Dzielnica Samobójców cz. VI
na specjalne życzenie - więcej akcji;) Seria kolejnych, coraz dziwniejszych przygod Doriana. Trupy, restauracja, kobieta w oknie. aha! w oryginale tesktu mysli bohaterow zapisywane są kursywa-tutaj tego nie ma.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Dorhian.... Obudził go jego własny głos. Leżał na plecach w nienaturalnej pozycji. Przygnieciony bólem. Gdzie jestem... Wspomnienia jakby w zwolnionym tempie wyłoniły się z mgieł ożywającego na nowo umysłu. Zobaczył zdeformowaną twarz swojego ostatniego przeciwnika. Fala niepokoju przypomniała mu, gdzie jest. Cofał się głębiej w ciąg ostatnich wydarzeń. Magazyn na końcu korytarza. Ciała. Dach. Nowi i młoda suczka. Wcześniej tylko barierka, przez którą miał rzucić się w dół. Droga kanałami. Ucieczka z ludzkiej części Miasta. Popołudnie z kumplami, piwo i wlewana w siebie gorycz zniechęcenia. Na myśl o ostatnich godzinach w Mieście ogarnęła go nerwowa wesołość. Poruszył szczęką. Kurwa, jak boli. Muszę wstać. Dopiero teraz wpadł na oczywisty pomysł otwarcia oczu. Błysk światła. Lewe oko otwierało się wolniej, zapewne z powodu zalegającej na nim, krzepnącej krwi. Klatka schodowa pogrążona była w półmroku. Dopiero teraz ujrzał prawdziwe oblicze wnętrza budynku, w którym spędził niemal całą noc. Na szczycie schodów, w miejscu, z którego musiał wcześniej spaść, widniało niewielkie okno z matową szybą. Domyślił się, że w nocy nie przepuszczała światła, za to w ciągu dnia tylko część promieni słonecznym mogła przebić się przez gęstą powierzchnię szkła. To tłumaczyło panujący na schodach, nienaturalny półmrok. Wrócił myślami do ostatniego pamiętanego zagrożenia. Jeśli jeszcze żyję, znaczy, że go zabiłem... Znaczy, że tamci mnie nie znaleźli. Znaczy to, że jeszcze mam szansę wydostać się z budynku. Chwycił się poręczy, oscylującej na granicy zasięgu jego ręki i największym wysiłkiem podniósł się do pozycji siedzącej. Krew, krzepnąca powoli na schodach, wsiąkała w brudną czerwień, pokrywającą zimny beton już od lat. Ściany były popękane, bladoniebieskie. Nad wszystkim wisiała nietknięta jarzeniówka, której nikt nie włączał od bardzo dawna. Z cichym jękiem wstał. Jego dłonie, kurczowo zaciśnięte na poręczy, zbielały z wysiłku. Chciał krzyczeć, jednak bał się, że Nowi są jeszcze w pobliżu. Dyszał głośno, łapczywie łapiąc powietrze w obolałe płuca. Mimo uczucia miażdżenia, pulsującego w górnych częściach ciała czuł, że może iść dalej. Koszulka i spodnie przypominały zmieszane ze sobą odcienie czerwieni na palecie porzuconej przez obłąkanego twórcę. Przyglądając się samemu sobie, swoim ubraniom, zakrwawionym dłoniom, dotykając swojej twarzy i czując ból, pulsujący przy każdym ruchu mięśni - czuł satysfakcję. Nie do końca rozumiał jeszcze swoje nowe emocje, nie wiedział, czy odkrywał właśnie zupełnie nową stronę samego siebie czy w obłąkaniu balansował na wąskiej krawędzi, dzielącej życie od śmierci. Czuł, jakby nadal stał na dachu budynku, cały czas gotowy, lecz nigdy nie dojrzały do skoku. Te wszystkie osobliwe odczucia dodawały mu sił, kazały wydostać się z budynku, nie zadając pytania o dalszy ciąg zdarzeń. Coś, co z jednej strony przypominało przedłużanie agonii, wydawało mu się, jako pierwsze w jego ponad dwudziestoletniej egzystencji, nie pozbawione celu. Broń spoczywała na podłodze. Podniósł ją, na chwilę tracąc równowagę. Wiedział jednak, że jego mięśnie potrzebują tylko ruchu, by ból zelżał i przestał blokować siły, drzemiące w młodym organizmie. Już miał zejść w dół, kiedy matowe okienko u szczytu schodów znów przykuło jego uwagę. Zaczął wspinać się po schodach, powoli, ostrożnie, szlakiem pozostawionych przez siebie strumyków krwi. Ujrzał korytarz, na którym w nocy stoczył najcięższą dotąd walkę. W połowie długiego, wąskiego pomieszczenia leżało oparte o ścianę, nienaturalnie powykręcane ciało. Krew była wszędzie. Na ścianach, na podłodze, nawet na suficie. Korytarz okazał się dużo krótszy, niż go sobie wyobrażał. Strach miał tej nocy dużo większe oczy, niż kiedykolwiek wcześniej. Dorian mocniej zacisnął dłoń na trzymanej przez siebie broni. Znów ogarnęło go wrażenie ożywczej, spokojnej satysfakcji. Nie czuł potrzeby ponownego oglądania zwłok. W jego umyśle mieszał się szacunek do pokonanego przeciwnika i nieodparte obrzydzenie na wspomnienie wściekłego, nierozumnego oka, wpatrującego się w niego przy migoczącym świetle zapalniczki. Zapalniczka. Stał przez chwilę, próbując sobie przypomnieć, w którym momencie walki ją stracił. Szybko jednak doszedł do wniosku, że bezcelowe byłoby jej szukanie. Nie planował spędzić następnej nocy w tym budynku. Walcząc z niesłabnącym bólem, zaczął ostrożnie schodzić po schodach.
Gdy po półgodzinie stanął przez szklanymi drzwiami ekskluzywnej restauracji stwierdził, że najwyższy czas, by szczęście zaczęło się do niego uśmiechać. Drzwi, od lat już pozbawione szyb, otwarte były na oścież. Wnętrze pomieszczenia zalewało jasne, wręcz oślepiające światło. Promienie wpadały do pomieszczenia przez rząd połączonych ze sobą szyb, stanowiących ciągnące się przez całą długość budynku okno. Rozejrzał się dookoła, powoli wkraczając do ekskluzywnego wnętrza „Rick’s Cafe”. Długie rzędy stolików zdobiły kosztowne wykończenia, zaniedbane złoto lśniło jeszcze w promieniach porannego słońca. W jego sąsiedztwie mieniły się bordowe i niebieskie nici misternie wykonanych obić, szykowne mimo pokrywającego je kurzu. Każdy stolik zdobiły ciężkie, lecz niezwykle gustowne lampy w stylu „Tiffany”, których klosze pokryte były popękanymi witrażami, tworzącymi nieregularne, wdzięczne wzory. „Rick’s Cafe” było legendą dzielnicy. Dopiero teraz Dorian przypomniał sobie o wspaniałej restauracji, którą z nostalgią wspominał każdy, kto pamiętał czasy sprzed Mutacji. Przed Mutacją, przed zarazą, kurwa! Poczuł nagły przypływ rozdrażnienia na wspomnienie wszystkich tych nadużywanych zwrotów, którymi określano dawne czasy. Rozdrażnienie zrodziło w jego umyśle niejasną myśl, że może właśnie wyzwala się z sztywnych podziałów, które przez lata ograniczały jego wyobraźnię, skazując na klęskę wszelkie młodzieńcze marzenia. Podszedł do jednego ze stolików i odsunął ciężkie krzesło. Było cięższe niż sądził, jednak powstrzymał łzy bólu, napływające mu do oczu. - Nic się nie stało... – powiedział z krzywym uśmiechem w stronę krzesła tak, jakby ktoś na nim siedział. – To ze wzruszenia. Pięknie dziś wyglądasz... Zasunął je, po czym powoli i dumnie okrążył stolik. Pochylając się nad krzesłem przeciwległym do tego, które właśnie zasunął, przytrzymał dłonią przesiąkniętą krwią koszulkę, jakby przytrzymując zwisający krawat. Usiadłszy, starał się nie zwracać uwagi na czerwoną ciecz, która na nowo pokryła jego dłoń. Uśmiechnął się ponad górną krawędzią oparcia przeciwległego krzesła. Wokół nich panowała zupełna cisza. Widział, jak uśmiecha się do niego. Na tle jej ciemnych włosów, opadających na ramiona delikatną falą, piętrzyły się odległe wieżowce Miasta. Pod nimi, niczym wierni giermkowie, tłoczyły się mniejsze budynki, setki, może nawet tysiące, płynnie przechodząc w stare kamienice miejsca, które miało któregoś dnia zostać ochrzczone mianem Dzielnicy Samobójców. - O czym myślisz? – usłyszał delikatny, szlachetny głos, głos Joan Crawford, Ingrid Bergman czy Maureen O’Sullivan. Wyciągnął rękę w jej kierunku. Jednak właśnie wtedy pojawił się kelner, ubrany w czarne spodnie, uzupełnione białą koszulą i niebieskim krawatem.. Uprzejmie, lecz z lekką nutką arogancji rzucił typowe „Co Państwu podać”. Dorian przeniósł swój zmęczony wzrok znad oparcia krzesła gdzieś na prawo, unosząc obolałą głowę do góry. - Dla pani wino, czerwone półwytrawne, najlepsze jakie macie. – znów spojrzał ponad zdobioną krawędzią krzesła. – To nasza druga rocznica, ale wino nie ma być dwuletnie. Twarz kelnera wykrzywił sztuczny, służbowy uśmiech, jednak zniknął tak szybko, jak się pojawił. - A dla pana? Dorian wbił wzrok w zniszczony, przetarty obrus koloru wyblakłego przez lata beżu. - Może być Chivas, osiemnastka. Kelner przyjrzał mu się uważnie. Mimo najlepszego garnituru i pięknej kobiety u boku, Dorian nie wyglądał na kogoś, kto zamawia najdroższą whisky i kilkudziesięcioletnie wino. Już miał odejść, gdy chłopak zatrzymał go jeszcze jednym zamówieniem. - I poproś Sama, żeby zagrał „Gdy mija czas”... Dorian przeniósł pełne satysfakcji spojrzenie z powrotem na siedzącej naprzeciw niego towarzyszkę. Miał wrażenie, że mrużyła oczy, gdy rozmawiał z kelnerem. Lekko przygryzała brzeg dolnej wargi, a z misternie ułożonej fryzury wyrwał się jej na czoło mały kosmyk włosów. Jednak, gdy spojrzał przed siebie, jej już nie było. Dopiero teraz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil dominik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…