiksu, w którym brakuje kartek i widzimy tylko obrazki wyrwane z kontekstu - i tym sposobem oderwane od pierwotnego znaczenia. Śni mi się pan, który wyrzeźbił tę figurkę. Zarówno jego typ urody - kolor włosów, oczu, karnacja - jak i przyodziewek wskazują na rdzennego mieszkańca tego regionu świata, w którym przyszło mi żyć; nędzne resztki jego pobratymców dokonują żywota zamknięte niczym rzadkie gatunki zwierząt w rezerwatach. Ów pan, niepokojąco smutny, nazwał swe dzieło ”Radość”. I choć wymówił tą nazwę w swoim - kompletnie mi nieznanym - języku, doskonale wiedziałam, co oznacza. Figurka była duża, a teraz jest malutka. Spokojnie mieści się w dłoni. I ta jego twarz, przejmująco smutna... Widzę też jego plemię. Całą bandę smutnych ludzi. Kolejna migawka - ten pan sprzedaje komuś tę figurkę, a ludzie się cieszą. Widzę to wyraźnie na ich zmęczonych twarzach. Jaśnieją radością. Tym razem figurka jest duża. Naprawdę okazała. I... i ta figurka podróżowała po świecie, każdy przyjmował ją z radością i z jeszcze większą radością ją odsprzedawał. Nie rozumiem tego. Kompletnie tego nie rozumiem. I śni mi się jeszcze coś: wiele, wiele zatroskanych twarzy. I żule pod sklepem. I sprzedawca posążku, i ja.
A potem podświadomość zmęczyło wysyłanie obrazów, więc płynnie i ochoczo zapadłam w miękką, gęstą czerń.
Wynurzenie jest znacznie mniej przyjemne. Budzą mnie wrzaski sąsiadów. Niby nic, z czym nie miałam do czynienia wcześniej - właściwie dawno już zdążyli przyzwyczaić mnie do swoich ekscesów, dawno też nauczyłam się ich nie słuchać. Mimo wszystko pobudka jest gwałtowna i nieprzyjemna. Powoli siadam na łóżku i przecieram zlepione śpiochami oczy. Ziewam. Spojrzenie wciąż mam zamglone, jednakże odruchowo kieruję je na półkę, na której postawiłam to cudaczne tałatajstwo. W pierwszej chwili wydaje mi się, że figurka zniknęła. Zrywam się na równe nogi. Koktajl najohydniejszych inwektyw podpływa mi do ust. I wtedy dostrzegam ją. Stoi sobie spokojnie w kącie. Mniejsza niż kobieca dłoń. - Heeej, no co jest? - mówię sama do siebie. Jakkolwiek nierealnie i głupio by to nie zabrzmiało, to małe cholerstwo, ten zasrany kawałek drewna kurczy się w oczach! - No, co Ty? - pytam nie mniej idiotycznie. - O co Ci chodzi? Daj spokój, wydałam na ciebie całe 30 zetów... Szczęśliwa, no...
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Whiro
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…