Wróć do katalogu

Epilog

Debiut. Próba zmierzenia się z tematem przemijania.

lor3k, opublikowano , 8 min czytania, 3,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:times}

{font:times} I nadszedł Ten dzień. Nie miałem prawa wątpić w nieuchronność tej chwili. Mimo wszystko, każdego dnia, budząc się rano, łudziłem się, że może, może… Dlaczego miałbym zostać wyłączony z zasad odwiecznego regulaminu? Czy istniał chociaż jeden człowiek, który doświadczyłby zaszczytu bycia ponad surowym prawem? Czy choćby jeden ptaszek, ryba morska, żuczek w trawie, najmniejsze stworzenie niewidoczne nieuzbrojonym okiem… Skąd ta uporczywa myśl w mojej głowie, że może się uda, że ja pierwszy, że mnie to nie dotyczy, bo przecież ja! Ale, ale!…

Ale jednak nie. Czar prysł; moje złudzenie, mój odwieczny sen, tak niedorzeczny, a jednocześnie tak realny, kołaczący się w mej tak nic nieznaczącej głowie, kazał mi wierzyć, pozwalał pozostawiać nadzieję. Nadzieję? Czy zastanowiłem się kiedyś, choć przez chwilę, czy to marzenie ma w sobie jakiś głębszy sens? A może jest jedynie zwykłym, prozaicznym, ludzkim lękiem przed nieznanym. Może niesie w sobie ładunek czysto emocjonalny, uczucie niejasnego niepokoju, napięcia, zagrażającej katastrofy. Może przebija ze mnie próżność, pragnienie ucieczki i brak odwagi, by zmierzyć się z tym, co nieuniknione.

Jakkolwiek każdego dnia mój umysł tworzył tysiące podobnych myśli, tego dnia ulotniły się one, a ja obudziłem się wolny. Mój mózg, w sytuacji braku zewnętrznego przymusu tworzenia, nie wyimaginował ani jednego, uporczywego marzenia. Czułem spokój. Leżałem na łóżku w pokoju, który przecież znałem na pamięć. Nad łóżkiem obraz, obok - stolik nocny. Na nim lampka z abażurem, szklanka wody (która każdej nocy obdarzała mnie pewnością, że jest gotowa ugasić moje pragnienie). Przy łóżku wełniany dywanik, na nim ustawione, z budzącą podziw precyzją, dwa pantofle. W pokoju człowiek uważny dostrzegłby jeszcze kwiat paproci, łagodnie opadający falami z donicy pod sufitem oraz niewielki kredens przy oknie, w którym zawsze gotowe, by ubogacać moje sny, stały: nalewka z aronii w szklanej karafce, miód pitny dwójniak w kamionkowej butelce i wódka czysta w lekko zmatowionej flaszce. W tej kolejności - bym zaspany mógł dokonać wyboru, bez otwierania oczu nazbyt szeroko. Tego dnia pokój wydawał się jakby jaśniejszy. Słońce podnosiło się powoli nad horyzont i coraz śmielej zaglądało do wnętrza, jednak nie było jeszcze na tyle odważne, by w pełni rozjaśnić pomieszczenie. A ja widziałem klarownie - biały sufit, białe ściany, jaśniejący kredens. Nawet paproć jakby przypomniała sobie odcień zieleni z lat młodości. Ta biel nie raziła oczu, wręcz przeciwnie - zachęcała do otwierania ich coraz szerzej. Czy to aby na pewno mój pokój? Czy tak to się właśnie dzieje - czy dopiero teraz dane mi spojrzeć na to wszystko, co stworzyłem, z tą niesamowitą wyrazistością?

Wstałem. Moje ciało było lekkie i delikatne, jak wiosenny poranek. To, co sprawiało mi przez ostatnie lata ból i odbierało chęci do walki o nowy dzień, ustąpiło. Bez cienia zawahania, stałem pewnie na nogach, nie podpierając się, nie kołysząc. Ach, jak trudno sobie przypomnieć te podstawowe ruchy - niegdyś tak intuicyjne, lecz zapominane z wiekiem. Podniosłem lekko nogę i niepewnie postąpiłem o krok. Jak wspaniale! Jaką radość sprawia wspomnienie tych wszystkich lat, gdy krok był tylko etapem w procesie poruszania się, nie zaś samoistnym, przejmującym, spełniającym się marzeniem! Powtórzyłem ten ruch, raz jeszcze i ponownie. Doszedłem do okna i wyjrzałem przez nie.

Czy świat się zmienił? Myślę, że powinien. Czyżby nie zauważył? Nie, to chyba niemożliwe… Aczkolwiek ruch wielobarwnych samochodów, autobusów i taksówek, nie ustał… Ba, przyspieszył wręcz. Ci ludzie, goniący donikąd w odwiecznym rytuale kręcenia się w koło, zamknięci w metalowych puszkach, zirytowani i poddenerwowani - czyżby w swoim szaleńczym pędzie nie dostrzegli…? Listonosz, w granatowym, eleganckim mundurze, z przerzuconą przez ramię torbą z cielęcej skóry - pędzi! Widzę go wyraźnie. Biegnie dostarczyć list; odczytując z jego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych