dzień z życia królowej zielonych wróżek
Pierwsze opowiadanie z cyklu, który nazwałam roboczo 'Zabawa w tematy'. Razem z grupą znajomych postanowiliśmy od czasu do czasu zarzucić tematem i skrobnąć coś, żeby nie zapominać do czego służy klawiatura. Oczywiście, praca wzorowana na jednym z m
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Skrawek wieku, bohema artystyczna Paryża. Montmartre – siedziba ćpunów, alkoholików, niezwykle utalentowanych ludzi nocy. Nawet latem wzgórze spowijał gęsty dym, okrywający to tajemnicze miejsce. Nie raz i nie dwa przemykający ulicą szczur umknął zadowolony z kawałkiem swego łupu w te niezbadane przez przyzwoitych ludzi zakątki stolicy Francji. Zderzyli się kieliszkami w ciszy, jaka panowała wcześnie rano w Moulin Rouge. Lautrec nie pamiętał, która to kolejka. Dziewczyny już dawno spały gdzie popadnie. Lorette leżała na podłodze, pomiędzy olbrzymim, posrebrzanym lustrem a prostą szafką z ciemnego drewna. Jej wielobarwna suknia podwinięta była do połowy uda i dziewczyna tuliła się do niej jak do szmacianej lalki. Motyl namalowany koło jej oka rozmazał się podczas intensywnego kankana, kiedy ścierała pot z twarzy chusteczką podaną przez podstarzałego amatora młodych dziewczyn. Między jej nogami spoczywał duży labrador o jasnej sierści, który wabił się Gratien. - No to zdrowie... - mruknął, z trudem podnosząc wypełnioną zielonym płynem szklaneczkę, Jean-Lucas. Ręka chybotała mu się to w jedną, to w drugą stronę, nie mogąc trafić na usta. Spod przekrzywionego, starego cylindra wystawała resztka rudych włosów. - Aflu baflu! - wymamrotał nieznany nikomu młodzieniec, który dosiadł się do stolika artystów tuż przed zamknięciem kabaretu i tak pozostał. Wypił może dwie kolejki absyntu, po czym padł niczym nieżywy na umorusany od wymiocin i lepiący się od rozlanego alkoholu blat. Wyglądał na chłoptasia z lepszych sfer. Jednego z tych, których regularnie obskubuje się z pieniędzy, kiedy przychodzą na Montmartre, żeby uprawiać seks z kobietami chorymi na kiłę. „W ten sposób chroni się ich przed chorobami wenerycznymi” to ulubiony żart Flo, jednej z najlepszych złodziejek w okolicy. - Panowie! Czapki z głów – zakomenderował Toulouse, wpatrzony w punkt ponad głowami wszystkich. Tuż koło kryształowego żyrandola, który jakimś cudem nadal nie spadł podczas szaleńczych tańców odbywających się codziennie w Moulin Rouge, wisiała kobieta. Tak, wisiała jest tu jak najbardziej trafnym określeniem. Jean-Lucas, niepewnie trzymając się na nogach, zrobił kilka kroków w kierunku środka sali, zadarł wysoko głowę i wykonał niezwykle popisową karykaturę dworskiego ukłonu. Przerzedzone przez wiek, alkohol i opium długie włosy zamiotły ziemię tuż przy jego stopach. Nie utrzymał się niestety długo w tej akrobatycznej pozycji. - O zajączek! - zdążył wykrzyknąć z zachwytem, tuż przed spektakularnym upadkiem i spotkaniem się twarzą w twarz z podłogą. Wróżka, trzeba ci bowiem wiedzieć, drogi czytelniku, że właśnie tym była podwieszona pod sufitem kobieta, zaśmiała się swoim wysokim, piskliwym głosem i sfrunęła niżej. Miała góra pięćdziesiąt centymetrów, długie do pośladków, niebieskawe włosy i skórę o zielonym zabarwieniu. Ubranie trudno nazwać sukienką, była