Dzieci Elfów (odc 2 po lekkiej korekcie)
Historia rozwija się powoli. Andrzej poznaje nianię Tolkiena. Ta część to głównie dialogi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
II Dni mijały a Henry Shellfield się nie pokazywał. Andrzej niecierpliwie czekał na przyjaciela. Tymczasem wokół niego działy się historyczne wydarzenia, które miały wpływ także na ich rodzinę. Był koniec kwietnia 2004 roku i już za kilka dni Polska- jego ojczyzna- miała wejść do Unii Europejskiej. Rodzice Andrzeja bardzo to przeżywali. Wszyscy znajomi Polacy z okolicy zastanawiali się jak to teraz będzie móc podróżować bez wiz do ojczyzny i z powrotem. Rodzina Kolanowskich postanowiła uczcić tą wiekopomną datę zaproszeniem babci do siebie do Henley. Alicja i Wiktor przygotowywali się z przejęciem i dzięki temu nie zauważyli rozkojarzenia starszego syna. Tymczasem wrażenia z tamtego poranka zbladły i chłopiec jak typowy 10-ciolatek, z entuzjazmem dał się pochłonąć bieżącym sprawom. Wujek Henry przyszedł dopiero dzień przed przyjazdem babci. Andrzejowi momentalnie odżyły wszystkie wrażenia i roziskrzonym wzrokiem wpatrywał się w swojego ‘mentora’. Henry jak gdyby nic się nie stało, spokojnie zapytał Wiktora czy może zabrać chłopca na obiecaną ‘lekcję angielskiego’. Rodzice zajęci planowaniem gdzie zabiorą babcię i co jej pokażą, chętnie wypuścili starszego syna, pozwalając aby wrócił dopiero na lunch. Henry po wyjściu z domu państwa Kolanowskich równym marszem wytrawnego piechura szybko zostawił za sobą wąskie uliczki Heleny i od razu ruszył w stronę lesistych wzgórz. -Idziemy znowu wnikać w zwierzęta?- spytał podekscytowany Andrzej. -Nie, tym razem zapraszam cię do mojego domu. Mam dla ciebie niespodziankę. Henry mieszkał w Fawley Park, w pewnym oddaleniu od bogatych rezydencji, w miejscu gdzie żwirowana polna droga przechodziła w szosę biegnącą wprost do Fawley Court. Jego dom był skromnym parterowym budynkiem krytym gontem z przeszklonym patio i miniaturowym ogródkiem przed drzwiami wejściowymi pełnym kolorowych kwiatów. Skromna posiadłość nie miała czego kryć, więc w odróżnieniu od sąsiednich rezydencji otoczona była skromnym żywopłotem sięgającym Andrzejowi tylko do czubka nosa. Dzięki temu każdy przechodzień mógł podziwiać to ogrodowe cacko. Poza znawcami architektury, nikt się chyba nie domyślał jak stary jest ten budynek. -Jak tu ładnie-zachwycił się chłopiec- jak domek krasnalów z bajki. Zawsze kiedy tu jestem, bardzo mi się podoba. Z lęku przed wyśmianiem Andrzej ukrywał przed kumplami ze szkoły swoją wrażliwość na piękno. Wiedział jednak że stary przyjaciel nie jest taki jak tamci i spokojnie może okazać swoje uczucia. -Cóż, dziękuję bardzo. To miło z twojej strony- Henry odwzajemnił komplement jednym ze swoich ciepłych uśmiechów- To mój rodzinny dom, spędziłem tu prawie całe życie. Sto dwadzieścia lat, gdybyś zapomniał. Opuściłem Oxfordshire tylko na kilka lat w czasie Pierwszej Wojny. Później już się stąd prawie nie ruszałem, więc miałem czas żeby wypielęgnować swoją ‘rezydencję’. -Całe życie!- zdziwił się Andrzej- W jednym miejscu! - Widzisz mój młody przyjacielu, kiedyś, jeszcze przed wojną i długo po wojnie, my Anglicy nie mieliśmy w zwyczaju jeździć po całym świecie. W tamtych czasach wyjazd do Brighton nad morze było wielką wyprawą. Teraz jeździ się tam co najwyżej na wycieczkę w niedzielne popołudnie. Wciąż jestem staroświecki i nie ciągnie mnie do zwiedzania świata. -No ale przecież mieliście kolonie w Afryce i Indiach- zaoponował Andrzej, dumny że może się pochwalić swoją wiedzą historyczną. -To był zupełnie inny gatunek ludzi, obieżyświaty. My, ludzie stąd, nie byliśmy tacy. Pamiętasz opis Hobbitów z twojej ulubionej książki „Władca Pierścieni”? To właśnie my, Anglicy z prowincji, byliśmy prototypem tych ludków. Swoją drogą to co pan Tolkien napisał tam o Elfach i Krasnoludach, też w dużej mierze dowiedział się od nas. -??? -Jako dziecko spędził trochę czasu na wsi i poznał tam jedną z nas. Jasmine pracowała tam jako opiekunka do dzieci i opowiadała im historie o naszych przodkach jako bajki. -Eeee, nie wierzę- chłopiec aż się zarumienił z wrażenia. - Za chwilę sam się przekonasz. Pani Jasmine czeka na nas w środku z herbatą. Zaprosiłem ją specjalnie po to żebyście się poznali. Pora chłopcze żebyś pomału wchodził w nasze towarzystwo Dzieci Elfów.
Jasmine Graham była pulchną niewysoką osóbką o rumianych policzkach, radosnym uśmiechu i jasnorudych siwiejących włosach zebranych w kok na szczycie głowy. Fizycznie była kompletnym przeciwieństwem wysokiego, szczupłego i dostojnego Henrego Shellfielda; jedynie radość życia bijąca z oczu u obojga była taka sama. -Witaj chłopcze- zawołała głośno z saloniku znajdującego się na wprost wejścia, gdy tylko otworzyli drzwi. Wstała z wygodnego, obitego zielonym suknem fotela, dyskretnie przygładziła szeroką plisowaną spódnicę i przytruchtała do nich mocno ściskając Andrzeja na powitanie. Potem popatrzyła mu w oczy i jeszcze raz, tym razem wolno i poważnie, powiedziała- witaj chłopcze. Rozmowa rozwinęła się kiedy wszyscy siedzieli już wokół stolika popijając herbatę z małych porcelanowych filiżanek malowanych ręcznie w polne kwiaty. Henry i Jasmin usadowili się w zielonych fotelach, a dla Andrzeja przysunęli krzesło. - Czy Pani też jest Dzieckiem Elfów- zapytał chłopiec zdając sobie sprawę jak idiotycznie musi brzmieć to pytanie zadawane starszej kobiecie. Zarumienił się więc po czubki uszu i wypalił drugim, równie absurdalnym pytaniem: -Henry mówił że była pani niańką Johna Ronalda Reuela Tolkiena, tego od hobbitów, a przecież on umarł ponad czterdzieści lat temu. Jak to możliwe? Jasmine jednak, uśmiechając się pogodnie podsunęła mu talerzyk z herbatnikami i powiedziała: -Nie wszystko na raz mój malutki. Mamy czas na opowieści. Duuużo czasu. Andrzej zauważył że kobieta ma inny akcent niż tutejsi Anglicy; bardziej chropowaty i niewyraźny, z jakimś zadziornym wykrzyknikiem na końcu. Pani Graham musiała zauważyć zdziwienie na jego twarzy i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Aaaa, słyszysz mój paskudny angielski. To dlatego że jestem Szkotką. Mieszkam w tych stronach już przeszło siedemdziesiąt lat, a wciąż mówię prawie tak, jak się mówiło w moich stronach rodzinnych. Kolejny popis zdziwienia na twarzy chłopca poszerzył jeszcze bardziej jej jowialny uśmiech. -Tak, tak, siedemdziesiąt lat. I znałam małego Johna Tolkiena, a jakże. Tyle tylko, że nie byłam jego niańką, bo zajmowałam się nim raptem przez jedno lato. To było w dziewięćdziesiątym szóstym roku. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym szóstym oczywiście. Pracowałam wtedy przez kilka miesięcy w Birmingham u rodziny jego matki, państwa Suffield. Biedny Johnny miał zaledwie cztery lata, a jego brat Hilary dwa, gdy zginął ich ojciec. Ja byłam młodą, naiwną panienką i chcąc pocieszyć dzieci opowiadałam im sagi z rodów mojej matki i mojego ojca. Skąd miałam wiedzieć, że ten sprytny brzdąc tak wiele zapamięta i na podstawie moich opowieści zacznie kiedyś pisać książki. No, a potem poznałam mojego przyszłego męża, również Szkota, a jakże, i wróciliśmy w rodzinne strony pod Glasgow. Drugi raz przyjechałam tutaj już jako wdowa, kiedy odnaleźliśmy Henrego siedemdziesiąt lat temu. -Więc cały „Władca Pierścieni” wydarzył się naprawdę?- spytał Andrzej z szeroko otwartymi piwnymi oczami. -Ależ oczywiście że nie- żachnęła się gosposia- Nie czytałam tej książki, nie lubię czytać, ale sporo słyszałam od tych którzy znają „Hobbita” i całą resztę. Mały Johnny sam wymyślił większość fabuły, ale na podstawie prawdziwych historii klanowych mojej rodziny, które naiwnie mu opowiedziałam. -Prawdziwa w większości jest charakterystyka Ras- wtrącił się Henry- zarówno Elfów jak i Krasnoludów. Prawdziwe też są legendy. Kiedy znowu sięgniesz po tę książkę, pamiętaj że większość legend i pieśni to historia twoich przodków. -A skąd pani znała te legendy? Skąd oboje je znacie i skąd wiecie o swoim pochodzeniu? Dla mnie to wszystko wciąż brzmi jak mistyfikacja.- dociekał chłopiec. Wciąż miał wątpliwości czy powinien im wierzyć. To wszystko brzmiało zbyt niewiarygodnie. ‘A może to para szaleńców?’- myślał sobie- ‘chodzi sobie takie coś normalnie po świecie i nikt by nie podejrzewał jaka szajba kryje się w głowie’. -Oj nieładnie, nieładnie tak myśleć o starszych ludziach- ostro powiedziała Jasmine. Andrzej zdębiał. -To jest właśnie mój dar, malutki- słodko uśmiechnęła się kobieta- Jeżeli zbyt intensywnie o czymś myślisz, ja to słyszę, a jakże. Niestety nic nie mogę na to poradzić, nie potrafię tego wyłączyć. Więc jeśli nie chcesz bym cię podsłuchiwała, opanuj emocje. Chłopiec nie wiedział jak na to zareagować więc milczał, podczas gdy jego uszy płonęły wstydem. Na szczęście w tym momencie odezwał się duży wahadłowy zegar wiszący na ścianie. Jedenaście głębokich uderzeń rozległo się po mieszkaniu. Pani Graham wstała i potruchtała do kuchni zagrzać wodę na kolejną herbatę. Żeby…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil TomaszMaj
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…