Dybuk
Druga połowa lat czterdziestych XX wieku. Młody, zagubiony chłopak szuka wsparcia w nowej powojennej rzeczywistości. Ku swojemu zdziwieniu, odnajduje je w starszym, zdziwaczałym Żydzie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Słońce już mocno grzało, odsłaniając ukryte pod śnieżną kołdrą śmieci, brud i ekskrementy. My tymczasem delektowaliśmy się słoneczną pogodą i lekkim wietrzykiem,niosącym ze sobą nieprzyjemną woń odchodów. Tak, dobrze zapamiętałem zapach tego przedwiośnia. Siedziałem oparty o brzeg niestarannie zbitej z desek piaskownicy. Odmówiłem wyciągniętego w moją stronę papierosa, wywołując salwę głupkowatego śmiechu. Świętoszek, tak mnie nazywali. Nie paliłem, nie wydurniałem się, nie kląłem. Mało też rozmawiałem. Szczególnie z moimi szumnie zwanymi kolegami. Ale, szczerze mówiąc, wolałem już spędzać czas z nimi niż siedzieć w domu i znosić obecność mojego dziadka. - Oho, już jest – mruknął Kajut, wskazując papierosem niewysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Wyszedł z klatki schodowej mojej kamienicy. Niewiele widziałem z tej odległości, ale nie powiem, żeby szczególnie czymś się wyróżniał. Ot, zwyczajny facecik koło sześćdziesiątki. Włosy i bujną brodę miał jak smoła. Utykał lekko na prawą nogę. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. - Ze trzeci raz go widzę – rzucił Licho, wypuszczając z nozdrzy drażniący dym. Zakaszlałem, czując, jak wnika do moich płuc. - Świętoszek, znasz go? - spytał Zdun. Jego z tej trójki lubiłem najmniej. Miał coś drapieżnego w swoim wyglądzie. Czułem się nieswojo, patrząc w jego bystre i złe oczy. Instynkt mówił mi, że pod jego wargami ujrzę ostre jak noże kły. Taki to był człowiek. - Z twojej kamienicy wyszedł. Wzruszyłem ramionami. Obserwowałem spode łba tego niczym niewyróżniającego się człowieka. Nie miał w sobie absolutnie nic nadzwyczajnego. Mimo to... - Mówią, że to Żyd – Licho wstał i ściągnął usta. Złożył ręce wzdłuż boków i zaczał się bujać w przód i w tył. Kajut parsknął. - Albo Żydomason – podłapał Kajut. Zaserwował Lichowi kuksańca. Ten nie pozostał mu dłużny. Zdun przyglądał się druhom z politowaniem. - Jak dzieci – mruknął. Skinąłem mu głową. Wtedy zbliżył usta do mojego ucha: - Obserwuj go – szepnął, a mnie przeszły ciarki po plecach. To był ton myśliwego wyczekującego na zdobycz. - Mnie się ten Żyd nie podoba. Lepiej, żeby nie wchodził mi w paradę. Spojrzał mi głęboko w oczy. Przełknąłem głośno ślinę; nim zdążyłem zareagować, chwycił kamratów za poły i otrzepał ich z piasku. - Ogarnijcie się, bo matki was do domów nie wpuszczą – uśmiechnął się tak bardzo zwierzęco. Przypominał mi wilka: był szybki, ale jednocześnie ostrożny, cierpliwie czekający na najlżejszy ruch ofiary. I przede wszystkim cholernie bystry. Niedobre połączenie. Szczerze mówiąc, bałem się go. Człowieczek przechadzał się powoli po zielonym skwerze, jakby żył w zupełnie innym świecie.
- Z miesiąc temu się wprowadził – babcia nałożyła na talerz kilka rozgotowanych pierogów z kapustą. - Mówią, że przyjechał ze wschodu, ale Polak. - podrapała się po siwej głowie. - Nie, polski Żyd, tak mówią. Usiadła w fotelu. Odetchnęła przeciągle; straszny miała problem z nogami i bardzo szybko się męczyła. Współczułem jej: cały dom miała na głowie, a ledwo już kulosami ruszała. Gdy tylko mogłem, pomagałem jej, ale wiedziałem, że ile bym z siebie nie dał, to była to tylko kropla w morzu jej potrzeb. Mimo to dzielnie znosiła swój los i prawie codziennie chodziła uśmiechnięta. - Powiem ci coś – poczekała jeszcze chwilę, aż oddech zupełnie się uspokoił. - Dziwny jest ten stary Żyd. Mało kiedy wychodzi ze swojego mieszkania, a z zakupami to go nikt jeszcze nie widział. Nie rozmawia z nikim, czasami skinie głową jakiejś sąsiadce, aż mu się pejsy zatrzęsą, i znowu znika . Chciała mi powiedzieć coś jeszcze, choć kończąc zdanie zamknęła oczy – ot, jakby nagle straciła całe zainteresowanie tematem i doszła do wniosku, że już nadeszła pora drzemki. Za dobrze ją jednak znałem i doskonale wiedziałem, że nasza niepisana umowa mówiła, że muszę teraz cierpliwie czekać, aż zacznie mówić. W końcu odezwała się: - Słyszałam od właściciela kamienicy, że go straszna tragedia spotkała. Jak Niemcy przyszli, to mu ponoć całą rodzinę zabrali. On skądś wracał, do domu przyszedł, a tam nikogo już nie było. Śladu pono żadnego nawet. Chodził po wsi, pytał, ale nikt nic nie wiedział, albo powiedzieć nie chciał. Kogo by los Żyda interesował? - czajnik zagwizdał. Wstałem szybko i zalałem wrzątkiem dwie szklanki z herbatą. - Powiedzieli mu w końcu, że Germańce zabrali jego rodzinę i wiele innych osób. Po wszystkich słuch zaginął. Ruszył sam na zachód, ludzie dobrej woli pomagali mu jak mogli. Pod gołym niebem spał nieraz, Niemcom uciekał, a jego zajmowało tylko to, gdzie jest jego rodzina. Żona i troje dzieci, tak mówił kamienicznik. Ucichła. Pociągnąłem łyk ciepłej herbaty. - Później o obozach śmierci usłyszał. Chciał się do jakiegoś dostać. Mówili mu, że oszalał, że Żydów biorą i z dymem puszczają, że na pewną śmierć idzie. A on dalej nic, tylko że chce do obozu, że mają go wydać, że jak tego nie zrobią, to sam się do Niemców zgłosi. Na dobrych ludzi musiał trafić, bo mu nie pozwolili. Bo ja wiem, siłą go trzymali chyba. Do końca wojny z nimi mieszkał, a jak Niemcy się poddali i całe te ich zbrodnie na jaw wyszły, to coś w nim pękło. - Podniosła głowę, a na jej twarzy malowała się niepewność. - On chyba wolał, jakby go wtedy byli z rodziną jego zabrali. Bo i na co mu takie życie?.. Bez miłości, bez bliskich, wiedząc, że nawet się z nimi pożegnać nie zdążyło, że za rzadko mówiło się, jak się ich kocha... Nie wiem, co go tak przy życiu jeszcze trzyma mocno. Przygryzłem dolną wargę. Spróbowałem przypomnieć sobie jak wyglądał. Starszy pan, z potężną rozłożystą brodą. Szczupły i kulawy. Mimo to chodził bez laski, a raczej krążył, wydawałoby się, bez celu po podwórku. Dopiłem herbatę i przeniosłem w końcu uwagę na talerz zimnych już pierogów.
Zbudził mnie brzęk tłuczonego szkła. Nieprzytomny rozejrzałem się wokół, szukając źródła dźwięku. Przez niedomknięte drzwi wlewało się światło z dużego pokoju. Wybiegłem ze swojej sypialni. - Szszszego chseszszsz, gnoju.... - dziadek chwiał się, próbując oprzeć się o szafkę kuchenną. W pomieszczeniu unosił się zapach alkoholu. Na ziemi leżały kawałki rozbitego szkła. Podniósł swój zapijaczony wzrok. Spojrzał na mnie. Poruszał bezgłośnie ustami, zupełnie, jakby ćwiczył przemowę. - Widziszszsz, ssso zrobiłeśśśś, głupi gnoju... - głowa chybotała mu się z lewa do prawa – Butelchę mi ssstukłeś, k-kretynie... Byłem przyzwyczajony do tego typu występów. Wycofałem się, starając się nie zwracać uwagi na jego bełkot. - N-nie ssskończyłem z tobą, szszczyluuu!... - krzyknął za mną. - Wrassaj tu!.. - wskazał mnie palcem. Stanąłem w drzwiach do swojego pokoju, spoglądając w ciemność. - Nic nie zro... - Zzzamknij t-ten głupi pysssk!... - matko, nie pamiętałem, kiedy ostatnio tak się zachowywał. - Cieszszsz się, żże...żżże t-ta stara k-kurwa cię przrzygarnęła... G-gdyby to ode mnie zzzależało, t-to byśśś n-nigdy tu nie zzzzamieszkał, ty gnoju... - Nie mów tak o babci... - ZZZZAMKNIJ SIĘ! - ryknął. - Ja jużżż w-w-wychowałem k-kogo miałem w-wy..wychować.. Nie szszeba mi k-kolejnego b-b-bachora...- Poczułem łzy napływające do oczu. Dłonie same zacisnęły mi się w pięści. Musiałem zamknąć oczy, żeby usunąć sprzed nich łzawą mgłę. - Sssso z ciebie zzza męż..męższyzna... - czknął. I nagle runął na ziemię jak długi. Po kilku sekundach słyszałem już tylko chrapanie. A ja stałem tak, trzęsąc się z nerwów. Próbowałem się uspokoić, biorąc kilka głębokich wdechów, ale spazmy płaczu przechodziły przez całe moje ciało. Wybiegłem z mieszkania. Przyklęknąłem na klatce schodowej i zacząłem ryczeć. Nie ma na świecie bardziej żałosnego widoku niż płaczący mężczyzna. A ja płakałem. Wylewałem z siebie galony łez, ale nie mogłem przestać. Dusiłem się płaczem, połykałem nerwowo powietrze razem ze łzami. W końcu się uspokoiłem. Rozejrzałem się nieprzytomnie po klatce schodowej. Zacząłem dygotać z zimna. I wtedy chwycił mnie za dłoń. Bez słowa zaprowadził do swojego mieszkania i zrobił ciepłą, bardzo słodką herbatę. I tak się to wszystko zaczęło.
Dziwne było to jego mieszkanie. Żeby się do niego przyzwyczaić, potrzebowałem nieco czasu. Na ścianach wisiały ramy z namalowanymi niebieską farbą hebrajskimi literami. Przyjrzałem się kiedyś jednej z nich i odkryłem, że papier, na którym zostały napisane, musi być już bardzo stary – cały był pożółkły i wytarty. Poza tym powietrze bardzo intensywnie pachniało cynamonem. Na początku nie mogłem się do tego zupełnie przyzwyczaić – mdliło mnie, gdy tylko poczułem jego charakterystyczną woń. - Na duchy – wyjaśnił mi, gdy któregoś razu poprosiłem o otwarcie okna. Zawsze pozostawały zamknięte. - Jak okno otworzę, to zaraz wlecą. Pomyślą, że je zapraszam i wejdą w ściany. Cynamon i niebieskie słowa mówią im, że nie jestem hejmloz. Hejmloz – czyli bezdomny. Czasami nawet nie zauważał, kiedy przechodził na jidysz. Lubiłem słuchać ten język. Brzmiał jakby ktoś chciał powiedzieć coś po niemiecku, nie znając ani jednego niemieckiego słowa. Spędzałem z Jochem – bo tak brzmiało jego imię - dużo czasu. Pozwalał mi uciec od tego, co działo się u mnie w domu. Ciężko mi jednak powiedzieć, czy lubił moje towarzystwo. Wydawał się zawsze nieobecny. Czasem mogłem mówić do niego godzinami, a on tylko mruczał coś pod nosem. Pewnie odprawiał swoje czary. Nie o naiwność czy zabobony tu chodziło. Joche sprawiał wrażenie, jakby nie był częścią tego brudnego materialnego świata. Oddychał i jadł jak każdy z nas, ale codzienność była dla niego nieistotnym szczegółem. Żył według własnych reguł, pamiętając o tym, by przed wyjściem z mieszkania ukłonić się mieszkaniu i napluć na framugę, a wracając ucałować drzwi frontowe i dotknąć każde z okien. Przyrządzenie i zjedzenie obiadu było dla niego rytuałem. Wiedział, jak trzymać przy sobie dobre duchy, a jak rozpoznawać diabły. Każdy, nawet najdrobniejszy jego ruch okazywał się być częścią jakiegoś niezrozumiałego dla mnie obrządku, w którym czasem nawet mimowolnie uczestniczyłem. To nie była kwestia wiary. Nie interesowało go, czy ja albo ktokolwiek inny wierzy w te jego żydowskie duchy. Dla niego ich obecność była równie oczywista jak dla nas fakt, że Ziemia krąży wokół Słońca. Nie można wątpić w to, czego jest się częścią. Nie próbowałem więc z nim nawet dyskutować na temat słuszności jego wierzeń. Nie wiem dlaczego tak go…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Jerod
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…