Gdyby nie
Prosta historia o miłości... Oceniajcie (ok. 12 stron)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}"Iskrzy, iskrzy napięcie między nami takie, że można by oświetlić Wrocław, cały Wrocław, cały."{/i} Husky – Iskrzy, Iskrzy!!!
Paweł jechał samochodem ulicami Wrocławia, wystukując palcami w kierownicę rytm piosenki płynącej z radia. Jechał niespiesznie ze względu na korki, ciągłe rozkopy skutecznie utrudniały ruch. Z początku stracił sporo nerwów i klął w żywy kamień miejską administrację. Jak można pozwolić rozbebeszyć wszystkie ulice na raz? No, może nie wszystkie, ale i tak wiele, zbyt wiele. Tutaj jest ciasno i bez remontów. Teraz podzielał to zdanie, ale nie zajmowało go to równie mocno. Przyzwyczaił się z czasem do uciążliwych warunków panujących na drogach, poza tym głowę zaprzątała mu teraz pewna osoba, z którą łączyła go dziwna relacja. Poznał Justynę w pracy, została niejako jego podopieczną – była studentką, która odbywała praktykę zawodową i musiała zapoznać się z zasadami działania biura finansowego, w którym był zatrudniony. Początkowo był temu niechętny i kiedy dowiedział się o decyzji przełożonego, że musi pomóc wdrożyć się jakiejś "małolacie", było mu to wyraźnie nie w smak. Tak wyraźnie, że jego szef z jeszcze szerszym uśmiechem na ustach, mimo że absolutnie nie miał w zwyczaju być złośliwym, i rozbrajającą satysfakcją powierzył mu to zadanie. Chciał, nie chciał, musiał – i Paweł kilka dni później poznał Justynę. Teraz jechał po nią na wydział ekonomiczny Uniwersytetu Wrocławskiego, przebijając się przez zakorkowane ulice w okolicach Starówki. Ciągłe zmienianie biegów, obracanie kierownicy i deptanie pedałów potrafiły zmęczyć nie mniej, niż gdyby pokonał Rynek sprintem, ale nie to sprawiło, że gdy wreszcie zatrzymał się przed oszklonym budynkiem, w którym odbijało się jasnobłękitne, majowe niebo, i wyszedł z auta, dyszał jak po długim joggingu. Serce łomotało mu niczym młot kowalski, a działo się tak zawsze, gdy miał spotkać się z tą dziewczyną. Doleciał go duszący zapach spalin zmieszany z ciężkim, wilgotnym powietrzem, bijącym znad rzeki, ale prawie go nie poczuł. Rozejrzał się wokoło, nie dostrzegł Justyny, musiała być jeszcze w budynku. Postanowił zaczekać na nią przed wejściem. Zobaczył zgarbioną babcię, która sprzedawała tulipany na rogu Uniwersyteckiej i Kuźniczej. Ruszył w jej kierunku, po chwili jednak, gdy dochodził już do staruszki, która obdarzyła go uśmiechem, oznaczającym, że zarobi parę złotych, uderzyła go infantylność swojego pomysłu i zawrócił, czując się głupio sam przed sobą. Pokręcił głową i powoli skierował się w stronę samochodu, nagle jednak odwrócił się, podszedł szybko do handlarki i poprosił o kwiatka.
*
Justyna zebrała zeszyt z notatkami, długopis i chusteczki z ławki i uśmiechając się pożegnała profesora, wyszła z sali. Kończyła właśnie konsultacje w sprawie swojej pracy magisterskiej. Obrona już za chwilę, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, wypucowane na błysk. Miała świadomość, jak wiele zależy od tego, czy zdobędzie dyplom. Ona, zwykła dziewczyna z podwrocławskiego miasteczka, nie miała tak naprawdę innych perspektyw, jak tylko zdać studia i znaleźć tak dobrą pracę, na ile było to możliwe. Miała już na oku jedną, a udane marcowe praktyki mogły być niewątpliwym plusem w ewentualnej rozmowie kwalifikacyjnej. Poza tym biuro finansowe, w którym przyszło jej je odbywać, dały jej coś więcej, coś zupełnie niespodziewanego i trudnego do opisania. Tym czymś była znajomość z Pawłem. Od chwili, gdy pomógł jej przy tej nieszczęsnej kserokopiarce, w jej życiu zaszły dziwaczne zmiany. Jakkolwiek pompatycznie i sztucznie by to nie zabrzmiało, tak w istocie było. Przez ostatnie tygodnie żyła w innym świecie – chyba właśnie tak mogłaby to opisać. W innym, pokręconym jak turban Ali-Baby i cudownie surrealistycznym świecie. Nie podejrzewała siebie o drzemiące gdzieś w meandrach jej podświadomości, ukryte emocje. I to jakie emocje! Przez to praktycznie każdego dnia zastanawiała się, czy to ksero istotnie było nieszczęsne, a często łapała się na dumaniu, że okazało się bardzo "szczęsne". Nie chciała się jednak pogubić, dlatego nie myślała o tym zbyt intensywnie. No i na głowie miała "magisterkę", nad tym zwłaszcza trzeba było się skupić. Opuściła budynek i zauważyła stojącego opodal Pawła. Stał na tle swego srebrnego, "wypasionego" samochodu, z rękoma złączonymi za plecami i lekkim, swobodnym uśmiechem na twarzy. W ciemnym garniturze i jasnej koszuli, nonszalancko rozpiętej pod szyją i nieograniczonej krawatem, był tak przystojny, że aż przystanęła, żeby popatrzeć na niego z daleka. Orzeźwiający wiatr targał jego kruczoczarne włosy i naszła ją krótka fantazja, że to ona mierzwi mu jego aksamitną, delikatną szczecinę, niby pozbawioną ładu a jednak subtelnie ułożoną. Paweł ruszył ku niej, gdy tak stała, jego twarz wyrażała jakieś zaniepokojenie. Podszedł do niej i bez słowa pocałował w policzek, po czym pytająco spojrzał w oczy. Justyna stała w bezruchu, wodząc za nim oczyma, ręce skrzyżowała na piersi, przewieszając przez nie kurtkę, usta miała uchylone. W chwili, gdy składał całusa na jej twarzy, przymknęła powieki. Spojrzała mu głęboko w oczy, podnosząc głowę, bo był wyższy. Zaniepokojenie z jego twarzy zdmuchnął majowy wiaterek, ten sam, który zdążył już nieco wysuszyć jej wargi. Oblizała je koniuszkiem języka. Paweł ponownie uśmiechnął się, zdążyła już poznać ten uśmiech. Zdążyła go poznać, zapamiętać i utrwalić sobie w głowie. Nawiedzał ją codziennie, najczęściej przed snem. - Cześć – przywitał się. - Hej. - Jak minął dzień? Wzruszyła ramionami. - Nic ciekawego. Nudy jak zwykle. A co u ciebie? Paweł powtórzył jej gest i odrzekł: - Nudy jak zwykle. Oboje uśmiechnęli się. - Mam coś dla ciebie – powiedział Paweł i wreszcie przełożył ręce do przodu. W jego dłoni tkwił czerwony tulipan z dość pstrokatą, złotą wstążką u dołu łodygi, z której ciągle skapywały krople wody. Nie wiedzieć czemu przypominająca nadmuchany balonik radość, którą tak lubiła, gdy się spotykali, opuściła Justynę, jakby ktoś ów balonik brutalnie przebił. - Dziękuję – powiedziała cicho, odbierając od niego kwiatka. Paweł spojrzał na nią z niemym zdziwieniem. - Co... co się stało? – zająknął się po chwili. – Coś źle zrobiłem? Justyna nie patrzyła już na niego. Zaczęła przyglądać się swoim butom, brukowanemu chodnikowi, gołębiowi, który skakał wokół kosza na śmieci. Prawą rękę, w której trzymała tulipana, opuściła bezwiednie wzdłuż ciała. Poczuła jak kropelka wody spłynęła po wskazującym palcu. - Nie... – zaczęła, ale jakby nie wiedziała, jak kontynuować, – nie, po prostu... Nie lubię kwiatów... - Ach... – wydusił z siebie Paweł. Było w tym tyle niedowierzania, zdumienia i słabo zawoalowanej wesołości, że Justyna po chwili parsknęła śmiechem. - Jedziemy? – zapytał, trzęsąc ramionami i powstrzymując się przed wybuchem śmiechu, co wyglądało dość komicznie. Justyna spojrzała na niego i kiwnęła głową. Paweł obszedł ją z lewej strony i objął w talii, pociągając w stronę samochodu. Justyna po drodze wyrzuciła tulipana do kosza. Pojechali do swojego ulubionego miejsca spotkań, gdzie kwiatów mieli aż nadto.
*
To, co owego dnia stało się z Pawłem, można by opisać słowami Mario Puzo – że został "rażony piorunem". Stał oparty o biurko kolegi i znudzonym wzrokiem omiatał urządzoną w amerykańskim stylu salę pełną stanowisk pracy, oddzielonych od siebie czarnymi boksami. Andrzej coś mu tłumaczył, wlepiwszy wzrok w kartkę pełną liczb i tabelek, a on wyłączył się, popijając kawę z papierowego kubka. Wtedy ją zauważył. Stała przy kserokopiarce, ubrana całkowicie na czarno, w idealnie dopasowanej sukience do kolan. Ten ubiór był tak szalenie kobiecy, tak perfekcyjnie ukazujący najsubtelniejszy aspekt, esencję jej kobiecości – cudownie symetryczne wcięcie w talii, że Paweł zapatrzył się w nią jak zahipnotyzowany. Andrzej paplał coś obok, ale dla niego istniała tylko ta dziewczyna. Dziewczyna, którą widział pierwszy raz w życiu, dziewczyna o najbardziej wysmakowanej figurze, jaką kiedykolwiek mógł oglądać. Nie było to przesadą – spróbował przypomnieć sobie, czy spotkał już taką kobietę i nie mógł. Ale i nie chciał. Wolał skupić zmysły na tej, którą niedyskretnie obserwował w tej chwili – szczęście, że nikt nie zwrócił na niego uwagi, że ona tego nie zauważyła! Niewinnie pociągająca, subtelnie drapieżna w swych nieporadnych, zdenerwowanych nieposłuszeństwem maszyny ruchach, wżynała mu się w umysł, odciskała piętno w pamięci. Po tym dniu jeszcze długo przyszło mu o niej rozmyślać, bardzo długo. Również bardzo długo jej się przypatrywał. I nie gapił się – jak to robią niektórzy nieokrzesani, przeładowani testosteronem i zachowujący się niczym pierwotni homo erectus wieśniacy – na pupę. Oj nie, choć nie omieszkał zauważyć, że i ona prezentuje się znakomicie, osadzona w rewelacyjnie krągłych biodrach. Powoli przeniósł wzrok z talii na ramiona, które tonęły w swobodnych, kręconych na końcach włosach koloru ciemny blond. Fale tych włosów poruszały się miarowo niczym morze. Dokładnie tak, a wiedział to dobrze, bo przecież znad morza pochodził i zdążył napatrzeć się na pulsujący Bałtyk. Zdawało się, że każdy z nich żyje oddzielnym życiem, każdy oddycha innym powietrzem, każdy porusza się według swojego rytmu, ale razem tworzą skomponowany niczym "Panorama Racławicka" kolektyw – na każdym odcinku różny i podobny zarazem, w każdym fragmencie osobny, ale tworzący spójną, doskonałą całość. Nagły trzask obudził go z letargu. Andrzej zorientował się, że Paweł jest w innym świecie i przestał mówić, klepnął kolegę w bark. - Hej, nie śpij – powiedział wesoło. Paweł zaczerpnął powietrza. - Kto to jest? – wskazał głową dziewczynę przy kserze. - Chyba praktykantka – Andrzej zmrużył oczy. – Coś nie może sobie poradzić, hm? - Praktykantka? – zdziwił się Paweł. – Przecież miała być pod moją opieką. Pójdę jej pomóc – podniósł się i odstawił kubek z kawą na biurko. - Najpierw ją ubierz – Andrzej kiwnął głową z przekonaniem. Paweł spojrzał na niego i po chwili obaj się roześmieli. Lubili te sztubackie, ale sympatyczne żarty. Paweł podszedł do maszyny kopiującej, przy której stała dziewczyna. Wciskała przyciski na panelu sterowania, ale ksero nie chciało jej słuchać. Wreszcie stanęła, opuściwszy bezradnie ręce, i jęknęła ze zrezygnowaniem. Paweł uśmiechnął się i powiedział: - Mogę pomóc? Dziewczyna wystraszyła się lekko, odwracając w jego stronę. Paweł szybko podniósł wzrok z obfitych piersi, które zafalowały przed nim w momencie, gdy się obracała, i na krótko skupił wzrok na pieprzyku na jej lewym policzku. - Och, tak – powiedziała patrząc na niego nieśmiało, – tak, poproszę. Stoję tu już chyba kwadrans i... nie mogę jej okiełznać – dodała nieco zakłopotana. Paweł spojrzał na kserokopiarkę. Ktoś przesunął papier zbyt daleko od podajnika, blokując go przy tym niewielkim wspornikiem służącym wyrównaniu ryzy, i maszyna nie mogła go pobrać. - Zobacz – Paweł wskazał na szufladę z papierem, pochylił się i odblokował go. – I to wszystko, po problemie. Dziewczyna nachyliła się do niego, opierając dłonie na kolanach. Paweł wiedział, że byłoby najgorszym nietaktem, wręcz moralnym skandalem niwelującym każdą dobrą relację między nimi, gdyby to teraz zrobił, ale nie mógł się powstrzymać i zajrzał w jej dekolt. Opanował się błyskawicznie i przeniósł wzrok na jej oczy – ogromne, zielone niczym młody owoc koszteli, cudne oczy. Ale ona zauważyła, gdzie najpierw podążył jego wzrok. Popatrzyła na niego chwilę i powiedziała: dziękuję, po czym odsunęła się, ale nie wyprostowała od razu. Zamiast tego ściągnęła lekko ramiona ku sobie, dzięki czemu zmarszczyła na moment sukienkę, pogłębiając tym samym wcięcie. Paweł ponownie uległ swemu samczemu instynktowi. Oblał się rumieńcem zażenowania. - Nie ma sprawy – uśmiechnął się słabo i szybko odwrócił się, po czym udał się w kierunku toalety. Wpadł do środka i obiema dłońmi zmierzwił fryzurę. - Chryste... – szepnął, przyglądając się w lustrze swojej czerwonej niczym przekwitła róża twarzy.
*
Justyna poczuła ogromny wstyd. Zrobiło jej się tak niemożliwie głupio, że stała chwilę w bezruchu, po czym wcisnęła szybko przycisk uruchamiający ksero i wykonała zaplanowane wcześniej zadanie. Podeszła do wyznaczonego jej biurka, odłożyła stos skopiowanych dokumentów i niemal pobiegła do toalety. Weszła do kabiny, zamknęła drzwi za sobą i usiadła na sedesie, opierając łokcie na kolanach. Coś ty sobie myślała, wyrzucała sobie w duchu. Co ją naszło? Po jaką cholerę tak skokietowała zupełnie nieznajomego jej faceta? Ładnie sobie folgujesz pierwszego dnia na praktykach, ty głupia... idiotko!... Brakowało jej słów na własną bezmyślność. Z drugiej strony taki facet... Przestań, nie widziałaś obrączki?! Oczywiście, że widziała. No nic, trzeba zachować fason, odświeżyć twarz i do roboty. Boże, jaka ja jestem głupia...
*
Marzena siedziała na fotelu pasażera i patrzyła na parę przed wejściem do Ogrodu Botanicznego. Wzrok miała nieobecny, spoglądała na nich bez mrugnięcia okiem, myślała o czymś innym. W jej głowie istniał tylko mały człowieczek ze słodką, ubabraną czekoladą buzią, który wesoło machał rączkami. Podbiegł do niej, tuląc się do jej nieskazitelnie czystej koszuli, którą prasowała dziś rano, z czułością spoglądając na śpiącego, czteroletniego urwisa. Zostawił na bluzce ślad ust. Uśmiechnęła się, spoglądając na "dzieło" swojego synka, i przytuliła go z całych sił, brudząc sobie ubranie jeszcze bardziej. Nie zważała jednak na to. Chciała tylko, żeby był blisko niej, żeby objął ją rączkami zakończonymi malutkimi dłońmi z pulchnymi paluszkami, żeby w uroczy, przesłodki sposób powiedział jak bardzo ją kocha i za co – za to, że jest i że kupiła mu czekoladowego loda. Tuliła synka z całych sił, aż w końcu pisnął: nie tak mocno, mamusiu. I puściła go, a łzy same popłynęły z jej oczu. - Przykro mi, Marzenko – powiedział siedząca obok blondynka o pociągłej twarzy. To Agnieszka, jej przyjaciółka. Marzena spojrzała na nią, próbując coś odpowiedzieć – może: dziękuję? – ale tonąca we łzach rezygnacja powstrzymała usta przed wypowiedzeniem jakiegokolwiek słowa. Nie wiedziała, co ma na myśli, gdy Agnieszka zadzwoniła dziś rano i oznajmiła poważnym głosem, że musi jej coś pokazać. Po drodze zatrzymała się i po głębokim oddechu powiedziała, że Paweł prawdopodobnie ją... że ma kochankę. Pokaż mi, Marzena zażądała kategorycznie. I Agnieszka jej pokazała. Teraz spoglądała na całującą się parę przed wejściem do ogrodu. Jej nie znała. On, w czarnym garniturze i rozpiętej pod szyją koszuli koloru ecru, był jej mężem.
*
Justyna przez kilka dni nie potrafiła spojrzeć Pawłowi w oczy. Zrobiła to tylko raz – gdy wreszcie się sobie przedstawili. Na dodatek został on jej "szefem", czyli innymi słowy będzie odpowiedzialny za jej ocenę z praktyk. Pech to za mało powiedziane. Cóż począć jednak – zacisnąć zęby i robić swoje. Piątka w indeksie była ważniejsza niż jakieś niefortunne zachowania. Z resztą temu Pawłowi chyba też było nieswojo. I słusznie. W końcu to on dał się skusić i spojrzał mi w cycki, pomyślała z uśmiechem, ale uśmiech ten momentalnie znikł z twarzy, gdy uświadomiła sobie, że dumała o tym fakcie z poczuciem triumfu.
*
Paweł trzymał fason, chociaż czuł się zażenowany przez co najmniej trzy dni. W końcu jednak postanowił przełamać barierę, którą sam stworzył własnym, samczym zachowaniem i zaczął błahą rozmowę o muzyce czy czymś podobnym. Justyna była wdzięcznym rozmówcą i zagadali się do tego stopnia, że ostatnie trzy piątkowe godziny zleciały im w oka mgnieniu. On przysunął swój fotel do jej biurka i rozmawiali. Po prostu rozmawiali. Jako że boksy były dość dźwiękoszczelne, by pracownicy przeprowadzali rozmowy telefoniczne nie przekrzykując się z głośnym zazwyczaj otoczeniem, toteż nikomu nie wadzili. Paweł już dawno z nikim nie rozmawiał w ten sposób. Banalnie to zabrzmi, ale w jego małżeństwo wkradała się rutyna, która transgresyjnie, niczym wzburzone fale morskiej wody brutalnie wdzierające się na niewinną, piaszczystą plażę, przeszywała jego codzienność, sprawiając, że stawała się w jakiś sposób nieznośna. Syn sprawiał mu wiele radości, a żona była dobrą i kochaną osobą, a jednak, gdy się dłużej nad tym zastanowił, stwierdzał, że męczą go piskliwe wrzaski czterolatka, a Marzena bywa odpychająco zrzędliwa. I to po sześciu latach. Po sześciu. Nie chciał myśleć, co może być później. Tego dnia wracał do domu zadowolony, podbudowany rozmową z Justyną, i nie myślał o tym, co czeka go w mieszkaniu w Karłowicach. Myślał o tej młodej, ale dojrzałej kobiecie, z którą dane mu jest się widywać i pracować. I wcale nie miało go to zbyt rychło opuścić. Nie była jakimś cudem piękności – poza tą idealną figurą, którą zauroczyła go owego pierwszego dnia, kiedy ją poznał, buzię miała ładną, ale dość pospolitą z tym niepotrzebnym pieprzykiem na lewym policzku. A jednak jej oczy były elektryzujące i już w pierwszym tygodniu ich znajomości łapał się na tym, że mimowolnie wpatruje się w nie – ściągając przy okazji jej wzrok – by łapczywie nasycić się ich zupełnie niepospolitym pięknem. W końcu sam przed sobą przyznał się, że zbyt często to robi i wygląda to tak, jakby na nią leciał. Justyna po prostu mu się podobała, ujmowała go swoją naturalnością, tym głębokim wzrokiem, ogólnym sposobem bycia. Mijały kolejne dni, a on rozmyślał o niej. Co się z nim dzieje? Ta mała jest fajna, ale bez przesady – przecież ma żonę, naprawdę piękną żonę, i cudownego synka... Ale te jej oczy... To ciało!... Odganiał od siebie myśli. Tylko czy na pewno te właściwe? Nie mógł się spodziewać po sobie tego, co wydarzyło się we wtorek, w ostatnim tygodniu praktyk Justyny w jego firmie.
*
Ależ to było banalne!... Do tego dziwne, nie na miejscu, niepotrzebne i urocze zarazem. Justyna długo nad tym myślała, zbyt długo. Tak długo, że zapomniała poprawić części pracy, którą następnego dnia miała oddać do sprawdzenia promotorowi. Jechali z Pawłem windą, tuż po obiedzie, zatłoczoną, pełną znużonych kobiet oraz mężczyzn, niektórych tak intensywnie spoconych, że po chwili w elewatorze zrobiło się mdło. Ich biuro mieściło się na przedostatnim piętrze biurowca, toteż po drodze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Veron
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…