Drugie miasto - rozdział 1
Akcja toczy się w roku 2055, w Łodzi, wymarłej po wielkiej katastrofie chemicznej. Trzech mężczyzn postanawia wybrać się do zamkniętego miasta po znajdujące się tam złoto warte dziesiątki miliardów złotych.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1
- Tak, słucham? – rzekł starszy człowiek, podniósłszy słuchawkę. - Halo, pan Kurczyński? – Głos po drugiej stronie był cichy i niepewny. Przynajmniej nie telemarketer próbujący wcisnąć jakieś gówno, pomyślał mężczyzna. - Tak, kto mówi? - Nazywam się Misicki, jestem pisarzem i dziennikarzem – dodał po chwili rozmówca, prawdopodobnie młodzieniec. – Chciałbym… - Jeśli chodzi o Łódź – przerwał starzec, zirytowany bardziej, niż gdyby miał do czynienia z telemarketerem – to nie mam nic do powiedzenia. Zmęczyły mnie już te wasze wywiady. - Ale tym razem, to będzie coś nowego – zapewnił spiesznie dziennikarz. - Daj spokój, chłopcze. Na temat katastrofy powstały setki filmów dokumentalnych, wykorzystano relacje tysięcy świadków, temat jest wyczerpany. – Od czasu wojny rosyjsko-chińskiej na świecie zrobiło się tak nudno, że pismacy chwytali się czego popadnie, by nie stracić pracy, a wielka tragedia z 31 roku wciąż budziła emocje. Po krótkiej pauzie Kurczyński dodał - Chyba że odbyłbyś ekspedycję do Zakazanej Strefy… - W tym rzecz – zaczął nieśmiało, lecz parsknięcie śmiechu starszego pana nie pozwoliło mu dokończyć. - Jesteś głupszy niż myślałem. Nie marnuj więcej mojego czasu! - Zaraz! – rzekł stanowczo Misicki. – Proszę dać mi minutę, nie pożałuje pan. - Dobra, dałeś radę mnie zadziwić, mów… - Tu chodzi o pieniądze, bardzo duże pieniądze. – Ton jego głosu znów złagodniał, co wykorzystał rozmówca, by się wtrącić z kpiną. - Chłopcze, jestem zamożnym człowiekiem, nie potrzebuję pieniędzy. - Na pewno nie na tyle zamożnym, by mieć własną wyspę na Pacyfiku. - O… czytałeś moją książkę, jak miło. – Trudno było wyczuć, czy powiedział to z ironią. – Powiedz mi więc, jak chcesz zdobyć takie bogactwo? Dziennikarz milczał przez chwilę, ponaglony chrząknięciem starca wybąkał: - To nie rozmowa na telefon, może moglibyśmy się spotkać… - Wystarczy, że teraz tracę czas, gadając z tobą pętaku! I właśnie mam tego dość! – Odkładał już słuchawkę, gdy usłyszał krzyk: - Muzeum Kinematografii!!! Tam jest złoto! – Przez chwilę panowała cisza, ale Kurczyński się nie rozłączył, więc chłopak cały czas czekał na odpowiedź. - Muzeum? – W głosie staruszka odznaczało się wielkie zdziwienie. - Tak, tam jest zgromadzone złoto z wszystkich łódzkich banków, nie zdążyli go wywieźć przed drugim wybuchem i zostało ukryte gdzieś w pałacu. – Wypowiedź zrobiła kolejne wrażenie i chwilę znów zajęło nim usłyszał głos starego. - Hmmm, to ma sens, a czy są na to dowody? - Spytał zaciskając mimowolnie palce na słuchawce. - Mam, spotkajmy się, przedstawię je panu. - Zaraz, zaraz – zmitygował się Kurczyński – i ty chcesz tam pojechać i je zgarnąć? Gdyby to było możliwe, rząd już by to zrobił. - Gdy nastąpił drugi wybuch, konwojenci wiedząc, że nie wywiozą kasy, postanowili - wykorzystując zamieszanie - ją ukryć i wrócić, by zabrać później. Nie udało im się jednak opuścić miasta na czas. - A skąd wiesz, że to w moim muzeum? - Przewertowałem setki raportów, pamiętników i materiałów video by dojść do wniosku, że musieli wybrać pałac Scheiblera – mówił z euforią. - Taki mądry jesteś, a potrzebujesz mojej pomocy? Jedź więc i weź. - Nawet w kombinezonach nie można tam za długo przebywać, nie miałbym czasu na szukanie po omacku. Robiliście wtedy, w sierpniu, totalną przebudowę. Nie zachowała się żadna dokumentacja, ale pan tam był, jeszcze w dniu katastrofy... – zakończył ciszej Misicki.
Nagle staremu stanęły przed oczami obrazy z tamtej tragedii. Zakłady Mobila były tak blisko… Dobrze pamięta jak pieprznęło, aż parę szyb w oknach pałacu poleciało. A potem wielka chmura fioletowego dymu, podobna do atomowego grzyba. Nim nadjechały służby, już dobiegły w okolice muzeum pierwsze ofiary, całe czerwone, poparzone w niebywałym stopniu, umierali po chwili nim nadeszła jakakolwiek pomoc. Szczególnie wrył mu się obraz wrzeszczącego wniebogłosy mężczyzny, kępki włosów i płaty skóry odpadały od niego gdy biegł w ich stronę. Gdy był już blisko, padł na kolana, jego oczy wypłynęły na wierzch, a on padł martwy. Dwie koleżanki z pracy, które razem z nim wyszły wtedy na ulicę, zaczęły wymiotować, on sparaliżowany strachem nawet tego nie był w stanie zrobić. Ktoś odciągnął go z tamtego miejsca, już nawet nie pamięta kto. - Halo? – Głos dziennikarza wreszcie przebił się do jego świadomości. – Jest pan tam? - Tak - wyszeptał. - Możemy się spotkać, pokażę panu zebrane materiały. - Proszę mnie odwiedzić jutro o 11. - Dziękuję – Misicki zdawał się powstrzymywać okrzyk radości resztkami sił. - To do widzenia, do jutra. - Tak, do jutra. Kurczyński odłożył słuchawkę i położył się na łóżku, po chwili jednak wstał i poszedł do barku, zabrał butelkę mocnej wiśniowej nalewki i wrócił pod kołdrę. Czuł że to będzie kolejna bezsenna noc.
***
Misicki stanął pod wielką willą na obrzeżach Warszawy. Jeszcze raz sprawdził adres w swoim komputerze samochodowym. Tak, zgadzało się. W zasadzie nie była to willa, tylko dworek sarmacki pokaźnych rozmiarów. Idąc w stronę bramy pomyślał o swoim nędznym mieszkanku w bloku z wielkiej płyty, jakie budowano przed stu laty. Stanął przed wideofonem i zadzwonił. - Zapraszam, niech pan podjedzie meleksem – rzekł Kurczyński. Faktycznie zaraz przy murze, stał mały samochodzik. Co prawda do budynku nie było zbyt daleko, ale redaktor uznał że miło się będzie przejechać. Po drodze przemknęło mu przez myśl, że staruszek może mieć problemy z chodzeniem i dlatego korzysta z takich udogodnień, a to nie dobrze biorąc pod uwagę do czego chciał go namówić. Potrzebował Kurczyńskiego w dobrej formie. Gdy zahamował, otworzyły się drzwi i wyszedł z nich około sześćdziesięcioletni, lekko łysiejący facet. Dziarskim krokiem skierował się do gościa. - Witam, miło mi poznać - zdawał się być zupełnie szczery i nawet przychylnie nastawiony, - zapraszam – wskazał wejście. - Dzień dobry, dziękuję. Przed przekroczeniem progu rzucił jeszcze raz okiem na meleksa. Staruszek wychwycił spojrzenie i rzekł: - Jestem starym gadżeciarzem, nie leniem panie Adasiu. - Sprawdził mnie pan? – Stwierdził z nutą zadowolenia dziennikarz. - Oczywiście, muszę wiedzieć kogo zapraszam do domu. – Zaśmiał się gospodarz.
Wnętrza robiły jeszcze większe wrażenie niż fasada rezydencji. Sufit w przedsionku zdobiła bogata intarsja, a ściany pokrywała piękna, chyba dębowa boazeria. Mały kryształowy żyrandol pod sufitem był już przesadą. Misicki zaczął się zastanawiać czy ten facet faktycznie da się skusić na kasę, która czekała w skażonym mieście. Weszli do wielkiego, przestronnego salonu. Po lewo znajdowała się masywna dębowa ława i obite ciemną skórą, otaczające ją fotele i długa kanapa. Gospodarz zasiadł na tej ostatniej, a gościowi wskazał miejsce naprzeciw siebie w fotelu. Nim dziennikarz zdążył się wygodnie rozsiąść, podjechał robot służebny i spytał czy podać coś do picia. - Gin z tonikiem – poprosił chłopak. - Dla mnie również gin, ale z sokiem z cytryny – rzekł Kurczyński. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Młodzieniec zaczął nieśmiało wyciągać z torby jakieś grube teczki, obserwował przy tym reakcje starego, ale ten nie wykazał żadnego zainteresowania. Wypakowawszy wszystko postanowił przerwać ciszę. - Oto materiały, o których mówiłem. - Później – machnął tylko lekceważąco ręką – jak pan widzi całe to przedsięwzięcie? Jakim sposobem chce się pan dostać do Strefy Zamkniętej? Na komandosa mi pan nie wygląda. - Ale mam wspólnika, który prawie że spełnia te kryteria. Dodatkowo znam dowódcę jednego z punktów kontrolnych, przekupię go. - Aha – mruknął bez przekonania – a tam, za drutami, co dalej? - Oto aktualna mapa Łodzi – chłopak podsunął rozmówcy mapę, niełatwo było ją zdobyć, także czekał teraz na pochwałę, nic takiego jednak nie nastąpiło, więc ciągnął dalej, - osiedle Widzew i tereny aż po obszar drugiego wybuchu zamieniły się w las. Właśnie tamtędy zamierzam dojechać do Muzeum. - Las? – Wreszcie coś go zainteresowało! Dziennikarz musiał szybko podłapać, dobrą okazję. – Toksyny nie zabijają roślin? - Nie, działają tylko na ludzi. - A zwierzęta? Hmmm… - nie dał redaktorowi dokończyć – to musi tam być niezły zwierzyniec. No dobra, dobra. Załóżmy, że nawet się pan tam dostanie, ale skoro tego złota jest tyle (właśnie, w sumie to ile?) to jak je pan wywiezie? - Łapówka wystarczy, a złoto tam zgromadzone ma wartość 75 miliardów złotych. - Aha – znowu żadnych emocji, mało tego jeszcze nastała cisza. - To po 25 miliardów na głowę… - starał się nakręcić atmosferę Misicki. - Czy moje rady są, aż tak cenne? - W zasadzie, to oczekuję czegoś więcej – zaczął nieśmiało chłopak. Stary widząc, że ten zaczyna owijać w bawełnę, wreszcie się ożywił. - Do rzeczy. - No dobrze… Same pańskie rady nie wystarczą. Jak pan wie Muzeum znajduje się w strefie bezpośredniego skażenia. Nawet w skafandrach będziemy mieli tam ograniczony czas przebywania. Jakieś 5 minut… I tylko jedno podejście. Nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd, więc chciałbym, żeby udał się pan tam z nami. Tak, wreszcie mu się udało na dobre rozbić emocjonalną skorupę starego. Szeroko rozdziawił teraz gębę i wywalił oczy na wierzch. Próbował coś powiedzieć, ale wychodziły z tego tylko jakieś nieartykułowane dźwięki. - Chyba cię pojebało – w końcu przemówił – ty… ciebie… pojebało. - Proszę posłuchać, nic nam nie grozi… - Dość! Obiecałem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. To przeklęte miasto zabrało mi wszystko. - Wiem, ale teraz może zwrócić swój dług, wystarczy się jedynie po niego zgłosić. - Nic nie zwróci mi już rodziny. -To
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jafer
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…