to raczej przepaska przewieszona przez biodra. Istota zatrzepotała skrzydłami przed nosem malarza, potem podleciała do nieprzytomnego młodzika i sprzedała mu pstryczka w nos. Ten przebudził się gwałtownie, poderwał głowę w górę, rozejrzał, po czym gwałtownie pochylił się i zwymiotował na buty, które kosztowały więcej, niż ktokolwiek z obecnych na sali widział przez całe życie. - Amator... - prychnęła z pogardą zielona dziewczynka, siadając na ramieniu Toulous'a. Zamrugała radośnie miodowymi oczami, oparła lekko zaróżowiony policzek o okulary malarza. Złote skrzydełka ułożyły się posłusznie na plecach, aby nie przeszkadzały podczas rozmowy. Wszyscy znów usiedli przy stole, tylko zdezorientowany młodzieniec otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, uciekł w popłochu na puste ulice Montmartre. Artyści nie zwrócili na to większej uwagi. - Więc... - zaczął nieśmiało Jean-Lucas – czemu zawdzięczamy zaszczyt spotkania tak znamienitej persony, jaką jesteś Chloé? Wróżka zmierzyła poetę taksującym spojrzeniem, po czym bez pośpiechu zleciała na ziemię i zaczęła się przechadzać. Mężczyźni patrzyli na nią z narastającym napięciem. - Jak wiecie, jestem panią tego miejsca – a co za tym idzie waszą siłą napędową – zaczęła, jakby nie była do końca pewna, do czego zmierza – ale, pojawił się pewien problem. Coraz częściej skupiacie się na trunku, zamiast na tym co sobą reprezentuje. Nie myślicie już o tym dlaczego tutaj trafiliście i sprawia mi to niepomierną przykrość – jej głos przybrał dramatycznego tonu, otarła na siłę uronioną łzę malutką rączką. - Jak to! - obruszyła się przebudzona rozmową, ale nadal lekko pijana, Lorette – Ja doskonale pamiętam... - wyszeptała. - Tak? - zapytała się wróżka – Więc pokaż nam.
*** Było gorące lato 1892 roku. Młoda, piękna dziewczyna szła ulicami niewielkiej miejscowości Troyes. Obok niej dreptał mały szczeniak, niezdarnie potykający się o własne nogi. W kieszeni miała dość pieniędzy aby wsiąść w pociąg, dojechać do Paryża i wynająć pokój na miesiąc. Walizeczkę z całym dobytkiem mocno przycisnęła do piersi. Od kiedy skończyła dziesięć lat, Lorette marzyła o zostaniu aktorką. Miała piękny, głęboki i porywający głos oraz przyciągającą oko urodę, którą odziedziczyła po matce Cygance. Ciemne włosy odrzucała buntowniczo, zawsze kiedy widziała oglądających się za nią mężczyzn. Była niezależna i pomimo młodego wieku – miała tylko piętnaście lat – czuła, że nigdy nie pokocha żadnego mężczyzny. Nie umiała jednak przyznać przed sobą, że zdążyła już zauroczyć się kilkoma kobietami. Przyłapana kiedyś przez ojca na całowaniu jednej z przyjaciółek, została wyrzucona z domu. Przez kilka tygodni pracowała z matką w cyrku, a kiedy tylko uzbierała wystarczającą ilość pieniędzy, postanowiła dostać się do Paryża. Ojciec Lorette był szanowanym obywatelem Lyonu. A przynajmniej za takiego uchodził do czasu poznania Mirruny, cygańskiej wróżbitki, w której zakochał się bez pamięci. Matka była wolnym duchem, niezależną kobietą, podróżującą własnymi, kocimi ścieżkami. Zawsze była w stanie wyżebrać od kogoś parę groszy na ulicy, podpisywała krótkie umowy z trupami, jeżdżącymi po całej Francji. Kiedy poznała Jacoba, miała niespełna dwadzieścia lat. Lorette nigdy nie dowiedziała się, co akurat wtedy pchnęło matkę do ustatkowania się na prawie dwa lata – starczyło czasu akurat na urodzenie i wstępne odchowanie dziecka. Po tym czasie uciekła z akrobatą z cyrku, który zimował w Lyonie i z nim została aż do śmierci w wieku czterdziestu lat. Dzięki temu młoda aktorka mogła utrzymać kontakt z matką. Żegnały się bardzo wylewnie i ciepło, jakby czuły, że już nigdy więcej się nie zobaczą. Mirruna wspierała córkę w jej marzeniach, a kiedy Lorette opuszczała namiot trupy, matka wcisnęła jej parę dodatkowych monet do kieszeni. Młoda aktorka ruszyła więc w świat, przepełniona nadziejami na to, że skończyły się dla niej czasy ucisku. Z opowieści cyrkowców zbudowała sobie Paryż marzeń, będący miejscem idealnym dla artystów, ludzi o odmiennych poglądach, wyznaniach religijnych a nawet orientacjach seksualnych. Jak wielkie było jej zdziwienie, kiedy wysiadłszy na dworcu w Montparnasse, nie zauważyła tej wyśnionej rzeczywistości. Ludzie przechodzili ulicami szybko, z nisko opuszczonymi głowami. Ignorowali jej pytania o drogę, trącali ramionami. Przestraszony tłumem ludzi szczeniak plątał się między jej nogami, więc wzięła go na ręce. - Przepraszam, gdzie znajdę jakieś kwatery? - zapytała przechodzącego mężczyzny, jednak ten nawet na nią nie spojrzał. Dziewczyna postanowiła przejść się po mieście i w międzyczasie rozejrzeć się za pokojem. W Troyes opowiadano jej o dzielnicy artystów, miejscu radości, wiecznej zabawy i beztroski. Marzyła o tym, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Długo nie mogła znaleźć drogi, spacerowała po ulicach, minęła ogród Luksemburski. W końcu na horyzoncie zamajaczyła jej katedra Notre Dame, o której opowiadała jej matka. Kiedy zbliżyła się do monumentalnej budowli, zauważyła siedzącego w jej cieniu mężczyznę, starszego od niej o jakieś dwadzieścia lat. Skrobał coś na fragmencie papieru, był brudny i śmierdzący. W jego oczach iskrzył się jednak olbrzymi zapał. Od czasu do czasu odrywał wzrok od kartki i mętnym spojrzeniem wodził po ludziach. Jego wzrok zatrzymał się na stojące nieopodal Lorette. - Hej, ślicznotko – uśmiechnął się do niej Jean-Lucas. W tamtych czasach, a musisz wiedzieć drogi czytelniku ,że było to trochę ponad pięć lat temu, miał jeszcze bujną czuprynę rudych włosów i kiedy nie miał co zrobić z rękoma, zatapiał je w niej. Początkowo dziewczyna zlękła się obcego mężczyzny, jednak po chwili zrozumiała, jak była zaślepiona. Przecież artyści nie mogą wyglądać tutaj lepiej, niż gdziekolwiek indziej. Tak samo cała wspaniałość ich dzielnicy była tylko mrzonką. - Witaj, panie – powiedziała już bez skrępowania, dumnie odrzucając kruczoczarne włosy – Szukam pokoju do wynajęcia za rozsądną cenę, najlepiej gdzieś niedaleko Montmartre. - A czegóż tak przyzwoicie wyglądająca dziewczynka będzie tam szukać? - Ja... - Lorette zmieszała się – Chcę zostać aktorką. - Biedna dziewczyno! Ale chodź ze mną, pewnie jak każdy z nas przyjechałaś tutaj szukać szczęścia bez grosza przy duszy. Zajmiemy się tobą z Toulousem. Jestem Jean-Lucas de Villon. Jak cię zwą? - Lorette. - Tak…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil heaenwie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…