Wróć do katalogu

Dziewczynka, o której zapomniała śmierć cz.1

Historia opowiada o losach dziewczynki i chłopca, którzy próbowali oszukać Śmierć w skutek czego muszą ponieść konsekwencję swojego czynu.

AkaiAme, opublikowano , 25 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:impact}Rozdział I: Zapomniana dziewczynka{/font}

{i} „ Dawno, dawno temu żyła sobie samotna dziewczynka o której zapomniała Śmierć. Ludzie mają to do siebie, iż ich życia są kruche i zdatne na rany, a nim się rozpocznie to już się kończ. Aczkolwiek to co miało być darem dla dziewczynki, stało się jej przekleństwem.

Dawno, dawno temu żył również martwy chłopiec. Ludzie mają także to do siebie, że dopiero gdy coś utracą potrafią to docenić. Chłopiec zanim odkrył tą cenną lekcję, zmarł. Ich ścieżki skrzyżował tajemniczy zbieg okoliczności. Prawdopodobnie. Równie dobrze, można to nazwać przeznaczeniem bratnich dusz.

Dziewczynka żyła, żyła i żyła, a jej szeroki uśmiech poległ z łzami. Kiedy wszyscy których kiedykolwiek kochała zaczęli przegrywać walkę z czasem, ona musiała czekać na Śmierć, która nijak nie przychodziła, widocznie o niej zapominając.

Zanim w młodej klatce piersiowej chłopca zaczęło bić dorosłe serce, on już był zmuszony zasnąć na wieki, a wszystkich kiedykolwiek kochał musiał pozostawić bez słów pożegnania. Najwidoczniej śmierć przypomniała sobie o nim za wcześnie.

Jak to możliwe?

Czy to sprawiedliwe?”{/i}

Historia, która została zakurzona przez piaski czasu, stała się poniekąd starą baśnią dla dzieci bez zadowalającego zakończenia. Doskonale ją znając, postanowiłam własnymi rękoma napisać zakończenie dla napomkniętej bajki. Dlaczego? Sami się przekonajcie.

To było najgorętsze lato, jakie kiedykolwiek pamiętałam. Jako dziecko uwielbiałam się schładzać w rzece, która znajdowała się nieopodal koło mojego domu. Biegłam tam na złamanie karku zazwyczaj odziana w zwiewne sukienki oraz boso. Nagie stopy pozwalały mi nie bliższe zaznajamianie się z matką naturą, którą tak bardzo szanowałam oraz kochałam. Zatem pewnego lipcowego popołudnia, podczas którego samotnie pluskałam się w spokojnej rzece, spotkałam jego.

Chłopca, o którym śmierć przypomniała sobie zbyt wcześnie.

Byliśmy rówieśnikami. Jako dziecko byłam odważna, gadatliwa oraz otwarta na cały świat, pragnąc więcej i więcej. Chłopak wydawał się moim przeciwieństwem.Właściciel twarzy zalaną szkarłatem, nieśmiało się do mnie zbliżył unosząc niepewnie rękę ku górze w geście powitania. Uśmiechnęłam się w jego kierunku, a nasze samotności się połączyły tworząc wspólną kopułę przed okrucieństwem świata.

Bo mimo, iż kochałam ludzi, iż byłam odważna, bałam się ich mrocznej, nieobliczalnej, natury. Dlatego też żyłam w samotności, dopuszczając do niej jedynie zaufane jednostki. A tamten chłopiec, pomimo różnić, był taki sam jak ja.

Od tamtego leniwego popołudnia spędzaliśmy razem każde kolejne i kolejne popołudnie, aż do zachodu słońca. Z czasem lato się skończyło i nastąpiła jesień, potem zima oraz wiosna, aż wreszcie przyszło następne równie gorące lato. Mimo upływającego czasu, okowy naszej przyjaźni tylko się wzmacniały, kreując z nas swych niewolników.

Zapomniałam wspomnieć, że to moja rodzina nauczyła mnie lęku przed społeczeństwem, ze względu na moje zdolności. Potrafię wyczuć obecność zbliżającej się do poszczególnego człowieka, śmierci. Potrafię określić w jaki sposób zakończy swój żywot. Aczkolwiek nie wiedziałam jak to robię. Po prostu miałam taki „dar”.

Kiedyś zdradziłam swoją tajemnicę chłopcu. Sądziłam, że ucieknie z krzykiem, jednak on z uśmiechem tylko skinął głową zapraszając mnie do wspólnej zabawy. Kiedyś chłopiec znając moją tajemnicę, spytał mnie czy i on kiedyś zginie.

{i}- Będziesz żył długo i szczęśliwie.-{/i} odpowiedziałam zgodnie z moim szóstym zmysłem, po chwili łapiąc się za kujące serce. Ponieważ wiedziałam, że miałam niedługo zginąć. Ponieważ wiedziałam, że utonę w mojej ukochanej rzece. Ponieważ, nie miałam zamiaru umierać.

- Riu! RIU! - wrzeszczał w kółko chłopiec przedzierając się przez wysokie kłosy zbóż. Tamtego dnia skręciłam kostkę, potykając się nierozważnie o drobny kamień. Łkałam chwytając się za opuchniętą kostkę i wzywając pomocy. Czarnooki nie myśląc dłużej wrzucił mnie na swoje wątłe plecy i niespodziewanie znalazł w sobie pokłady niespotykanej – wręcz mrówczej – siły. Niósł mnie tak przez kilka kilometrów do okolicznej pielęgniarki.

- Dlaczego, Remi? - zapytałam chłopca, siedząc na łóżku starszej Pani, która zniknęła za drzwiami swojego pokoju w poszukiwaniu ziół łagodzących ból. Uśmiechnął się w mym kierunku od ucha do ucha, ścierając dłońmi zeschnięte łzy.

- Ponieważ jesteśmy przyjaciółmi. - również się uśmiechnęłam, a nasze czoła oparły się o siebie wymieniając się kojącym ciepłem. Był to najlepszy środek przeciwbólowy na świecie.

Nikomu nie szepnęłam nawet półsłówka o czyhającej za rogiem na mnie, Kostusze. Aczkolwiek moje przeczucie z czasem ulegało dezorientacji. Zmieniało się. Śmierć czułam wszędzie, przy każdym boku mieszkańca mojej wioski. W każdym cieniu, w każdym koncie, dosłownie wszędzie. Nigdy nie spotkałam się z takim zjawiskiem, lecz doskonale zdawałam sobie sprawę, iż nie mogłam go lekceważyć.

- Uciekajmy, mamo. - zagadnęłam nieśmiało stojąc w progu kuchni. Przepiękna kobieta spojrzała na mnie przez ramię, zmywając naczynia.

- Cóż to za pomysł, kochanie?

- Mamo...Czuje, że ta wioska za niedługo zniknie. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia kiedy. Dlatego uciekajmy stąd jak najszybciej! Jeszcze dziś! - zaśmiała się łagodnie nie przerywając swojej czynności.

- Wioska nie może umrzeć. Ludzie tak. Miejsca nie bardzo.

- Chodziło mi o mieszkańców. Oni wszyscy...zginą. Łącznie z nami! - nastała chwila ciszy przerywana przez stukot odkładanych naczyń.

- Omówię tą sprawę z twoim tatą. Jesteś pewna, kochanie? - przytaknęłam, jednakże nie wyjechaliśmy, a rodzice zbyli mnie słowami: przecież możesz się mylić, a poza tym wszyscy mieszkańcy nagle nie mogą zginąć. W sumie mieli rację, ale te słowa mnie nie uspokoiły.

- Co mogłoby zabić wszystkich mieszkańców naszej wioski w mniej więcej, tym samym czasie? - spytałam smętnie obserwując, jak mój przyjaciel wrzuca kamienie do rzeki.

- Wątpię, czy jest to możliwe...Ale jest. Wojna. Podobno nasz kraj w jakiejś bierze udział. Aczkolwiek bardzo daleko...Czy coś się stanie? - nie był zaniepokojony, wręcz nazbyt spokojny.

- Nie. - odparłam kłamliwie, przypatrując się mu. Nadal jego życie było niezagrożone.

Dlaczego on był bezpieczny, a ja nie?

Nastał ten dzień, gdy obecność śmierci stała się nie do wytrzymania. Powietrze było przytłaczające, a zapach zgnilizny przyprawiał o mdłości. Poranne wiadomości nadawane przez radio zostały przerwane przerażającym komunikatem, a warkot silników wojennych maszyn nadchodzących z oddali paraliżował każdy możliwy mięsień.

Było już za późno na ucieczkę.

- Co się dzieje? - mój tata odszedł od drewnianego stołu kierując się ku wejściu. Ja rzuciłam się na niego chwytając za rąbek białej koszuli, błagając by się nie wychylał. Byśmy uciekali stąd jak najdalej. Zignorował mnie z uśmiechem poklepując moją czarną czuprynę. Wyszedł, a po chwili rozpętało się prawdziwe piekło. Przez uchylone frontowe drzwi do naszego małego domu dobiegały krzyki agonii wymieszane z odgłosem wystrzeliwanej salwy amunicji.

- Mamo! - moja matka chwyciła mnie za dłoń, podnosząc za pomocą jednej ręki mojego młodszego braciszka.

- Ellie zaprowadź twoje rodzeństwo i babcię do bezpiecznego miejsca. Wrócę po ojca. Macie biec i nie oglądać się za siebie. Choćby nie wiem co. Nawet jeśli błagałabym abyście mnie ratowali, jasne? - moja najukochańsza osoba, która była dla mnie całym światem oddała mnie w ręce mojej starszej siostry. Ta bez słów sprzeciwu skinęła głową biorąc na ręce najmłodsze dziecko, a mnie popychając do przodu.

- Mamo? Nie. Nie zostawię cię samej. Ani ciebie, ani taty. Umrzecie! Oboje! Czuje to... - łkałam, a kobieta przykucnęła przy mnie przystawiając czoło do czoła. Była taka ciepła.

- Ani ja, ani tata, nigdy was nie zostawimy. To tylko chwilowa rozłąka. Jeśli poczujesz się samotna spójrz na niebo. Ono nas łączy. Ono nas sprowadzi do domu, ponieważ pozostaje niezmienne. Ponieważ patrzymy na to samo niebo. A teraz idź i słuchaj Ellie oraz babci, jasne? - chociaż serce krzyczało przeraźliwie z wnętrza mojej klatki piersiowej, posłusznie acz niepewnie skinęłam głową, pociągnięta przez staruszkę. Wyszliśmy tyłem domostwa, a Ellie dokonując jak najbardziej wnikliwej analizy sytuacji, ostrożnie sunęła do przodu między ciasnymi zaułkami.

- Co się tutaj dzieje? - zapytałam półszeptem mojej starszej siostry, wyglądająca zza ścianę oraz próbując uspokoić naszego młodszego braciszka, który zanosił się na donośny płacz. Najwidoczniej dzieci takie jak on potrafią wyczuć atmosferę panującą wokoło, chociaż jej nie rozumieją. Nastolatka zignorowała mnie nadstawiając uszu.

- Źli ludzie nas zaatakowali, ale nie martw się słoneczko. Wszystko będzie dobrze. - rzekła babcia, nie tracą przy tym swojego niegasnącego optymizmu. Spojrzałam na nią musząc się obrócić, a gdy już miałam zaprzeczyć jej słowom, zrezygnowałam. Nie chciałam im odbierać tej nadziei. I tak już jej niewiele pozostało. - Musisz być dzielna, jak Ellie.

- Ciii. No już Rob, uspokój się. - kilkumiesięczne zawiniątko z smoczkiem wyrywało się z rąk wysokiej blondynki próbując wrzeszczeć coś na podobieństwo słów „mama” lub „tata”.

- Słyszałeś to? - wycedził jeden z żołnierzy uzbrojony po zęby zza ścianą niewysokiego domku, wybudowanego z czerwonych cegieł.

- Nie. - odparł drugi.

- Jakby...dziecko? - na nic prośby i groźby. Rob wybuchł krzykiem, zalewając się łzami, a jego twarz momentalnie pokryła się żywą czerwienią. Oczywiście odziany na biało żołnierze usłyszeli jazgot mojego braciszka kierując się kierunku hałasu, powoli lecz z całą pewnością już z przygotowaną bronią.

- Kurwa. - wycedziła przez zaciśnięte zęby Ellie wykonując kilka kroków do tyłu. Próbowała zachować zimną krew, aczkolwiek nie odważyła mi się spojrzeć w oczy. Zapewne w tamtej sekundzie, która wydawała się wiecznością, kołatały się po jej głowie milion myśli włącznie te, aby nas zostawić. - Co robić? Co robić?

- Uciekajcie. I tak ze mną daleko nie zajdziecie. Jestem już stara i słaba, a wy tacy młodzi...

- Babciu... - rzuciłam się jej do ręki, wyrywając kawałek materiału z jej kremowej sukienki. Pogładziła mnie po głowie, składając szorstki pocałunek na jej czubku. Zamknęłam usilnie powieki, powstrzymując cisnące się do oczu łzy.

- Ellie, zaopiekuj się rodzeństwem i chroń ich.

- Oczywiście. Babciu ja...

- Uciekajcie. Już! - ryknęła staruszka odganiając nas ręką. Jasnowłosa nastolatka chwyciła mnie za nadgarstek ciągnąc za sobą. Biegła szybko, za szybko. Wręcz gnała ciężko dysząc i okropnie się pocąc. Ja z ledwością za nią nadążałam, potykając się o własne nogi. Rob płakał i płakał wkładając swoje drobne rączki w usta, nos, oczy oraz uszy niebieskookiej młodej kobiety. Zadrżałam, gdy usłyszałam synchronizowany szturm broni palnej, lament dzieci, a następnie niepokojącą ciszę. Spazmy cierpienia przejawiały się w wrzaskach mieszkańców wioski. Spazmy i śmiechy. Śmiechy naszych oprawców. Przypominał to rechot posłańców diabła. Nogą wdepnęłam w rozpłatany brzuch wujka Erica, który był okolicznym sprzedawcą warzyw. Wszystkie dzieci tak go nazywały. Był uprzejmy oraz niezwykle miły. Niczym prawdziwy wuj. Pisnęłam zasłaniając swoje usta.

- Patrz na mnie! - krzyknęła siostra, zaglądałam za siebie przez swoje ramię widząc wszystko. Gwałt, śmierć, krew, ból oraz ogień trawiący mój dom. Całą wioskę. - RIU!

- Ale!

- Nie pomożemy im gapiąc się! Musimy przeżyć i ostrzec innych! Musimy żyć, aby pamięć o nich nie zginęła razem z nami, jasne?! - jej delikatnie falowane blond włosy wariowały na wietrze podczas naszego desperackiego biegu o życie. Wyrwałam się z jej uścisku, zatrzymując się. Moje plecy piekły od gorejącego ognia. Ellie postąpiła podobnie patrząc na mnie karcąco, a mały Rob uspokoił się na chwilę.

- I tak umrzemy! Wiem to!

- Skąd?! Bo masz takie przeczucie? - zakpiła, próbując bardziej siebie okłamać niż mnie.

- Doskonale wiesz, że śmierci nie oszukasz! - zamilkła wbijając szafirowy wzrok w suchą ziemię. - Przepraszam. Spróbujmy...Razem z pewnością nam się uda, siostrzyczko. - podeszłam do niej, chwytając za rąbek kusej spódniczki nieco poszarpanej przez naszą ucieczkę. Odwróciła się bez słowa kontynuując bieg. Postąpiłam podobnie ledwo dotrzymując jej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych