Gdzie diabeł nie może cz.2
Druga część cyklu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE.... Część VII: Starszina
Powoli zaczynałem się już przyzwyczajać do nagłych ataków wrogich sił reakcyjnych i bolesnych przebudzeń. Tym razem wyjątkowo bolesnych. Na głowie, pośrodku mojej bujnej czupryny, wciąż miałem odcisk od uderzenia kantem cegły. Miejsce, w którym się znalazłem, było jak zwykle dziwne. Nieduży lokal, którego sufit i ściany pokrywał dziwny materiał: z wyglądu stal, w dotyku guma. Nie wyglądało mi to mimo wszystko na wariatkowo. Przede wszystkim dlatego, że nadal miałem swój ubiór wraz z zawartością kieszeni. Poza tym drzwi wyjściowe z tego gustownego lokalu były otwarte, co w Ostrołęce zdarzyło się tylko raz: na 50 urodzinach dyrektora placówki. Niezwłocznie skorzystałem z okazji i wyszedłem cichaczem na korytarz. Tam stała ona. Ruda, bezczelnie defekująca za załomem muru. Kura. Stała na tych swoich pazurach i gapiła się we mnie. Instynkt łowcy zadziałał. Wyćwiczonym na kurach sąsiadki sposobem rzuciłem się na nią z zamiarem złapania jej do reklamówki. Niestety zwierzyna okazała się nadzwyczaj żwawa. Do tego zaczęła gdakać lekceważąco. Goniłem ją kilka metrów, potem spróbowałem zastrzelić, ale omal sam nie oberwałem rykoszetem. Wreszcie uprzykrzony obiad skrył się w jednym z ciemnych pokoi, pewnie w magazynie mioteł. Pobiegłem tam zdyszany i zatrzasnąłem drzwi. Ciemno jak cholera. Kura pogdakiwała gdzieś w kącie. Już czułem smak tego rosołu, pasztetu, udka z ruszta.... . Z marzenia wyrwało mnie nagłe oświecenie. Ktoś zapalił światło, którego źródła nie widziałem. Kura stała na biurku gdakając z wyższością. Za biurkiem siedział jakiś typ ubrany w drelichy, dziwnie podobny do Andrzeja Leppera. Zamarłem z głupią miną, schowałem reklamówkę do kieszeni. Typ patrzył na mnie beznamiętnie. Na biurku stała tabliczka “Andrzej Siepacki – kontrola ruchu”. Jesteście dwudziestym ujętym w tym miesiącu na naszym terenie szpiegiem Wielkiej Wsi Zakrzów. - rzekł nieco przepitym głosem. Niestety nie... - próbowałem się tłumaczyć, ale to wściekło mojego rozmówcę. Nie twierdzę tak, ale fakty na to wskazują. Tylko szpicle Sołtysa włóczą się po naszym lesie o tej porze roku. Ale jeśli jesteście jednym z nas, udowodnijcie to. Hasło! Co k***a? Pi***ol się dziadu! Bandytyzm ze skurwysyństwem! - krzyknąłem oburzony. Rozmówca zareagował dziwnie, znaczy inaczej, niż się spodziewałem. Najpierw szczęka mu opadła, potem na gębie pojawił się wyraz zdumienia i zmieszania. Znacie zaginiony język a więc.... to niemożliwe! Witajcie z powrotem Józefie Trockow “Starszina”! - rozmówca uścisnął mi rękę. Miałem się tłumaczyć, ale zrezygnowałem. Skoro wzięli mnie za kogoś, kogo darzą tu sporym szacunkiem, lepiej nie wyprowadzać ich z błędu. Myśleliśmy, że zginęliście w bitwie o Madagaskar..... nawet postawiliśmy mauzoleum.. . To prawda. Rozszarpał mnie goryl, ale wróciłem do was w drugim wcieleniu. - zbajerowałem równo. Ale my czekaliśmy. Skrycie wierzyliśmy, że twórca Metody produkcji Bimbru jest wiecznie żywy. No, bez przesady.... ale coś w tym jest. - dodałem nieskromnie. Rozmówca nieoczekiwanie oderwał wzrok od mej osoby i zauważył wreszcie łażącą po biurku kurę. Paszła won! - wrzasnął na nią machając czymś na kształt śrubokręta. Kura spadła z biurka i zamieniał się w niskiego faceta w czarnych drelichach. Agencie Bielewicz! Ile razy mówiłem: żadnych wypadów po moim biurze? Ale... tego...no.... - niegdysiejsza kura próbowała się tłumaczyć. Dosyć tego! Idźcie do majstra sprawdzić czy was tam nie ma. - rozkazał mój rozmówca podwładnemu. Tak jest! - agent momentalnie zniknął niczym złudzenie optyczne. Rozmówca wrócił do tematu. Na czym to stanęliśmy.. ach tak. - pstryknął dwukrotnie palcami. Otoczenie biura rozmyło się i zmieniło na inne, bardziej luksusowe. To wasze biuro, magnificencjo. Nietknięte w czasie waszej absencji. - oznajmił. Rozejrzałem się. Lokal był nawet bardziej luksusowy od biura Rokity. No... tego ....yyy... - miałem coś powiedzieć, ale zapomniałem. Nie miało to znaczenia, bo mój rozmówca bez ostrzeżenia zniknął jak jego podwładny wcześniej. Nie niepokojony jego obecnością zająłem się badaniem lokalu. Na wyposażeniu był basen, telewizor 3D, lodówka z dostępem do internetu, barek i zawalone papierami biurko. Na początek popływałem trochę, obejrzałem japońskie porno w 3D, posurfowałem po necie przez zamrażalnik i wypiłem pół flaszki. Wreszcie wziąłem się za zbadanie zasobów biurka. Pośród hałdy papierów nie było prawie niczego godnego uwagi. Zużyty portfel, kalendarz z 2223 roku, plik banknotów z 1999 roku, legitymacja członkowska SLD.... a ta kartka. Niby normalna, ufajdana musztardą. Poza tym wyskrobano na niej jakieś wzory podpisane jako wzór na bimber 320 – procentowy. Z wrednym uśmieszkiem schowałem kartkę do kieszeni.
* * *
Karwowski odczuł na własnej skórze nieprzyjemne skutki wypicia litra wódki. Łeb bolał go jak po operacji przeszczepu mózgu, a świat w zasięgu wzroku wirował i wciąż zmieniał kolory. Jerzy Wasiliewicz wymacał pasy przytwierdzające go do łóżka i szybkim ruchem zerwał je bez większego wysiłku. Teraz był prawie wolny, ale na niewiele mu się to zdało. Drzwi do izby wytrzeźwień były zamknięte, a utrzymanie się na nogach było niemal niemożliwe. Dokuczało mu też wycie, którego źródło zlokalizowane było pod łóżkiem. Karwowski zajrzał tam i wśród stada białych myszy zobaczył czarnego kundla. Pies wył żałośnie, pewnie jakiś żul po wytrzeźwieniu zapomniał go zabrać, a może był tylko wizją deliryczną. Agent poszturchał go butem, ale kundel nie rezygnował, zmienił tylko ton wycia na syrenę strażacką. Ucichł dopiero, gdy Jerzy zaaplikował mu tabletkę środka psychotropowego. Wybiegł spod łóżka, zatoczył kółko, padł sztywny, ale po chwili ożył. I zaczął gadać. Co jest ciulu? Pierwszy raz na izbie? - zagaił próbując stanąć na dwóch łapach. Karwowski upewniał się czy to mu się aby nie wydaje. Ej, gościu. Pogadajmy. Zostaw te białe gryzonie. - ponowił pies. Nie chce mi się z tobą gadać.... - mruknął agent. Może zainteresuje cię lekarstwo na kaca? Trzeba było tak od razu.... ! Pięć złotych. - powiedział stanowczo kundel. A myślałem że tylko u nas wszyscy są interesowni.... - wściekł się agent, ale po chwili wyjął plik banknotów z początku dwudziestego wieku. Dał psu zielonego i łyknął lekarstwo w postaci ćwiartki żubrówki. Od razu zniknęły białe myszy i kolory. Dobra, teraz przejdźmy do konkretów. Który to rok? O.... nieźle się pochlaliście skoro i tego nie wiecie.... 12 maja 2005. - poinformował pies. A miejsce? Zakrzów! Tu wszystko jest możliwe! Czyli możliwe jest też wydostanie się stąd.... Pewnie. Ale nie za darmo.... Żeby cię.... - agent ponownie wyjął plik banknotów i podał psu dziesięć sztuk. - Tyle starczy? Być może..... - pies skrupulatnie przeliczył gotówkę po czym podał Karwowskiemu dłoń.. .. znaczy łapę. Skoro robimy interesy to chyba trzeba się poznać, nie? - odpowiedział na zadziwione spojrzenie agenta. - Somer jestem. Jerzy Wasiliewicz Karwowski. Ale przejdźmy do rzeczonych interesów... . Ach, racja. Zastosuję prostą metodę napędzaną siłą woli. Oczywiście wykorzystując moje wrodzone zdolności.. .Naumiałem się u Kpt. Odyńca. Taki miejscowy zakrzowski popapraniec .... . - Somer na chwilę zajął się wspomnieniami, ale zaraz przypomniał sobie o robocie. - Jeśli nie macie nic przeciw, zacznę. Czyń swą powinność. Yes master. - pies przyjął dziwną jak na jego anatomie pozycję i zaczął medytować wydając przy tym specyficzne dźwięki. Karwowski początkowo nie wierzył jakoby miało to coś dać, ale niebawem musiał się przekonać. Obraz izby zaczął się kurczyć, jakby był wsysany przez małą dziurę w podłodze. Niebawem wszystko zniknęło, została tylko czarna nicość tunelu czasoprzestrzennego. Pies nadal nie zmieniał dziwnej pozy, przestał tylko wyć. Mieli w ten sposób trafić na jedną z ulic Zakrzowa, ale Somer źle skręcił na skrzyżowaniu i polecieli przez Beta Centauri. Trochę to potrwało, ale mieli kupę czasu by omówić ważne sprawy, także finansowe.
* * *
Tydzień w podziemiach Wielkego Zakrzowa minął dziwnie spokojnie. Tubylcy biorący mnie za Starszinę – ich ideologiczno - konsumpcyjnego szefa traktowali mnie jak VIPa. Zamierzałem nie przyznawać się do prawdziwej tożsamości, przynajmniej do czasu skontaktowania się ze szpiclem Rokity. Kto wie, może zostanę tu na dłużej. Nie, chyba tu za zimno......... Dzień zaczął się w sumie spokojnie. W kiblu znalazłem list z wyznaczoną datą i miejscem spotkania. Podprowadziłem kombinezon ochronny i wyszedłem w las, na górujące nad okolicą Wzgórze Ramiszowskie. Większość okolicy Starego Wielkiego Zakrzowa skryta była za mgłą. Padał śnieg. Chodziłem w kółko jakiegoś mizernego drzewka żeby się rozgrzać, bo dwustustopniowy mróz dawał się we znaki. Po pół godzinie sterczenia ujrzałem w końcu jakąś postać wchodzącą na wzgórze. Telepatycznie rozpoznałem szpicla Rokity. Gościu był chudy, wysoki i nosił kryptonim operacyjny Śledziu. Ładną mamy dziś pogodę..... - zagadnął o niczym Śledziu. Przejdźcie do rzeczy, zimno tu. - zarządałem. - Mieliście przekazać informacje operacyjne. Śledziu zrobił poważną minę. Nie wyglądało żeby mróz mu przeszkadzał. No to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Juzef
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…