Wróć do katalogu

Dziesięć dni szaleńca.

Dzień pierwszy.

sarcasticsally, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Dziesięć dni szaleńca” Dzień pierwszy. Piąty maja. Młody mężczyzna stał przed kalendarzem. Jego oczy skierowane były na zaznaczony czerwonym markerem dzień. Odliczanie trwało. Z każdą kolejną dobą zbliżał się do swojego celu. Westchnął lekko, wziął do ręki flamaster i przekreślił kolejną datę. Dziesięć dni. Cofnął się o krok i z uporem wpatrywał się w kartki, tak, jakby to miało cokolwiek zmienić. Po raz z jego ust dobiegło ciche westchnienie, jakby rozgoryczenia, czy zniecierpliwienia i wyszedł z pomieszczenia. Jego nogi zaprowadziły go do wyłożonego boazerią pokoju. W lewym rogu stał komputer, jego monitor świecił słabym blaskiem w świetle poranka. Jedna z zakładek pokazywała sklep z bronią. Mężczyzna zaśmiał się lekko. Zdobycie broni w tych czasach nie było takie trudne. Rozejrzał się, chociaż miał pewność, że w pomieszczeni znajduje się sam. Przysiadł na chwilę przy komputerze, ale jego myśli wędrowały gdzie indziej. Bez zbytniego przekonania serfował po stronach, odpisywał na wiadomości. Po raz kolejny ogarnęło go rozbawienie. Jego chłodny śmiech odbił się echem od ścian. Dziesięć dni, powiedział pod nosem. Szybko poderwał się ze swojego miejsca i zaczął chodzić po pokoju. Dziesięć kroków w przód, dziesięć do tyłu. W jego krokach nie było nerwowości, jaką czuł w środku. Oddychał równo, chociaż całe jego ciało chciało wyjść z pokoju, chwycić broń i strzelać, strzelać, strzelać. Potrząsnął głową. Była 7:30. Podszedł do lustra, poprawił brązowe włosy, zabrał teczkę i wyszedł w chłodny wiosenny poranek. Droga do pracy zawsze wydawała mu się czymś w rodzaju drogi przez mękę. Z każdym krokiem denerwował się jeszcze bardziej, chociaż na jego przystojnej twarzy, nie można było zauważyć oznak zdenerwowania. Każdy jego krok był lekki, prężny, każdy kto na niego spoglądał miał wrażenie, że oto idzie człowiek, pełen klasy, werwy i swoistego opanowania. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co kryje się w jego wnętrzu. Uśmiechnął się lekko na myśl o tym, jak wielu ludzi pokłada w nim zaufanie. Ktoś mógłby porównać go do kameleona, który łatwo wpasowuje się w otoczenie, kryje swoje zamiary. Chociaż osobiście wolał nazywać siebie mianem lwa, króla dżungli. Teczka w jego dłoni ciążyła mu jeszcze bardziej niż zwykle, ale ze stoickim spokojem wszedł do budynku. Przywitał się z pracownikami lekkim skinieniem głowy, jedną z koleżanek obdarzył uroczym uśmiechem. Tak, był lwem, a niedługo czeka go polowanie.

Dzwonek nad jego głową odezwał się z niespodziewaną mocą. W jego myślach oznaczał on koniec jakiegoś etapu, potwierdzeniem, że oto kolejna godzina przybliża go do upragnionego celu. – Siadajcie – odezwał się do uczniów, którzy czekali na każde jego znak. Dziewczyny siedzące w pierwszych ławkach, wpatrywały się w niego niczym w bóstwo, spijając każde słowo z jego ust. Nie dziwił im się. W końcu był przystojny. Brązowe włosy miękko układały się na jego głowie, a zielone oczy patrzyły ze swoją zwykłą obojętnością. Miały niesamowity kolor, którego mógłby pozazdrościć każdy. Jego sylwetka była idealna. Wysoki, umięśniony, wiele mężczyzn oddałoby życie, by być na jego miejscu. Potoczył wzrokiem po klasie. Dwadzieścia dwie osoby. Dwunastu chłopców, dziesięć dziewczynek. Niektórzy nie zwracali na niego uwagi, wpatrywali się w okna, w ławki, w siebie nawzajem, byle tylko uniknąć jego wzroku. Uśmiechnął się lekko, a siedzące z przodu uczennice westchnęły lekko. Irytujące, pomyślał. Spojrzał w dziennik, wybrał losowo jedną osobę. O ile losowym można było nazwać to, że doskonale wiedział, kogo powinien zapytać. Thomas Marks. Wyczytał nazwisko. Jego oczy zwęziły się i skupiły na siedzącym pod oknem chłopaku. Był niewielkiego wzrostu, jego jasne włosy były krótkie, niemal zgolone do samej głowy. W jego uszach tkwiły słuchawki, jakby w ogóle nie znajdował się na lekcji, a w zupełnie innym, wygodnym dla niego, miejscu. – Wstań – odezwał się do niego spokojnym głosem. W klasie panowała idealna cisza, jednak chłopak nie zareagował. Mężczyzna wstał lekko za swojego biurka i energicznym krokiem podszedł do chłopaka. Ten jakby czując obecność nauczyciela, odwrócił wzrok od okna. Jego spojrzenie przez chwilę było spanikowane, jednak po chwili, jakby przypominając sobie, że znajduje się w szkole i że wszystkie spojrzenia są skierowane na niego, zmieniło się na chłodny wzrok. – Powiedziałem „wstań” – syknął nad nim lekko zirytowany nauczyciel. Chłopak podniósł się ze swojego miejsca. Był zrezygnowany. Wiedział, co go czeka.

Lekcja skończyła się spokojnie. Mężczyzna siedział za biurkiem i oddychał miarowo. Mało brakowało, a straciłby kontrolę nad sobą. Kiedy patrzył na te dzieci, czuł jakby się dusił, przypominały mu się wszystkie doznane krzywdy, każdy dzień, każda minuta, w której był upokarzany. Przenosił się w czasy, kiedy on sam siedział na ich miejscu, kiedy to jego dręczono. Starał się o tym pamiętać, pielęgnował w sobie wspomnienia złości, niezrozumienia i krzywdy. Zbierał je, by pewnego dnia dać im wybuchnąć, pozwolić im przejąć nad sobą kontrolę. Thomas Marks, mruknął ze złością pod nosem. Cel numer jeden. Wyobrażał sobie, jak ciepła krew rozlewa się po korytarzu, jak miliony jej drobinek rozpryskuje się na ścianie za tym durnym chłopakiem. Niemal czuł metaliczny zapach, który roznosił się wokół niego, osiadał na nim. Prawie słyszał jego błagania, wtedy nie pomogłoby mu odcięcie się za pomocą muzyki, o nie. Jego krzyki stałby się muzyką dla jego kata. Każde prośby i jęki, sprawiłby mu niewysłowioną radość, a potem… Przyłożyłby lufę do jego skroni i patrząc w jego oczy, pełne błagania i strachu, pociągnąłby za spust. Zawsze pasjonował go strach, i to, co się z nim łączyło. Jak w ludzie w skrajnym przerażeniu, potrafią robić niesamowite rzeczy. Jego strach sam popychał do działania. Nigdy nie sądził, że strach może być aż tak dobrym motywatorem. A jednak. Jako dziecko dorastał na przedmieściach Phoenix, gdzie jego rówieśnicy codziennie wychodzili z domów, przed którymi, na przystrzyżonych równo trawnikach, stały matki, które odprowadzały swoje pociechy wzrokiem. Domki wyglądały niemal jak sklonowane. Białe ściany, białe płoty i oszałamiająca zieleń trawnika. Idealne miejsce dla idealnych rodzin. Jego rodzina też taka była, teoretycznie. W praktyce wyglądało to niemal jak wszędzie, wiecznie zapracowany ojca i matka, która coraz częściej zaglądała do kieliszka. I idealne dziecko, czyli on. Marcus Collins. Już jako mały chłopiec wiedział, że najlepiej wtopić się w tłum, jednak nie było to takie proste, kiedy jest się uroczym brzdącem, którego uwielbiają niemal wszyscy sąsiedzi. Jego urok w tamtych czasach był powalający. Wiele osób mówiło, że drugiego tak uroczego dziecka na oczy nie widzieli już nigdy potem. Zawsze ubrany w eleganckie małe ubranka, które były idealne skrojone na miarę, podkreślały jego chłopięcy urok. Ogromne zielone oczy patrzyły zawsze z dziecięcą uprzejmością i naiwnością. Marcus nie był jednak ani uprzejmy ani naiwny. Nie był takim dzieckiem, jakie chcieliby mieć jego rodzice, ani takim, jakim widzieli go sąsiedzi. Był inny. Cenił sobie jednak spokój i piękno, które go otaczały. Zamiast iść biegać i grać z kolegami w piłkę, wolał pójść na łąkę, bądź do lasu i podziwiać przyrodę, a to, że często trafiał tam na pary, które się ze sobą zabawiały, tylko dodawało tym wyprawom smaku. Już wtedy wiedział to, o czym jego rówieśnicy mogli pomarzyć. Strach. Pewnego razu, gdy miał trzynaście lat, wybrał się do lasu. Przechadzając się między drzewami, nagle dostrzegł dwoje ludzi, rozbierali się spiesznie, jakby ktoś ich gonił. Chłopiec podszedł bliżej i schowany za drzewem, obserwował. Z niewielkiej odległości zauważył, że jest to jego sąsiadka. Której mąż, kapitan, niedługo miał wrócić z rejsu do Ameryki. Uśmiechnął się cynicznie i już otwarcie ruszył w ich stronę. Oparł się nonszalancko o drzewo i cmoknął kilka razy z rozbawieniem. – No, no, no. Kogo my to mamy. Para natychmiast od siebie odskoczyła, jakby ktoś poraził ich prądem. – Boże, Marcus! Co Ty tu robisz?! – wykrzyknęła pani Black, spiesznie naciągając na siebie spódnicę. – Spaceruje, podziwiam… – odpowiedział lokując swoje oczy w okolicach jej dekoltu – przyrodę. – Spadaj stąd, dzieciaku, nie wolno się włóczyć samemu po lesie – warknął mężczyzna, który nerwowo nakładał na siebie kolejne części ubrania. – Nie wątpię, że to skłoniło Państwa do wybrania się do lasu razem – odpowiedział lekko ironicznie chłopak, odwrócił się na pięcie i zanim odszedł, rzucił wesoło. – Proszę pozdrowić męża, pani Black. To co zobaczył w jej oczach, to był strach. Czysty. Niczym niezmącony strach. Bała się, że jej mąż się dowie. Bała się opinii sąsiadów, a przede wszystkim bała się jego, Marcusa. Napawał się tym, przerażenie dawało mu władzę. Oczywiście, nie miał zamiaru nikomu o tym powiedzieć. To by skończyło jego zabawę, a tego nie chciał. Zbyt dobrze się czuł w roli oprawcy, tak zupełnie innej, od roli ofiary którą przyjmował w szkole.

Marcus otrząsnął się ze wspomnień, znów znajdował się w klasie, która powoli wypełniała się uczniami. Nie mógł jednak się skupić, a do końca przerwy zostały mu trzy minuty. Szybkim krokiem wyszedł z budynku i w spokoju odpalił papierosa. Nienawidził tego nałogu. Nałóg to słabość, a on nie był słabym człowiekiem, jednak od tego jednego nie mógł się uwolnić. Gdy zaczyna się jako dziecko, to trudno jest skończyć jako dorosły. Dym go uspokajał, miał dla niego prawie magiczne właściwości. Był dla niego czymś, czym mógł odgrodzić się od myślenia. I tak właśnie robił. Kiedy palił, nie czuł nic. Uspokajał się. Zazwyczaj. Jednak nie tym razem. Papierosy znów zawiodły go do myślenia o przeszłości. A tego nie chciał, delikatnie zgasił papierosa i nie wiedząc, że jest obserwowany, wrócił do klasy.

Lekcje skończyły się równo dwadzieścia po drugiej. Mężczyzna czuł się wypompowany, jednak w jego głowie cały czas tańczyła myśl, że zostało tylko dziesięć dni. Dziesięć dni do wybawienia. Dziesięć. Idealna liczba. – Marcus! Heej! Poczekaj! – usłyszał za sobą wesoły głos jednej z nauczycielek. Właśnie miał wychodzić ze szkoły i udać się do domu, jednak tego dnia chyba nie było mu to dane. Zatrzymał się i przybrał na twarz maskę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych