Gęś Gęgawa i Łabędź Niemy
Utrzymana w zabawnej konwencji dykteryjka o sprawach "wzniosłych".
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. Nuda Pewnego dnia na farmie zrobiło się nudno. Bądźmy szczerzy było bardzo nudno. Tak nudno jeszcze nie było. Gęś Gęgawa od dawna myślała o wycieczce. Po raz kolejny w ostatnich dniach spojrzała na swojego oddanego przyjaciela Łabędzia Niemego i zagadnęła go tymi słowy. - Przyjacielu , Łabędziu ty mój Niemy musimy się stąd ruszyć nie ścierpię już tej nudy! Łabędź zamyślił się na chwilę po czym energicznym kiwnięciem głowy dał Gęgawie do zrozumienia, że już też nie ścierpi tej nudy. Ta dynamiczna i pełna zapału dyskusja wyczerpała nieco naszych przyjaciół. Stąd ogarnięci uczuciem szczególnego zmęczenia postanowili dla odmiany trochę odpocząć. Układając się wygodnie na stogu siana Gęgawa rozpoczęła, jak to było w jej stylu, krótką tyradę na temat okoliczności bieżących. - Ja sobie tak myślę Niemy, że my tu wcale nie mamy dobrze. Ty mi tu nie wywalaj oczyma. Ja naprawdę czasami mam wrażenie, że te twoje łabędzie ślipia chcą mi przerwać. - Co? Niby już to mówiłam. Daj spokój! Dlaczego się śmiejesz? Ty wiesz ja się chyba naprawdę obrażę. Po prostu się wypnę. Tak na ciebie się wypnę i sobie pójdę. No już przestań się bronić. Nie rozkładaj rąk. Wiem, że nic nie powiedziałeś, bo nie możesz. Ale co ty myślisz, że jak nie umiesz mówić, to ja się nie mogę obrazić. Mój drogi ja wszystko widzę i ja... Powiem ci to wprost. Ja się czuję po prostu urażona. Łabędź popatrzył ogłupiały na Gęgawę. Poprawił piórka i nic nie robiąc sobie z gęsich dąsów zaczął powoli mościć się w sianie. Zadek w lewo, zadek w prawo. Układał się wygodnie szukając grajdołka. Należy podkreślić, że czynność ta jest zasadnicza w przypadku leżenia. Odnalezienie grajdołka stanowi klucz do prawidłowego lenienia się. Gęś dobrze o tym wiedziała. Dlatego też powtarzając ruchy przyjaciela zdążała do wymoszczenia sobie swojego grajdołka. Gdy już oboje swobodnie wylegiwali się na sianie. Gęgawa niezmordowanie ciągnęła dalej. - Ja sobie tak myślę Niemy, że my tu wcale nie mamy dobrze. Byczymy się, proszę ja ciebie, na tym pięknym, złotym sianie. I co? Niby ma nam być dobrze. Ty sobie nawet nie myśl Łabędź, że ktoś przyjdzie ci dobre słowo powiedzieć. Czy to siano chociażby docenia, że my tu na nim leżymy, że dajemy mu sens istnienia. - Nie wiesz? To ja ci powiem, absolutnie nie. Nasza praca, nasz wkład, nasze zaangażowanie nie są nawet spostrzeżone. I ja ci powiem, że to jest przykre. To boli, to po prostu cholernie boli. - Odwróciłeś się. Czy ty mnie słuchasz? Co ty tam robisz? - Obudź się ty niewdzięczniku, ty. Ja ci tu świat wyjaśniam, żyły wypruwam, żebyś dobrze pojął, a ty śpisz. - Ja to już momentami do ciebie siły tracę. Jak to do kogo? Do ciebie. Co się głupio patrzysz. Z tobą chyba gadam, nie? - To ziewanie było co najmniej lekceważące. Oczekuję przeprosin. Łabędź kiwnął głową, gdyż wiedział, że bez przyznania się chociaż częściowo do winy, nigdy nie zazna świętego spokoju. Poprawił źdźbła pod samą głową i postanowił policzyć chmury. Uznał to za czynność na tyle angażującą, że nie pozwoli mu zasnąć. A co najważniejsze wywołującą minę skupienia, dzięki której uzyska istotny wkład w „dyskusję” z Gęgawą. - Tak to już jest z nami myślicielami XXI wieku. Musimy stawiać ciągły opór walczyć z ignorancją społeczeństwa. Nosimy brzemię wyszydzenia, inności, wyalienowania. Ale ja Gęś Gęgawa jestem gotowa wziąć na siebie ten ciężar. - Bo ja czuję, że mam misję, wiesz? W tym momencie Łabędź nie wytrzymał zaczął się tarzać się ze śmiechu. - Lekceważenie? Ja to zniosę. To jest mój krzyż. Krzyż filozofa. Łabędź Niemy postarał się z całej siły zwalczyć śmiech i przyjąć poważną minę. Znał Gęgawę bardzo dobrze i nie chciał urazić jej uczuć. Oddał jej głos skinieniem skrzydła, prosząc o dalszą część wyjaśnień dotyczących natury tego świata. - No i w końcu potakujesz. Rozumiesz, że mam rację. - Ale po co ty mi tutaj kiwasz głową. Przecież wiem, że dobrze mówię. Świadoma jestem. W tym momencie nastąpiła chwila ciszy. Gęgawa lekko się przeciągnęła. Co Łabędź uznał za dobry moment, aby złapać trochę opalenizny. Słońce wyszło właśnie zza chmur, a że było południe, promienie mocno przygrzewały, dając słodkie poczucie ukojenia. Odpoczynek nie trwał jednak długo. - A to słońce na przykład. Czy ty myślisz, że mu chociaż przez głowę przeszło, żeby nas docenić. W końcu nikt inny tylko my, tu i teraz wylegujemy się w jego blasku. Nadajemy mu więc sens istnienia. Sam powiedz no, źle mówię? Niemy energicznie potwierdził słowa Gęgawy zyskując sobie, tym samym jeszcze kilka minut spokojnego opalania. - Czy ty jakiegoś kremu użyłeś. Tak się na to słońce wystawiasz. To przecież konsekwencjami grozi. Łabędź wybałuszył oczy. - Nie, czym? Tylko konsekwencjami, mówię. - To takie przykre sprawy, które wychodzą później, nawet po tym, jak się nic nie robi. - Co, nie wiedziałeś, że za nicnierobienie też są konsekwencje? - No to, akurat mogę ci wybaczyć, bo tego to większość nie wie. Gęś na chwilę się zamyśliła. Szukając zgubionego wątku swojego monologu. - Co dzień na przykład jemy to ziarno. I sam powiedz, staramy się. Każdego dnia próbujemy wcisnąć więcej. I co? - Nie martw się, powiem ci. Po prostu nic. Myślisz, że ktoś to doceni. Nie bądź głupi. A przecież gdyby nie my, to czy to ziarno w ogóle byłoby potrzebne? - Ja ci nie będę tych przykładów mnożyć. Sens jest jeden. Oni są niewdzięczni. Łabędź zerknął na Gęgawę pytającym wzrokiem. - Jacy oni, pytasz. Teraz tak się mówi. Nie słyszałeś. Kolego, jaki ty nieżyciowy jesteś. Ja widzę, że ja cię muszę jeszcze sporo nauczyć. - Nie wzdychaj mi tu, tylko słuchaj mądrzejszego. - Jak ci coś nie wychodzi, to mój drogi, nie mówisz, jak kiedyś, muszę się przyłożyć. Teraz się mówi, znowu oni coś schrzanili. Jak się pomylisz, mówisz, znowu oni nasadzili jakiś byków. Jak się przewrócisz, mówisz, znowu oni podkładają mi kłody pod nogi. - Nie pytaj nie wiem dokładnie dlaczego, ale teraz wszyscy powołują się na obcych. Ja tam też nie wierzę w UFO i te inne sprawy. Ale jak za dużo wszamiesz, to ja ci tłumaczę, możesz swobodnie powiedzieć, oni mi to zjedli, bo teraz, mój przyjacielu to standard jest. Przylecieli, zjedli i koniec dyskusji. - Tyle mój drogi na ten temat. Po prostu nie jesteśmy doceniani. A szkoda, bo jak ci pokrótce wytłumaczyłam... - Chociaż, powiem ci, że ty masz momentami taki ten dziób, że jak zakuty dziób wyglądasz. I ja naprawdę nie jestem pewna, czy ty wszystko zrozumiałeś. Na te słowa Łabędź przystroił tak marsową minę, że nawet Gęsi odebrało to trochę animuszu. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam... Cofam. To, co o dzióbie to nieważne! Nic nie było powiedziane. Tfu, kurczę blaszane, jak mi się czasami wyrwie. Niemy trochę złagodniał i bladym uśmiechem udzielił Gęgawie rozgrzeszenia. - A to wszystko przez te nerwy. Zestresowana taka chodzę, mówię ci. Ilekroć sobie pomyślę na czym ten świat stoi, to się we mnie gotuje. Krzyż filozofa mój drogi. - Co? Już to mówiłam? - No właśnie, bo jak ci pokrótce przyjacielu wytłumaczyłam stanowimy filar tej cywilizacji, a ona nas po prostu nie docenia.
Koniec końców sens istnienia okazał się niebywale nudny. Dwójka naszych przyjaciół pogrążyła się w błogiej drzemce. A ich sny bynajmniej nie krążyły wokół pytań, dla kogo teraz świeci słońce i kto podczas ich nieobecności nada sens istnienia rozsypanemu ziarnu. Pierwsza obudziła się Gęgawa. - Nie możemy pozostać bierni! - Niemy, wstawaj! Nie przewalaj się tak ze strony na stronę. Na jawę wracaj. Leniwe ptaszysko. - Tfu, kurczę blaszane. Jak mi się czasami wyrwie. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam.... Cofam. To, co o ptaszysku, to nieważne! - Nie słucha wcale, no! Śpi jeszcze! Ten dziób zak...Tfu, kurczę blaszane! - Wstawaj Niemy! Gęś niemiłosiernie szarpała Łabędzia. Tak, że chcąc, nie chcąc nie miał już szansy na dalszy odpoczynek. - Ważne rzeczy mam ci do zakomunikowania. Na pomysł wpadałam. - Nie możemy pozostać bierni! Musimy zmienić ten świat. - Dlatego też chciałam zaprosić cię przyjacielu na wycieczkę. A raczej w fascynującą podróż. Musimy się stąd wyrwać! Łabędź spojrzał spod oka na Gęgawę i nakazał jej wzrokiem śledzenie swoich ruchów. Łypnął jeszcze przez chwilę przenikliwie na Gęś, sprawdzając czy ta, aby na pewno na niego patrzy. Niemy zaznaczył na trawie punkt, w którym stał i zaczął powoli poruszać się po niewidocznym okręgu, zatrzymując się za każdym razem w miejscu rozpoczęcia. - Poczekaj, poczekaj... Blisko jestem. Chyba już mam. Ty kręgi zataczasz. Do punktu wyjścia wracasz. W tym momencie zadowolony z siebie Łabędź wskazał palcem na Gęgawę. - Zaraz, zaraz. Ja. To o mnie niby chodzi. - A ty wiesz, że ja sobie już chyba przypominam. Ja rzeczywiście już z tobą o tej podróży rozmawiałam. - Niemy, to, co my tu jeszcze robimy. Zabieramy podstawowe rzeczy i w drogę. - Nie rób takiej miny. Nie będę brała tej czarnej walizki. Łabędź rozłożył ręce i z powątpiewaniem pokiwał głową. - No wiesz. Wtedy to było uzasadnione. Wyjazd na weekend to w końcu nie przelewki. A drugą parę butów wzięłam na wypadek niepogody. Trzy sukienki na dwa dni, co w tym dziwnego. Ja ci powiem, że to się tylko mężczyznom nie kalkuluje. I powiem ci jeszcze ..... I tak rozpoczęła się wyprawa tej dwójki wielkich przyjaciół do serca współczesnego miasta. Nasi bohaterowie pierwsze kroki skierowali betonowym traktem zwanym potocznie chodnikiem do położonych na pograniczu miasta biurowców.
2. Sprawa w sądzie
Gęś Gęgawa i Łabędź Niemy z podziwem obserwowali rosnące w oczach zabudowania miasta. Gęś podjęła silne postanowienie, że wyłoży sprawę na forum najważniejszych decydentów państwowych. Istota istnienia dotyczy w końcu wszystkich. Musi więc wzbudzić zainteresowanie urzędników i dygnitarzy. Każdy powinien wiedzieć kto jest filarem tego społeczeństwa. W niebywałe zdziwienie wprowadził naszych podróżników poruszający się w szalonym tempie tłum. Ludzie w pośpiechu przemierzali ulice, nie zwracając na siebie wzajemnie najmniejszej nawet uwagi. Dwójka przyjaciół przystanęła na moment przyglądając się mijającym ich przechodniom. - Wiesz Niemy, że ja już chyba wiem. Coś mi się wydaje, że to zwykła gra jest. Łabędź zamyślił się na chwilę. Zrobił pytającą minę wymuszając na Gęgawie wyjaśnienia. - Patrz na przykład na tą babcię w szarym. Kto by pomyślał przed chwilą kuśtykała, a teraz biegnie jak szalona. Zobacz, jak się tą laską odpycha. Prędkość to jest zawrotna, mój drogi. - Zobacz, zobacz Niemy! Na czerwonym świetle. Przecięła tę ulicę bez opamiętania. - Kolego, jeszcze nie rozumiesz? Oni się wszyscy w berka bawią. A babinka się pewnie obawia, że ta w czerwonym ją dorwie. Łabędź ucieszony tym paradnym widowiskiem zaczął skakać i klaskać ptasimi skrzydłami. - Patrz czerwona kierunek zmieniła. Do autobusu biegnie. Pewnie się chce na kierowcę zaczaić. - Ah, ucieczka w pięknym stylu. Czy ty widziałeś jak jej przed samym nosem drzwi zamknął. - Ja ci mówię, że to taktyczna zagrywka była. Niememu tak spodobała się zabawa, że nic nie myśląc. Podbiegł do najbliższego przechodnia i płynnym ruchem klapnął go skrzydłem. Mężczyzna odwrócił się zaskoczony i spojrzał ze zdziwieniem na Łabędzia. Niemy obdarzył przechodnia szerokim, zawadiackim uśmiechem. Uskoczył na bok, obrócił się prędko i w te pędy zaczął uciekać. Mężczyzna oburzony wykrzyknął kilka nieartykułowanych dźwięków w kierunku ptaka. Przybrał zbulwersowaną minę i pogroził Łabędziowi palcem. Gęgawa rozbawiona oglądała przedstawienie. Po czym puściła się biegiem za Łabędziem. - Stój szalony, stój. No i co ty wyprawiasz! - Przyjacielu, ja czasami się zastanawiam, czy ty rozumu w domu nie zostawiasz. - Pacnąłeś go nieźle, ale „berek” nie krzyknąłeś, a to podstawa gry jest. Łabędź wskazał rozbawiony na swój dziób i rozłożył ręce. - No racja, przecież ty w końcu Łabędź Niemy jesteś. Dwójka przyjaciół roześmiała się serdecznie. Łabędź nie mógł wyjść z podziwu dla samego siebie i ucieczki w tak pięknym stylu. Zarykiwał się na śmierć, wciąż powtarzając scenę berka i parodiując naburmuszoną minę mężczyzny. Gęgawa starała się uspokoić przyjaciela przekonując go do konieczności dalszej podróży. - Kolego, dosyć tej zabawy. Musimy pamiętać, że my misję mamy. Przyszliśmy tu ważne rzeczy ogłosić. Niemy nie mógł przestać się śmiać. Znając jednak gęsi upór podjął dalszą wędrówkę. Przyjaciele posuwali się wolno pełnymi zgiełku ulicami. Wciąż z niekłamanym zaciekawieniem obserwowali przechodzących ludzi i architektoniczne ciekawostki miasta. W końcu doszli do ogromnego budynku, majestatycznie wznoszącego się u zbiegu dwóch ruchliwych przecznic. Przymocowana na gmachu tablica patetycznie głosiła „Sąd hipoteczny”. Gęś spojrzała tępo na napis starając się rozszyfrować znaczenie słów. - Łabędź czy ty to widzisz. To musi jakaś poważna instytucja być. - Sąd hipno ..., hipota...., hipotetyczny. No. - Jazda Niemy, wchodzimy do środka. Łabędź bez większego sprzeciwu ruszył za Gęgawą kierując się do wnętrza budynku. Przyjaciele onieśmieleni patrzyli na wysokie, ogromne korytarze, przytłaczająco duże schody prowadzące na wyższe piętra budynku i kłębiący się na nich tłum. Niemy uśmiechnął się na wspomnienie swojego ostatniego wyczynu i rozochocony podwinął piórka szykując się do skoku i wypatrując kolejnej ofiary gry w berka. Gęś zawczasu rozgryzła zamiary współtowarzysza podróży. - Tylko spróbuj!!! Ty czasami to jak dziecko, ja ci mówię, jak dziecko jesteś. - No i co się głupio uśmiechasz. W hipotetycznym sądzie jesteśmy, a nie w piaskownicy. - Ja ci muszę chyba uświadomić, że ty tu za reprezentację robisz. Ludzkość za tobą murem stoi. Cywilizację naszą masz naprawiać. Po upomnieniach Gęgawy Łabędź szybko porzucił myśl o zabawie. Przybrał poważną, stosowną do sytuacji minę i wyprostował swoją długą łabędzią szyję. Gęś rozejrzała się wokoło i zorientowawszy się, że większość wchodzących do budynku ludzi kieruje się na antresolę. Podążyła tym samym krokiem. - Za mną Niemy. Tam na górze powinniśmy znaleźć kogoś, kto nas wysłucha. Kogoś odpowiedniego. Przyjaciele wdrapali się na schody. Do przystanku zmusiło ich skupisko ludzi skłębionych przy jednych z drzwi. Gęś i Łabędź z zaciekawieniem zaczęli przyglądać się rozgrywającej się tu sytuacji. Ludzie tworzyli niejako zbitą masą, która wykazywała jednak pewne uporządkowanie w formie dwóch ciągnących się ogonków. Całe towarzystwo wydawało się odczuwać silne zdenerwowanie i zniecierpliwienie. Tłum posiadał oczywiście swojego nieformalnego lidera. Typem charyzmatycznego przywódcy okazała się pani stojąca przy samych skrzydłach drzwi. Należy podkreślić, że tytuł ten był uzurpatorski a przywództwo z pewnością samozwańcze. Kierowniczka kolejki z pełnym oddaniem i pasją dyrygowała ruchem. - A pan dopiero przyszedł. Proszę się odsunąć od drzwi. Nie widzi pan, gdzie jest koniec kolejki. - Co? Słyszycie ludzie, tylko napis na drzwiach chciał przeczytać. - Na takich numerach to my się znamy, proszę pana. Kolejkowicze entuzjastycznie podchwycili temat dając wyraz swojemu niezadowoleniu głośnymi okrzykami. - My tu też czekamy, od rana tak stoimy. Proszę się nie pchać – wołali. - Każdy z nas ma pilne sprawy – skomentowała krótko starsza pani. - Ja też się do roboty spieszę – krzyknął mężczyzna w czarnym płaszczu. Przywódczyni towarzystwa dała ręką znak współtowarzyszom cierpienia, żeby zamilkli i pozwoli jej zabrać głos. - A pan w jakiej sprawie, jeśli można wiedzieć – zagadnęła nieźle już wystraszonego nowego przybysza. - Ja? Tylko wypis z księgi wieczystej chciałem. - A wniosek był złożony, kochanieńki? - Nie. Ja, ja... Pierwszy raz tu przyszedłem. - No to kochanieńki do lewego skrzydła kolejeczki zapraszam. - Na lewo prośby o wpis, na prawo wydawanie wypisów. Taka jest miluśki tutaj zasada. - Tak, tak. Ja tu już piąty raz jestem, to wiem. Nieco oszołomiony i zdezorientowany już człowiek bez słowa sprzeciwu wycofał się na koniec kolejki. Humor chciał mu poprawić pan stojący ostatni we wskazanym ogonku. - Proszę się nie martwić dziś nawet całkiem szybko idzie. Nowy poczuł totalny przypływ desperacji i bezradności. Zrobił zupełnie zrezygnowaną minę i zapytał. - A co pan tu też kolejny raz przychodzi? Mężczyzna zadowolony z okazanego mu zainteresowania, chętnie zabrał się do opowiadania swojej historii. - Tak, tak, bo wie pan. Pierwszy raz to, jak pan, przyszedłem wniosek złożyć, a że na formularzu można było wybrać opcje odbiór osobisty lub przesyłka pocztowa, to zaznaczyłem oczywiście to drugie. Pomyślałem, że nie ma sensu po raz drugi czasu tracić i wystawać w tej kolejce. - Jak już przyszła moja kolej. Poprosiłem grzecznie panią o wysłanie do mnie wypisu pocztą zgodnie z opisem złożonym na formularzu. - Wybór opcji pocztowej mocno wystraszył nasze urzędniczki. Kompletnie się tego nie spodziewały. - Proszę Pana popłoch się zrobił na cały sąd. Bo niby skąd one miały wiedzieć, ile ja mam za ten wypis zapłacić, skoro jeszcze go nie przygotowały. - Zapytałem się wtedy, proszę pana delikatnie, czy tu ludzie w ogóle w jakiejkolwiek innej sprawie przychodzą niż wypis z księgi wieczystej. Panie zgodnie przyznały, że petenci są tu kierowani tylko w tej jednym celu. Zauważyłem więc, że taki wypis jest pewnym standardem i z pewnością można określić z góry ilość stron jaką zajmie. - Moja logika rozumowania poraziła urzędniczki. Wywoła lawinę telefonów zmierzających do wyjaśnienia tej kwestii. W końcu udało się ustalić, jaką kwotę za tę usługę powinienem uiścić. - Pominę już fakt, że musiałam zapłacić w kasie i trafiłem akurat na czas przerwy. Trochę zdziwił mnie, proszę pana fakt, że są trzy okienka kasowe i każde z nich ma przerwę w tym samym momencie. Nic to. - Wróciłem do pokoju urzędniczek. Pokwitowałem zapłatę i otrzymałem informację, że wypis dotrze do mnie najwcześniej za cztery tygodnie. Zafascynowany…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ingrid
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…