Dzieci Supernowej Prolog i rozdz. 1
W odległej przyszłości na dziwnej planecie spotykamy Shandrę, hakerkę i adoptowaną córką państwa Kilpattrick, oraz Kristiana Daile'a szefa ochrony państwa Kilpattrick, który tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
____________________________________________________ PROLOG ____________________________________________________
W centrum galaktyki, zwanej od wieków Drogą Mleczną, choć nikt już nie pamiętał, gdzie i kiedy nazwa ta powstała, wybuchła supernowa. Miliardy naładowanych cząstek mknęły przez przestrzeń. Serce galaktyki zamigotało - jak niewyobrażalnie wielkie oko Boga, zbudzonego nagle ze snu. W kilku miejscach zatrzymał się Czas.
Ludzie żyjący w tej i w sąsiednich galaktykach nie uznali tego za coś niezwykłego. Wszechświat jest zdumiewający, wcale nie tak rzadko wybucha jakaś supernowa. Do tego jądra galaktyk są na tyle gęste, że trudno zaobserwować, co się tam tak naprawdę dzieje. Zlekceważyli wydarzenie, które miało zdecydować o istnieniu lub nieistnieniu całej rasy, więcej - życia jako takiego.
W okresie czasu, który w skali kosmicznej jest krótszy niż uderzenie serca, wybuchły inne supernowe w innych galaktykach. Dziwne rzeczy działy się z Przeznaczeniem i z Czasem, ale dostrzegli to tylko ci, którzy umieli patrzeć, ci, którzy od dawna czekali na mające się pojawić możliwości. Wielu z nich chciało wyciągnąć z zaistniałej sytuacji własne korzyści, inni po prostu bali się tego, co miało nadejść, więc chcieli zdobyć kontrolę nad istotami, które legendy zwą Dziećmi Supernowej.
Wśród dobrze poinformowanych byli jednak i tacy, których jedynym celem była ochrona życia i zapewnienie znanym i nieznanym światom równowagi, koniecznej do ich istnienia. Zwali się Bibliotekarzami i niewielu wiedziało, czym się tak naprawdę zajmują. Postanowili oni chronić życie tych Dzieci Supernowej, które uda im się odnaleźć, dopóki nie będą świadome na tyle, by same mogły zdecydować. Dzięki swej wiedzy i niezwykłym umiejętnościom lokalizowali je, gdy były jeszcze niemowlętami, i wpływali na ich los. Kilkoro udało im się ukryć.
Mijały lata, a Wszechświat czekał.
____________________________________________________
ROZDZIAŁ 1 ____________________________________________________
Prom zszedł z orbity i wolno, niczym największy na świecie żółw, podchodził do lądowania. Gavin Kilpattrick jeszcze raz sprawdził zapięcia pasów, nie mogąc opanować niecierpliwości.
Dom. Jeszcze kilka godzin i znów, po rocznej nieobecności, będzie w domu.
Prom wchodził w atmosferę. Zadygotał lekko. Kilkoro bardziej wrażliwych pasażerów chwyciło się mocniej foteli. Gavin prychnął lekceważąco. Żeby się bać jakiegoś tam nędznego dygotania! On nie takie rzeczy już widział. W końcu służył we Flocie. Co z tego, że na razie polegało to wyłącznie na próbnych lotach, niekończącej się nauce i ćwiczeniach oraz walce z opornymi symulatorami? Może i nie walczył jeszcze naprawdę, ale zdarzyło mu się już lądować na planecie w kapsule ratunkowej, w ramach ćwiczeń oczywiście, która była mała, okrągła i miała ściany grubości skorupki orzecha. Jeszcze do tej pory skóra go piekła z gorąca, gdy tylko o tym pomyślał, a zęby bolały na samo wspomnienie przeżytych wtedy przeciążeń.
Odprężył się, wcisnął głębiej w fotel i uruchomił jego wewnętrzne amortyzatory, mające za zadanie niwelować turbulencje. Prom należał do największej korporacji, działającej w układzie Keleborn, SAFI. Wprawdzie Gavin nie przepadał za korporacjami - skutek niekonwencjonalnego wychowania - ale nawet jemu imponowały luksusowe warunki na promie: oddzielne kabiny, wyposażone dosłownie we wszystko, co mogło się przydać w czasie kilkutygodniowej podróży, doskonała jakość posiłków, no i te wypasione fotele na pokładzie ewakuacyjnym, które pasażerowie byli zobowiązani zajmować podczas startu, lądowania, skoków nadprzestrzennych i w każdej innej „niebezpiecznej” sytuacji.
Zamknął oczy i wyobraził sobie minę Julie, kiedy powie jej, że był na Marrajarze i widział cuda stolicy Federacji Światów. Albo, gdy pokaże młodszej siostrze nagranie z jednego ze swych pobytów w otwartej przestrzeni, nie z pierwszego, ten nie napawał go wcale dumą - tak był zafascynowany otaczającą go ze wszystkich stron pustką, znaczoną tu i ówdzie jasnymi punkcikami gwiazd, że nie tylko zapomniał o zadaniu, które miał wykonać, ale nawet o podstawowych środkach bezpieczeństwa. W efekcie mechanicy, którzy byli z nim wtedy na zewnątrz, musieli go ściągać przy pomocy harpuna magnetycznego. Dowódca zmieszał go wtedy z błotem i Gavin musiał przez następny tydzień czyścić różne dziwne miejsca na statku, mające dwie cechy wspólne: do tej pory młody kadet nie wiedział o ich istnieniu i wcale się go nie spodziewał oraz - były niesamowicie, potwornie, wprost niewyobrażalnie brudne. Ale nawet bez kary Gavin wiedziałby, że niewiele brakowało, a rodzina dostałaby jego ciało w hermetycznym szarym worku. Nie, tego nie zamierzał opowiadać Julie, ani tym bardziej rodzicom. To była jego jedyna poważna porażka, pomijając ten incydent radził sobie w Akademii całkiem dobrze, wręcz znakomicie. Jeżeli chodzi o punktację, był najlepszy w swojej grupie. Może nawet w przyszłym roku dostanie się do najbardziej ekskluzywnej w Wielkiej Armii jednostki i zostanie pilotem myśliwca?
Uśmiechnął się na myśl o tym, jak rodzice ucieszą się, gdy pokaże im swoje wyniki. Wiedział wprawdzie, że i tak kontrolują jego postępy, że regularnie, co miesiąc, dostają sprawozdania. Ale dopiero teraz będą mieli okazję spojrzeć na wszystko całościowo, z odpowiedniej perspektywy. Nawet Shandra będzie z niego dumna.
Na myśl o starszej ze swych sióstr uśmiech zniknął z jego twarzy. Shandra. Z nią nigdy nic nie wiadomo. Jak to możliwe, że dwudziestodwuletni młody mężczyzna lepiej rozumiał się z osiemnastoletnią, roztrzepaną, trzpiotowatą Julie niż z poważną, o rok starszą Shandrą? Wiedział, że nie zawsze tak było - kiedy wszyscy troje byli jeszcze dziećmi, trzymali się razem i nie mieli przed sobą tajemnic. Kiedy zdążyli się od siebie tak odsunąć? Jak to się stało?
Od dawna się nad tym nie zastanawiał, chyba odkąd przekroczył próg Akademii, czyli od roku. Ale przedtem często zdarzało mu się o tym myśleć, rozmawiał nawet na ten temat z samą Shandrą. Ale Sha, jak to ona, zamiast podejść do sprawy poważnie, roześmiała się w raczej wymuszony sposób, spytała, o czym on, do cholery, gada, po czym poszła sobie, nie dając mu szansy na kontynuowanie. Wtedy odniósł wrażenie, że odeszła specjalnie, by uciąć rozmowę, że coś ją gryzie, coś, o czym nie chce rozmawiać nawet z bratem, któremu kiedyś zwierzała się z każdej myśli. Utwierdził się w tym przekonaniu, kiedy zbywała go tak za każdym razem, gdy próbował ją wypytywać. Poszedł z tym do Julie, która stwierdziła, że Sha to durna wariatka i żeby dał sobie spokój.
Zastosował się do jej rady, ale ta sprawa ciągle go dręczyła. Kiedy Shandra stała się taka opryskliwa, wyniosła i zamknięta w sobie? Za żadne skarby nie mógł pogodzić jej teraźniejszej z obrazem tego pogodnego, zawsze gotowego do psot dziecka, którym była kiedyś. Nie liczył wcale, że przez miniony rok coś się zmieniło. Sha pewnie ciągle siedzi zamknięta na cztery spusty w swoim pokoju, albo snuje się po domu, niedostępna i milcząca.
Westchnął. Sha, siostrzyczko, co się z tobą stało...
W czasie, gdy Gavin rozmyślał o rodzinie, prom nieubłaganie zbliżał się do ziemi. Trzęsło coraz bardziej, ktoś z tyłu nie wytrzymał i zwymiotował. Toporny, nieruchawy robot rzucił się na pomoc nieszczęśnikowi. Gavin skrzywił się z niesmakiem, ale nie odwrócił się. W przeciwieństwie do większości pasażerów uważał to przedstawienie za nieciekawe i nie chciał go oglądać.
Wreszcie kapitan ogłosił, że za chwilę nastąpi kontakt z powierzchnią. Gavin odruchowo spiął się cały. Ćwiczenia w symulatorach i na prawdziwych myśliwcach przyzwyczaiły go do twardych lądowań, do wczuwania się w położenie maszyny każdym nerwem, dlatego też zdziwił się, gdy prom osiadł zupełnie łagodnie na przygotowanym dla niego stanowisku. Właściwie to, że już nie lecą, można było poznać tylko po nieobecności niskiego, buczącego dźwięku, wydawanego do tej pory przez silniki manewrowe. Wysoka, ładna stewardessa weszła do przedziału i, uśmiechając się promiennie, pomagała tym z pasażerów, którzy mieli kłopoty z rozpięciem pasów lub, jak ten człowiek z tyłu, źle znieśli lądowanie i niezbyt pewnie czuli się na własnych nogach. Gavin na szczęście nie należał ani do jednej, ani do drugiej grupy, choć przez chwilę zastanawiał się, czy trochę nie poudawać, żeby ta ładna stewarsessa się nim zainteresowała, ale w końcu niecierpliwość wzięła górę. Wiedział, że w publicznej części kosmodromu czekają na niego rodzice i siostry. Nic go jednak nie powstrzymało od posłania powabnej członkini obsługi jednego ze swoich najskuteczniejszych uśmiechów. Mrugnęła do niego i odesłała mu uśmiech.
Cały w skowronkach wsiadł do windy, potem ruszył pospiesznie podstawionym do promu tunelem. Uśmiechał się do każdej mijanej przedstawicielki płci przeciwnej, a one oglądały się za wysokim, smukłym, jasnowłosym chłopakiem w mundurze.
Życie było piękne.
Tuż za bramkami kontroli celnej czekali na niego rodzice. Suzanę i Davida Kilpattricków łatwo było wypatrzeć w wielobarwnym tłumie: oboje wysocy, eleganccy, ubrani w ciemne, prosto skrojone stroje. Tę elegancję tylko w niewielkim stopniu zakłócał lekko wystający brzuszek Davida.
Gdy tak stali obok siebie, trzymając się za ręce, Gavin uświadomił sobie, jakie ma szczęście.
- Mama! Tata! – krzyknął. Pomachali mu. Po minie mamy poznał, że najchętniej odepchnęłaby stojących jej na drodze do dawno nie widzianego syna celników i rzuciłaby mu się na szyję. Ojciec też to widział – miał w oczach ten specyficzny, czuły błysk rozbawienia, jak zawsze, gdy mama robiła dokładnie to, czego się spodziewał.
Gavin przebrnął wreszcie przez kontrolę , ledwo zwracając uwagę na własną kostkę danych, którą celnik wcisnął w jego dłoń.
Suzana Kilpattrick mogła wreszcie zrobić to, w czym do tej pory przeszkadzał jej personel kosmodromu: z całej siły uściskała syna.
- Och, jak dobrze, że wróciłeś, Gav!
- Ja też się cieszę, mamo. Gdzie dziewczyny?
Suzana westchnęła.
- W samochodzie. Julie i Sha nie mogły się doczekać, ale znasz Julie. Gdybym ją wypuściła w ten tłum, to nie zdążyłabym nawet mrugnąć, a już znalazłaby jakiś sposób, żeby się zgubić.
- I szukaj wiatru w polu – dodał David.
Gavin roześmiał się. Ruszyli do samochodu, przeciskając się przez tłum.
- Wiesz, zdziwiliśmy się, gdy zawiadomiłeś nas, że lecisz promem pasażerskim – David torował sobie i rodzinie drogę przez tłum, często używając łokci. W jakiś sposób robił to na tyle uprzejmie, że nikt się na niego nie gniewał.
Gavin roześmiał się.
- W normalnej sytuacji poleciałbym promem wojskowym, ale następny odlatywał na Keleborna dopiero za miesiąc, a ja nie mogłem się już doczekać, żeby znowu was zobaczyć.
- Och, Gav… - z przesadną afektacją westchnęła Suzana.
- OK, masz rację, mamo. Po prostu nie mogłem się powstrzymać przed wydaniem kilku kredytów i wypróbowaniem jednego z tych luksusowych korporacyjnych cacuszek. Przejrzałaś mnie.
- I co, nie zawiodłeś się? – chciał wiedzieć ojciec.
- O rany, nie! Zresztą od tych wojskowych gruchotów wszystko jest lepsze. Do tak niewymagających zadań, jak transportowanie młodych kadetów, Armia oddelegowuje najbardziej zdezelowane statki, takie, które nie mogą się przydać gdzie indziej i w normalnych warunkach już dawno poszłyby na złom. Ten wrak, którym leciałem poprzednio, omal się nie rozpadł, gdy pierwszy raz weszliśmy w nadprzestrzeń. Większość chłopaków się porzygała – nie dodał, że on też. – Każdy następny skok był gorszy. Gdy dotarliśmy do stacji Fightfinger, Matti, pamiętacie, opowiadałem wam o Mattim, stwierdził, że to prawdziwy cud, że dolecieliśmy do celu w jednym kawałku i że powinniśmy dziękować za to Bogu. Jak się okazało trochę później, nie miał racji. Wcale nie dolecieliśmy w jednym kawałku: personel techniczny stwierdził, że brakuje części zewnętrznych układów chłodzenia. Gdzieś po drodze je zgubiliśmy i nikt tego nie zauważył.
- O Boże! – wyrwało się pani Kilpattrick.
- W każdym razie nic się nam nie stało – dodał szybko Gavin, widząc minę matki. – Co innego, gdybyśmy lądowali na planecie…
Suzana już otwierała usta, żeby wygłosić swoją opinię o dowódcach Armii, którzy pozwalają na takie zaniedbania, ale na szczęście doszli wreszcie do wyjścia z hali, przy którym panował taki ścisk, że nie dało się nie tylko rozmawiać, ale nawet oddychać. Kilkoma strategicznie wymierzonymi kuksańcami David utorował im przejście na zewnątrz. Wyszli na parking.
- Nasz samochód stoi tu niedaleko, na piątym poziomie.
Gavin skinął głową i rozejrzał się. Przed nim, na poziomie pierwszym, parkowały stłoczone jak sardynki w puszce, małe, obłe, żółtoczerwone taksówki. Obok nich stali zblazowani kierowcy, cierpliwie czekający na swoją kolejkę. Gavin i państwo Kilpattrick minęli ich obojętnie i skierowali się ku rozmieszczonym symetrycznie słupom podporowym. Jeszcze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Arie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…