Wróć do katalogu

Drwina

Opowiadanie low fantasy

Dragenor, opublikowano , 55 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Samozwańczy błędny rycerz w końcu dopiął swego: zbłądził. Minęły trzy dni, odkąd zanurzył się w gąszczu starej kniei, położonej nieopodal traktu. I cóż: już od pierwszej chwili miał wrażenie, że był to pomysł co najmniej… nietrafiony. Kręta ścieżynka, którą szedł, wreszcie zatarła się; zniknęły też znaki, wyryte na drzewach, dotąd wyznaczające jej bieg. Gdy po jakimś czasie natrafił na leśny strumyk, podążał wzdłuż jego nurtu, przynajmniej dopóty, dopóki ten nie zniknął w głębi ziemi. Czyli aż do teraz. Willi podrapał się po brodzie w zamyśleniu, czując pod palcami tygodniowy zarost. Nagle doznał olśnienia: jego nauczyciel miecza, Galfin, pokazał mu parę sztuczek kuglarskich, które trudno nazwać magią. A teraz jedna z nich mogła uratować mu życie – musiał tylko znaleźć odpowiednio długi patyk, rozwidlony na jednym końcu. Zaczął więc dokładnie przeczesywać okolicę, starając się jednocześnie nie zgubić strumyka z oczu. Już po chwili wrócił z idealną różdżką nad nurt i zaczął chodzić w tę i we w tę od miejsca, w którym woda wpadała do wąskiej kawerny. Jeśli dobrze pamiętał słowa starca, to gdy czubek badyla znajdzie się nad podziemnym biegiem strugi, zadrży. Jednak mimo iż usilnie próbował coś osiągnąć, na zmianę to zwiększając odległość, to manipulując samą gałęzią, nieraz także odwracając ją tak, by to widełki znajdowały się nad ziemią, a nawet zmniejszając jej długość – nie osiągnął niczego. Zauważył z kolei, że znów się zgubił. Rozwścieczony odrzucił różdżkę, tak że ta rozpadła się na kawałki, zderzywszy się z najbliższym drzewem. Spojrzał jeszcze na grube drzazgi, które po niej pozostały, po czym przeklinając swoją głupotę i wiarę w przesądy, zaczął szukać nurtu samopas, przystając co chwilę i nasłuchując. Tak spędził czas aż do nocy – wtedy to, zrezygnowany i wyczerpany, usiadł ciężko pod jakimś drzewem, by zapaść w kamienny sen.

Dopiero rano zdał sobie sprawę, że zadrwił sobie z niebezpieczeństwa, jakie w okolicznych lasach stanowią dzikie zwierzęta i zbójcy wszelkiego autoramentu czy mróz, od którego cały był skostniał. Dziękując bogom za ochronę, a także karcąc się za junacką lekkomyślność, która wszak nie przystoi rycerzowi (a tym miał nadzieję kiedyś zostać), wyjął sakwę z prowiantem, a z niej suszone mięso, po czym wżarł się w nie łapczywie; wydawało mu się, że zjada własną skórzaną zbroję, tak było ono pozbawione smaku i ciągliwe. Zagryzł je czerstwym chlebem, popił wodą z bukłaka i podźwignął się z trudem na nogi, by wyruszyć w dalszą drogę. Plamy Słońca, przelewającego swoje światło przez korony drzew, łaskotały go delikatnie po twarzy. Powietrze było rześkie; od czasu do czasu wiał też lekki zefir. Wszędzie wokół śpiewały drozdy, momentami słychać było stukanie dzięcioła. Po raz pierwszy odkąd się tu znalazł, Willi poczuł się szczęśliwy z faktu, iż znajduje się w tym lesie, iż jest w tym dziewiczym odłamku świata, dotąd jeszcze nietkniętym niszczącą ręką człowieka. Jego radość dodatkowo przybrała na sile, gdy zobaczył zalążek ścieżki, wpadającej w szpaler drzew. Przyspieszył kroku i wszedł na jej zarośnięty odcinek, z każdym krokiem coraz bardziej udeptany. Nareszcie… W jednej chwili odpuściły wszystkie najczarniejsze myśli, jakie kłębiły się w jego głowie niczym stado sępów, czekających, by móc pochwycić bezbronną ofiarę w dole. Stawiał chyże kroki, a w międzyczasie drzewa rozstępowały się coraz bardziej, tak że ścieżka zamieniała się w drogę.

I wtedy usłyszał głosy. Jeden był wysoki, skrzekliwy, jakby należący do starszej kobiety, a drugi niski i bulgoczący. Junak zamarł, nasłuchując. To nie mogli być zbójcy, wtedy głosów na pewno byłoby więcej; poza tym od to kiedy staruszki napadały na samotnych, zdrożonych wędrowców? Coś ciągnęło go w tamto miejsce, coś kusiło, by sprawdził, kim są rozmówcy. Machinalnie obrócił się w prawo i zaczął ostrożnie stąpać ku źródłu hałasu. Mijał kolejne drzewa, nadal jednak nic nie ukazywało się jego oczom. Aż do momentu, gdy zobaczył, że las przed nim przerzedza się, ustępując miejsca małej polanie. Zaczął skradać się jeszcze ciszej; głosy przybrały na sile. Wreszcie ujrzał małą, zgarbioną staruszkę z koszem, podnoszącą co i rusz coś z ziemi i wkładającą to do niego. I wtedy jakaś gałązka ułamała się pod ciężkim buciorem Willego. Zmełł w ustach przekleństwo, by nie pogarszać sprawy, po czym ostrożnie schował się za najbliższym drzewem. Wyszło jednak na to, że dmuchał na zimne, gdyż staruszka nawet nie spojrzała w jego stronę, nadal pochłonięta rozmową ze swoim adwersarzem, prawdopodobnie mężczyzną – tak przynajmniej sądził młodzieniec. Wskazywałby na to niski, chrapliwy głos, którym tamten dość niezdarnie operował: - …Jesteśmy w okolicy, co więc szkodzi, żeby odwiedzić ojca? Że niby co? Że za często? – Wydał z siebie jakiś nieartykułowany odgłos, który u normalnego człowieka (chwat powoli przestawał wierzyć w twierdzenie, iż jest to „normalny” człowiek) miałby zapewne oznaczać westchnienie pełne irytacji; jednak w tym przypadku kojarzył się raczej z bulgotaniem wrzątku, połączonym ze świstem, jaki wydaje para pod dużym ciśnieniem. – Jak dla mnie to o wiele za rzadko – kontynuowała istota. - Jeśli mamy go w końcu przekonać… Ach, cholera. Czemu nie mogę ci go po prostu przynieść? – Kobieta odburknęła coś niewyraźnie, schylając się po kiść jagód i wkładając ją do niewielkiego koszyka z plecionki, który zawiesiła sobie na przedramieniu. - Tak, wiem, to mój ojciec… i zależy ci, aby… - Stwór nagle urwał. Zaraz potem powiedział coś jeszcze, jednak na tyle cicho, by Willi nie mógł tego zrozumieć. Chwat wychylił się trochę, potem jeszcze troszeczkę, jeszcze centymetr, dwa… i to wystarczyło. - Hej, hej! Witajcie, młodzieńcze! Czyżbyście się zgubili? – Staruszka uśmiechnęła się promieniście i ruszyła energicznym krokiem w jego stronę. Teraz nie miał już wyboru: wychylił się cały, po czym wyszedł jej na spotkanie. - Witajcie i wy, zacna matrono. – Chłopka czy nie chłopka, junak zawsze dbał o wszelkie ceregiele; z doświadczenia wiedział, że takie zachowanie popłaca, gdyż może tym zrazu zyskać sobie względy rozmówcy. Poza tym sam nie był pewien swojej przeszłości, a jak sądził, mógł wywodzić się z gminu. – Nie zgubiłem się. Przechodziłem tędy jednak i gdy usłyszałem głosy, postanowiłem sprawdzić, czy to nie leśni zbóje. Los był akurat na tyle łaskaw, by obdarzyć mnie waszym miłym towarzystwem! - Oj, nie przeceniajcie mnie panie, ja jestem tylko prostą kobieciną. Wszystko, co posiadam, to ten koszyk – wskazała na jagody – i niebo nad głową. Ale zaraz… wspomnieliście co o jakich głosach. A przeca nikogo tu ze mną nie ma… Może być, że ćwiczyłam brzuchomówstwo. Tak, tak… kiedyś, swego czasu, podróżowałam z pewną trupą; to od niej nauczyłam się tej – głos baby w istocie stał się na chwilę tubalny – jakże niełatwej sztuki. O, widzieliście? – Uśmiechnęła się jeszcze promienniej i wyciągnęła w jego stronę koszyk owoców. – A może jagódek? – spytała niewinnie. W samej rzeczy, Willi nie był w stanie wyobrazić sobie czegoś bardziej pokrzepiającego niż ich widok, przynajmniej jak na tamtą chwilę. Chociaż z drugiej strony, nie był też do końca przekonany co do prawdziwości tego, o czym staruszka mówiła wcześniej – po prostu głos, który udało jej się wykrzesać, nie pokrywał się z tym, co usłyszał przed swoim lapsusem, i co dobiegało z całkowicie innej strony. Postanowił jednak nie drążyć tematu: - Pełen podziwu jestem dla pani kunsztu, jak i szczodrej propozycji słodkich leśnych jagód, lecz niestety czas mnie nagli. Spytam więc ja lepiej: którędy do wsi? Słyszałem, iż jest jaka w okolicy; to właśnie do niej się kieruję. - Oczywiście, już ci mówię, kochanieńki. – Z każdym słowem baby narastało w nim nieodparte wrażenie, że ta chce się go co prędzej pozbyć. – Kiedy ścieżka, którą pewno szedłeś już wcześniej, dojdzie do rozstajów, skręć w prawo i tak rób na każdych następnych, jakie napotkasz. Coś jeszcze chcesz wiedzieć? – spytała głosem tak słodkim, że aż go zemdliło. - Dziękuję, to wszystko. A teraz, ponieważ - jak mówiłem - czas mnie nagli, żegnam szanowną nestorkę. – Skłonił głowę i co prędzej się oddalił. Jednak już po parunastu krokach miał dziwne odczucie, że staruszka wraz z tym drugim znów podjęli swoją dysputę; przezornie zostawił oboje za sobą. Jął też jeszcze szybciej przebierać nogami, przez co zaraz dotarł do rozstajów, o których mówiła baba. I tu na chwilę przystanął, by się namyślić. Nie wiedział bowiem, czy jej ufać – z jednej strony, nawet gdyby chciała zachować pozory niewinności (choć Willi nie miał najmniejszego pojęcia, na czym miałaby polegać jej wina – po prostu ją czuł), to nie na rękę byłoby jej oszukiwać go w chwili, w której mogła już być pewna, że dał się zwieść jej obłudzie – w razie, gdyby się zorientował, cała jej intryga po prostu zakończyłaby się fiaskiem. Z resztą… co mogłoby się stać, gdyby poszedł tą prawą odnogą? Przecież ta seniorka ledwie dźwigała swój koszyk, więc trudno od niej oczekiwać, by podołała w walce z młodym i wysportowanym mężczyzną, w dodatku uzbrojonym w miecz. I wtedy przypomniał sobie ten drugi głos… aż mu ciarki przebiegły po plecach. Wyobraźnia zawtórowała serią koszmarnych obrazów, przebłysków z dzieciństwa, gdy raz miał w ręku księgę o potworach; „Strzygoń” głosił podpis pod jednym z nich. Kiedy zamrugał oczami, te jednak znikły. Zaraz naszła go inna myśl: a może miał tu zostać i się zastanawiać, aż ktoś zakradnie się od tyłu i… a może, a może… To podziałało jak impuls. Bezwiednie skręcił w prawą odnogę i nim się obejrzał, był już na polach, na których, porozrzucane bezładnie, stały wiejskie chałupy, skupiające się na wschodzie wokół niewielkiego placu. Wszystkie rzucały wydłużone cienie w jego stronę, jakby macki, chcące sięgnąć po jego duszę… wzdrygnął się na samą myśl o tym. Na wprost, tuż nad horyzontem, zachodziła Gwiazda Dnia; niebo wokół niej mieniło się w barwach różu. Płynęły po nim leniwie niewielkie obłoczki, przypominające owce, wypasane na niebiańskich łanach przez pasterzy-gwiazdy, którzy już powoli wychodzili ze swoich kryjówek na wschodzie. Ponieważ teren był pagórkowaty, a las znajdował się na jednym ze wzgórz, by dotrzeć do wioski, Willi musiał zejść po stromym zboczu.

Stawiając ostrożne kroki, myślał o tym, co go tu sprowadziło. Przede wszystkim chudnąca w oczach kiesa – bez niej trudno było przeżyć choć jeden dzień, a jej teraźniejsza zawartość pozwalała może na wykarmienie kwoki, lecz nie dorosłego mężczyzny. Dalej do działania pchało go pragnienie przygód: odkąd tylko opuścił sierociniec, co miało miejsce już trzy lata temu, chciał walczyć z potworami, zbójcami i wszelkimi nieprawymi tego świata. Kupił nawet prostą skórznię, w którą dziś się odział, a także ostry, stalowy miecz – ten jak dotąd kosztował go najwięcej. Co tu ukrywać – jak każdy młodzieniec w jego wieku marzył o przyszłości rycerza i paladyna, świętego wojownika. Chciał, by bardowie śpiewali {i}chansons de geste{/i}, pieśni o czynach, jego czynach. A teraz będzie miał okazję dowieść, że jest wart tych ballad. Tymczasem, gdy tak rozmyślał, zrobiło się już całkiem ciemno, a Księżyc wypełzł na niebo, kryjąc się za chmurami. Willi mijał opuszczone pola oraz kryte strzechą wiejskie chałupy, w których okiennicach, przysłoniętych błoną, drżały słabe płomyki świec. On również drżał – teraz do ciemności doszło jeszcze zimno - a jego oddech zamienił się w parę.

Wtem usłyszał podniesione głosy na ściernisku po lewej; dojrzał także kilka pochylonych sylwetek, przemykających po ciemku w tę i we w tę. Zbliżył się i zrozumiał. Ściernisko pełne było padlinożerców. I to zarówno tych ludzkich, jak obdarte kocmołuchy, klęczące na zamarzniętej ziemi i wygrzebujące skostniałymi paluchami resztki plonów, jak i tych ptasich, reprezentowanych przez buszujące wśród ugoru wrony. Zarówno tych, jak i tych próbował przegonić batogiem jakiś waligóra, odziany w poplamiony skórzany fartuch i nieogolony. - Won mi stąd, smoluchy! – krzyczał abnegat, akcentując każde słowo trzaskiem bicza. – Won! Słyszeliście? Czy kradniecie też słowa? – Willi zmarszczył czoło i położył rękę na głowni miecza, poprawiając jednocześnie ułożenie skórznia. Ponieważ i jemu zdarzyło się głodować, sam dobrze wiedział, co to znaczy. Z tego i z jeszcze jednego powodu – chciał od razu zyskać sobie dobrą sławę w okolicach – postanowił przeszkodzić drabowi w jego niecnym procederze. - Hejże! – zawołał, gdy tamten podniósł jednego z biedaków za frak i zaczął ryczeć mu w twarz. – Puść go, wielkoludzie! Cóż on ci uczynił? – Wysoki jak chmielowa tyka grubas obrócił się, świecąc czerwonym z wściekłości licem i wodząc kaprawymi oczyma po okolicy; widocznie szukał źródła sprzeciwu. I gdy już je dostrzegł, odrzucił obdartusa na bok, po czym ruszył w stronę Willego, zatrzymując się tuż przy nim. - Chciałeś coś, mały? – wycedził drab, zionąc czosnkiem, zmieszanym z wonią przetrawionego samogonu. Junak cofnął się mimowolnie, starając się nie zważać na smród. Poprawił pas raz jeszcze, tak aby miecz w razie czego mógł się szybciej wysunąć. Był to zabieg, którego nauczył go stary Galfin, jego mentor przez ostatnie trzy lata. Galfin był tak biednym rycerzem, że nie miał nawet na chleb i musiał zarabiać na uczeniu chłopców z ulicy, chłopców takich jak Willi. Oprócz sztuki władania bronią starzec dał mu też podstawową wiedzę z retoryki. Chwat miał teraz nadzieję, że będzie musiał użyć tylko tej drugiej… - Mówiłem, żebyś ich zostawił. – Na te słowa grubas roześmiał się, ukazując gnijącą klawiaturę zębów, co spotęgowało smród. Nagle jednak spoważniał: - Grozisz mi? - Tylko jeśli zajdzie taka potrzeba. Pamiętaj, że zacząłem od prośby. – Palce Willego rozpoczęły nerwowy taniec nad rękojeścią miecza, dyktowany przez melodię, którą zna każdy wojownik. Melodię śmierci. - Ty… - Dryblas wzdrygnął się lekko. Dla junaka był to wyraźny sygnał tego, co zaraz nastąpi. I co nastąpiło. Bicz przeciął powietrze, nie napotykając jednak żadnego oporu. Willi wywinął się zręcznie, zanurkował pod potężnym ramieniem tamtego i gdy znalazł się za jego plecami, mógł pozwolić sobie wreszcie na dobycie miecza. Stal szczęknęła złowrogo; surowy brzeszczot zalśnił w świetle Księżyca. Gdy jednak chwat wznosił go do ciosu, coś owinęło się wokół jego ręki i pociągnęło ku sobie niczym sztandar wroga. Poczuł mocne uderzenie, od którego zrobiło mu się czarno przed oczami. Natychmiast spadły nań ciosy nahaja. - Spokój! Igor, zostaw go, do kurwy nędzy! To jakiś herbowy! – usłyszał, nim zapadł się w ciemność… głupoty ludzkiej. - N-nie jesthem żadhen herpofy! – zawołał z ustami pełnymi krwi i już w następnej chwili żałował swoich słów, gdyż ciosy tylko się nasiliły. - Mówiłem: zostaw go, do cholery! - Bicz przeciął mu twarz bólem po raz ostatni, po czym wreszcie odpuścił. Chwat natychmiast obrócił się na bok, by wypluć krew i spojrzeć koso na nowoprzybyłego. Tamten odwzajemnił spojrzenie spod skórzanego czepca, opadającego mu na czoło, po czym wskazał go biczem, którym dopiero co go powalił. - A teraz pomóż mu wstać – rzekł do dryblasa, nazwanego przezeń Igorem. - Żyjesz, młody? Bardzo cię poturbował? A tak w ogóle, to na cholerę rzucałeś się na taką górę mięcha jak Igor? – zwrócił się już do chłopaka. - Chciał przegonić tamtych – Willi powiódł ręką wokoło, gdy nagle zorientował się, że na rżysku poza nimi nie ma nikogo. - Jakich tamtych? – Pytanie było bardziej skierowane do draba, więc to on pierwszy na nie odpowiedział, drapiąc się po głowie: - Aaa, takich tam kocmołuchów, co se w ziemi grzebali i plony kradli. – Chłopak jednak rzekł: - Biedaków, którzy przyszli, by pożywić się porzuconymi płodami ziemi. On chciał im w tym przeszkodzić. Mogę wiedzieć, z czyjego rozkazu? – Powoli odzyskiwał rezon, lecz wciąż nie na tyle, by wstać. Gdy jednak waligóra podszedł i chciał pomóc mu się podnieść, splunął na jego rękę. Tamten zaklął. - Patrz, ocharał mnie! - Później poskarżysz się mamie. A rozkazy wyszły od sołtysa tej wsi, mały. Sprzeciwiając się im, łamiesz prawo, które tu panuje. Masz coś na swoją obronę? – powiedział ten drugi, poklepując się znacząco po sakiewce. Junak westchnął, odpinając swój trzos od skórznia, po czym rzucił go pod nogi mężczyzny. Tamten schylił się i, nie zaglądając nawet do środka, zamaszystym ruchem podniósł go i schował do kieszeni. – Teraz pójdziesz z nami – zawyrokował. – A jakbyś chciał kiedyś opowiedzieć komuś o swojej przygodzie, to wspomnij, że wybawił cię Ulryk. – Willi podniósł się chwiejnie na nogi, wspierając się na rękojeści miecza, którego klinga za chwilę miała znaleźć się w pochwie. Chwat skinął dotąd bezimiennemu wybawcy, by go poprowadził. Wszyscy trzej zanurzyli się w noc.

***

- Więc mówisz, że to on pierwszy zaatakował? – spytał sołtys, nalewając piwa do dwóch cynowych kufli. Willi przyjął jeden z nich, z trudem obejmując go zesztywniałymi na mrozie palcami. Pociągnął łyk ciemnego trunku; w smaku był słodko-gorzki. - Ja nie mówię. Tak po prostu było. – Odczuwał zbyt duże zmęczenie, by kłócić się teraz z mężczyzną, zwłaszcza mając przed sobą suto zastawiony stół. Wiedział jednak, że ten nie wziął się znikąd; wszak trafił tu jako więzień, a nie jako kumotr zarządcy. Pozostawało jedynie zagadką, jaki interes będzie miał ów człek do niego. Miał nadzieję, że dobrze płatny, gdyż łapówka dla strażnika była wszystkim, co posiadał. - Nawet gdybym ci uwierzył, to wciąż nie wiem, o co wam poszło. – Junak parsknął z niezadowoleniem, jednak tym razem już się nie wzbraniał przed zdaniem relacji. Wcześniejsze opory motywował tym, iż prędzej dostanie pracę, jeśli będzie sprawiał wrażenie człowieka pozbawionego skrupułów. Czasy były takie, że niestety wymagały takich postaw, zwłaszcza przy odwalaniu jakiejś fuchy. - Pański człowiek rzucił się na mnie, bo próbowałem go powstrzymać przed linczem na niewinnych biedakach, którzy chcieli się pożywić resztkami plonów, nim te całkowicie zgniją. – Modlił się w duchu, by tymi słowami nie zaprzepaścił sobie szansy, jaka właśnie się przed nim otwarła. Na szczęście sołtys tylko się roześmiał i poklepał go dobrodusznie po ramieniu. - Zuch chłopak! – zawołał, wyraźnie podchmielony. – Wyobraź sobie, że właśnie kogoś takiego mi trzeba. – Jakbym sobie nigdy tego nie wyobrażał - pomyślał gorzko Willi. Uzewnętrznił to jednak w zupełnie inny sposób, udając sztuczne zainteresowanie: - Tak? – Uniósł teatralnie obydwie brwi. Rzeczywiście, cynicy mają największe branie – zdziwił się już w myślach, gdy na twarzy zarządcy wykwitł szelmowski uśmiech. Człek ów cały emanował tępym zadowoleniem. - A, bo jest taka sprawa mała… - Oczywiście w tym momencie musiał dolać piwa - stwierdził junak. - Ludzie giną w okolicy. – Przy tych słowach już spoważniał. - Ponieważ?... – Próbował zmusić mięśnie twarzy, by przybrały bardziej sardoniczny wyraz. Udało się. Punkt dla niego. Sołtys był zmieszany jak chrzczone wino. - Ponieważ… no, bestyjka chyba się trafiła. Nie chyba. Ani chybi. W pobliskim lesie siedzi. A ludzie znikają już ze dwa roczki… - Na wieść o bestii chłopak zastrzygł uszami. Wszystko wskazywało na to, że jego rycerska przyszłość nadchodziła wielkimi krokami… - Wielu… wielu już wysłaliście? Na potwora? – spytał, nim zdążył ugryźć się w język. Modlił się, by sołtys nie dostrzegł tej nuty tchórzostwa. Wtedy jego poza runie jak zamek z kart… - Czy wielu? Paru było… ale żaden taki dostojny mąż, jak wy! – Ciekawe, czy mówiłeś to samo tym poprzednim, draniu – zadrwił Willi w myślach. - A zapłata? – Wyciągnął nogi przed siebie, by dać pozór swojemu zadufaniu. - Będzie duża zapłata! – zapewnił go tamten gorączkowo. – W złocie! Ale na razie nic się nie przejmujcie, tylko cieszcie moją gościną. Możecie tu zostać, ile chcecie, zanim wyruszycie, by rozwiązać sprawę. Mój dom jest waszym do… - Wolnego, wolnego... jeszcze nic nie rzekłem – przerwał mu chłopak znudzonym, ale stanowczym tonem. - Oczywiście. – Żyła na skroni sołtysa zapulsowała; cały oblał się rumieńcem, a jego pot dał się czuć nawet na drugim końcu stołu, czyli tam, gdzie siedział Willi. Widać było, że ledwie powstrzymuje się od tego, by nie rzucić się na kolana i nie zacząć wznosić błagalnych modłów na jego cześć… dla junaka było to jak najbardziej na rękę. Im bardziej skołuje kontrahenta, tym więcej złotych jaj zdoła wyrwać z jego gniazda. Pod tym względem lata życia na ulicy, przez które chwat musiał przejść, zdawały się być najwspanialszą inwestycją na przyszłość. - Ile dacie? – postawił sprawę jasno. Zarządca nie wytrzymał: - Ile chcecie! Sto! Dwieście! Tysiąc! Mogę nawet dziewkę wam podesłać, by ogrzała łoże! Tylko błagam, zgódźcie się! – Spod nadproża drzwi do izby wyglądały twarze jego milicji, które widać od dłuższego czasu przysłuchiwały się ich rozmowie; one też błagały. Willi westchnął jakby od niechcenia i odchylił się na rzeźbionym krześle, które pewnie kosztowało majątek. Westchnął jeszcze raz i rzekł: - Dobrze, zgładzę wam tego potwora. Tylko jak złamiecie choć jeden z warunków… powiedzmy, że mój ojciec ma swe lenna tuż za lasem. Jeśli złożę mu na was donos, jego ludzie będą tutaj, zanim wy w ogóle zorientujecie się, że mnie nie ma. A wtedy z tej wsi nie zostanie kamień na kamieniu. Czy raczej – rozejrzał się ostentacyjnie wokoło – deska na desce. – Było to oczywistą nieprawdą, ale z doświadczenia wiedział, że sołtysów mało interesuje, pod czyją jurysdykcją się znajdują. Ważne, by danina była mała. - I dziewka ma być wymyta, inaczej zaszlachtuję ją jak brudną świnię – dodał, już wstając. Na każde z jego słów kontrahent głośno przytakiwał. – Najlepiej przyślijcie mi ją zaraz, bom zmarzlak. – Gdy ruszył w stronę drzwi do izby, mały tłumek, który przy nich stał, rozstąpił się jak trawy pod naporem wiatru. Gdy zaś mijał go bezpośrednio, czuł na sobie wiele spojrzeń. Spojrzeń życzliwych, neutralnych i wrogich; ale jednego mógł być pewien. Wszedł tu jako więzień. Wyszedł jako pan.

***

Gdy dziewka przyszła o umówionej porze, odesłał ją, nie uraczając choćby jednym spojrzeniem. Tego się nie spodziewała, lecz oczywiście nie stawiała oporu. On zaś wiedział, że przyszłemu rycerzowi cudzołóstwo nie przystoi, a człowiekowi, którego rolę musiał odegrać przed chwilą – jak najbardziej. Na szczęście otrząsnął się już ze złowrogiego stanu, jaki pozostawiła w nim ta chwilowa zmiana tożsamości. Choć udawana, bolała równie mocno jak prawdziwa. Przez chwilę nawet miał wyrzuty sumienia: z jednej strony wiedział, że nie miał wyboru, jeśli chciał przeżyć i zapewnić sobie lepszą przyszłość, ale z drugiej – po prostu coś w nim krzyczało, kiedy widział twarz sołtysa, posłuszną i przerażoną. Rozebrał się i już miał kłaść się spać, gdy nagle zdał sobie sprawę, że skądś zna tego człowieka. Było to mgliste uczucie, nie do końca dla niego jasne, a jednak tak mocne, że czuł, jakby właśnie oszukał kogoś bliskiego. Zadrżał na tę myśl. Gdy naciągał na siebie wełniany koc, pierwsze promienie słońca wyglądały już zza okna.

***

Większość swojego życia Willi spędził w sierocińcu, a pozostałą jego część – na włóczędze; od dziecka czuł się jak prawdziwy {i}homo viator{/i}. Nic więc dziwnego, że gdy zobaczył śniadaniowy stół, wprost oniemiał z wrażenia. To, czym uraczono go przy kolacji, było niczym w porównaniu do tego, co miał spożyć teraz. Deski blatu uginały się od wiejskich specjałów: były tam bochny świeżo wypieczonego chleba, były michy twarogu, były stosy kurzych i gęsich jaj, był też dorodny kapłon o skórce tak wypieczonej, że zdawała się chrupać pod samym spojrzeniem. Do dań serwowanych na zimno zaliczyć można było jeszcze wianek grubej kiełbasy, szynkę, marynowane śledzie, michę kapusty kiszonej oraz kaczkę w miodzie. Oprócz tego sołtys kazał wytoczyć beczkę wina, którym raczyli się wszyscy zebrani: głównie ludzie z jego milicji, paru nadzianych bamberów oraz ich kobiety wraz z kudłatymi dziećmi, których krzyki próbował zagłuszyć jakiś wędrowny bard, serwujący z kąta izby wesołe melodie. Ot, sielanka, sielanka i jeszcze raz sielanka. Junak nie ukrywał, że lubi sielankę.

Natychmiast kazał sobie nałożyć kapłona, którego zagryzał teraz jeszcze ciepłym chlebem. Zastanawiał się przy tym, czy sołtys musiał zatrudnić specjalnego kucharza, by to przygotował, czy też posiadał takiego na co dzień. Jeśli to ta pierwsza opcja była prawdziwa, to mógł być pewien, że na poszukiwaniach delikwent spędził całą noc. Świadczyłyby o tym jego podkrążone oczy i nieświeży wygląd, jakby zarządca w ogóle nie spał. Nie umknął też uwadze Willego brak jakiejkolwiek jego rodziny przy stole, mimo że charakter uczty był wybitnie odświętny. Postanowił zagadać, częściowo przez to, że wciąż czuł wyrzuty za wczorajszą rozmowę; może miał nadzieję jakoś to zrekompensować. Widział, że choć sala była przepełniona, sołtys siedział praktycznie sam. Dziwiło to przy jego randze. - Długo już sprawujecie swój urząd? – zagaił. - Będzie z dwadzieścia lat – odparł mężczyzna ponuro. - Czyli prawie tyle, ile chodzę po tym świecie. Tak, to dużo. Słyszałem, że ludzie na pańskim zawodzie nie utrzymują się dłużej jak przez dekadę. Ponoć wielu jest takich, którzy lubią innym podcinać stołki… - Tym razem Willi postanowił zrezygnować z pozy, którą wcześniej przyjął. Nie była już potrzebna, skoro dobili targu; nie wiedział też, czy byłby w stanie jeszcze ją wytrzymać. Zarządca z kolei ożywił się: - Niee, u nas, w Siole Starym, spokojnie się żyje. Nikt nikomu nie nastręcza kłopotów, bo i nikt nie ma po temu interesu. Jak komu lemiesz stępieje, to zara mu drugi swojego użyczy. A jak komu bydło zachoruje na nosaciznę, to ferwor jest na całą wioskę. Każdy z każdym tu pije, panie. Może to przez potwora; wszak nieszczęście jednoczy. - Może… - Willi zamyślił się. Jak niewiele potrzeba ludziom do szczęścia… po co więc ten cały trud? Po co być rycerzem? By dążyć ku złudnej chwale? I co ona mu da? Czy naprawi zepsuty pług? Czy wyleczy mu bydło? Ale nie. On się nie da zaprzęgnąć do pługa. Na samą myśl o tym poczuł ukłucie wstydu. Nie możesz tak myśleć – skarcił się. Nie możesz, bo ten los jest ci pisany. Dotąd cały czas to czułeś, więc tak musi być. Nie ma już odwrotu. Wczoraj podpisałeś swój wyrok. Klamka zapadła. A teraz albo go wykonasz, albo zginiesz.

***

Popas trwał jeszcze cztery długie dni. Podczas nich Willi niewiele robił; może to dlatego tak mu się dłużyły. Piątego czuł jednak, że to już jest ten. Nie tylko on; obaj z sołtysem jakby zrozumieli się bez słów, ponieważ gdy wyszedł przed jego sadybę, czekał tam na niego osiodłany karosz, nadymając niecierpliwie chrapy. Dosiadł go bez słowa i już miał się kierować w stronę lasu, gdy nagle usłyszał głos za plecami: - Poczekajcie, panie! – Był to oczywiście sołtys. W rękach trzymał dwa spore kielichy, w których chlupotało wino. Podszedłszy, podał jeden z nich junakowi. – Nie idzie tak bez strzemiennego – objaśnił z zadowoleniem. – Jak ci na imię? - Willi. – Ledwie zauważalny skurcz przebiegł po twarzy zarządcy, ścierając z niej na chwilę uśmiech. Po chwili ten wrócił, lecz wyraźnie wymuszony. - Więc za twoje powodzenie, Willi. – Wypili w milczeniu, zgodnie z tradycją ostatni łyk wylewając sobie przez lewe ramię, by napoić nim złe duchy. Miało to odgonić pecha i tym samym zapewnić wędrowcom bezpieczną podróż. Gdy ta była zapewniona, chwat postanowił jeszcze o coś zapytać: - Mości sołtysie… - zaczął. Zastanawiał się, jak sformułować to pytanie, aby nie wyjść zrazu na idiotę. Choć pewnie nie będzie mu dane zbyt długo cieszyć się tą opinią… postanowił więc spróbować: – Kiedy tu jechałem, jeszcze w lesie… spotkałem jakąś starszą kobietę. I może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ona z kimś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych