Wróć do katalogu

Feniks

Akcja dzieje sie w odległej przyszłości, pewnien młodzieniec umiera a potem... a potem już jako dorosły mężczyzna z misją od swojego Boga przemierza przez świat. Brakuje mi tu kategorii science fiction...

Caroll, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

(Bardzo mnie irytuje brak możliwości dekorowania tekstu akapitami... grrr...)

Kiedyś sam nie rozumiałem. Było to dla mnie czymś dziwnym, wręcz nieetycznym, dopóki sam nie przekonałem się na czym to tak naprawdę polega, czym to jest. Miałem dwadzieścia pięć lat. Był to ostatni dzień mojego życia. Ostatni i zarazem pierwszy, ponieważ kiedy coś się kończy, zaczyna coś innego, nowego. Później… po prostu wiedziałem. Tego dnia świeciło słońce, było błękitne bezchmurne niebo. To była sierpniowa sobota, było około trzeciej. Wracałem z centrum miasta do domu, na peryferia, gdzie mieszkałem od zawsze. Szedłem poboczem. Do domu miałem jeszcze mniej więcej 3 kilometry. Słońce świeciło niemiłosiernie mocno, a ja nie miałem jak się przed nim ukryć. Droga była pusta. Zły znak. Liczyłem na kogoś kto mógłby mnie choć trochę podwieźć do domu. Miałem dość tego słońca. Po jakimś czasie usłyszałem ten dźwięk, dźwięk zbliżającego się samochodu. Poczułem fale nadziei która zalała mnie od stóp aż po czubek głowy. Pchany wiarą w ludzką życzliwość wyszedłem na jezdnie i zacząłem rozpaczliwie machać rękami, tak by mnie zauważono. Dźwięk zbliżał się, a wraz z nim ledwo widoczna sylwetka czerwonego samochodu. Sportowego ferrari. Stary model, aż dziw że jeszcze ktoś takim jeździ. Coraz szybciej wyłaniający się kształt czerwonego samochodu zaniepokoił mnie. Poczułem delikatne ukłucie, jakby ktoś mnie ostrzegał. Ale ja stałem i machałem rękami coraz bardziej rozpaczliwie. Lecz on wciąż gnał. Był coraz bliżej… bliżej… Serce podskoczyło mi do gardła, niemal czułem jak blokuje mi przepływ powietrza. W moim umyśle już zdążyła zakwitnąć myśl o moim zgubnym losie… jeszcze nie… I tak stałem, nie mogąc poruszać kończynami, żadnym członkiem przerażonego ciała. Moje oczy rozszerzyły się do granic możliwości, głos ugrzązł mi w gardle. Czułem paraliżujące przerażenie i niemoc, okropną, przytłaczającą niemoc. Zamknąłem oczy. A potem… odczuwałem gorąc asfaltu i piekący ból na całym ciele. Lewa część mojej twarzy tonęła w krwi, głowa pękała z bólu. Nóg już później w ogóle nie czułem. Moje powieki były ciężkie. Byłem zmęczony. W głowie mi szumiało. Niemal doznawałem odczucia jak moje myśli powoli znikają w przyjemnym chłodzie mroku. W otchłani nicości. Zamknąłem oczy. Oślepiająca jasność wdarła się do mojego umysłu. Czułem się jak zgwałcona dziewica. Brutalne światło weszło nie pytane do mojej głowy, dotykając wszystkich moich myśli, wspomnień. Czułem się pusty. Nagi. Gdy otwarłem oczy, poczułem się lekki. Jakby owy umysłowy gwałt pozbawił mnie wszelkich trosk, wszelkich problemów, czułem się po za wszelkim bólem i grzechem. Byłem się wolny, tak przyjemnie wolny. Pierwsze co zobaczyłem to chmury. Pełno biało-błękitnej mgły otaczającej absolutnie wszystko. Rozglądałem się zafascynowany a ż zobaczyłem JEGO. Siedział na bogatym tronie, na wysokim proscenium, otoczony przez rzesze innych, podobnych do NIEGO, stojącymi za drewnianymi mównicami. Czułem się jak na przesłuchaniu. Stanąłem przed nim. Nagi, z otwartym umysłem. O wyzwól mnie Panie! A on spojrzał na mnie swoimi mądrymi oczami, głębokimi jak tysiące oceanów, zrobił zatroskaną minę głaskając się przy tym po długiej białej brodzie, i jak do dziecka przemówił: - Bardzo bolało? Wybacz że tak brutalnie ale ostrzegałem cię przecież. Nie posłuchałeś. Nie mam ci tego za złe synu. I tak cię tu potrzebowałem. - Mnie? Do czego…? - Do misji synu. Jesteś wielkim człowiekiem. A z całą pewnością nim będziesz o ile to wszystko nie uderzy ci do głowy. Jeśli się nie zgodzisz… zostaniesz tutaj, a ja poszukam kogoś innego. - No ale… przecież ja nie jestem nikim szczególnym… cóż miałbym dla Ciebie zrobić? - Módl się do swego stwórcy. Nauczę cię modlitwy, która będzie twoim zbawieniem i zarazem przekleństwem. Módl się! Jego głos rozbrzmiał wszędzie dookoła. Uklęknąłem. Patrzyłem na niego i powtarzałem za nim słowa modlitwy. Boże mój wielki… Tamtego dnia nie zapomnę nigdy, zresztą trudno by było. Stałem przecież przed samym Bogiem. Czułem jego bliskość, patrzyłem na niego. Nie można tego zapomnieć. Obudziłem się. Tak właśnie. Otwarłem oczy i zobaczyłem otaczającą mnie ciemność. Byłem w moim domu, w moim pokoju, we własnym łóżku. W głowie wciąż brzmiały mi słowa modlitwy. Modlitwy do NIEGO, o życie. Od tamtej pory skrupulatnie wypełniałem moją misję. Robiłem to bo mnie prosił, ale przede wszystkim z wdzięczności za darowane mi życie. Wierzę w szlachetność moich czynów. Nie jestem Bogiem, jestem jego wysłannikiem. Obecnie mam trzydzieści trzy lata i ośmioletni staż za sobą. Lecz to wciąż mało. Dzięki NIEMU uwierzyłem i to dało mi siłę. Dużo siły. Jaki jestem dziś? Jestem taki jak cała XXVI wiekowa młodzież. Żyję w czasach w których nie można zwracać na siebie uwagi. A już na pewno nie ja. Jeżdżę czarnym motocyklem , noszę czarną skórę, długie włosy i wielki krzyż na piersi. Za sobą nie pozostawiam żadnych śladów, pozostają mi tylko wspomnienia. Swój pierwszy raz pamiętam bardzo dokładnie. Chcecie? Opowiem wam. Było to tydzień po moim spotkaniu z Bogiem. Tydzień po moim odrodzeniu. Po moim zmartwychwstaniu. Te siedem dni to była nauka życia na nowo, ale na inny, bardziej dorosły sposób. Byłem młody, ale musiałem pojmować świat zupełnie inaczej niż przedtem. Moim pierwszym krokiem była przeprowadzka do samego centrum wiecznego miasta – Helsinek. Zamieszkałem w jednym w tych obskurnych drapaczy chmur, w tych czasach zaczynało to być całkiem modne, później owe drapacze zalały cały świat ja wielka powódź. Mieszkałem na 8 piętrze, na którym oprócz mojego były jeszcze trzy inne mieszkania. W jednym z nich za 3 lata zamieszka mój najlepszy przyjaciel i kompan, mój powiernik - jedyny jakiego miałem. Na razie jednak ze wszystkimi troskami dzieliłem się ze ścianami mojego małego mieszkania. Tego wieczoru przechadzałem się po uliczkach Helsinek. Było późno, słońce kilka godzin wcześniej schowało się za horyzont i nastał mój czas. Czas Feniksa. Właściwie nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Tak po prostu dla zabicia czasu wędrowałem, jako obserwator. Wolałem zanadto nie mieszać się w życie miasta. Zapaliłem papierosa – na odstresowanie. Bóg powiedział mi, ze to nie grzech, lecz jedna z ludzkich słabości, taka sama jak cudzołóstwo czy seks przed ślubem. Zaciągnąłem się mocno i powoli wypuszczałem dym z płuc delektując się przy tym każdą cząsteczką zabójczego dymy. Cudowne uczucie. Z uliczki zza rogu dobiegał mnie dźwięk ludzkiej złości. Z ciekawości jak i również z przyzwoitości postanowiłem obserwować całe zajście nie mieszając się przy tym to niczego. Pijany mężczyzna krzyczał na swojego 8, może 9 letniego syna. Gdy chłopiec nie reagował na obelgi ojca dostawał od niego po głowie pięściami. Cios za ciosem. Chłopiec spojrzał na ojca oczami pełnymi łez (w tym momencie czułem jak żarzący się papieros wypada z miedzy moich palców), zmusił się do wyszeptania czegoś co rozzłościło mężczyznę do samych granic. Swoją wściekłość przelał na małego bijąc go pięściami, nie przestając nawet gdy ten upadł, na zakończenie dostawał jeszcze mocne kopniaki w brzuch i twarz. Kilka minut później zataczający się kat po prostu ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Stałem i patrzyłem jak znika w mroku ulicy. Gdy pochłonęła go ciemność nocy wyszedłem ze swojej kryjówki i podszedłem do chłopca. Leżał martwy w kałuży krwi, ze zmasakrowaną twarzą i połamanymi kończynami. Zamknąłem oczy w przypływie złości i bólu. Ukląkłem przy nim. Ułożyłem jego głowę na moich udach, moje spodnie w mgnieniu oka nasiąkły krwią. Z moich oczu popłynęły łzy. Przypomniałem sobie słowa Boga: „pamiętaj, tylko ci na których kostucha nie czekała za rogiem. Tych którym życie odebrano. Nie zawiedź mnie…” Zwróciłem wzrok ku ciemnemu niebu. „Teraz?” – wyszeptałem ku gwiazdom. „teraz…” usłyszałem w mojej głowie. A więc się zaczęło. Feniks wkracza na ścieżkę sprawiedliwości. Położyłem lewą dłoń na jego głowie, niemal czułem pod palcami roztrzaskaną czaszkę i krew, mnóstwo, czerwonej, lepkiej krwi. Zamknąłem oczy. Wziąłem głęboki oddech i z moich ust niczym dobrze znany mi hymn zaczęły wylewać się słowa mojej własnej modlitwy. {i} Boże mój Wielki Opiekunie zagubionych dusz Pasterzu… Z prochu powstałeś Prochem się stałeś Boże mój Wielki…{/i} Moja prawa ręka impulsywnie zaczęła kreślić na piersi małego znak krzyża. A ja modliłem się wciąż. Ty, którego syn wygrał ze śmiercią Ty który wskrzesiłeś Łazarza Wskrześ i swego syna… Wskrześ zniszczone ciało… Boże mój Amen Moja prawa dłoń spoczęła na piersi chłopca. Otwarłem oczy. I wtedy Bóg zstąpił na Ziemię. Ciało chłopca wsysało wylaną przez siebie krew. Kości zrastały się na moich oczach, jego czaszka znów była cała! Zmasakrowana twarz znów była twarzą małego, bezbronnego chłopca. Więcej! On się do mnie uśmiechał! Poczułem ulgę. Ogromną ulgę, jakby ktoś zdejmował z mego serca wielki głaz, przeszkadzający mi żyć. To Bóg. Wiedziałem. Po prostu wiedziałem. Wspomnienia tamtego dnia są kolejnymi które zawsze będą mi towarzyszyć. Z każdym kolejnym dniem jestem bogatszy o następne wspomnienie, przeżycie. To moje prywatne lekcje życia. Dziś mam 33 lata. Jest rok 2501. Moje wieczne miasto – Helsinki, ze wszystkimi swoimi tajemnicami i grzechami. Ze wszystkimi sekretami kryjącymi się w mroku nocy. I ja. Feniks. Posłany przez Boga.

Piątek. Akademicki dzień święty. Mój sąsiad i przyjaciel zarazem jak każdego piątku będzie czcił ten dzień butelkami piwa a może i czegoś mocniejszego jak wieczna wódka. Będzie świętował ze swoimi przyjaciółmi. Spotkałem go gdy wychodził po pocztę. Był wieczór, zapewne lada moment zjawią się kolejni czciciele świętych piątków. - Witaj Stu! – zawołał na mój widok. Podaliśmy sobie dłonie. - Co słychać przyjacielu? Na pewno nie wpadniesz na imprezę? - pytał - Jednak nie, ale dzięki za zaproszenie. Zawsze jest mi miło. - Ale nigdy nie przychodzisz. - Wybacz. Wiesz jak jest… - Jasne, mnie nie musisz tłumaczyć. Dziś też robota? - Jak każdej nocy. Wiesz że wtedy jest największy ruch. - Tak wiem. No to powodzenia przyjacielu i uważaj na siebie. - Dzięki. Będę na pewno. Oboje wracaliśmy na swoje ścieżki gdy Ashley z lekkim niepokojem w głosie ponownie zagadał: - Stu…? - Tak Ash? - Słyszałeś o tej dziewczynie? No wiesz… tej z Espoo? - Nie, a co? - Pisali o niej w gazetach dziś rano. Zostawiłem ci jedną w kuchni. Przeczytaj, zainteresuje cię to. - Dzięki… - odpowiedziałem nie do końca wiedząc o co chodzi. Pożegnaliśmy się i pchany nieodpartą ciekawością jak najszybciej ruszyłem do mojej małej kuchni po gazetę. Leżała na samym środku drewnianego stołu. Kolorowa okładka przyciągała jak magnes oczy widza, ale tym razem było w niej coś… innego. Wziąłem gazetę do rąk i zacząłem czytać jak w jakimś hipnotycznym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych