Wróć do katalogu

Eryk /część 2/

dalsze losy niezwykłego chłopca

Petrusso, opublikowano , 9 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

O tym, że w Cudownym śmierdzi wiedzieli wszyscy. Nie potrzebne były żadne specjalistyczne urządzenia. Wystarczył nos. Smród śmierdział nic sobie nie robiąc z nazwy wioski, ani z mieszkanców, w liczbie około siedemdziesięciu, którzy mimo wielu lat spędzonych w tym miejscu nie potrafili się przyzwyczaić. Dopóki w pobliskim miasteczku istniały zakłady celulozowe, wszyscy przynajmniej wiedzieli skąd smród się bierze. Kiedy kilka lat temu fabryka zbankrutowała okazało się, że smród pozostał. Nic go nie obchodziły wygaszone kominy, zamknięte na głucho hale produkcyjne. Śmierdziało w Cudownym jak za najlepszych czasów. Mocno i przejmująco. Miał też fetor swoje pozytywne strony. Mieszkańcy Cudownego od lat rozpoznawani byli w miasteczku, a raczej wyczuwani. Nigdy nie stali w kolejkach, czy to w urzędzie, czy w przychodni. Załatwiano ich szybko i dokładnie, żeby broń Boże nie wrócili. Istniały rozmaite teorie wyjaśniające przyczyny smrodu. Na potrzeby własne i przyjezdnych usnuto ich dokładnie tyle, ile mieszkańców. Najbardziej obrazową była teoria babki Matyldy. Według niej, w Cudownym musiała znajdować się dziura w ziemi. To tu właśnie diabeł wystawiał tyłek i puszczał bąki na cały świat, z czego wszyscy powinni być dumni.

Cudowne ciągnęło się wzdłuż jednej, prostej drogi. Letnimi wieczorami, kiedy w domach było parno, wystarczyło wyjść za furtkę by zobaczyć cała wioskę. Ławka w ławkę siedzieli starzy i młodzi, ładni i brzydcy. Cudowni (bo tak nieskromnie o sobie mówili) patrzyli na świat. Komentowali przejeżdżających, oceniali ich wygląd, ubranie, pojazd. Czasem, któryś z młodszych mężczyzn gwizdał za przejeżdżającą dziewczyną. Rzadko jednak przejeżdżał tędy ktokolwiek, chyba że obcy, pierwszy raz. Wtedy dojeżdżał do połowy, nerwowym ruchem zakręcał okno i dodawał gazu. Z obrzydzeniem patrzył na mieszkanców i dziwił się jak można tu żyć.

Dom Kowalików i babki Nagrabskiej znajdował się dokładnie w samym centrum. Był punktem orientacyjnym i miejscem spotkań, z racji sąsiedztwa jedynego sklepu spożywczo-przemysłowego. Dom był czarny, pokryty czerwonym dawniej gontem i wyglądał jakby zapadł na jakąś chorobę. Okiennice zwisały smutno, niczym powieki starych kobiet. W dachu czerniły się dziury. Drzwi wejściowe było odrapane i krzywe. Wszystko przez to, że nie ma gospodarza – mówili ludzie pokazując na panujący bałagan. Podwórko przypominało żołądek po świętach. Czego tam nie było. Ojciec Eryka wiele lat temu zaczął zbierać materiał na nowe siedlisko. Po każdej zmianie przynosił a to cegłę, a to parę gwoździ, a to jakąś deskę. Jak mróweczka składał wszystko do kupy. Przykrywał papą i czekał. Nikt się nie pytał ani nie dziwił, skąd kolejarz bierze cegły. Wszystkim było wiadomo jak przeładowane były wagony i jak często z takiego przeładowanego wagonu coś wypadało. Grzechem byłoby nie podnieść. Przez taką cegłę mogło być nieszczęście. Ktoś mógłby się wywrócić i złamać nogę a tak wszyscy byli zadowoleni. Gdy wagon nie był przeładowany Kowalik znajdował inny sposób. Zgłaszał naczelnikowi, że plomba jest uszkodzona i trzeba otworzyć, bo może było jakieś włamanie. Zazwyczaj nie było, ale nie zaszkodziło sprawdzić, przy okazji kilka cegieł, czasem worek cementu lądował w trawie. Nie miał Kowalik wyrzutów sumienia. W swym kolejarskim, robotniczo – chłopskim umyśle doszedł do wniosku, że jak lokomotywa będzie mieć mniej do ciągnięcia, to mniej spali węgla, co było nie było przeliczy się na znaczne oszczędności. Więcej węgla będzie można wysłać na eksport, a wiadomo z eksportu są dewizy. W ten sposób ojciec Eryka uzbierał na dom i za kilka dni miał wylewać fundamenty, gdyby nie pośpieszny do Suwałk.

Mężczyźni nie pojawiali się w domu Eryka z własnej woli. Bywali z obowiązku służbowego – listonosz, inkasent, różnych branży akwizytorzy, organista z opłatkiem, wreszcie raz w roku ksiądz po kolędzie. Jedynym, który przychodził z własnej nieprzymuszonej woli był stary doktor Wszędyrówny. Mieszkał samotnie, kilka domów dalej i z nudów odwiedzał wszystkich. Chociaż z racji wykształcenia był lekarzem od zwierząt, nikomu to nie przeszkadzało. Leczyli się u niego wszyscy, bez wyjątku. Nikomu jeszcze nie zaszkodził, a to w medycynie było najistotniejsze, ważniejsze niż samo nawet wyleczenie.

Doktor Wszędyrówny nie był jeszcze całkiem stary, twarz miał młodą, siwe włosy dodawały mu tylko powagi i godności. Miał rzadko spotykaną u ludzi umiejętność słuchania. Był cierpliwy, wysłuchiwał do końca nawet kogoś tak

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych