Wróć do katalogu

Garance Dore

Trzy noce Paryża, Trzy festiwalu noce. Ogień, ogień i czerwono-złoty - złoty - pył. Znów ktoś kogoś zgubił i znów nic nowego.

juicie, opublikowano , 13 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Garance dore

Dzień

Poranny Paryż. Lodowaty, choć przecież sierpniowy, poranek. Zapach kawy na dworcach i wędrówki podziemnymi korytarzami. Metro to podziemne Życie, bliższe nam niż piękna nadziemna część Paryża. Metro to podziemne życie, kręte, szare, zimne. Opera Garnier przysłonięta poranną mgłą – tak podobna do tej krakowskiej świątyni na grockiej, zaraz.... jak ona się nazywała?

Poranny Paryż. Lodowany, budzący się przed festiwalem. Lodowaty, wyczuwający ogień, który niedługo zapłonie w mieście. Także w Paryżu w niebie wirują fale energii, tak łatwo, bezceremonialnie zauważalne. I także w Paryżu krajobraz składa się z tych małych, migających kropek, jak rozsypane ziarenka piasku. Jak kanał zero.

Kanał zero

Chyba każdy ma w swoim telewizorze taki kanał – 0. to ten dziwny, bezużyteczny – bo niby po co kiedy cała gama programów rozrywkowych, tematycznych, edukacyjnych zaczyna się od 1. Idzie dalej 2,3,4, TVN a potem już kodowane programy pędzą do sześćdziesiąt kilka… Tymczasem jest taki kanał 0 na który czasem natrafimy przypadkiem – kiedy palec się omsknie i nie zdąży docisnąć np. 4. Nikt z nas nie lubi przypadkiem natrafiać na kanał zero. To takie szare pasy sunące po ekranie – lub cały ekran usiany drobnymi migotającymi kropkami – mówimy o nim – „zaśnieżony”. Kiedyś słyszałem, że te kropki to może być wszystko. To mogą być odpadki programowe, niezałapana sieć lub przekaz z kosmosu. Jakby usiąść i patrzeć w ten ekran… nauczyć się czytać każdego migotającego punktu z osobna, jak tajne znaki, elektroniczny język współczesnych Sumerów. Można by nauczyć się czytać tą cywilizację od nowa, uczyć się tego świata po zagubionych w kosmosie niedzielnych Faktach…

Ale przecież nikt z nas Nie lubi kanału 0.

Orkiestra

Dźwięki orkiestry rozbrzmiewały na ulicach Paryża. Dziś było wielkie święto, wszystkie opery i teatry były otwarte. Wszędzie –wstęp wolny. Dźwięki uderzały o siebie, zderzały się na bulwarowych uliczkach. Tam w ciemnych zaułkach – wałczyły z sobą, przeplatając się nawzajem odmienną liczbą tonów i uniesień. Dzisiejszej nocy rozpoczął się festiwal! Max przyjechał tu specjalnie dla tego świetna, specjalnie dla trzech paryskich nocy kiedy wszystkie te piękne teatry zapraszają do siebie śpiewem. Było tak upalnie, nawet nocą wszyscy poubierani byli skąpo. Ten festiwal to była swego rodzaju mieszanina zapachów i oddechów, przeplatające się okrzyki zachwytu, mijające się w pędzie obce ciała. Zaglądał do kolejnych bulwarowych teatrzyków. Twarze aktorów wymalowane były groteskowo. Zapach białej farby, wapna i tuszu był wszędzie. Parował spod skory aktorów i sączył się wśród zachwyconych widzów. Tylko przez te 3 noce nikt nie używał tu nowoczesnych, kolorowych i bezzapachowych barwników do ciała! Twarze aktorów były dumne, oczy błyszczące – trochę szalone. Aktorzy byli tez aroganccy, jakby okazywali widzom znudzenie. Ich oczy przeczesywały rzędy obserwujących ciał lecz nie widziały ani jednej konkretnej twarzy.

Nieważne – Max szukał jednej jedynej twarzy – i nie obchodziło go czy ta twarz wyłowi go z niemego, bezosobowego tłumu.

To już ostatni teatr na bulwarze. Najmniejszy, najbardziej zaniedbany. Lecz paradoksalnie przyciągał najwięcej obserwatorów bowiem aktorzy odgrywający ten spektakl byli szaleńcami. Ich twarze nawet nie wymagały scenicznego makijażu. Ich oczy były wystarczająco podkrążone, a ich cera wystarczająco niezdrowo blada od nieprzestępnych nocy – od lęku i omamów. Od odbicia w lustrze swoich własnych twarz. I żaden z nich tak naprawdę – nie udawał. Dawali głodnemu tłumowi pokaz gry w obłęd – z jednym możliwym scenariuszem – szaleństwem.

Nieważne – Max nie zamierzał już go szukać. Chciał jedynie usiąść w kącie i napić się czerwonego, ciężkiego Bordeaux.

Wino Bordeaux

Szczupły, ciemnowłosy chłopak nalewał wino. Z wysmakowaniem i elegancją w ruchach podał rudemu nastolatkowi kieliszek.

- To Bordeaux, czerwone francuskie wino – zaczął Gabriel – moim znaniem najlepsze. – puścił do chłopca oczko. W jego głosie było coś zmysłowego, niemal elektryzującego, co wprawiało rudowłosego chłopca w zakłopotanie.

- Powąchaj – niby od niechcenia smukłe palce Gabriela objęły zaciśniętą na kieliszku dłoń chłopca – powiedz mi, co czujesz w zapachu tego wina?

Chłopiec zmrużył oczy, jasne rzęsy rzuciły ciemne smugi na blade policzki - teraz lekko zarumienione. Dłoń Gabriela zacisnęła się nieznacznie, zmuszając nastolatka do uniesienia kieliszka na wysokości ust.

- Nie wiem… może owoce…? – przymknął oczy wiedząc, że to nie takiej odpowiedzi oczekuje Gabriel - …jakby drewno i… wilgoć. Jakby deszcz zlał drewniany dom stojący w lesie…

Gabriel zaśmiał się na te słowa – lekko zbyt ironicznie. Po chwili jednak jego dłoń wsunęła się na plecy chłopca, a usta dotknęły rudych, pachnących włosów.

Wino Bordeaux było zamknięte w prawie czarnej, pięknej butelce. Etykieta była oszczędna, utrzymana w kolorach sepii. Butelka wyglądała elegancko i dostojnie – tak jak Gabriel – tak przynajmniej myślał Max. A kolor wina…? Czyż i tego oczywistego faktu, że jest bordowe, Gabriel nie zapragnął usłyszeć z ust Maxa?

Od tamtego czasu Max już wiedział, że wino Bordeaux w czarnej, połyskującej butelce pachnie drewnem i wilgocią jakby deszcz zlał drewniany dom stojący w lesie.

Aktor

Na scenie było nieludzko gorąco. Panował tam smród sparzonej farby, ciał aktorów a także widzów. Dym papierosowy i parujący zapach alkoholu gryzł suche oczy. Mimo tego, mimo gwaru i publiczności, która była zbyt wstawiona by naprawdę była zainteresowana sztuką Gabriel był szczęśliwy. Może, tak jak jeszcze nigdy, choć gdy o tym pomyślał – nie był tego taki pewny. Teraz, tu na scenie czuł ekstazę, czuł jak ta gorąca paryska noc pali jego ciało od wewnątrz i jak nieznacznie znudzony wzrok publiczności pali jego skórę. Był aniołem, niósł „na karku” ciężki krzyż – oba jego ramiona ciągnęły za sobą ogromne stelaże kół, prawie doszczętnie oskubane z piór. A były to –skrzydła. Bynajmniej nie miał na sobie białej, nieskazitelnej szaty anielskiej – ani żaden z pozostałych…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych