Wróć do katalogu

Droga Do Zbawienia cz. I

Polska, a w niej Antychryst, ksiądz, menele, ożywiony żyd, niemieccy geje i wiele innych barwnych postaci. Realne miejsca i nierealna fabuła - dla fanów Pilipiuka;) Zapraszam do czytania i oceniania :)

Zielony, opublikowano , 1 godz. 37 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Piotrek Zieliński

Droga Zbawienia

Warszawa 2006

PROLOG

Rok 1390, Rumunia Zamek Valsorrów

Ciemność spowiła rumuńskie niebo. Księżyc, dotychczas oblewający srebrzystym blaskiem rozległe połacie przeklętych krain, schował się za chmury, jak gdyby nie chciał być świadkiem tego, co miało dopiero się zdarzyć... Grupka uzbrojonych we włócznie i płonące pochodnie wieśniaków zebrała się na polanie w pobliżu zamku. Drgające światło pochodni rozjaśniało ich sylwetki i pobliskie zarośla. Zebrani chłopi utworzyli okrąg, a w samym środku stanął najwyższy z nich. - Słuchajta mnie, chłopy! - rozpoczął. - Wieta, czemu się tutaj dzisiaj spotykamy? - Na! - Zakrzyknęli zebrani. - Ano dobrze! Trza wam wiedzieć, że sprawa nasza słuszna jest i Pan Bóg trzymie nas wszystkich w swej opiece. - Andriej ma rację! - nagle wtrącił jeden ze stojących w kole chłopów. - ale, jakim to cudem mamy sobie poradzić taką małą grupką z całym rodem tych podłych szatańsk? Łone pozagryzają nas na śmierć! Ła, poza tem, jak my się tamuj dostaniemy wogle, na? Twarz Andrieja poczerwieniała, co było zauważalne nawet przy tak słabym świetle. - Widzę Petresco, że mnie nie słuchałeś - rzekł z wyrzutem - Prawiłem juże o tym wcześniej, ino że w zamku Valsorrów mamy swoich ludzi. Gdy będziemy już na miejscu, łotworzą łone nam bramy tylne. Ano, zasłyszeć mi było dane także, że chłopstwo ze Skuny też się przyłączy. - Na ilu bojarów liczyć możem? - Myślem, że ze Skuny przybyć może i ze tysiąc. Z nimy, na pewno diabły rady nam nie dadzą. Nawet przy pomocy samego Luceferia... Posiłki ze Skuny szturmować będą ze frontu, a my łod tyła ich zajdziem. Pamiętajta chłopy, mamy dwa zadania do wykonania, od których zależy przyszłość... eee... całego naszego świata... - Aż tak ważne? - zdziwił się jakiś chłop stojący w okręgu. - Ano! W cholere ważne! Po pierwsze: wybić wszystkie te diabły co do jednego, a po drugie: zniszczyć berło szatana... - Ano! Racyja! - wtrącił się Petresco. - Zniszczym to berło, inaczej stanie się to co, zeszłym roku się wydarzyło... Pamiętata ludziska? - Ano... - rzekł tłumek chórem. - Widzita, pamięć ło tym, jak te diabelstwo łożywiło umarłych i kazało im powstać z grobów w ciąż w nas trwa.. Tak, jak to co zrobiły te nieumarłe kreatury, niszcząc miasto naszych krewnych - Sulomkę, gwałcąc i zabijając naszych bliskich... Czas odpłacić się, za te haniebne czyny! - grupka przyjęła słowa Andrieja z aplauzem. Na koniec przemowy swoje słowo wtrącił jeszce raz Petresco. - Andriej, racyję ty masz... Zemsta nie łominie rodu czarta, łale musim być łostrożne. Szatany nie mogą dowiedzieć się o naszej obecności. Ci ze skuny musza odsunąć uwagę od nas, abymy mogli ich zajść od tyła. Ino, musim też szanować czas i wyruszać juże. - Racyja Petresco - rzekł Andriej - Chłopy! Ruszamy! Pamiętajta, gdy będzie już po wszystkim, spalić to siedlisko czarta! Wieśniacy zakrzyknęli ożywczo i ruszyli przez las, niczym upiory, nie mogące spocząć, póki nie wypełnią swej misji...

***

Kilka godzin później, setki zwłok zmarłych w nieludzkich mękach świadczyły o straszliwych ofiarach tego zamachu... Zaś płonący zamek, śpiewy radości wieśniaków i nabite na pale ciała członków rodu Valsorrów bez obciętych głów mówiły o powodzeniu misji... Aczkolwiek tylko połowicznym...

ROZDZIAŁ PIERWSZY I NIE OSTATNI Stara legenda, i stary manuskrypt

Rok 2006, 26 Czerwca Godzina 22.30 Chatka we wsi Wyczechy, około 30 km. od Szczecinka. Polska.

- Takie oto rzeczy miały się dziać niemalże siedem wieków temu... - rzekł Czarcidar do siedzącego w kącie pokoju młodzieńca. Młodzian miał na sobie koszulkę z wielkim napisem METALLICA a na głowie miał burzę włosów... - Pierdolisz głupoty - oświadczył miło chłopak - To tylko legenda... - Nie, głupcze! - odparł wyraźnie oburzony Czarcidar - To nie legenda, to szczera prawda! Przez setki lat ludzie zmienili treść prawdziwej historii przez co, istnieje w nieco odmiennej formie. Przykład proszę: wieśniacy myśleli, że Valsorrowie to diabły jakieś czy co, a to zwykłe wampiry były... - Gówno. Wampiry nie istnieją. - zaparł się młodzian. - Racja, nie istnieją. Ale kiedyś istniały. - Nie uwierzę ci, tak czy siak. - Nie musisz - rzekł, nieco sfrustrowany Czarcidar. Nastała niezręczna cisza. Po chwili, młody zapytał. - Ołkej, załóżmy, ze ci uwierzę. To co się stało, jak oni już zgładzili całą ich rodzinkę, i tak dalej? I co z berłem i w ogóle? - Berło przepadło, w wirze walki. Powiadają, że spoczęło wśród popiołów ciał poległych i gruzów zamku... Choć krążą słuchy, ze berło wciąż wędruje po Europie razem z niepodejrzewającymi prawdziwego znaczenia tego przedmiotu kolekcjonerami sztuki. - A co w ogóle to berło miało w sobie, ze było takie ważne? Na co ono było tym wieśniakom? - Ech... Nie zrozumiałeś? - zdziwił się i jednocześnie podirytował Czarcidar - No cóż... Berło pozwalało uzyskiwać moc ożywiania umarłych, a w rękach osób obcujących z czarną magią - nawet na skalę masową! Szczególnie potężne było w rękach Valsorrów, rodu wampirów, którzy oddali swe dusze szatanowi za władzę. - Wampiry nie istnieją - wtrącił chłopak. - Znowu zaczynasz? - rzekł Czarcidar, ale młodzieniec po raz kolejny wszedł mu w słowo. - Ale zaraz... Przecież te wszystkie wampiry w książkach i Ti -Vi umierały od słońca i kołka, a te to co? - Ech... Co ta komercyjna, reżymowa telewizja robi z ludzi... W owych czasach wampira można było ubić na trzy sposoby, oprócz kołka: a.) światłem słonecznym, b.) odcinając mu łeb, albo c.) paląc. Później może były bardziej odporne na opcję numer trzy, ale jedynka i dwójka zwykle skutkowały... Ale co ja mówiłem, jak mi wszedłeś w słowo? - Eee... O sile tego berła.. - A aa!! - złapał znów wątek Czarcidar. - Racja. Berło było potężne. Tak jak już mówiłem, szczególnie w rękach Valsorrów... Ale niestety, Valsorrowie byli głupi i ograniczeni. Wykorzystali berło najwyżej do stworzenia kilku tysięcy nieumarłych wojów... Ale ja wykorzystam je w pełni! Stanę się panem świata!! - Czarcidar uśmiechnął się do swoich marzeń.. - Ty!? - wykrzyknął chłopak - Niby jak? Zaraz... Przed chwilą gadałeś, że berło przepadło i tak dalej... - Wiesz... Odkupiłem niedawno, od pewnego rumuńskiego chłopa, podczas jednej z moich wielu podróży w poszukiwaniu berła, pewną, niezwykle starą księgę zaklęć. A w niej, było niezwykle cenne i niezwykle rzadkie zaklęcie... i Ogólnie... Niezwykłe... - Zajebiście - rzekł znudzony chłopak. - No a co konkretnie to dawało? - Zaklęcie sprawia, że mogę ożywić jednego umarlaka i sprawić, że będzie pod moją kontrolą... - No iii...? - I mianowicie, będzie musiał wykonać moje jedno życzenie, po czym odzyska wolność. Najważniejsze, ze klątwa nie da mu robić nic innego, aż nie wykona tego, czego ja chcę... To zmusi go do poszukiwań... - Ty! No to weź tam do tej Rumunii jeszcze raz pojedź i weź wskrześ jakiegoś takiego, z tych czasów... Może będzie pamiętał coś? - Nieee... To kiepski pomysł... kazać szukać berła... Może i je odnajdzie... za jakieś trzysta lat, ale wtedy co mi po nim... Poza tym, wtedy wszystkich chowali z tymi obrzędami religijnymi, kurde... Ale za to mam o wiele lepszy pomysł. Gdzieś tutaj w Polsce, mieszka wybrane dziecię, jestem tego pewien... - Iii..? - I, mianowicie chłopiec posiada wizje. Myślę, że on wie, gdzie jest berło. To cudowne dziecię ma wiedzę, o jakiej nie śniło się nikomu. Jedyny bakcyl, to to, że nie wiadomo, kim jest i gdzie się znajduje... Ale tym zajmie się moje zombi. Szanse na znalezienie chłopaka, niż berła są znacznie wyższe, więc chyba zaryzykuje, i postawię na życzenie odnośnie znalezienia chłopca... Tylko nie mam odpowiedniego umarlaka...Wiesz, typek nie może być pochowany na cmentarzu chrześcijańskim, prawosławnym ani żadnym takim... religijnym. KPW? - Eeee... To do dupy. Ale zaraz... Wiem gdzie znajdziesz poszukiwany obiekt... Słuchaj... Znam miejsce spoczynku tego całego Shalima... - Tego żydo-niemco-ateisty?? - zdziwił się po raz kolejny tej nocy, Czarcidar.- Kurde... Można by rzec, ideał! -Ano... Tylko widzisz... Nic za darmo... - Co?! - wrzasnął Czarcidar - TY MAŁY CZŁOWIECZKU, PAZERNA GLIZDO LUDZKA, TY CHCERZ M N I E, MNIE WYZYSKIWAĆ?!? - Eeee... No... A co w tym złego? - TY PAZERNA MATERIALISTYCZNA ŚWINIO! ZAPAMIĘTAM TO SOBIE, JAK BĘDĘ JUŻ BOGIEM TO SIĘ ZEMSZCZĘ. - Bogiem... He he... dobre.... No to jak? - TY, TY, TY... - głos Czarcidara powoli złagodniał, widocznie jego właściciel dochodził do wniosku, ze dłużej nie jest w stanie wydawać z siebie odgłosów o tak wysokiej częstotliwości. - To ile sobie życzysz, pazerna, ludzka glizdo? - Miało być 100, ale za tą glizdę... 110.. - TY ŁYSA PAŁO... - TYLKO NIE ŁYSA, OŁKEJ?!? - rzekł wyraźnie zbulwersowany chłopak, gładząc swoje zburzone, przydługie włosy, barwy, ciemne gówno. - No dobra, ty PAŁO!! - Czarcidar powoli wsunął rękę do kieszeni i wyciągnął z niej pognieciony banknot dziesięciozłotowy i jeszcze bardziej pogięty stuzłotowy. - Wiesz, że właśnie odbierasz mi chleb? - powiedział Czarcidar z wyraźnym wyrzutem. - Nie... Tylko pieniądze. - Ty serca nie masz. - rzekł Czarcidar. - Jaki z ciebie chrześcijanin? - Nie jestem wierzący... - odparł młodzian. - Właśnie wpadł mi do głowy świetny plan. Zaraz cię zabiję, nie pochowam, poczekam aż zgnijesz i cię wskrzeszę. I odzyskam moje pieniądze. - Nie... - szybko odrzekł młodzian. - To głupi pomysł. Idziemy już. - dodał prędko. - Ale czemu? - zapytał pełen nadziei Czarcidar zakładając czarny skórzany płaszcz. - Bo... Nie mam doświadczenia jako trup... I w ogóle... Idziemy? - Dobra już dobra - rzekł Czarcidar zamykając drzwi wejściowe od mieszkania. Na języku jednak wciąż kłębiło się jedno, ostatnie pytanie - A gdybym ci zapłacił?

ROZDZIAŁ DRUGI Znaki

Godz. 22. 50 Polska, wieś Lubostroń, 25 km. od Bydgoszczy

Księżyc właśnie wychodził zza chmur. W oknach wszystkich gospodarstw zalegała czarna otchłań. Jedynie w przy kościelnej parafii, w oknie domu księdza wciąż było widać blask światła żarówki. Ksiądz Marian Kucieba, uwielbiany przez licznych wiernych z tutejszej parafii odmawiał właśnie swoje modlitwy wieczorne, gdy nagle w okno coś uderzyło. Szyba rozprysła się w drobne cząstki szkła. Przerażony ksiądz szybko przeżegnał się i spojrzał na ziemię. Tam, wśród rozrzuconych drobinek szkła, leżał martwy… - Kruk! - zakrzyknął ksiądz - To zły Omen!! - Kucieba padł na kolana przed wielkim krzyżem wiszącym na pustej ścianie. - O Panie! Dałeś mi znak! Dziękuję Ci Panie za to, że dałeś mi znak. O Boże, mój Boże, daj mi kolejny znak. Oświeć moją nieoświeconą drogę znakami z Twojej Bożej Łaski. W tej samej chwili, gdy kapłan wypowiadał te słowa, zgasła żarówka nad jego głową - O Panie! Czy to jest jeden z TYCH znaków, o które Ciebie prosiłem? Och dziękuję Ci za ten znak. Zaprawdę jesteś wielki! Daj mi Boże jeszcze jeden znak.... I kolejny... I jeszcze... - ksiądz nagle, mimo woli zaczął obkładać się własną ręką po głowie - Jestem oświecony! Znam boże znaki! Och! - - w tym momencie, wielki komar ugryzł księdza prosto w nos. - Au! Cholerne Komary - rzekł Kucieba rozcierając czubek nosa. - Pomioty szatańskie jedne... - jego głos zamarł - Panie czyż to nie jest kolejny znak?! Tak to on, kolejny znak!! - ksiądz Marian usłyszał wnet, ciche kapanie wody w łazience - Boże, mój Boże, czy to kapanie to też znak? Och, ta woda kapie od pięciu lat, a ja dopiero teraz zauważyłem, że to nie uszczelka.... Lecz ZNAK!! Dziękuję Ci Panie za ten kolejny znak. Jesteś wspaniały, i będę dziś modlił się do Ciebie o kolejne znaki i o ich znaczenie, aby zostało mi objawione. - Po tych słowach, Marian Kucieba począł się pobożnie modlić, a Bóg wysłuchał jego próśb i wynagrodził go nowymi znakami: m.in. zajściem księżyca za chmury, krótkim, przelotnym deszczem, przelotem jednej dużej muchy robacznicy itd. Późną porą, w skutek zmęczenia ksiądz Kucieba padł na swoje posłanie i pogrążył się w pięknym, acz nieco złowieszczym śnie...

***

Kucieba Marian, proboszcz parafii we wsi Lubostroń, otoczony przez rzeszę mężczyzn w białych szatach wołających “Aaaaalleluuja, aaaallellujjaa” czuł się nieco niezręcznie. Szczególnie, że nigdy w snach nie przydarzyła mu się jeszcze podobna historia. A poczuł się jeszcze gorzej, gdy wyższy od niego o trzy głowy, murzyn, także ubrany na biało, podszedł do niego i podając swą czarną niczym węgiel rękę, rzekł: - Witaj Bracie! - Witaj... -odrzekł, wciąż będący w szoku Marian - Czy ja umarłem? - Niee... skądże.. Po prostu śnisz profetyczny sen zesłany na ciebie przez ducha najczystszego... - Acha.... - odrzekł ksiądz - A czemu ja? - Widzisz Bracie, Bóg zobaczył, że jako jeden z całego tego ludzkiego padołu łez, ty jeden jedyny potrafisz odczytać jego znaki dotyczące przyszłości jego owieczek... - Naprawdę? - zdziwił się ksiądz - A ty, tak właściwie to ktoś jest? - po chwili zapytał - Święty? Nie pamiętam świętego murzyna? - Ach... Widzisz, Bracie. Ja mam na imię Jezuah i jestem młodszym bratem św. Jana. - Serio? To on miał braci? - Taaak... Tylko ja zawsze nosiłem długie włosy i wyglądałem jak dziewczyna... Może dlatego miałem takie powodzenie u mężczyzn... - Ale zaraz, przecież św. Jan był biały? - dopytywał się Kucieba. - No był i co z tego. Ja też byłem, ale tutaj można sobie wybrać kolor skóry jaki się komu żywcem podoba... No ja wybrałem czarny, mi tam się zawsze ci murzyni podobali... Poza tym, czarny jest praktyczny, nigdy nie widać jak się pobrudzę... Ale do rzeczy... Przełożony ma do Ciebie sprawę. - Przełożony? - zapytał Marian, ale w tym samym momencie wszystko zatopiło się we wszechogarniającym, niebiańskim blasku. Ksiądz Kucieba stanął jak wryty i widział jedynie światło stokroć mocniejsze od słońca, jednakże nie raniło jego oczu. - MARIAN - rzekł potężny, męski głos - TO MÓWIĘ JA, TWÓJ BÓG. - Boże, to ty? - rzekł skruszonym głosem Kucieba, jakby nie wierząc, że rozmawia z Bogiem - TAK MARIAN, TO JA TWOJ BÓG - odparł głos - Naprawdę? - TAK MARIAN, TO JA TWÓJ BÓG - zapewnił go głos - Czyżby? - dopytywał się Marian Kucieba, proboszcz parafii w Lubostroniu - TAK MARIAN, JESTEM BOGIEM, UŚWIADOM TO SOBIE... Usta Mariana wygięły się w grymasie, przygotowane do wypowiedzenia kolejnego pytania, lecz głos go ubiegł - SŁUCHAJ MARIAN, MAM DO CIEBIE SPRAWĘ, SYNU - Jaką... Mów Ojcze... Spełnię każde Twoje życzenie - WIEM SYNU, PRZECIEŻ JESTEM BOGIEM - głos się zaśmiał, a wraz z nim, mężczyźni ubrani w białe szaty - DOBRA, POŻARTOWALIŚMY SOBIE, ALE TERAZ DO RZECZY... OSTATNIO DAWAŁEM CI DUŻO ZNAKÓW I TERAZ KIEDY JE DOSTRZEGŁEŚ, JAKO JEDYNY CZŁOWIEK NA ZIEMI, POSTANOWIŁEM WYTŁUMACZYĆ CI, CO ONE ZWIASTUJĄ... - Och ... - zawył Marian - To miło z twojej strony - dodał. - DZIĘKUJĘ. SŁUCHAJ MARIAN, NIEDŁUGO NA ZIEMI SWOJĄ OBECNOŚĆ OBJAWI ANTYCHRYST. - To on juz się urodził? - zapytał Kucieba - NIESTETY... ZAPOMNIAŁEM NASTAWIĆ BUDZIK, KIEDY MIAŁ SIĘ URODZIĆ, ALE TERAZ TO JUŻ PO JAJKACH... POZA TYM, W SUMIE TO WSZYSTKO ZOSTAŁO JUŻ ZAPISANE I GDYBY NIE TO, ŻE MOJA PAMIĘĆ MA TE SWOJE LATKA I NIE PAMIĘTAM, CO SIĘ MA ZDARZYĆ, TO BYM CIEBIE TERAZ NIE WZYWAŁ... ALE PRAWDA, W TYM MOMENCIE TO ON JUZ MA, BODAJŻE 12 LAT... - Och Boże... - westchnął Marian - TAK? - zapytał głos - Co? - TAK? - Co tak? - NIC, OJ NIE DROCZ SIĘ ZE MNĄ, BO ZEŚLĘ NA CIEBIE SZARAŃCZE ALBO DOSTANIESZ PIORUNEM, I PO CO CI TO? - Och... Panie... Przepraszam.... - rzekł pokornie Kucieba, padając na kolana - NO! CO JA MÓWIŁEM... A! TWOJE ZADANIE TO ZNALEŹĆ ANTYCHRYSTA I GO UNICESTWIĆ. UWAŻAJ JEDNAK. JEST ON BARDZO NIEBEZPIECZNY... HMMM... WCIĄŻ MAM WRAŻENIE, ŻE TOBIE SIĘ NIE UDA, ANTI CIĘ ZABIJE, SPALI CIĘ SWOIM PŁONĄCYM ODDECHEM, TY ZOSTANIESZ UZNANY ŚWIĘTYM, ALE TWOICH SZCZĄTEK NIE ODNAJDĄ, I DOPIERO JEZUS GO UKATRUPI.. ALE CO TAM.. - Marian z przejęcia połknął ślinę - Panie... zrobię cokolwiek rozkażesz - powiedział Marian, tylko wizja śmierci z rąk Antychrysta zachwiała nieco wiarę w powodzenie jego przyszłej misji - Powiedz tylko... Boże, gdzie mam go odnaleźć... i jak rozpoznać? - BĘDĘ DAWAŁ CI ZNAKI. BĄDŹ UWAŻNY. MUSISZ TAKŻE ZNALEŹC SOBIE KOMPANÓW DO PODRÓŻY. SAM NIE PORADZISZ SOBIE Z FAŁSZYWYM PROROKIEM. GDY TYLKO UZBIERASZ DRUŻYNĘ, WYRUSZAJ PRĘDKO. CZAS JEST BLISKI. - Po tych słowach światło natychmiast zniknęło, a ksiądz obudził się cały spocony w swym łóżku. W jego umyśle wciąż tętniła myśl. Jedna myśl... Czas jest bliski... Trzeba się śpieszyć.

ROZDZIAŁ TRZECI Zesłany przez niebiosa

Czas: 26 Czerwca Miejsce: Zatory Godzina: 9.00

Siedzący pod kościołem żebracy jak zwykle potrząsali swymi sakiewkami przechodniom pod nogami. - Sukinsyny. - wtrącił jeden z nich. - Nic nie rzucają. - Ano. Kapitalistyczne świnie! - krzyknął drugi do mijającego ich mężczyzny. Ten w odwecie pokazał im „gest Kozakiewicza”. - Cholera! Jaki cham! - powiedział pierwszy -Na! Za komuny to by go za jaja powiesili, Świnię. - Ano! - -poparł swojego towarzysza niedoli pierwszy żebrak. Nagle, na wysokości ich oczu pokazały się białe lakierki, białe spodnie… żebracy podnieśli głowy i zobaczyli równie biały garniak oraz twarz. - Jezus Maria! - krzyknął drugi z przerażenia. -Co oni ci zrobili chłopcze! - wskazał palcem na długie śnieżno białe włosy chłopca stojącego ponad nimi. Chłopak miał na oko dziesięć - dwanaście lat. - Coś ty za jeden? - bąknął pierwszy żebrak. - Kapitalista czy swój? - Pewno kapitalik - syknął na ucho drugi. - Patrz jaki wystrojony! Jak na bal! - Ano! - zdenerwował się pierwszy. - Słuchaj, ty - rzekł do chłopaka wstając na proste nogi - coś ty za jeden, mów ino prędko, bo jak nie, to pożałujesz! Może szpieg? - Ja nie pochodzę stąd, ale jestem dla was - odparł młodzian spokojnym… o dziwo - męskim głosem. - Co łon pierdoli? - twarz drugiego menela wykrzywiła się. - Narąbany. - zawyrokował pierwszy. - Neee… Nie śmierdzi… - Dobra… Gadaj, na co tutaj żeś przylazł mały, ino myk myk! - Słuchajcie zatem co wam powiem. Moja ojczyzna nie jest istniejąca, a i domu nie posiadam, aczkolwiek cały świat jest moim domem. ON przysłał mnie na ten skrawek wszechświata, abym pomagał ludziom. ON nakazał mi tutaj przybyć, aby szerzyć waszą wiedzę, oraz byście mieli głowy natchnione, nie tanim przemijającym wytworem ludzkich rąk oraz destylarni, lecz najprawdziwszym duchem świętym… - Jeden i drugi menel spojrzeli na siebie znacząco. - Łapaj go! - nakazał pierwszy, a drugi już miał złapać dziwnego chłopca za kostki, lecz ten podskoczył i w czasie tego skoku uderzył żebraka swoimi stopami cztery razy. Zdołał się jeszcze obrócić, lecz w ostatniej chwili silne ramię pierwszego menela zacisnęło się wokół jego klatki piersiowej. Chłopak wyraźnie zdenerwowany niemiłym przyjęciem tutejszych zawołał: - Boże mój Boże, wybacz im, bo nie wiedzą co czynią! Mi też wybacz… - po chwili ugryzł boleśnie żebraka w rękę. Ten zawył i puścił chłopaka. Młodzieniec szybko pobiegł przed siebie, w kierunku pól z ziemniakami i burakami, aż w końcu spoczął na pieńku zostawionym obok pola należącego do rodziny Jagielskich. - Słuchaj, Ździchu - rzekł pierwszy menel do drugiego. - Ja lecę do Wójta. Niech łon dzwoni do gazety! Takiej reklamy to my jeszcze nie mieli! Kosmita ty nam jeszcze brakowało! A ty tu siedź i pilnuj, żeby gdzie nie polazł. - po tych słowach zerwał się i pobiegł w kierunku miejscowej siedziby władz. Drugi menel, wyraźnie nie dosłyszał tego co mówił pierwszy, obejrzał się i stwierdził. - Lecę do Jacka. Musze się napić z przejęcia. - i tak oto, menel zwany przez znajomego Ździchem, zostawił dziwne dziecię same. W tym czasie, gdy pierwszy z dwóch żebraków opowiadał wójtowi niesamowitą historię, niesamowitego młodzieńca, drugi menel upijał się do nieprzytomności, a cudowne dziecko obmyślało sens życia istnień ludzkich… Nikt jednak nie wziął pod uwagę, jednej osoby…

ROZDZIAŁ CZWARTY Jak to, między mężem a żoną bywa...

Czas: 25 Czerwca Godzina 15.00 Miejsce: Haumstadt, Niemcy. Dom Mattheusa i Lothara

Od kilku dni nie padało. Ogródek za domem małżeństwa dwóch prowincjonalnych niemieckich gejów praktycznie zanikł. Nieliczne drzewka zachowały jednak zielone liście. Ziemia była sucha i spragniona wody, lecz wciąż żywiła swoje zielone dzieci. - Och! Zobacz Matthi! Nasze drzewka usychają! - rzekł Lothar z obawą - To straszne! - odparł Matheus - Ojej - Lothar smyrnął się lekko po policzku - To jest przeokropne! Jeju, jak to może tek być, że tak wszystko umiera. - Ach! Racja Lotuś - rzekł Mattheus przytulając się do swojego... męża?... żony? - Pociesz mnie Pysiu! - Och kotku, nie martw się, bo jeszcze nasz chłopczyk zobaczy jak się mazgaisz... - Mattheus nagle się skrzywił, gdy usłyszał słowo "chłopczyk" - Oj, Lotek, czy ty chcesz mnie koniecznie zdenerwować - Mattheus odsunął się nagle od swojego... męża?... żony? - Przecież wiesz, że on... znaczy... ona nie ma tego, tego... - prawą ręką zaczął niezgrabnie smyrać się po okolicy narządów płciowych - No wiesz, pysiek... Ona jest... To znaczy On jest niedorobiony... niekompletny... - Och! Matti, przecież wiesz, że to był jedyny wolny egzemplarz jaki był dostępny! Przecież w tym urzędzie adopcyjnym, to chłopczyków już dawno nie ma... wszystkich nam zabrali... - Lothar prawie się nie popłakał -Lotuś, nie płacz. I tak Go,.. Ją... będę kochał, tak jak Ciebie - powiedział Mattheus i złączył się ze swoim... mężem? ... żoną?.. w ognistym homoseksualnym pocałunku. W tym momencie, w drzwiach do ogrodu pojawiła się ich...córka... syn.... Miała na sobie fioletową koszulkę z napisem " I'am what I'am", obcisłe dżinsy, oraz włosy związane w kucyk. - O! Thomasek przyszedł! - uradował się Lothar - Chodź, przytul mamusię (tatusia?)! - Ależ Lothar... - odrzekła niemiłym tonem dziewczynka... chłopiec... - Jak śmiesz! - krzyknął Mattheus - Jak możesz TAK się zwracać do... matki... ojca... DO RODZICA!! - Właśnie. - rzekł Lothar - Powinnaś do mnie mówić, Lotuś, pysiek, różowy ogrodnik... Ostatecznie wentylator, ale LOTHAR!! - nastała cisza, po chwili przerwał ją Mattheus. - A tak właściwie to jak cię nazywali w domu dziecka? - Rose mary. Co znaczy... eee... Różana Marysia? - Och jak słodko! - zapiał Lothar - Matti, nazwijmy ją tak! - Ależ.... żono... mężu... przecież mieliśmy wychować ją na, prawdziwego porządnego geja... Chcesz porzucić nasz pomysł? Naszą idee na rozkwit homoseksualnej wspólnoty?! - rzekł z wyrzutem Mattheus. - Oj, misiu, zrozum. Musimy przyjąć do wiadomości to ze, on jest dziewczynką. Nie zrobimy jej przecież tego, co my mamy między nóżkami - spojrzał w swój rozkrok - na drutach. Musimy się do tego przyzwyczaić. Najwyżej, zrobimy z niej, prawowitą, porządną lesbijkę. - To już lepiej. - Mattheus poprawił zręcznym ruchem swoje bujne różowe włosy - Dobrze. Od dziś Thomas, będziemy cię nazywać... - Rosemary!! - zapiał Lothar - Och jak słodko!! Kocham cię dziubasku! - i rzucił się Mattheusowi na szyję, łącząc się z nim w soczystym homoseksualnym pocałunku. - Matko... ojcze... - rzekła Rosemary - Skoro chcecie, żebym była prawowitą lesbijką, to lepiej kupcie mi jakieś kobiece ubranie bo tak to wyglądam jak chłopiec! - Powinnaś być z tego dumna - rzekł Mattheus - Wyglądać jak chłopak, to powód do dumy!! - Tak tato... mamo.. tylko, ze jak mam być lesbijką, to żadna lesbijka mnie nie będzie chciała jeżeli będę wyglądała jak chłopak. Rozumiesz? - Ona ma racje, Mattheus - rzekł Lothar - Żadna jej nie zechce, i kto nam spłodzi wnuki? - Spłodzić, to i tak nie spłodzę, ale najwyżej bym adoptowała... a tak... stara panna... Lothar wyraźnie się przejął - Matthi! Nie możemy do tego dopuścić! Ja chcę mieć wnuki! Staropanieństwo jest najgorsze - prawie się rozpłakał, gdy to mówił - Dobrze, Lotuś. Kupimy jej dziewczęce... Tfu... - Mattheus splunął na ziemię z obrzydzeniem - ubrania, ale musimy się pośpieszyć, jak mamy zdążyć przed naszą podróżą poślubną! - O tak! Pędźmy mój drogi chłopczyku - rzekł gładząc rękę swojego kochanka Lothar - Kupmy jej te ciuszki... Może i dla mnie się znajdą jakieś ładne rajstopki... A później jedziemy! Byle prędko. - A, misiu. A gdzie ty dokładnie chcesz jechać? - Niedaleko. Takie miasteczko jest. Warszawa. Słyszałam, że tam mieszka ten prezydent... Kaczorek czy jakoś tak... - Och jak słodko - zawył Mattheus - A to tam ma być ta nasza, parada? - Tak.... Już się nie mogę jej doczekać... -Lothar zaczął smyrać się teraz obiema rękami po swoim torsie. - Lothi! Tylko pamiętaj... Jak zobaczę, że się patrzysz na innych... Oj Mathi...! Czy ty mnie nie znasz? Jakże mógłbym ciebie zdradzić? Kocham cię. - I ja ciebie też - i oboje połączyli się w mokrym, perwersyjnym, soczystym, ognistym homoseksualnym pocałunku. - Mamo, tato... Musimy się śpieszyć! Niedługo wyjeżdżamy! - Och racja... Synk... - słowo stanęło Lotharowi w gardle - Córko - powiedział za Lothara Mattheus.

***

Czas: 26 Czerwca Godzina 18.20 Miejsce: dwupasmówka na Szczecin

Czerwony mercedes klasy A z otwieranym dachem pędził po wspaniałej polskiej drodze. -Och Mathuś! Ile jeszcze nam zostało? - pytał Lothar. - Jeszcze ze cztery godzinki, misiu. -Och... Jedziemy już cały dzień... Nie mam już siły... Ta droga mnie strasznie męczy... proszę zatrzymajmy się na chwilkę... błagam... Nie wytrzymam tego... Ten Ból... – rzekł Lothar, żywiołowo gestykulując - Rozdziera mnie całego... I jak ty to sobie wyobrażasz, że ja będę tam w Warszawie paradować? W takim stanie... – zdawało się że mdleje. Mattheus westchnął głęboko - Widzisz Rosemary, twoja matka to histeryczka... - Ja - histeryczka!! Phi!! - Lothara wyraźnie bardzo poruszyły słowa kochanka - A może to ty jesteś matką, co? Może to ja jestem ojcem? - Chyba sobie żartujesz! - zdenerwował się Mattheus - Ty jesteś matką, bo jesteś najbardziej histeryczna i niezrównoważona. - Jak tak możesz! - obruszył się Lothar - Ranisz mi serce!! Ach... Głowa mnie rozbolała... Chyba mam migrenę... - rzekł łapiąc się za głowę głęboko wzdychając. - No widzisz... - rzekł zrezygnowany Mattheus - Dobra... zatrzymamy się na chwilę w Szczecinie. Tylko już nie wzdychaj. Miasto przywitało ich tłokiem na ulicach i niskimi zabudowaniami. Zatrzymali się pod Hotelem Hafner. Lothar szybko opuścił samochód miotając to jedną, to drugą nogą żeby je trochę rozprostować po niewygodach podróży. Wszyscy wysiedli z samochodu, i Mattheus zamknął wóz pilotem. - To co, -zagadnął Mattheus - idziemy coś zjeść? - O tak, ale pysiu, czy ty umiesz mówić po... tym... no... po Polskiemu? - Ja nie, ale oni powinni umieć po naszemu. W końcu przez kilka lat należeli do nas! - rzekł z dumą - Ach! Jakiś ty mądry! - powiedział Lothar i razem z Rosemary ruszyli za Mattheusem podążającym w kierunku Restauracji "Gut Schwarz Deutsch"... W cieniu obserwował ich, chłopiec o czarnych włosach, czarnych oczach i czarnych paznokciach. Jednym zdaniem, niski, dwunastoletni chłopiec...

ROZDZIAŁ PIĄTY Ojciec syna i syn ojca

Czas: 26 Czerwca Godzina 18.30 Miejsce: Slumsy Szczecińskie

Chłopiec o czarnych włosach, oczach i paznokciach wędrował poprzez tereny zabudowane starymi kamienicami, często w trakcie rozbiórki. Mijał zniszczone samochody, wybite szyby przedwojennych kamienic aż w końcu ujrzał przed sobą wysoki ceglany budynek. Wszedł do środka. Kładka schodowa była totalnie zniszczona a drzwi do byłych kwater w większości wywarzone lub rozbite. Chłopiec wszedł do kwatery na drugim piętrze. Mieszkanie było cała zawalone turlającymi się butelkami po wszelakim alkoholu, gazetami, szmatami. W powietrzu unosił się odór gnijącego mięsa. - Ojczymie, cóżem ci powiedział - rzekł chłopiec do leżącego w kącie pomieszczenia mężczyzny. Na oko przeżył już z pięćdziesiąt wiosen, na sobie miał szare szmaty, a twarz zdobiła wysoko nasunięta czapka z daszkiem cała zakurzona i biała broda na długość 10 centymetrów. Mężczyzna roztaczał cuchnący zapach taniego wina. - Synek, co jest kurwa - parsknął mężczyzna, wyraźnie niezadowolony, że syn zwraca mu uwagę. - Ojczymie, jeśli nie pamiętasz to przysiągłeś mi swoje posłuszeństwo aż do swoich dni... Po tym jak ostatnio zamieniłem twoje ręce miejscami z nogami... - na twarzy chłopaka pojawił się uśmieszek. - Czego ode mnie chcesz - zapytał zmęczonym od spożywania tanich trunków głosem - Przecież wiesz że nic ci nie mogę dać... - Owszem. Cóż może dać Synowi Szatana taki pomiot jak ty... - Dawid, znowu zaczynasz- jęknął mężczyzna - Codziennie to samo. Tylko: "jestem synem szatana", i takie tam... - IZAAKU SHAVE - nagle rozległ się głos, nie wiadomo skąd. Mężczyzna zadrżał, a chłopiec odwrócił się powoli. za nim stał, a może bardziej wisiał w powietrzu czarny duch, o czarnych rogach, czarnych paznokciach i czerwonych oczach. - Tatuś... - krzyknął z radości Dawid i pobiegł w kierunku ducha. Duch pogłaskał Dawida po głowie swoją czarną, owłosioną dłonią. - Coś... ty... za... jeden? - wyjąkał Izaak. - JAM JEST LUCYFERIUSZ BELZEBUB MEPHISTOPHELES ROKITA. PAN PIEKIEŁ I PODPIEKIEŁ. PAN ZIEMII I PODZIEMII. NO I JESTEM OJCEM TEGO OTO OSOBNIKA - wskazał swym owłosionym palcem na Dawida, a ten uśmiechnął się słodko. - Ale jak to jest możliwe...? - PO PROSTU, T Y Ż Y D Z I E - Lucyfer uśmiechnął się szeroko ukazując swoje krwistoczerwone zęby - UWIELBIAM TO ROBIĆ... ALE DOBRZE... TWÓJ SYN NIE JEST... TWOIM SYNEM TYLKO MOIM... - Mój syn? - TAK TWÓJ, ZNACZY... MÓJ SYN. TAAK... MÓJ SYN, NIE JEST TWOIM SYNEM. BO WIDZISZ, T Y Ż Y D Z I E... - Lucyfer znów uśmiechnął się szeroko - UWIELBIAM TO ROBIĆ... BO WIDZISZ... KIEDYŚ TWOJA ŻONA, IZABELLA... - Moja zona? - zagadnął Izaak -TAAK... TWOJA ŻONA A MOJA KOCHANKA.. - Moja żona?! - zakrzyknął tym razem Izaak - TAK, MOJA KOCHANKA! - Moja matka?! - krzyknął Dawid - NIE... MOJA KOCHANKA... ZNACZY... TAK.. TWOJA MATKA, MOJA KOCHANKA, I JEGO ŻONA. W KAŻDYM RAZIE, KIEDYŚ, IZAAKU SHAVE, POJECHAŁEŚ DO MATKI DO IZRAELA, A WTEDY JA ZAKRADŁEM SIĘ DO SYPIALNI TWOJEJ ŻONY, MOJEJ KOCHANKI, A JEGO MATKI - PRZYBRAŁEM TWOJĄ SKÓRĘ I... - Iiii... co było dalej? - dopytywał się Dawid - JAK KIEDYŚ WPADNIESZ DO MNIE, DO PIEKŁA TO SIĘ DOWIESZ...- Lucyfer puścił oczko do Dawida a ten mu odpuścił - TERAZ JUŻ WIESZ Ż Y D Z I E - Lucyfer znów uśmiechnął się szeroko patrząc na nieco przerażonego Izaaka, ale bardziej zmartwionego tym, że mógł dostać jakiegoś HIV-a po Lucyferze - ŻE TWÓJ SYN, TO ZAPOWIADANY W KSIĘGACH SZATAŃSKI POMIOT, ANTYCHRYST, ANTYCHRISTO... HRABIA ANTI CHRISTO!!! - Dawid i Lucyfer zaśmiali się głośno a Izaak wpatrywał się w nich tępym wzrokiem - Lucyferze? - zapytał Izaak - SŁUCHAM CIĘ, Ż Y D Z I E... - Widzisz... Fajnie ze mi to wszystko mówisz, ale nie wiem jaka ma być w tym moja rola.. - TWOJA ROLA, Ż Y D Z I E? ZAPRAWDĘ, ZARAZ SIĘ DOWIESZ. - teraz Lucyfer zwrócił się do swojego syna - SYNU, TERAZ GDY ZNASZ JUŻ PRAWDĘ... - Ależ ojcze, ja wiedziałem ją już dawno... - SERIO? A SKĄD? - zaperzył się Lucyfer - W sumie, przecież jestem Antychrystem.. Przeczuwałem to... - ACH... JUŻ MYSLAŁEM, ZE CI LILITH WYGADAŁA... ALE DOBRA... SŁUCHAJ CHŁOPCZE. WIESZ JUŻ, ŻE ANTYCHRYST, TO BARDZO POWAŻNA POSADA. ODPOWIEDZIALNA, PEŁNA POŚWIĘCEŃ I CZYNÓW ODWAŻNYCH? - Wiem ojcze - odparł Dawid - TAK WIĘC, JAKO ANTYCHRYST, NIE MOŻESZ ŁĄZIĆ W TAKICH PODARTYCH CIUCHACH.. WEŹ SOBIE WYCZARUJ JAIEŚ CZARNE CZY COŚ... MUSISZ JAKOŚ WYGLĄDAĆ, BO PÓŹNIEJ SIĘ ZE MNIE BĘDĄ ŚMIELI W NIEBIE ZE MAM SYNA OBDARTUSA... NIE MOZESZ JUŻ BAWIĆ SIĘ ZABAWKAMI, OBŻERAĆ CZEKOLADĄ... - Ale ojcze... Od kiedy mój ojczym stracił pracę, jestem biedny jak mysz... Nie mamy pieniędzy na chleb.. a co tu na czekoladę.. - NO TO SOBIE WYCZARUJ. DOBRA SYNEK, MASZ TU RÓŹDŻKĘ SWOJEGO OJCA Z PRZEDSZKOLA, JAK BYŁEM JESZCE WĘŻEM... ACH SŁODKIE CZASY... CZARUJ SOBIE DO WOLI... ALE POD JEDNYM WARUNKIEM.. - Tak? - MUSISZ ZDOBYĆ COŚ, CO MOI DAWNI PRZYJACIELE ZOSTAWILI PODCZAS SWOJEGO ŻYWOTU NA TEJ ZIEMII...BERŁO NIEUMARŁYCH... Dawid i Izaak zamarli. - Ojcze, jak mam to znaleźć? Co mnie tam zaprowadzi? - ZNAJDZIESZ JE DOPIERO, GDY ODNAJDZIESZ SYNA PRZEZNACZENIA. CHŁOPCA, O BIAŁYCH WŁOSACH, BIAŁYCH OCZACH, CHODZĄCEGO W BIAŁYCH SZATACH... ITD. ON CIEBIE ZAPROWADZI... DO MIEJSCA PRZEZNACZENIA... - A skąd on może wiedzieć, gdzie one jest ukryte? - zapytał Izaak - A TY CO SIĘ WTRĄCASZ, Ż Y D Z I E, ALE RACJA, PYTANIE DOBRE. SYN PRZEZNACZENIA POSIADA WIEDZĘ KTOREJ NIE POSIADAM NAWET JA... TO TAKI... MESJASZ... TYLKO GORSZY... HMMM... BARDZIEJ PROROK.. TRZEBA ODNALEŹC GO, ABY ODSZUKAĆ BERŁO. - Jak mam znaleźć tego Syna Przeznaczenia? – mruknął Dawid, czując, że już mu się nie chce wypełniać żadnej misji. - O TO SIĘ NIE MARTW, BĘDZIE POZOSTAWIAŁ ZNAKI, KTÓRE Z PEWNOŚCIĄ UDA CI SIĘ ODCZYTAĆ. POZA TYM, CO JAKIŚ CZAS BĘDZIESZ MIAŁ PIEKIELNE WIZJE, WKTORYCH BĘDĘ PRZEPOWIADAŁ CI, CO, GDZIE I KIEDY... A TERAZ MUSZISZ SIĘ ŚPIESZYĆ... ZNACZY... MUSICIE... - Zaraz - żachnął się Izaak - Jak to "MUSICIE". To twój syn jest. Sam niech się śpieszy. Ja się stąd nie ruszam. - ACH, ROZUMIEM - rzekł Czart - DOBRZE, TAK WIĘC ZARAZ SPALĘ CIĘ SWOIM OGNISTYM ODDECHEM, PORWĘ DO PIEKIEŁ I BĘDĘ NABIJAŁ CIĘ CAŁĄ WIECZNOŚĆ NA PAL... - Ej... no... zaraz... - mówił powoli Izaak Shave, ojczym Antychrysta - Może się dogadamy... - SKORO CHCESZ GADAĆ TO GADAJ... -To ja mu tam pomogę odnaleźć tego całego... przeznaczeniowca... ale co dostanę w zamianę? - ZAŁÓŻMY, ŻE NABIJAĆ CIĘ NA PAL BĘDĘ TYLKO PÓŁ WIECZNOŚCI A DRUGIE PÓŁ PODPALAĆ NA ŻYWYM OGNIU. STOI? - Ech... No dobra... - odparł Izaak ale widać było, że umowa wcale go nie zadowala - Dobra, panie Szatan... Ale jak my tam go mamy odszukać... przecież nawet nie mamy porządnego wozu... - TYM SIĘ NIE MARTW, POD KAMIENICĄ JUŻ STOI I CZEKA MÓJ "PIEKIELNY RYDWAN". -Lucyfer zaśmiał się wrogo - SYNU, MAM JEDNAK JESZCZE JEDEN POMYSŁ DLA CIEBIE... - Słucham Tatko... - TO DOBRZE, ŻE SŁUCHASZ... SŁUCHAJ, PAMIĘTASZ TEGO MERCA CO WIDZIAŁEŚ WRACAJĄC DO DOMU? - Tak tatko... - TO DOBRZE. MOGĘ ZDRADZIĆ CI, ZE TWOJA PRZYSZŁOŚĆ WIĄŻE SIĘ NIEODERWALNIE WŁAŚNIE Z TYM SAMOCHODEM I... - Czyli co - wszedł w słowo Lucyferowi Dawid - mam go buchnąć? - NIE IDIOTO... ZNACZY, SYNU... - Izaak zaczął tłumić w sobie śmiech - Ż Y D Z I E, NIE ŚMIEJ SIĘ, BO POŻAŁUJESZ... - Yes... Master... - TAK WIĘC... -szatan znów zwrócił się do swojego syna - TWOJA PRZYSZŁOŚĆ ZALEŻY OD TEGO SAMOCHODU... I TEGO CO W NIM JEST... - A co w nim jest, tato? - dopytywał się Dawid - DWA PEDAŁY I ICH SYN... ZNACZY CÓRKA... W KAŻDYM RAZIE, NIE MOŻESZ STRACIC ICH Z OCZU... JEŚLI TRZEBA BĘDZIE, ZABIERZCIE ICH ZE SOBĄ... JEDNAKŻE MUSZĘ CI DAĆ NOWY PIEKIELNY DAR BEZ KTÓREGO... - A ta córka, jakaś ładna jest czy cuś? - przerwał mu Dawid - ... NOWY DAR - kontynuował szatan nie zważając na pytania syna - KTÓRY BĘDZIE CI NIEZBĘDNY. MIANOWICIE. OD DZIS BĘDZIESZ POSŁUGIWAĆ SIE JĘZYKIEM POTĘPIEŃCÓW, ZWYRODNIALCÓW, PEDOFILÓW, GEJÓW... - Tata... ale ja bardzo dobrze znam Jiidisz... - NIE GŁUPCZE, TO NIE JIIDISZ. TO NIEMIECKI!!! -O!! - zdziwił się Izaak Shave, wraz ze swym synem Dawidem - TY, Ż Y D Z I E, TEŻ ZOSTANIESZ NAUCZONY TEJ MOWY - i w tym momencie, Dawid i jego ojczym pojęli, że ich mózgi rozbudowane zostały i spłynęła na nich mądrość - DOBRA, SPADAM I ZOSTAWIAM WAS TUTAJ W TYM ZIEMSKIM PADOLE, MOJE DZIECI...MOJE DZIECKO I JEGO OJCZYMA... ŻYJCIE W GZRECHU... - Tato - zawołał Dawid - A czy możesz mi dać taki głos, żebym mógł troszkę postraszyć niewiernych? - OCZYWIŚCIE SYNU- i spłynęła na niego łaska mowy straszliwym językiem, po czym duch nieczysty zniknął, pozostawiając po sobie zapach palonej siarki... - I czy teraz, wierzysz Izaaku... - Wierzę - odparł ojczym Dawida, Izaak Shave - Tak więc... WYRUSZAJMY W DROGĘ... CZAS JEST BLISKI - i tak oboje, ojczym i syn opuścili mieszkanie skalane przez złego ducha. A na dole czekał na nich... PIEKIELNY RYDWAN...

ROZDZIAŁ SZÓSTY Nigdy nie ufaj pijaczkom, ani dziennikarzom Faktu

Czas: 26 Czerwca Miejsce: Zatory Godzina: 12.00

Od jakiegoś czasu wszyscy przeczuwali ze coś się wydarzy. Coś nie do końca dobrego. W powietrzu można było wyczuć wiatr przemian… Albo chociaż przeciąg.. Wójt Zator zacierał ręce siedząc na swym skórzanym fotelu. Właśnie przed chwilą zadzwonił do pewnej bardzo poczytnej ogólnopolskiej gazety, w chwilę po tym jak, po nowinach zaniesionych mu przez wieśniaków, postanowił sprawdzić ich prawdomówność. Zaiste, na polu siedział chłopiec w białym garniturze i w białych włosach, co widział nawet z własnego biura, dzięki lornetce. Postanowił więc zawierzyć chłopom. Zawiadomił dziennik, a ten, o dziwo, od razu potwierdził gotowość do akcji. Redaktor miał zjawić się lada chwila, ponieważ nie znaleziono innych ciekawych tematów, a poza tym, akurat był w pobliżu. Wójt siedział wciąż pogrążony w marzeniach o sławie, zdjęciach, błyskach fleszy… Może nawet przyjedzie telewizja… A jeśli nie, to już sukcesem jest, że w ogólnopolskiej gazecie pojawi się artykuł o NIM… no i o tym całym przybłędzie… Wójt na tą myśl się nieco skrzywił, bo wiedział dobrze że gdyby nie on, to z pewnością nikt by tutaj nie przyjechał. Wtem do drzwi gabinetu wójta wpadł jakiś pijaczek. - Co jest! - obruszył się wójt - Pukać nie łumie, czy co? - Na… - odparł zdyszany chłop - Przepraszam panie Wójcie, łale ja tu z poważną sprawo… - Jaką? - zastanowił się wójt. - Cóż jest tak ważnego, że nie można było zapukać? - Widzi wójt… Zagumniak… wie wójt który? - Na… Wiem.. Gadaj dalej. - Ano… To ten Zagumniak polazł do tego chłopaka… - DO TEGO?! - wrzasnął wójt. - Ino mówiliśta, że Ździcho go pilnuje! Nic mu się nie stało?! Przecież za chwilę przyjedzie tu gazeta! Wywiad robić mają!! - Widzi wójt… - zawahał się chłop - Bo on… Eee… jakby to powidzieć… się zadziwował, że ten tamten nic po naszemu nie gada, no łon wzioł pół litra… - CO?! - wójt aż zerwał się z fotela. - No i… - kontynuował chłop- łon Se pomyślał, żę jak mu kielicha wleje, to mu się łodrazu polepszy… Ale się nie polepszyło… - na twarzy wójta pojawił się grymas niedowierzania. - Słabo mi… - wójt wysapał z siebie upadając na fotel. - Kasiu… wachlarzyk… - do gabinetu wpadła sekretarka. Miała ze sobą wachlarzyk, jakimi wachlują się kobiety w czasie upałów. Wójt westchnął jeszcze kilka razy, po czym nakazał opowiadać chłopu dalej. - Skoro chce wiedzieć… - widać było, że wieśniak nie chce bardzo wyjawić całej prawdy - No to łon mu nalał tego kielicha… Później drugiego, trzeciego… Aż sam mały pobiegł do monopolowego, do Jacka wziął Chiba ze łosiem browarów… I się pochlali… Z oczodołów wójta popłynęły łzy… Pierwszy raz miał taką szansę aby stać się sławnym na całą Polskę… i teraz takie gówno…Czemu zawsze wszystko musi się spierdolić - pomyślał wójt, przecierając zapłakane oczy. Gdy chwilę ochłonął spojrzał znacząco na chłopa. Ten przerwał cisze pocieszając wójta… - No ale nie ma złego bez dobrego… Przynajmniej mu się nieco język rozwiązał… Ino po naszemu gada… - Wspaniale… - jęknął wójt. -Kasiu… Walerianki.. - poprosił sekretarkę, ta czmychnęła do kuchni przynosząc zaraz filiżankę. - Cudownie. - wójt popijając walerianę zwrócił się do chłopa. - Nic, tylko wam zaufać. Uchlaliście młodego, tym samym grzebiąc moją karierę… Ech… no i co my teraz zrobimy? Lada moment ma tu być dziennikarz! - Ech… Może się łuda… - Wójt wziął do ręki swoją lornetkę i spojrzał przez okno. Na polu leżał jakiś pijak - „Pewnie Zagumny” - pomyślał wójt, a tuż obok niego, na pieńku stał, chwiejąc się młodzian, machający rękami, jakby cos rysował palcem na niebie. - Wspaniale… - burknął Wójt - Już gorzej chyba być nie może… - w tym momencie do pokoju weszły dwie osoby. Sekretarka Kasia i mężczyzna z walizką, zaś menelik zmyknął niezauważony do wyjścia. - Panie Wójcie, to jest pan z Faktu… - Bardzo mi miło - rzekł dziennikarz podając mu swą wielką łapę. - Mi również… - odparł Wójt, który poczuł jak nagle grunt usuwa mu się z pod stóp.

***

- Nie będzie przeszkadzało panu, jeżeli włączę dyktafon? - zapytał reporter. Wójt poczuł zimny pot na plecach. - Ależ… nie ma sprawy… - Dobrze.. Tak więc… Możemy zaczynać - dziennikarz włączył przycisk „Record” w dyktafonie. Oboje usłyszeli pstryknięcie kasety. - Takim razie, - rozpoczął - od kogo dowiedział się pan o istnieniu tego „niezwykłego dziecka”? - Eee…Od moich mieszkańców. - odpowiedział niepewnie wójt. - Czy są to pańscy zaufaniu ludzie? - Oczywiście - wójt poczuł się, jakby połykał łyżkę gorczycy. - Hmmm… Jakimi znakami szczególnymi odznacza się ten chłopiec? - Eee… Ma białe włosy - próbował przypomnieć sobie wójt, o czym mówili jego informatorzy - Biały garnitur - a tutaj we wsi to rzadko kogo stać na takie mecyje… - Dobrze. Czy możemy porozmawiać z pańskimi… mieszkańcami? - Eee… - wójt znów poczuł się niepewnie, ale niezręcznie byłoby odmawiać. - Jasne - odwrócił się i krzyknął. - PANI KASIU!!! Niech pani zawoła tego, co łon tu był przed chwilą! Powinien być jeszcze bod budynkiem! Po chwili sekretarka przyprowadziła podpitego (zapewne ze zdenerwowania) menelika. - Czy to pan zauważył to dziwne dziecię po raz pierwszy? - zapytał redaktor. - Łaaano… - ziewnął pijaczek zezując w stronę dziennikarza. - Ahaaa… Czy może nas pan zaprowadzić do niego? - w żołądku wójta jakby wybuchła bomba atomowa. Cicho jęknął czekając na odpowiedź pijaka. - Na jasne! - ten odparł wesoło. Tak oto, Wójt, żebrak z pod kościoła i redaktor wyruszyli na pole ziemniaków, należące do rodziny Jagielskich aby tam spotkać się z cudownym dziecięciem. Ładne zamszowe buty dziennikarza, oblepiły się niezgrabnie w świeżo wysypanym oborniku. W końcu cała trójka doszła do miejsca, w którym leżały dwie osoby. Jedna to z pewnością był stary Zagumny. Druga osoba, ubrana w biały garniak, przybrudzony od świeżego obornika to… - To z pewnością jest to dziecię, o którym pan mi mówił? - w głosie dziennikarza można było wyczuć zawód. Z pewnością spodziewał się czegoś bardziej… dystyngowanego i niezwykłego niż… chłopiec umorusany w gnoju. - Eeeee… Tak to on.. - wydyszał z siebie urzędnik reprezentacyjny gminy Zatory. - Hmmm… - dziennikarz Faktu wyraźnie wpadł w lepszy nastrój, włączył dyktafon i zwrócił się do wójta. - Jak długo zna pan tego osobnika? - Ale… - zdziwił się wójt - przecież… niedługo.. - A więc to dziecko przyjezdne? - Owszem. - Powierzył pan opiekę nad tym biednym dziecięciem swoim mieszkańcom o tendencjach do samoalkoholizowania się? - Ale… co to ma do czego? - zaniepokoił się wójt.- Czy możemy podejść bliżej - zapytał redaktor unikając odpowiedzi na pytanie wójta. W tym momencie, chłopak ubrany w biały garnitur wygramolił się z ziemi, podniósł na obie nogi, i chwiejąc się mamrotał. - Czas jest bliski… przygotujcie się… a ty kurwa coś za jeden? - bąknął w kierunku redaktora. - Przecież on jest kompletnie pijany! - wrzasnął redaktor. - Dobrze, czy mogę zadać ci kilka pytań chłopcze? - Jasne… Przecież po to, mnie tu zesłano… abym… - chłopak nie utrzymał równowagi i wylądował tyłkiem na polu - kurwa… objawił ludziom rzeczy nieobjawione… cały zad mam brudny… - Ok. - redaktor uśmiechnął się - Czy wiesz kim jest ten osobnik? - wskazał palcem w stronę wójta. - ale… - zamanifestował wytknięty palcem. - Oczywiście, że wiem. To wójt gminy Zatory… - Od jak dawna go znasz? - Od zawsze… Wiem o nim wszystko…- twarz wójta miała teraz odcien ciemnej purpury. - On kłami… - krzyknął. - Proszę o cisze. - zwrócił uwagę redaktor. - Czyli państwo znają się już od dawna… Dobrze… -dziennikarz faktu ucieszony zapisał coś w notesie. - Chłopcze, czy ten mężczyzna, leżący obok ciebie wmusił w ciebie wypicie dużych ilości alkoholu? - Alę… to nieco… inaczej.. - wyjąkał z siebie chłopiec. - Czyli tak. - teraz dziennikarz spojrzał w twarz wójtowi. - Czy zna pan tego mężczyznę? - Oczywiście… to stary Zagumny.. - Dobrze. Czy pan się z nim przyjaźni? Spotykacie się czasami? Przeznacza mu pan jakieś sprawy do załatwienia? - Ale co to ma do rzeczy… -obruszył się rozmówca. - proszę o odpowiedź - ponaglił go dziennikarz. - No… czasami… - Wspaniale… A ty gdzie mieszkasz, chłopcze? - wrócił się do młodzieńca siedzącego tyłkiem na polu. - Mój dom nie istnieje… jest umieszczony w chmurach… bowiem, królestwo moje…a raczej, TEGO co mnie przysyła… nie jest z tego świata… - Mhm… - redaktor kiwnął w zamyśleniu głową cały czas cos zapisując w notesie. - Jestem bowiem… -kontynuował chłopak. - zesłany tutaj…. By napełnić wasze mózgi… tym… czym nie są napełnione… jestem bowiem… niczym sikorka… albo szpak, który fruwa wśród chmur… i wiem to czego nie wiedzą inni… kurwa… ale mam obsrany tyłek… - Dobrze… Czy był pan już karany? - redaktor zadał szybkie pytanie wójtowi. - ZE CO??!! - urzędnik Zator wyglądał jak pomidor. Przynajmniej z twarzy. - No… czy był pan już karany, na przykład, za molestowanie, alkoholizowanie, narkotyzowanie w szczególności dzieci i młodzieży… - dziennikarz wygrzebał z kieszeni telefon i powoli zaczął wstukiwać cyfry: 1 1 2… - CO PAN MI SUGERUJE?! JAK PAN MOŻE!!! - Powiem panu najprościej jak to możliwe… Pana sytuacja nie wygląda najlepiej… Wszystko wskazuje że jest pan zamieszany w tą straszliwą sprawę w wysokim stopni… Za chwilę zjawi się tutaj policja… - JAKA POLICJA?! - wrzasnął zdenerwowany wójt. Dziennikarz wyjął z kieszeni telefon, nacisnął słuchawkę. Po chwili usłyszał w niej. - Policja… Słucham? - Chciałbym zgłosić przestępstwo.. - po tych słowach burmistrz zemdlał, lądując na polu obok starego Zagumnego i dziwnego chłopaczka.

***

Dziennikarz wsiadł do swojego Renault Megane silnie zatrzaskując drzwi. Uśmiechnął się, na samą myśl jutrzejszego artykułu: „Horror w Zatorach. Włodzimierz S., wójt gminy Zatory zatrzymany przez policję oraz podejrzany o alkoholizowanie i wykorzystywanie seksualne młodych chłopców…”. Wystarczyło tylko wykonać jeden telefon… - Stefan… Słuchaj to ja, Bartek… Macie już coś na okładkę? Mężczyzna który uzbierał 250 000 różnych monet?! To chcesz dać na okładkę?? Nie macie czegoś innego? Nie? To wspaniale. Bo już macie.

ROZDZIAŁ SIÓDMY Noc żywego trupa

Czas: 26 Czerwca Godzina 23.25 Miejsce: Wyczechy

Księżyc oświetlał opuszczony nocą cmentarz. Otaczający go las, wydawał się być otchłanią, straszliwą czeluścią bez wyjścia... Ciszę zalegającą na tym terenie podległym śmierci przerywały kroki dwóch osób. - Daleko jeszcze? - dopytywał Czarcidar. Światło księżyca padało na jego końską twarz w której osadzone były maleńkie czarne oczka. - Nieee... już nie długo będziemy na miejscu - odparł Młodzian w koszulce METALICCY. - Ale czy ty wiesz - zagadnął Czarcidar - że ten typek NIE MOŻE BYĆ pochowany na cmentarzu chrześcijańskim? - Tja... Dlatego przyszliśmy tutaj - zatrzymał się naprzeciwko ogrodzenia - Co?! PRZECIEŻ TO OGRODZENIE CMENTARZA? - PŁOT!!! -No i bardzo dobrze... - Jak to... Nie rozumiem.. - zadumał się Czarcidar - Ołkej, wytłumaczę ci... Po wojnie grzebali zmarłych, dobrze o tym wiesz.. ale... jeden z nich, słynny Porkop Shalim, zdrajca polaków, żyd i do tego niemiec, według rady wsi nie zasługiwał na pochowanie na cmentarzu. -No i? - dopytywał się Czarcidar - Rada zdecydowała, po długich obradach, że żydo-niemco-ateistę pochowają w haniebnym miejscu... czyli pod płotem... - Cóż za debilny pomysł? - poruszył się Czarcidar - Najpierw, to chcieli go pochować w lesie, ale stwierdzili, że to by z kolei było nieetyczne. Zdecydowano zakopać go, w miejscu na którym właśnie stoimy. Pod płotem, tuż za terenem cmentarza. - Wspaniale, powinniśmy im za to podziękować - rzekł Czarcidar - A teraz dawaj łopatę i kopiemy. Czarcidar i młodzian z zapałem poczęli rozkopywać ziemię, pod której warstwą miał znajdować się trup, a przyszły ożywieniec. - Czarcidarze - nagle jęknął Mettalicowiec - Chyba coś tam jest - wskazał palcem na dno wykopanego otworu, gdzie łopata uderzała o coś twardego. - Musimy to wykopać! - nakazał Czarcidar i kopali z jeszcze większym zapałem niż dotychczas. W końcu, ich oczom ukazała się częściowo zgniłe wieko trumny. - Wspaniale - rzekł Czarcidar - Wejdź tam i pomóż mi to wyjąć. - Ołkej - młodzieniec zszedł na dół otworu i podniósł trumnę tak, aby stojący na górze Czarcidar mógł ją postawić na ziemi. Trumna, oświetlana przez srebrzyste światło księżyca wyglądała złowrogo, ale odważnego Czarcidara to nie zniechęciło. - Podaj łom. - nakazał. Czarcidar rozpoczął wyważanie wieka trumny, a że ta, miała już swoje lata szybko puściła, i gwoździe wylądowały z brzękiem na ziemi. Oboje ostrożnie odsunęli klapę trumny. Do ich nozdrzy doleciał straszliwy odór rozkładających się zwłok a ich oczy ujrzały straszliwy kościotrup, choć o dziwo, porośnięty wciąż gnijącą tkankę skóry. Na czaszce wciąż były połacie tkanki i kilka włosów obrastających ją. W oczodołach można było zauważyć zapadłe czarne kuleczki. Był ubrany w szare, podarte spodnie, skórzane buty, dawno rozmiękczone od wilgoci, oraz ciemną koszulę, przez której dziury było widać fragmenty klatki piersiowej ożywieńca. - Cudowny - zachwycił się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych