Wróć do katalogu

EGZORCYZMY SYLWI BROM

mrożąca krew w żyłach relacja z walki z opętaniem ;)

bury_wilk, opublikowano , 21 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ojciec Bruno szedł pewnym, sprężystym krokiem nie zwracając uwagi na pełne zaintrygowania spojrzenia mijanych przechodniów. A jego widok rzeczywiście przyciągał wzrok. Wysoki, przystojny, z jedniodniowym zarostem, który nie wyglądał niechlujnie, lecz dodawał męskości. Ciemne okulary, zaczesane do tyłu włosy, długi płaszcz... Gdyby nie biel koloratki prędzej można by wziąć go za agenta w stylu Jamesa Bonda, niż za księdza. Minął skrzyżowanie, przystanek autobusowy i po chwili zniknął w półmroku bramy starej kamienicy. Ogarnął go niemal nienaturalny chłód, zupełnie jakby nagle znalazł się w odwiecznym królestwie cienia, w świecie niewidzialną barierą oddzielonym od ludzkiej rzeczywistości, gdzie za węgłem może czaić się każde zło, a strach jest bytem równie namacalnym, co wielki, czarny pies śpiący pod trzepakiem. Pies ów, również nie wyglądał przyjaźnie. Oczy miał półprzymknięte, ale duchowny czuł, że zwierzę bacznie go obserwuje. Jerzyki uwijające się w podcieniach okien krzyczały ostrzegawczo, a krzyki te ostro odbijały się echem w zamkniętym w studnię podwórzu. Trudno było nie odnieść wrażenia, że to zasadzka, że każdy kolejny krok prowadzi w głąb śmiertelnej pułapki. A jednak ojciec Bruno nie okazywał strachu. Mało tego, czuł się zupełnie bezpiecznie. Z odwagą patrzył na psa, rzucał wyzwanie cieniowi, prowokował chłodną grozę. Miał ze sobą sprzymierzeńca w postaci niezachwianej wiary i wsparty na tejże wierze gotów był stawić czoła złu tego świata. Wydawało się, że stosowniejszym byłoby raczej spytać, czy to zło jest gotowe sprostać temu śmiałkowi. Czarny pies uniósł powieki pokazując jarzące się żółcią oczy, warknął groźnie, ale nie próbował zaczepić przechodzącego księdza. On był tylko strażnikiem, obserwatorem, świtą kogoś znacznie potężniejszego, kogoś, kto czekał wewnątrz starego domu. Dzwonek nie działał, ale staromodna, lodowata w dotyku kołatka spełniała swoją rolę doskonale. Ksiądz nie musiał długo czekać, aż drzwi, z przeraźliwym zgrzytem otworzą się umożliwiając wejście do wnętrza kamienicy. Najpierw uderzył ciężki stęchły zapach, przygniatający i duszący, a zaraz za progiem opadła zasłona mroku i czającej się w niej grozy. Z tej ciemności wyłonił się wysoki, chudy i przeraźliwie blady mężczyzna. Mocno podkrążone oczy, słaby oddech i drżące ręce świadczyły, że człowiek ten jest na skraju wyczerpania. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - Na wieki wieków. Pokój temu domowi. Jestem Bruno Łoter - księdzu wydawało się, że usłyszał dobiegający gdzieś z góry chichot, ale nie przejął się tym zupełnie. - Robert Brom. Cieszę się, że ojciec przyszedł. Gospodarz wyciągnął dłoń i odebrał mocny uścisk prawicy gościa. Niemal natychmiast poczuł się silniejszy i jakby optymistyczniej nastawiony do życia, choć w obecnej sytuacji nie było to na pewno łatwe. - Niech się pan nie boi. Prawdziwa moc i potęga jest z nami, a nie z Szatanem. - Z całych sił staram się w to wierzyć, ale wie ksiądz... Już brak mi sił... - Nie wątpię, to nigdy nie jest łatwe. Zły, jeśli już uda mu się opętać jakiegoś człowieka, postępuje wyjątkowo okrutnie. - Nie zaprzeczę. - A jednak, warto uświadomić sobie, że to tylko desperacja. Szatan jest wiecznym przegranym. Cokolwiek by nie uczynił, zawsze pozostaje tylko częścią boskiego planu i w dniu sądu ostatecznego zostanie starty na pył. Nie ma możliwości by stało się inaczej, stąd narastająca frustracja i złość. Może wygrać niezliczoną ilość bitew, ale wynik wojny i tak jest przesądzony. - Dobrze jednak być po stronie zwycięzców - gospodarz zmusił się do czegoś, co przypominało uśmiech. - Jak ona ma na imię? - Sylwia. Proszę tędy, na górę... I niech się ojciec nie da zwieść... - Spokojnie. Robiłem to już wiele razy. Z Bożą pomocą i teraz się uda. A zaskoczyć mnie nie łatwo. Jednak tym razem ojciec Bruno nie docenił przeciwnika, z którym miał się zmierzyć. Telefon od zrozpaczonego pana Roberta wydawał się bardzo typowy. Ksiądz brał pod uwagę, że jak to często bywa napotka osobę po prostu chorą psychicznie, ale po wejściu w podwórze kamienicy był niemal pewien, że czeka go trudna walka z demonem. Zła aura unosząca się nad tym miejscem była tak silna, że nie pozostawiała większych złudzeń. Na piętrze powinna leżeć w łóżku nieszczęśliwa, zapewne okaleczona, opętana kobieta pozostająca gdzieś na pograniczu życia i śmierci... - Witam księdza. Może herbaty? Sylwia Brom była średniego wzrostu szatynką, lekko przy kości, o przyjemnym obliczu i wesołych oczach. Ubrana w szare leginsy i sweter, poruszała się swobodnie, wydawała się zdrowa i w pełni sił. Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że może być opętana. - Czy to na pewno...? - egzorcysta był całkiem zbity z pantałyku. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że gdzieś czai się potężny demon, ale przecież to niemożliwe, żeby był w tej niewieście! Zaraz, a może to mistyfikacja, może to ten mężczyzna? Jego wygląd dużo bardziej odpowiadałby symptomom... - To ksiądz jest specjalistą. Ale ostrzegałem, że potrafi zwieść. - Wzywam cię Szatanie ujawnij się w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!!! Pełne mocy słowa, wypowiedziane spokojnie, lecz głosem nie znoszącym sprzeciwu uderzyły w pustkę. Nic. Żadnego efektu. - Wzywam Cię!!! Sylwia wyglądała na mocno zdziwioną, Robert na przerażonego, co jeszcze bardziej zbiło egzorcystę z tropu. Może jednak on? To wszystko jest za bardzo niewiarygodne, to wszystko na kilometr śmierdzi wredną sztuczką. - Okaż się!!! - tym razem ojciec Bruno patrzył prosto w oczy Roberta. - Ja? - gospodarz aż się zająknął. Egzorcysta nie zdążył nic odpowiedzieć, bo Sylwia wybuchnęła prawdziwie dzikim śmiechem. Chichotała głośno, łzy płynęły jej z oczu, widać było, że chce coś powiedzieć, ale nie potrafiła się opanować. Obaj mężczyźni patrzyli na nią oszołomieni, nie potrafili zdobyć się na żadną reakcję, dlatego minęło dobrych kilka minut, nim się uspokoiła na tyle, by móc się odezwać. - To jakaś ukryta kamera? O co chodzi? Robercie, żart wyśmienity, obśmiałam się jak nigdy. Gospodarz poczerwieniał jak przysłowiowy burak, a skonsternowany egzorcysta bezradnie opuścił ręce. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie przeżył. - To może... - sapnął po dłuższej chwili, - skoro tu już jestem, napiję się tej herbaty, porozmawiamy chwilę i sobie pójdę... - Pójść sobie? Po tak zabawnym początku? - w jednej chwili twarz Sylwii zmieniła się nie do poznania. Oczy zaskrzyły jej diamentowo, mięśnie spięły się, a głos nabrał drapieżności? - O nie kochany Bruno, teraz już cię nie wypuszczę! Coś trzasnęło, coś zazgrzytało, powietrze zadrgało. Pies z podwórza pojawił się w drzwiach i usiadł na progu blokując wyjście. Jego bulgoczący, niski warkot powstrzymał Roberta, który krok po kroku cofał się szykując do ucieczki. - Nie, nie, kochany mężu, zostań. Przecież przyrzekałeś, że będziesz przy mym boku w doli i niedoli... a teraz, w najpiękniejszej od dawien dawna chwili chciałbyś wyjść? - Ugnij się przed boskim majestatem! - egzorcysta otrząsnął się wreszcie z szoku i spróbował przejąć inicjatywę. Teraz przynajmniej miał jasność, kto jest jego wrogiem. Uniósł krzyż rozpoczął żarliwą modlitwę. - Słabiutko proszę księdza, słabiutko. Słyszałam, że będziesz godnym przeciwnikiem, a to co widzę, to chyba kpina? - kobieta z pogardą splunęła pod nogi duchownego. - Długo się szykowałam i jak widzę niepotrzebnie. Szkoda, bardzo szkoda... Ale jeśli zaczęliśmy się bawić, to niech przedstawienie trwa nadal. - To nie żarty demonie! W imię Najwyższego podaj mi swoje imię! - Dobre, dobre... - Imię!!! - Teraz powinnam powiedzieć "imiona", albo "jeden, dwa, trzy, cztery, pięć", albo "adin, dwa, tri"... A może wolisz eins, zwein, polizei, zieben, acht, gute nacht?... Tak to na filmach leci? Niestety, nic z tego. Nie znam języków. Nie byłam w Babel. - Imię!!! - upór ojca Bruno był godzien podziwu, zwłaszcza w kontekście tego, że na opętanej najwyraźniej nie robiło to najmniejszego wrażenia. - Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - Robert ukląkł i zaczął głośno się modlić. - Kolejny raz wzywam cię w imię Ducha Świętego, podaj mi swoje imię!- modlitewne wsparcie męża opętanej dodało egzorcyście wiary i siły. - A Sylwia nie ładne? Ale dobrze, przecież to żadna tajemnica - kobieta w żywe oczy kpiła z rytuału. - Mam na imię Magdalena. - Co? - to krótkie pytanie z pewnością nie należało do obrzędu, ale ojciec Bruno nie potrafił się powstrzymać. Różne diabelskie imiona już słyszał, ale to był jakiś absurd! Magdalena? Imię z Ewangelii? - Magdalena kochasiu. Nie podoba ci się? - Przecież to niemożliwe. - Czyżby? Nie jednemu psu Burek mój drogi. - ... Bądź wola twoja, jako w niebie, tak i na ziemi... - Robert zamknął oczy i nieustępliwie klepał pacierz. - Skoro już się poznaliśmy, to pewnie chcielibyście zobaczyć mnie w prawdziwej postaci? - Apage Satanas, apage Satanas... Ale przepędzanie nic nie dało, a opętana powoli, zmysłowo ściągnęła sweter, biustonosz i resztę odzienia. Za chwilę całkiem naga stała przed mężem i oniemiałym księdzem. - Tak, to ja, to moje ciało. Ciało kobiety. Jestem kwintesencją grzechu. - To ciało nie należy do ciebie! - Och, kochany, mylisz się. Mylisz się bardzo. Należy do mnie i tylko do mnie! Mało tego, niedługo należeć do mnie będą też ciała twoje i tego pędraka - głową wskazała na nieprzerywającego modlitwy męża. - Jednak ciało, to tylko wisienka do tortu, którym są wasze dusze. - ... I odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom... - Irytujesz mnie! Dość!!! Robert nagle zwinął się w pół i jęknął przeciągle. A potem już nie wydał żadnego dźwięku. Usiłował coś mówić, a może krzyczeć, ale tylko bezradnie poruszał ustami. Nie poddał się jednak łatwo. Nigdy nie był szczególnie wierzący, ale teraz zaufanie do boskiej mocy eksplodowało w nim tyleż irracjonalnie, co nieograniczenie. Nie mógł się odezwać, ale przecież została myśl i czyny. Uklęknął i uczynił znak krzyża. Sylwia, czy raczej Magdalena spojrzała na niego gniewnie, a posłuszny niewypowiedzianemu rozkazowi pies rzucił się na mężczyznę. Białe kły zacisnęły się na ramieniu, a po chwili suchy trzask nie pozostawił wątpliwości jaka siła drzemała w zwierzęcych szczękach. - Dość! Przyda mi się jeszcze... Czarny brytan natychmiast odpuścił i cofnął się na próg pokoju. - No jak chłopcy? Spokornieliście trochę? Nikt nie odpowiedział. Robert nie był w stanie, zaś ojciec Bruno zdał sobie sprawę, że wszystkie standardowe kroki, jakie podejmował w niczym nie pomogą i szukał w myślach czegoś skuteczniejszego. Wdawanie się w słowne utarczki też wydawało się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych