Wróć do katalogu

Dziennik hiperprzestrzenny

takie coś z takim czymś bez takiego czegoś. trzy sny/historie z życia wzięte/marzenia - trudno mi zdecydować. dla lubiących popłynąć.

pieczyl, opublikowano , 18 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

2009, maj

Zdiagnozowali u mnie guza. Złośliwy, centymetr średnicy. Krwawy ochłap nieśmiertelnej tkanki w mojej głowie. Pasożyt z moich własnych komórek zjadający mnie od środka i trujący mnie w zamian swoimi fekaliami. Na przyszłości ktoś postawił mi tamę. Gdzieś tam jest moja śmierć, gdzieś tam staję się nicością. Rodzice w szoku, ale co oni wiedzą, nikt nie zna głębokości nocy, która nastepuje po dniu, w którym podano godzinę zero. Boję się. Tak głęboko, że ten strach jest wręcz gdzieś poza mną, wsysa mnie w swoje przepaści i głębie. Mam przecież dopiero piętnaście lat. Czytałem, że „cudowne dzieci“ żyją krótko. Pod tym względem nie okazałem się wyjątkowy.

2010, maj

Nie mam włosów, prawie nie mam ciała. Strachu też już nie. Za dużo tego, w pewnym momencie normalne uczucia się kończą, wchodzi się na metapoziom i tam drętwieje. Życie jest gorzkie, ja się skończę, moje cierpienie też, ale mój demon w duszach bliskich zostanie. „Czas umierać“ – powiedział Ruttger Hauer w Blade Runnerze. Te słowa tracą znaczenie kiedy nie ma się wyboru.

*

Czerwone, burzowe chmury przewalają się nad moją głową. Bałwany pary wodnej i dwutlenku siarki, ciężkie od wilgoci gnają nieboskłonem niczym lewiatany zmierzchu. Korhan i Heveliusz, dwa bliźniacze księżyce Eredenu co chwila pojawiają się i znikają za zwałami manifestacji nadciągającego żywiołu. Niebo jest purpurowe nad naszymi głowami, dalej w kierunku horyzontu przechodząc w coraz głębszy fiolet. Pod nami, na skraju kapelusza megagrzyba kłębi się toksyczna mgła, kryjąc powierzchnię planety. Duchy nad nami, duchy pod nami. Majestat.

Elana poprawiła gogle, gładko przylegające do twarzy pokrytej gumowo – oleistą metaskórą dla ochrony przed żrącym środowiskiem Planety Zmierzchu. Stanęła na baczność, szarpana podmuchami coraz bardziej porywistego wiatru. Złożone na plecach poliwęglanowe skrzydła wiatrolotu nie ułatwiały jej swobodnego utrzymania się w pionie. Ona dowodziła rajdem. Jednooka anarchistka, najemniczka doskonała, realizująca z powodzeniem swoje ideały antypaństwowości w skorporalizowanym, totalitarnym ustroju kosmosu.

- Szykujcie się – usłyszeliśmy jej głos w introfonach. Cały oddział, w sumie sześć osób nas było, poderwał się i skierował ku odległej o sto metrów krawędzi kapelusza, z trudem opierając się porywistemu wiatrowi. Gdzieś tam, w tumanach żrącej mgły, która korodowała stal tak szybko jak masło topi się na patelni znajdował się nasz cel – doskonale zabezpieczona fabryka „paskudnika“, czyli najpopularniejszego narkotyku na rynku, syntetyzowanego na bazie ludzkich płodów. Jej problemem było to, że nie należała do naszego pracodawcy. A on chciał dokonać dzisiaj demonstracji. Na niespotykaną skalę.

Burzowe lewiatany nad naszymi głowami zginęły w eksplozji jądrowego ognia. - Naprzód! – krzyknęła Elana, po czym rzuciła się z krawędzi grzyba głową na dół prosto w wirujące opary. My za nią. Utonęliśmy w toksycznej mgle, ryk powietrza zagłuszył komunikaty nadawane przez przywódczynię, mgła odcięła widoczność.

Poczułem jak automatycznie rozkładają mi się skrzydła, po ilu... stu metrach lotu? Stateczniki wyhamowały upadek, doprowadziły do stabilnego, poziomego ślizgu. Przed oczami wykwitła mi siatka terenu, generowana na bieżąco ze wspólnych odczytów sonaru, radaru, podczerwieni oraz błyskawicznie skanujących teren wiązek laserowych. Klarowność obrazu była zdumiewająca. W opalizujących odcieniach zieleni rysowała mi się przed oczami panorama złożona z kolejnych mniejszych i większych megagrzybów, z wiszącymi u spodów kapeluszy lianowatymi strzępami „grzybni“ – chociaż to tutaj zwane było grzybem tylko przez analogię kształtu. W tej wiszącej do góry nogami dżungli przepływały co chwila meduzowate kształty, jadowite organiczne pęcherze gazu, polujące na owady i wszystko co tyko wpadło w ich elektrostatyczne pole percepcji. Każda taka kula miała dziesięć metrów średnicy, z mackami ponad pięćdziesięciometrowej długości. Omijaliśmy je płynnie, zmierzając ku krańcowi tego egzotycznego, bezroślinnego lasu. Fala uderzeniowa przeszła po nas z siłą galopującej ściany plastali. Tylko ultrawytrzymałe pancerze sprawiły, że nie pogruchotała nas jak luźnych worków kości, którymi byliśmy. Nad nami i za nami niebo oczyszczało się, chmury parowały i ginęły rozpraszane impetem podmuchu po eksplozji. Grzyba prawie nie było widać.

Niebo spoglądało z góry oczami bliźniaczych księżyców. Z przodu otworzyła się przestrzeń wolna od najbardziej spektakularnej formy życia na tej planecie – grzyba. Był to skalisty płaskowyż, porośnięty mszakami i porostami, pełen wielokilometrowych rozpadlin. Gdzieniegdzie sterczały krawo – rdzawe artefaktyczne pozostałości budowli obcych. Niegdyś żywe, jak wszystko w tej części Galaktyki. Teraz tylko złowieszcze, krzaczaste ruiny, xenomorficzne analogi kości bielejących pośród ziemskich pustkowi. W kanionie pod nami szary, drożdżowaty kształt pulsował w powolnym majestacie megafauny protoplanety, której przestworza przemierzamy. Drożdżowate, włókniste ciało śluzowca pełzło niemrawo, zaniepokojone, odarte z ochronnej otoczki mgły.

Jesteśmy już dalej.

Dwanaście punktów blasku wykwita przed nami, system analizowania i wczesnego ostrzegania natychmiast otacza je seledynowymi trójkątami, z opisaną prędkością, torem lotu, przewidywanym czasem przechwycenia oraz przewijającą się analizą właściwości rakiet ziemia – powietrze, które posłano ku naszej zagładzie. Wiązki laserowe skupiają się na nich i po chwili cała nasza drużyna wykonuje karkołomny lot nurkowy, przemykając pomiędzy powierzchnią gruntu, a spadającym deszczem odłamków.

Przed nami oślepiający błysk, natychmiast wychwycony i przefilrowany przez samoregulujące się soczewki gogli. Jest jednak ułamek, może jedna dwudziesta sekundy zwłoki gdy dane jest nam widzieć ekslozję bomby EMP w jej pełnej krasie. Krzaczasty pająk elektryczności, który zostawia płonące kreski i jądra czerwieni na siatkówce. To dla nas znak, źe fabryka umarła. My teraz mamy tylko dobić ludzi.

Lotem ślizgowym wpadamy na dziedziniec, zaraz za niskimi, grubymi murami zwieńczonymi działkami strażniczymi, w których zadymiła elektronika. Zaraz po wylądowaniu odpadają nam skrzydła, z olstrów przy udach wydobywam dwa elementy składanego karabinka szturmowego, z cichym kliknięciem łączę je ze sobą, po czym od ramienia odciągam i doczepiam prowadnicę amunicji połączoną z magazynkiem pod prawą łopatką i na nerkach. Pozostali robią to samo. Jesteśmy bronią. Jak w grze komputerowej rozsypujemy się, chowając za pojazdami, gestami pokazując cele, krótkimi seriami kładąc przeciwników. Zbliżamy się do głównego budynku, przypominającego wielki, szary hangar z trzema wąskimi kominami, które nie przestały wyrzucać obłoków czarnego dymu, kładziemy ostatniego ochroniarza, naddźwiękowe pociski uranowe przebijają jego pancerz jak cienki papier. Tymon, saper, podkłada ładunek pod wrota hangaru, kryjemy się, a po chwili wbiegamy prosto w kłęby dymu, przeskakując pogięte blachy i szczątki. W środku pusto. Tylko z jednej strony stoją beczki z odczynnikami, a z drugiej skrzynie wypełnione gotowym produktem. Ale to nie tego szukamy.

Tymon zawczasu, idąc, rozrzuca na lewo i prawo ładunki, bez specjalnego planu. Są dość silne, by wystarczył jeden do dokonania dzieła. Ale miało być spektakularnie, miało być pokazowo. Zbliżamy się do końca. Coś ze świata umyka w tej chwili. Pojawia się w moim umyśle jakby poczucie granicy. Oglądam się za siebie i widzę, że za dymiącą dziurą w drzwiach hangaru nie ma nic. Czerwień nieba, księżyce – wspomnienie. Ogarnia mnie melancholia.

Schodzimy niżej. Piętro, dwa. Nie używamy windy, zmniejsza manewrowość do zera. W każde napotkane drzwi Tymon wrzuca z uśmiechem ładunek. Nareszcie schody się kończą. Minus piąty poziom. W zielonym świetle, rozrywanym pulsującymi czerwonymi kogutami widzimy taśmę produkcyjną... pochylone pod kątem czterdziestu pięciu stopni kapsuły, pogrążone w półletargu kobiety w środku. Białe i niebieskie rurki wszczepione w ich tętnice, szyje, na których dokonano tracheotomii, pobielałe od toksycznego płynu, półotwarte oczy. Po obu stronach każdej kapsuły stoją pojemniki z wirusem RNAdycyjnym oraz mieszanką wszystkich potrzebnych peptydów, to one płyną białymi i niebieskimi rurkami. Produkt finalny wydobywa się przez przewód przechodzący przez pępek, czarną pępowinę odsysającą metabolity wiecznie ginącego i odradzającego się ogromnego płodu, do monstrualnych rozmiarów rozdymającego trzewia swojej nieszczęsnej matki. Misterium życia w służbie śmierci. I Tymon z pogodnym uśmiechem pod przezroczystą maską rozrzucający bomby.

Jest coś bluźnierczego w nieśmiertelności.

Z pewnością dało się to zrobić inaczej, wybudować sztuczne macice, symulować procesy wymiany płynów pomiędzy zarodkiem, a łożyskiem. Tylko

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych