Fonkfoot i smocze jajo
Rozszerzony pierwszy rozdział, oraz kawałek drugiego opowiadania o młodym adepcie magii wyruszającym w niebezpieczną podróż w celu wykastrowania smoka.. czyli w sumie klasyczne fantasy z nutą specyficznego humoru made in stavi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział I
Fonkfoot zamartwiał się w swojej komnacie, przygryzając paznokcie i wypluwając je na podłogę. Jego współlokator - Pazidonmax bardzo tego nie lubił... a on bardzo nie lubił swojego współlokatora. Byli na różnych kierunkach, oznacza to, że choć nie musieli się znosić na większości zajęć to tutaj, we wspólnej kwaterze, musieli ze sobą jakoś żyć. Przez cztery lata spędzone razem nauczyli się tolerować jeden drugiego, co nie powstrzymywało ich od okazyjnego psucia sobie nawzajem krwi. Pazidonmax kształcił się na maga bitewnego, co w praktyce wiąże się z jednym rokiem nauki zaklęć, a przez pozostałe dziewięć bezmyślnego machania kosturem. Fonkfoot nie darzył magów bitewnych wielkim szacunkiem. Nie dość, że jest to kierunek dla osób... mówiąc delikatnie magicznie upośledzonych, to gdy przyjdzie co do czego, to i tak arcymagowie odwalają całą robotę. To właśnie od zawsze chciał studiować – arcymagia, potęga nad wszystkimi żywiołami: ogniem, wodą, ziemią, powietrzem i eterem. Jeszcze przed wstąpieniem do akademii posiadał świadomość dzierżenia w sobie tych energii, co według wszystkich magów było najlepszym omenem do rozpoczęcia magicznego szkolenia. Ciężko ukierunkować energię w zaklęcie jeśli się jej nie czuje, z drugiej strony im większa magiczna świadomość, tym większa potencja czaru. Wielu adeptów latami uczy się rozbudzać, a z czasem rozwijać w sobie taką „magiczną wrażliwość”. Świadomość żywiołów młodego Fonkfoota już na starcie jego edukacji równać się mogła z uczniami trzeciego-czwartego poziomu. Talent - rzec by można. Trening arcymaga w akademii składał się z dziesięciu poziomów. Pierwsze dziewięć przepisowo trwało po roku każdy i przedłużane były w razie potrzeby indywidualnie dla każdego z adeptów. Sytuacja, w której jeden z uczniów zaliczał dziewięć poziomów w dziewięć lat, była bardzo rzadka. Po ukończeniu tych poziomów adept awansował na starszego maga i mógł przystąpić do ostatniego poziomu. Dziesiąty etap trwał minimum pięć lat i zakończony był karkołomnym egzaminem. (Szkolenie magów bitewnych trwało równo dziesięć lat - kolejna rzecz warta pogardy Fonkfoota.) Ostatnią osobą, której trzysta lat temu z hakiem udało się ukończyć ostatni poziom „w czasie” był Verillo Deseswern. Dzisiejszy Wielki mistrz arcymag Verillo Deseswern głowa całej akademii, jeden z dziesięciu królewskich doradców, żywa legenda całego Hordkall. Innymi słowy - wielka szycha. Kiedy adept pomyślnie kończył egzamin, został uznawany za arcymaga, oraz szyta mu była magiczna szata, swojego rodzaju znak rozpoznawczy arcymagów Hordkall. Taki świeżo upieczony arcymag zwyczajowo ruszał w Świat w poszukiwaniu wiedzy, artefaktów, czy znaków mocy, których wyszycie na szacie pozwalało lepiej ukierunkować uwalnianą magię, bądź przeciwnie, zrobić ujście dla nieprzyjaznych zaklęć, zmniejszając ich szkodliwość. Znaki mocy, oczywiście, miały również inne właściwości, a im potężniejsze tym lepiej ukryte przed poszukiwaczami i tym większego poświęcenia wymagały od pożądających ich magów.
Powodem, dla którego Fonkfoot tak się denerwował, był fakt, iż dzisiaj mijał termin pracy semestralnej z zapuszczania siwej brody, a jedyne co udało mu się wyhodować to nieduża kozia bródka przystająca bardziej chytremu kupcowi niż magowi. Nie oznaczało to dobrych wiadomości dla młodego adepta. O ile z ciskania kulą ognistą, portalologi stosowanej i zamieniania wody w wodę gazowaną miał oceny więcej niż zadowalające, to brak zaliczenia z zapuszczania brody równał się z koniecznością zaliczenia jednego z zadań z tablicy, aby awansować na kolejny poziom. Dlaczego było to tak istotne zaliczenie? Cóż, zapuszczanie brody, jak mawiał arcymag prowadzący zajęcia, jest wstępem do zupełnie nowego, szalenie ważnego przedmiotu - magicznej kontroli nad własnym ciałem, sztuce pozwalającej np. przedłużyć magom życie o dodatkowe kilkanaście lat, bądź okazyjnie przywołać nadludzką siłę czy wytrzymałość itp. Był to ostatni egzamin przed czterdziestodniową przerwą pomiędzy semestrami przysługująca adeptom (i profesorom) na załatwienie własnych spraw. Część odwiedzała bliskich, inni zostawiali w akademii by szlifować swoje umiejętności, a jeszcze inni wyruszali na poszukiwanie przygód bądź podejmowali się zadań ze specjalnej tablicy z wyzwaniami dla magów. Zadania te bywały naprawdę różnorodne: od ubicia szczurowilka w czyjejś piwnicy, eksploracji opuszczonych lochów do złapania gryfa na rzecz akademii. Były również trudniejsze wyzwania dla starszych, rządnych przygód magów, którzy mimo ciągle trwającego szkolenia już uważali się za półbogów. Fonkfoot miał już plan na spędzenie tej przerwy i ganianie po lochach czy inne bezsensowne "wyzwanie" było mu cholernie nie na rękę. Chciał popracować trochę nad własnym projektem, runami, które umożliwiły by mu otworzenia coś na kształt okna na inne miejsca, może nawet wymiary! Mógłby obserwować życie w innych terenach np. w Trwożnym Lesie bez ruszania się z kwatery. A gdyby tak udało się podpatrzeć życie diablików? Demonologia bez dwóch zdań zaliczona! Takie runy z pewnością zaimponowałyby wykładającym arcymagom. – No niech cię nagła krew zaleje! – Rozległ się podniesiony głos rozjuszonego Pazidonmaxa. - Jak nie przestaniesz zostawiać swoich paznokci na podłodze to przysięgam wbije ci kiedyś kostur w... – Nie słyszałem jak wszedłeś – przerwał mu z wymuszonym spokojem Fonkfoot. Pojawienie się współlokatora dało mu wymówkę na opuszczenie kwatery. Było co prawda jeszcze trochę czasu do egzaminu, ale lepiej pozamartwiać się pod komnatą, w której doświadczony arcymag kontrolował semestralne prace z zapuszczania brody, niż użerać z Pazidonmaxiem. – No to cześć! – rzucił na odchodne, na tyle głośno, aby przebić się przez choleryczne bluzgi swojego współlokatora, bredzącego coś o „igraniu z ogniem”.
Korzystając z czasu, który zyskał poświęcając wygodne siedzenie na czterech literach we własnej... prawie własnej... komnacie postanowił już teraz udać się pod tablice i wybrać jakieś „pasjonujące” zajęcie na okres przerwy międzysemestralnej. Na zaliczenie zapuszczania brody i tak nie miał co liczyć, więc może już teraz coś wybrać z tablicy nim wszystkie „szybkie” zlecenia zostaną zaklepane. Tak wygląda to co roku: ci którzy nie biorą zadań z tablicy z własnej woli, zawsze wybierają te położone najbliżej. Po paru godzinach zostają tam tylko zadania na jakiś totalnych wypizdowiach na krańcu Hordkall i adeptom więcej czasu zajmuje dotarcie na miejsce niż faktyczna praca. Ten semestr musiał być feralny dla naprawdę wielu adeptów, ponieważ gdy Fonkfoot dotarł na miejsce spostrzegł, że na tablicy pozostały jedynie dwa ogłoszenia których absolutnie żaden z adeptów, ba nawet starszych magów, nie chciał za nic na świecie się podjąć. Było to zabranie krzyża sprzed pewnego pałacu, oraz podróż przez Wieczne Morze, Trwożny Las oraz Góry Bez Powrotu w celu pokonania zamieszkałego tam potężnego smoka i zabrania jego jaja... Każdy kto próbował kiedyś wykastrować smoka wie, że jest to rzecz granicząca z cudem. Fonkfoot nie był samobójcą... wybrał smoka. Oferta zadań z tablicy zawsze była ograniczona, ale chyba nigdy aż tak. Nie wybranie żadnego zadania nie wchodziło w grę. Oznaczało by to przedłużenie aktualnego poziomu Fonkfoota o kolejny rok. Lepiej stracić te czterdzieści dni - pomyślał...
Pod komnatą z egzaminem nie było jeszcze wiele osób. W zasadzie przyszli dopiero ci, których, jak Fonkfoota, zapuszczanie brody po prostu... przerosło. Jednemu z adeptów udało się jedynie wyhodować podłużne i obleśne włosy w nosie, innemu zarost pojawił się wyłącznie po jednej stronie. W śród nich zobaczył Sarrola, dobrego znajomego z którym dzielił sporą część zajęć. Fonkfoot nie miał zbyt wielu „dobrych znajomych”, nie dlatego, że był nieśmiały, czy niepewny siebie, nic w tym stylu! Po prostu niewiele osób z jego zajęć było dość uzdolnionych i jednocześnie nie obnoszących się z tabliczką „ależ ja jestem zajebisty” po całej akademii. Sarrol był spokojnym człowiekiem, który reprezentował zbliżony poziom umiejętności do Fonkfoota, oraz oboje potrafili znaleźć wspólny język. Kształcił się na białego maga, który specjalizował się w magii wspomagającej wojska, bądź osłabiającej (lecz nie w sposób bezpośrednio ofensywny) siły nieprzyjaciela. Biali magowie od wielu lat cieszą się rolą uzdrowicieli zarówno w miastach jak i na każdym polu bitwy, nie jednokrotnie przechylając szalę zwycięstwa. Szkolenie na białego maga, zupełnie jak w przypadku arcymaga, trwało minimum dziewięć lat, plus, i tu różnica, przynajmniej kolejne trzy lata. Stał pod salą, z wąsami połączonymi z pekaesami co wyglądało...no cóż... przekomicznie. – Hej, widzę, że i tobie nie poszło z brodą. Wyglądasz jak... nie mam porównania... taki jesteś oryginalny! - zaczął rozmowę Fonkfoot z niemałym uśmiechem na twarzy. – Tiaa? A ty wyglądasz jakbyś handlował garnkami na bazarze - odparł Sarrol, po czym oboje śmiali się przez chwilę. – Nie mam dobrych wieści. Jeśli jeszcze nie wybrałeś nic z tablicy, to już raczej nie zdążysz. Wszystko poprzebierane. Na twarzy Sarrola malowało się niedowierzanie, które niemal natychmiast zamieniło się w wyraz złości i zrezygnowania. – Cholera. Przedłużą mi etap. Nie wspominając już o tym, że koniec ze wspólnymi zajęciami. – Sarrol, miał rację. W akademii grupy mniej lub bardziej zmieniały się co rok. Fakt, iż im udało się ciągnąć cztery lata i nie nabawić się różnicy między semestrami, wydawał się nie lada osiągnięciem. Fonkfootowi nie poprawiło to nastroju. – A ty coś znalazłeś? – wyrwał go z nieprzyjemnego rozmyślania Sarrol. – Tylko to... w akcie desperacji – powiedział podjąć mu folder z wytycznymi, który wziął z tablicy. – ...Nie no powodzenia! Jajo smoka! Człowieku! SMO-KA! – Eee.. wymyślę coś. – Prawda była taka, że nie zastanawiał się wcześniej jak ma zamiar ubić i wykastrować smoka. Sama wyprawa w tamte rejony zresztą do najłatwiejszych nie należała. Całą swoją uwagę skupiał jak dotąd na stracie czterdziestu dni przerwy. – No lepiej!
Drzwi do komnaty otworzyły się z skrzypnięciem, a stary arcymag (z brodą godną arcymaga) gestem zaprosił studentów do środka. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, profesor nieśpiesznym spokojnym tonem zaczął oznajmiać. – Witam na egzaminie z zapuszczania siwej brody, wstępie do magicznej kontroli nad własnym ciałem. Nie planuje zabrać państwu dużo czasu i liczę nad odwzajemnienie tej uprzejmości. W stołówce podają dzisiaj likier jajeczny i mam nadzieję go nie przegapić! – Zmierzył srogim spojrzeniem całą klasę jakby sprawa ta była najwyższej wagi. – Ci z państwa – ciągnął po chwili dalej – którym przypisane zadanie się nie powiodło, mogą liczyć na dodatkową szansę podejmując się wyzwania z tablicy na pierwszym piętrze... Zupełne nieporozumienie jeśli mnie spytać, ale kto mnie tutaj słucha - dorzucił jakby do siebie i wziął głęboki oddech. – Aby nie tracić czasu, proszę, aby ci z państwa, którzy świadomi są swojej porażki ustawili się teraz przed moim biurkiem i zapisali swoje nazwiska, oszczędzi nam to kłopotu. – Nie ma co. Idziemy – szepnął Fonkfoot do kompana, po czym, razem z paroma innymi adeptami wstali z miejsca i podeszli do arcymaga. – ...No rzeczywiście – mruknął profesor, mierząc studentów kolejno wpisujących się na listę – To wszystko dziękuje – rzekł i gestem wskazał drzwi, gdy ostatni z nich złożył swój podpis – Pozostałe osoby proszę o przygotowanie się, – Cokolwiek to znaczy – Uśmiechnął się w duchu Fonkfoot.
Po wyjściu z sali nie rozmawiał zanadto z Sarrolem, umówili się jedynie na wieczór na małe piwo i rozeszli do swoich komnat, w końcu już jutro Fonkfoot powinien być w trasie. Dzisiaj musiał się jedynie spakować i odetchnąć po całym roku ciężkiej pracy... no i oczywiście zgolić te paskudne wąsiska... Kiedy dotarł do swojej kwatery, Pazidonamx ciągle w niej był. Rozłożył się na swoim posłaniu i zaczytywał w „Taktykę” Sir Thiadiosa tom V. Cała złość mu najwyraźniej przeszła, albowiem nie zwracał na Fonkfoota najmniejszej uwagi. Młody mag już parokrotnie próbował nakłonić go do zamiany kwater z Sarrolem, ten jednak nie widział w tym swojego interesu, a jedynie kłopot i zbędne zawracanie głowy. Robienie Fonkfootowi na złość też pewnie było cichym argumentem. Nie chcąc burzyć tego niepisanego zawieszenia broni Fonkfoot bezszelestnie podszedł do swoich kufrów. Posiadał ich w sumie trzy: jeden pod łóżkiem na ubrania, dwa kolejne pod oknem na książki, magiczne przedmioty, ususzone rośliny, eliksiry oraz zwykłe codzienne duperele. Sięgnął po klucz do saszetki przy pasie i otworzył jedną ze skrzyń spod okna. Starając się nie robić zbyt wielkiego bałaganu odkopał brzytwę gdzieś z samego spodu kufra i wsunął ją do kieszeni szaty. Minęło trochę czasu odkąd ostatni raz ją używał. Zatrzasnął wieko, niepostrzeżenie opuścił komnatę i zdecydowanym krokiem skierował się do łazienek. Każde piętro akademii miało osobną łazienkę, wyjątkiem było ostatnie - piąte, gdzie była dodatkowa dla profesorów. Nie zaskoczył go fakt, iż nie był jedynym, który postanowił się bezzwłocznie pozbyć nieudolnej brody. Zajął jedną z wolnych umywalek z nadzieją, że żadna z obecnych osób nie postanowi zagaić go rozmową. Zdecydowanymi ruchami oczyścił twarz z niepożądanych akcesoriów, opłukał się jak trzeba i wyczyścił ostrze... Obyło się bez krwi. Po powrocie do komnaty ujrzał, iż oprócz pochłoniętego w lekturze Pazidonmaxa, znajduje się tam jego kumpel Sarrol. Siedział na posłaniu Fonkfoota najwyraźniej na niego czekając, gdyż poderwał się do niego, gdy tylko ten przekroczył próg. – Świetne wieści! – powiedział donośnie i z entuzjazmem. Fonkfoot z uśmiechem zauważył, że Sarrol nie zdążył jeszcze ogarnąć komicznych pekaesów. – Rozmawiałem z paroma arcymagami i okazało się, że zadanie, które zabrałeś z tablicy nie jest jednoosobowe! – Podniesiony głos Sarrola sprawił, iż współlokator Fonkfoota oderwał oczy od swojej lektury i uważnie przysłuchiwał się rozmowie. – Te ogłoszenie wisiało tam już chyba trzeci rok, więc musieli obniżyć poprzeczkę. Szczerze mówiąc mieli niezły ubaw gdy dowiedzieli się, że chcesz się sam tego podjąć. Tak czy inaczej... Pomogę ci ubić smoka i oboje nie będziemy musieli przedłużać semestru! – Sarrol, to... to świetna wiadomość! – odparł podekscytowany. Nagle czekająca go koszmarna podróż, wydała się ciut mniej przytłaczająca. – Co?! Chcecie zabić smoka?! – włączył się nagle Pazidonmax. – Tylko się nie nabijaj... – Prędzej mi kaktus na tyłku wyrośnie niż samym uda wam się samym ubić smoka... – Wziął głęboki oddech – Ale na wasze szczęście idę z wami! –Ty chyba na głowę upadłeś! – Momentalnie zbuntował się Fonkfoot, jeszcze tego brakowało, by tego troglodytę ze sobą ciągnąć. – Po moim trupie! – Po co chciałbyś marnować wolne dni na to? Też czegoś nie zaliczyłeś? - spytał Sarrol bardziej zaskoczony niż oburzony „propozycją” Pazidonmaxa. – Nie... Ja jestem dobrym studentem. – Oświadczenie to spotkało się z szyderczym prychnięciem Fonkfoota. – Po prostu nie skorzystać z takiej okazji... musiał bym być głupi! – Jako, iż na żadnej z twarzy nie pojawił się cień zrozumienia, ciągnął dalej. – Eh... Wy musicie zabić smoka by awansować w nauce, ja patrzę na to z innej perspektywy. Pomyślcie tylko, łuski, krew, oczy... To wszystko to są bardzo rzadkie, magiczne materiały! Nawet jeśli sami nie znajdziecie dla nich zastosowania... A dla większości założę się, że znajdziecie... To zawsze możecie je sprzedać za niemałą sumkę! – Ciężko było się z nim nie zgodzić. Możliwości jakie dawały materiały zdjęte ze smoka niemal przeleciały Fonkfootowi przed oczami... Ale żeby zaraz zabierać ze sobą Pazidonmaxa... – Nic z tego! – Stanowczo się sprzeciwił. – Przecież smoka spokojnie starczy na nas trzech! – Nie oto chodzi... – Ciągnął dalej już nieco mniej zdecydowanie. – Sami nie dacie rady! – Przerwał mu Pazidonmax. – Zatrudnimy najemników w Aratemakks... – ...Którzy was zadźgają jak tylko się zorientują na jakim skarbie siedzicie! – Nie dawał się przekonać. – Słuchaj! Po prostu mam cię dość na co dzień! Nie chce się z tobą użerać prze kolejne parę tygodni dwadzieścia cztery na siedem! – Fonkfootowi brzydła już cała rozmowa. Szampański nastrój, który zaprowadził Sarrol swoją dobrą wiadomością powoli zaczynał ustępować frustracji. – Dobra... jeśli pójdę z wami... zamienię się komnatami z twoim znajomym tutaj. – Kiwnął głową na lekko zaskoczonego Sarrola, który miał na wpół rozchylone usta jakby przez cały czas chciał coś powiedzieć. Fonfoota zamurowało. Teraz oferta była naprawdę kusząca... Kilkanaście dni męki w zamian za pokój wolny od Pazidonmaxa do końca szkolenia... – ...Ruszamy jutro z rana! – rzucił do obu i mimowolnie uśmiechnął się od ucha do ucha.
Akademia położona była prawie w centrum miasta Aseune – Stolicy Hordkall, w świetle zachodzącego słońca wyglądała niczym z białego złota, a każdy kto czuł w sobie chociaż krztę magii widział również intensywną błękitną poświatę. Fonkfoot nie próbował się nigdy nawet domyślać jakie potężne zaklęcia strzegą tej fortecy. Przed wyjściem stało dwóch strażników w długich Granatowo-czerwonych szatach z kapturami naciągniętymi na głowy. Każdy uczeń akademii wiedział, iż strażnicy ci to praktycznie pic na wodę, są to w zasadzie studenci, którzy spędzili w akademii nie więcej niż kilka lat. Fonkfoot sam stał na tej warcie kilkukrotnie, ostatni raz ponad pół roku temu. W wypadku niebezpieczeństwa to nie oni bronili twierdzy. Twierdza doskonale broniła się sama rażąc czystą energią nieproszonych intruzów. Znajdujący się nieopodal ośrodek uzdrowicieli składał się niemal wyłącznie z białych magów, zarówno tych po jak i w trakcie szkolenia i był jedynym w mieście zdolnym do leczenia magicznych obrażeń. Pracujący tam ludzie odmawiali zazwyczaj zajmowania się ranami zadanymi przez magię chroniącą twierdzę dopóki delikwent sam nie odda się w ręce strażników i odpokutuje. To wystarczało by zniechęcić większość nieproszonych gości, składających się w przewadze z drobnych kieszonkowców, liczących na wyniesienie z akademii cennych ksiąg czy magicznych błyskotek. Aseune podzielone było na cztery dzielnice. W samym centrum znajdował się zamek z zamieszkałym weń królem, oraz otoczone kamiennym murem rezydencje, w których mieszkali rycerze, zasłużeni wojenni weterani, królewscy doradcy, oraz najbogatsi z najbogatszych mieszkańców stolicy. Dostęp do tej części był ściśle ograniczony, na murze porozstawiani byli łucznicy, a pilnujący wschodniego i zachodniego wejścia strażnicy, zawsze byli czujni i świetnie wyszkoleni. Niegdyś było jeszcze trzecie wyjście, połączone z akademią, która położona była w dzielnicy bezpośrednio otaczającej centrum i stykała się z murem, ale z nieznanych powodów zostało zniszczone. W drugiej dzielnicy oprócz, akademii (która swoją drogą była niemal równie wielka jak królewski zamek) znajdowały się, mieszkania żyjących dostatnio obywateli Aseune, oraz bardziej luksusowe sklepy i warsztaty, jak introligatornia, jubiler, czy krawiec o ograniczonej klienteli. Dostęp do tej części miasta był otwarty choć strażnicy nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni do biedniejszej warstwy społecznej i często przeganiali tych, którzy nie mogli dostatecznie wiarygodnie usprawiedliwić swojego pobytu w tej dzielnicy. Trzecia warstwa miasta, znacznie większa od dwóch poprzednich wziętych razem składała się z wielu domostw, karczm, sklepów, warsztatów, pracowni artystów oraz aż trzech średniej wielkości targów. To tutaj kwitł handel, a dzielnica z roku na rok coraz bardziej się rozrastała, pochłaniając (a w zasadzie spychając) część najbiedniejszego – czwartego - okręgu miasta. „Hołocie domki” jak żartobliwie nazywali go co bardziej snobistyczni mieszkańcy centrum Aseune. Trwająca wojna nie wprawiała co prawda ludu Hordkall w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil staviklotz1
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…