Dzieci Supernowej - Rozdział 6, 7, 8
Sha wpada w kłopoty. Kim jest pan Dale, który naprawdę nazywa się zupełnie inaczej? Mały pokaz jego możliwości. I jeszcze tajemnicza Ella, która zupełnie nie rozumie ludzi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
OPIS
Prezentujemy kolejną część opowieści o Dzieciach Supernowej. A w niej mnóstwo pytań: co takiego zrobiła Shandra, że grozi jej 3 do 5 lat więzienia? Jaka sprawa zawiodła Kristiana Daile’a (który tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej) na Marrayar, stolicę Federacji Światów? Dla kogo ów pan pracuje? Co łączy jego, tajemniczą blondynkę Ellę i państwo Killpatrick? Czy Shandrę naprawdę czeka więzienie? I co to znaczy, że ktoś ma Srebrne Dłonie? Chcecie się dowiedzieć - czytajcie!
_____________________________________________________
ROZDZIAŁ 6 _____________________________________________________
W uszach jej szumiało. Wszystko było jakby zamazane. Czas zwolnił. Nie, to niemożliwe. Przecież ja nie mogłam... Nie mogłam... Nie...
Tyle krwi, o Boże, tyle krwi. Na ścianach, podłodze. Na jej rękach.
Stała tam po prostu i patrzyła przed siebie. Przywoływała w pamięci wydarzenia, które doprowadziły do tej chwili. Przez które znajdowała się teraz nigdzie indziej, ale TUTAJ: w świeżo wyremontowanej, jeszcze nie oddanej do użytku łazience na tyłach Szkoły Przejściowej im. Daniela Kropfmayera, otoczona przez krew. Z czterema ciałami leżącymi u jej stóp. Nieruchomo. Cindy. Tom. Corin. I Julie.
Meller była inteligentną dziewczyną, wbrew temu, co o niej mówiono, wbrew tej opinii „łatwej panienki”, która nie tylko jej nie przeszkadzała, ale zdawała się nawet odrobinę ją bawić. Wiedziała, że nie osiągnie celu, nie ważne, co powie i co zrobi Shandrze. Sha była odporna i zupełnie niewrażliwa. Ale Cindy była mądrą dziewczyną i znalazła sposób. Wymyśliła, że jeśli nie można się do Panny Upierdliwej Suki dobrać bezpośrednio, trzeba użyć środków zastępczych. A konkretnie jej siostry.
Tom i Corin na początku wyśmiali ją. Wszyscy doskonale wiedzieli, że siostry Kilpattrick się nie znoszą. Jeśli już się do siebie odzywały, to przeważnie kłóciły się i warczały, co drugie słowo obrzucając się obelgami. To nie zadziała, mówili. Ale Cindy wiedziała lepiej.
Ponieważ Julie Kilpattrick była jedyną znaną jej osobą, która potrafiła tę cholerną bryłę lodu sprowokować.
Więc oszukali Julie. Przekonali ją, żeby przyszła TUTAJ. Dali jej coś, jakiś lek czy narkotyk. Chcieli... chcieli... - Shandra starała się wyrzucić z pamięci obraz, który zobaczyła, kiedy przekroczyła próg. Och, Cindy była przebiegła. Cindy była przewidująca. Upewniła się, że Shandra zobaczy wszystko. Że dowie się, że rozesłali po sieci zdjęcia.
Wybuchła.
Kiedy ktoś przybiegł i zaczął coś krzyczeć ona ciągle tam stała. I potem, gdy przyjechała karetka. Z Julie wszystko w porządku, powiedzieli, tylko lekkie podtrucie, nic groźnego. Wyjdzie z tego. Z tamtą trójką gorzej. Chociaż żyją. Ciągle.
Jakaś część niej była zawiedziona. Gdzieś w środku, głęboko, siedziało w niej coś złego, co życzyło sobie, by umarli.
Potem nie wiadomo skąd pojawiła się policja. Zadawali pytania. Jak to możliwe, że średniej budowy nastolatka rzuciła o głowę większym kolegą o ścianę? Czy wie, że Corin McFinney ma połamane nogi i krwotok wewnętrzny? I panna Meller. Co zrobiła pannie Meller? To dziecko nie ma żadnych obrażeń, po prostu leży tak bez świadomości. Co ona u diabła sobie myślała? Jak może twierdzić, że nic nie pamięta!?
Potem siedziała na krześle pośrodku pokoju z białymi ścianami i patrzyła przed siebie, minutę, godzinę albo sto lat. Wpuścili do niej matkę, ale Shandra nie miała ochoty na rozmowę. Po prostu tam siedziała.
Matka powiedziała, że z Julie już wszystko w porządku i że Kristian zajął się zdjęciami. Coś ciężkiego i obrzydliwego w jej wnętrzu stało się odrobinę lżejsze i mniej obrzydliwe.
- Wyciągniemy cię stąd, kochanie – powiedziała Suzana Kilpattrick, przytulając delikatnie zesztywniałe ciało córki. - Wyciągniemy cię.
A potem przyszła strażniczka i Suzana musiała wyjść.
_____________________________________________________
ROZDZIAŁ 7 _____________________________________________________
W korytarzu nie było całkiem ciemno, światła przygaszono jedynie odrobinę, by zasugerować mieszkańcom, że niedawno na Marrayarze zapadła noc. Było to konieczne, ponieważ Szary Dom, mieszczący kwatery 1286 członków Wielkiej Rady Federacji Światów oraz ich rodzin, służby i doradców, był tak ogromny, że jedynie niektóre pokoje miały okna, nie wspominając już o korytarzach, przecinających tę monumentalną, częściowo zanurzoną w ziemi, bryłę. Dniem i nocą, jak również innymi prozaicznymi sprawami, jak na przykład wentylacją, rządziła tu Jane, główna jednostka SI. Inna SI sprawowała pieczę nad mieszczącymi się na dachu ogrodami, choć trudno tak nazwać powierzchnię ciągnącą się całymi hektarami, zarządzając setkami mikroklimatów przy pomocy specjalistycznych urządzeń i armii ogrodników. Ochrona budynku miała własny system, zdarzało się również, że poszczególni mieszkańcy instalowali przeróżne osobiste urządzenia. Szary Dom był tak naszpikowany elektroniką, jak to tylko możliwe, tak, że konflikty interesów między urządzeniami były prawie równie częste, jak te między ludźmi. Nie sposób uniknąć konfliktów w społeczności złożonej głównie z polityków, mimo złożoności etnicznej – każdy członek Rady uosabiał interesy albo jednego ze Światów Niezależnych, albo korporacji posiadającej Ekonomiczny Status Niezależności – to jednak w pewien sposób hermetycznej. Szary Dom był światem w środku świata, z własnymi centrami rozrywki, restauracjami, filharmoniami i holo-kinami, szkołami dla dzieci dygnitarzy i personelu, sklepami dostarczającymi najbardziej nawet egzotyczne towary, w granicach prawa oczywiście, a nawet własnym podziemiem, poza owym prawem. Oczywiście na Marrayarze żyli ludzie poza Szarym Domem, w końcu była to jedna z najgęściej zamieszkanych planet Federacji. Ludzie, i nie tylko, żyli też na innych planetach. Wszechświat był pełen wszelkiego rodzaju istot inteligentnych. Ale, mimo że bogaci, ekstrawaganccy i na różne sposoby wyjątkowi, byli to jednak zwykli obywatele, na los Galaktyki nie mający wpływu lub mający go w niewielkim stopniu.
Takie przynajmniej było zdanie większości mieszkańców Szarego Domu.
Człowiek od czasu do czasu nazywający siebie Kristianem Dailem, który szedł oświetlonym dziwnym, przydymionym, imitującym zmierzch światłem korytarzem Szarego Domu, miał na ten temat nieco inne zdanie. Szedł pewnie, jakby znajdował się właśnie w miejscu, w którym powinien być. Zresztą – nawet, gdyby ktoś go tu zobaczył, nic by mu nie groziło. Znano go tu, pod innym nazwiskiem, ale znano, i rzeczywiście miał prawo tu być. Ale to nic nie zmieniało, nie miało większego znaczenia. Nikt go tutaj nie zobaczy, zadbał o to. Nawet kamery nie zarejestrują jego pobytu w tym miejscu, człowiek, któremu ufał, już się tym zajmował, grzebiąc w Jane i kilkunastu mniejszych systemach SI.
Szedł sprężyście i szybko, ale bez pośpiechu. Miał czas.
Skręcił w prawo. Zza rogu naprzeciwko niego ktoś wyszedł. Niski, ciemnowłosy. Pochylał głowę w prawo w charakterystyczny sposób. Miał na imię Sam. Tak przynajmniej twierdził.
- Witaj, bracie – powiedział.
- Witaj.
- Powiedz mi, jakiego koloru są twe dłonie, bracie, abym mógł przekazać w nie misję oddaną w moje – powiedział z przejęciem. Kristian spotkał go już wcześniej i wiedział, że Sam jest jeszcze bardzo młody i lubi przestrzegać wszelkich możliwych procedur i ceremonii. Westchnął w duchu. Nie lubił pracować z Zielonymi, nawet z takimi, którzy, jak Sam, zamierzali wkrótce przywdziać Szarość.
- Ręce od lat nurzam w Srebrze po same łokcie. O czym doskonale wiesz – odpowiedział ostro.
Sam chrząknął, zmieszany.
- Misja...
- Cel i szczegóły tej tak zwanej „misji” również obaj doskonale znamy. Nie potrzebujesz się nad tym tematem przesadnie rozwodzić. Daj mi po prostu kartę dostępu. Chyba że – dodał – zdarzyło się coś, o czym mnie nie poinformowano.
- Nie, wszystko zgodnie z planem – ton głosu Sama wreszcie stał się chłodny, opanowany i kompetentny i Kristian prawie był w stanie uwierzyć, że kiedyś zostanie on niezłym szpiegiem, tak, jak sobie zamierzył. - Lord Zameyera jest na kwaterze. Godzinę temu, jak przewidzieliśmy, spotkał się z dwoma osobnikami ludzkimi, podającymi się za przedstawicieli handlowych korporacji MITA, a w rzeczywistości będącymi agentami Techów. Ciągle rozmawiają. Niestety, nie wiemy, o czym, udało im się unieszkodliwić nasze podsłuchy. Wszystkie. Mają naprawdę niezły sprzęt. Ale niczego innego się przecież nie spodziewaliśmy. Nawet bez tego zdrada została potwierdzona, wyrok wydany. Czekaliśmy tylko na ciebie. Aha, zapomniałbym. Techowie przybyli ze strażą.
- Ilu?
- Czterech. Ludzie, oczywiście, przecież Techowie nie uznają innych ras. Na pierwszy rzut oka nie widać, że są podkręceni, ale na drugi już tak. Uważaj.
- Zawsze uważam. Dlatego jeszcze żyję – burknął Kristian, odbierając od Sama kartę dostępu do znajdujących się dwa korytarze dalej drzwi do apartamentów Lorda Swana Zameyera, członka Wielkiej Rady, delegowanego z bliźniaczych planet Amaratu, skazanego na śmierć zdrajcy Federacji Światów.
Nie Federacja jednak domagała się jego głowy, żaden członek Wielkiej Rady nie wiedział o wyroku. Na śmierć skazali go inni, tak jak Rada potężni, a może nawet potężniejsi, ludzie, dla których dobro Federacji znaczyło równie wiele, co dla członków Rady. A może nawet więcej.
Kristian stanął przed drzwiami apartamentów Lorda i, zanim przesunął kartę przez czytnik, zaklął cicho. Gdyby nie ci dwaj Techowie, wcale by go tu nie było. Siedziałby sobie spokojnie (spokojnie!) na Kelebornie i obmyślał plany wyciągnięcia Shandry z tego bagna, w które wpadła po samą szyję, a po Zameyera wysłano by kogoś z Czerwonej Dłoni. Ale zjawili się szpiedzy Techów wraz ze swoimi strażnikami, więc Ella uznała, że potrzebuje kogoś, kto załatwi to cicho, dyskretnie, zdobywając przy okazji możliwie dużo informacji, osoby, która umie zadawać właściwe pytania we właściwy sposób. Kogoś, kto zna Szary Dom lepiej, niż własną kieszeń, kto dałby sobie radę z czterema biotechnologicznie ulepszonymi zabójcami oraz dwoma ich zaślepionymi fanatyzmem panami. Kogoś o Srebrzystych Dłoniach. Jego.
Drzwi rozsunęły się z cichym pyknięciem i Kristian znalazł się w holu, obszernym jak na standardy Szarego Domu, gdzie każdy metr kwadratowy powierzchni był na wagę złota. Nie miał zbyt wiele czasu na rozglądanie się, bo ubrany w szary uniform straży przybocznej człowiek rzucił się w jego kierunku jeszcze zanim drzwi apartamentu zamknęły się za nim, tym niemniej wyćwiczone zmysły Daile’a zdążyły zarejestrować te szczegóły, których znajomość mogła mu się przydać, a nawet kilka takich, które na pierwszy rzut oka wydawały się nieistotne: równoległe, obłe wybrzuszenia po zewnętrznej stronie ud strażnika, pewnie noże. Pustą kaburę na broń pod pachą – na teren Szarego Domu nie można było wnosić broni innej niż biała. Zielone paski na rękawach przeciwnika, świadczące o tym, że służy korporacji, a przynajmniej chce, aby wszyscy tak myśleli. Nienaturalny, metaliczny błysk w oku i ciemniejsze zabarwienie skóry u nasady paznokci tamtego – jedyne widoczne gołym okiem świadectwo tego, że bioinżynierowie Techów dobrali się do jego ciała. Czarnozielony, zawiły wzór na ścianach, przecinany jedynie ledwie widocznymi szczelinami drzwi.
Oczy Kristiana zarejestrowały to wszystko, uszy powiedziały mu natomiast, za którymi drzwiami szukać Lorda Zameyera. Pozostałych strażników trudniej było namierzyć, choć na pewno przynajmniej jeden był z Techami i lordem w jego gabinecie. Zachowywali się cicho, zupełnie jak ten tutaj. Kristian również poruszał się bezgłośnie. Lata praktyki sprawiły, że nie musiał nawet o tym myśleć. Również niemal bez udziału woli odbił cios trzymającej długi, wysuwany nóż ręki strażnika i złapał go za nadgarstek, obracając przeciwko niemu jego własna broń. Jak zawsze w takich chwilach przeleciał mu przez umysł fragment przysięgi, którą złożył przystępując do Srebrnej Dłoni:
*** „... a kiedy moje życie gasnąć będzie i śmierć przyjdzie, by wziąć mnie w objęcia, wyciągnę ku niej ręce. I zatańczymy.” ***
- Ale jeszcze nie dziś – powiedział samymi wargami.
Opuścił na ziemię ciało strażnika, delikatnie, żeby nie narobić hałasu. W ostatniej chwili życia mężczyzna wysunął paznokcie, ostre jak brzytwy, wykonane z tego samego tworzywa, z którego produkowano narzędzia chirurgiczne i piły zdolne przeciąć stal. Ale Kristian wiedział o nich, nadal trzymał człowieka za nadgarstek, tak, że błyszczące w przyćmionym świetle paznokcie nie mogły go zranić. Sięgnął do kieszeni na prawej piersi strażnika i wyjął z niej małą tubkę. Sama jej obecność świadczyła o tym, że była potrzebna. Zaklął bezgłośnie i wcisnął dno tubki. Z węższej strony zaczęła wydobywać się brązowa piana. Kristian pokrył nią dokładnie usta, nos i oczy zabitego. W oka mgnieniu stwardniała i sczerniała.
Na szczęście strażnik nie zdążył przed śmiercią przegryźć osłon żadnej z kapsułek ze sprężonym gazem znajdujących się w jego zębach. I tak zaraz wybuchną, tak jak oczy, ale czarna masa nie pozwoli truciźnie wydostać się na zewnątrz. Paradoks – nosić przy sobie coś, co może skutecznie unieszkodliwić broń ostateczną, ale robili tak, by w przypadku śmierci jednego nie zabijać reszty oddziału. Zresztą, prawie nikt nie wiedział o istnieniu małej, zwężającej się na końcu, czarnej tubki.
Kristian wiedział.
Zanotował w pamięci, by nie dać szansy pozostałym na skorzystanie z kapsułek z gazem.
Zanim wszedł do gabinetu, sprawdził inne pomieszczenia. Wszystkie były puste, co oznaczało, że trzej strażnicy są razem z lordem i Techami. To była komplikacja. Nie mógł pozwolić żadnemu z tych fanatyków na podjęcie decyzji, że lepiej zginąć samemu i zabrać wszystkich ze sobą. A Kristian wiedział, że takie decyzje przychodzą Techom i ich żołnierzom nadspodziewanie łatwo. Musiał więc być bardzo ostrożny. Techowie nie powinni rozstać się z tym światem zanim dostarczą mu jakiejś przydatnej informacji.
Stanął przed drzwiami gabinetu, rozluźnił ciało i odetchnął głęboko, wyobrażając sobie jednocześnie czerwony kwiat amalyi – ćwiczenie, którego nauczył się dawno temu, jeszcze gdy był nowicjuszem i miał Zielone Dłonie.
Skoncentruj się. Zabij niepotrzebne myśli, zgaś strach jak płomień świecy. Jesteś tylko ty i twój cel.
Jakikolwiek by on nie był.
Otworzył drzwi.
Wszystko trwało może kilka sekund. Choć dla niego te sekundy były całymi wiekami.
Lord Swan Zameyera, był wysokim, postawnym mężczyzną o przystojnej twarzy i rudych włosach przyprószonych siwizną. Jego krótka bródka, zgodnie z panującą na Amaracie modą rozdzielona na trzy części, była zupełnie biała. Był Delegowanym Amarety od dziesięciu lat i już tylko to świadczyło o jego wprawie w pływaniu po zdradliwych wodach wszechświatowej polityki. Niestety, jakieś cztery miesiące temu zdecydował, że nie wystarczą mu korzyści i władza płynące z bycia członkiem Wielkiej Rady, zapragnął więcej, i wtedy pojawili się ci dwaj Techowie, udający przedstawicieli MITA. Roztoczyli przed nim wizją Wszechświata ludzi, rządzonego silną ręką, z ogromnymi możliwościami dla tych, którzy będą stali u steru i Swan Zameyera zdał sobie nagle sprawę, że Wielka Rada nie ma znowu aż tak dużych możliwości: licząca ponad dwa tysiące członków banda wiecznie skłóconych ludzi i nie-ludzi, decydujących co najwyżej o tym czy przyznać Status Niezależności jakiejś planecie na krańcu znanej przestrzeni albo w pokojowy sposób usiłujących zażegnać spór jakichś sąsiadujących ze sobą światów. Lord Zameyera pragnął więcej i w chwili, gdy wysoki, szczupły, ciemno odziany człowiek z takim spokojem w czarnych oczach, że mroził serce, stanął w drzwiach, pożałował swoich pragnień.
Zanim jeszcze ta myśl na dobre zagościła w głowie Delegowanego, trzej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Arie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…