Godzina Zero, cz. 1
Fragmentaryczna opowieść przesiąknięta ekspresjonizmem. Partia wielkiego planu nie mającego wiele wspólnego z bataliami. Wyjęte z kontekstu. O powracających wspomnieniach, których nie pożądamy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Jesteśmy gotowi do skoku. Odbiór. - Potwierdzam. Otwieramy luki… Pamiętam ten dzień jak by to było wczoraj. Samolot doświadczał ciężkich turbulencji. Świszczący szum wiatru komponował się z głośnym dźwiękiem pracujących silników w witalistycznej symfonii „Skrzydłami wśród chmur”. Wdzierał się jak powódź przez usta, nos i uszy do bezbronnego umysłu siejąc panikę i dezorientację. Jeszcze raz sprawdziłem czy wszystko jest dobrze zapięte. Popatrzyłem na twarze tych młodych chłopaków, którzy nie wiadomo po co zaciągnęli się do armii. Były przerażone, pełne strachu przed tym co jest tam, na zewnątrz, ale nie mogą tego zobaczyć. Niektórzy z nich wyglądali zaledwie na siedemnaście lat. Cała kompania żółtych. Operator skinął głową w moim kierunku na znak zgody. Odwróciłem się do stojących w dwóch długich rzędach żołnierzy i podniosłem zaciśniętą pięść do góry, drugą ręką trzymając się drągu przebiegającego na równi z hełmami, w których umieszczono wszystkie te puste głowy. Było ich dokładnie czterdzieści; czterdziestu skazańców i ja, Kat. - Pamiętajcie, żeby lecieć w kierunku świateł. Starajcie się lądować na platformach i jak najszybciej przegrupować – powtarzałem instrukcje, jak kapłan odmawia modlitwy przed egzekucją, starając się przekrzyczeć warkot silnika. – Tam na dole jest gorąco, ale cieszcie się, bo jeszcze niżej jest już piekło, a nam do niego się nie spieszy. Od nas zależy czy te przyziemne ćwoki dotrwają jutra. To my im uratujemy dupska! Cała kompania ryknęła chórem. - Nie słyszę was, kurwa mać! Nakopiemy im czy nie? – wrzasnąłem, a odpowiedzieli jeszcze głośniejszym rykiem. Zdawało się, że przez chwilę oderwali się od rzeczywistości i wykipieli esencją pozytywnego morale. Nigdy nie byłem dobrym mówcą, brakowało mi charyzmy przywódcy. Mianowali mnie pułkownikiem, ponieważ kiedy wszyscy się poddawali, ja wciąż trwałem w walce. Odwaga, tak to chyba nazywają. Albo obłęd. W rzeczywistości, nigdy nie czułem odwagi, po prostu nie widziałem innej opcji niż napierać do przodu. Właśnie w krytycznych sytuacjach jako jedyny zachowywałem resztki zdrowego rozsądku, a wtedy nawet z moją nikłą charyzmą byłem w stanie coś zdziałać. Ludzki motłoch ma to do siebie, że podąża za najsilniejszym. Człowieczy konformizm stanowi zaprzeczenie naszej indywidualności. - Wchodzimy w strefę zrzutu – odezwał się operator obok mnie. Podszedłem do wyjścia, zobaczyłem to co zwykle i poczułem dokładnie to samo co zawsze podczas skoków. Poziome śmigło statku, chmury odbijające resztki nocnego światła, zapach jeszcze nie przelanej krwi, adrenalinę. Bałem się też o moich chłopaków. - Rozpoczynamy operację „Ptasi deszcz”. – „Deszcz Frotek”, przekręciłem sakrastycznie - Macie przyzwolenie do opuszczenia pokładu. Ruszajcie! – z głośnika odezwał się głos pilota dowodzącego. Jako dowódca zawsze skakałem ostatni, żeby w miarę możliwości mieć wszystkich na oku. Najpierw podszedł pierwszy oficer, Okitsuko Nawarahe, skośnooki bóg wojny; oberwał tyle razy, że normalny człowiek dawno by już nie żył, a ten skurwysyn jak by każdy cios pochłaniał w sobie i przetwarzał na nowe pokłady energii. Odbywał najdłuższą służbę spośród tu obecnych, zaraz po mnie. Ufałem mu, był dobrym skoczkiem, dobrym żołnierzem, w razie potrzeby umiał zapanować nad rozszalałą kompanią kiedy ja nie byłem w stanie. Wyskoczył, a zaraz za nim ruszyli inni. Nie znałem wszystkich, byli nowi. Pewnie wielu nawet nie trafi tam gdzie trzeba, a resztę zabiorą nocne stada pędzących klacz. Pozostaną tylko ci, o których śmierć zapomniała, dlatego dobrze jest się nie rzucać jej w oczy. Gordon Rekus był przypięty razem z tym ślepym, Danielem Waradą. Zastanawiałem się wtedy: skąd, u licha, wytrzasnęli nam takiego kalekę? Jednak później miałem się przekonać, że dzięki niemu jestem tutaj i żyję. Oszukał za mnie śmierć, on ją zauważył zanim nas odnalazła. Stanąłem w wejściu za ostatnim z moich towarzyszy i pierwszy raz po tylu latach poczułem strach przed skokiem, jak gdybym wiedział, co ma się stać. Chociaż nie mogłem sobie z tego zdawać sprawy. Najzwyczajniej bałem się. Lęk ściskał moje organy, nie pozwalał oddychać. Nie pamiętam co nastąpiło później, tamta chwila umknęła mojej uwadze. Nagle znalazłem się w powietrzu, szybujący w przestrzeni. Ujrzałem wysypujące się ze statków sznurki ofiar w ceremoniale świętej wojny. Wyglądało jak by się nie ruszali, byliśmy na równi. Na tym samym poziomie przeznaczenia, ustalonej przyszłości przez władcę losu. Z wiatrem przeminęły sekundy. Oddalający się szybko wehikuł, a za nim stały, nieruchomy, czarny kosmos pokryty dziurkami, z których dobywało się niebiańskie światło. Tam powinniśmy lecieć, ale władca losu chciał inaczej i posłał nas w odwrotnym kierunku, na pogranicze rzeczywistości i snu. Byliśmy pomiędzy niebem, a piekłem; pomiędzy lądem, a gwieździstym sklepieniem. Przemijały kolejne chwile, a każda z nich coraz bardziej oddalała mnie od spokoju i zbliżała ku granicy pojmowania samego siebie, tożsamości. Zanurkowałem w warstwę chmur. Zobaczyłem niewyraźne, rozmyte światła. Nadchodził ten moment wyczekiwania, odliczanie dobiegało końca. Zaraz miała nastąpić godzina zero.
* *
Letnie słońce świeciło całą swoją mocą na biały budynek uzdrowiska. Była to spory kompleks z dziedzińcem w środku, otoczonym uspokajającą kolumnadą wapiennych marmurów i zadaszonych balkonów. Pewien stary mężczyzna siedział na ławce pod dużym drzewem, rzucającym cień na niego i młodą kobietę siedzącą naprzeciw. Pod ich stopami rozciągało się pole równo przyciętej trawy, gdzieniegdzie rosły artystycznie rzeźbione rośliny i drzewa, kwitnące słodkimi pąkami. Bielały gamą owocu w pokrzepiających promieniach słońca, delikatnie poruszane ożeźwiającym, morskimpowietrzem. Kawałek dalej znajdowały się schody, prowadzące po wysokiej ścianie klifu w dół, do plaży. Horyzont hojnie oblewał niebieski, spokojny ocean. W jego falach błyszczał niezmącony odblask dryfującego powyżej słońca. - Wystarczy na dziś – rzekł starzec. Oczy miał zaczerwienione, sączyły się łzy. Był człekiem potężnej postury, a jego twarz mówiła sama za siebie, że ten oto człowiek przeżył wiele. - Dobrze, dziękuję, panie Wittington – odpowiedziała młoda kobieta siedząca na krześle. Gęste blond włosy dodawały jeszcze więcej uroku jej promiennej twarzy, pełnej dziecinnego zaciekawienia i kobiecej troski oraz poruszenia. Nosiła spódnicę dobraną do białej koszulki, z krótkimi rękawami i dużym dekoltem. Założyła nakładkę do pióra i włożyła zakładkę do dużego notesu, symbolicznie kończąc dzisiejszą sesję, po czym wstała. Oboje spojrzeli na horyzont pod czerwieniejącym się słońcem, które niedługo miało zakończyć swoją drogę po niebie i usnąć, za wielką wodą. - Och, Lauro. Mam do ciebie prośbę. – Przemówił powolnie do dziewczyny, ważąc słowo swoim ociężałym, zachrypłym głosem. – Podaruj mi ten horyzont…
* *
W jednej chwili opuściły mnie szare, mętne kłęby pary, a moim oczom ukazał się obraz nocnej batalii. Pozostawiłem za sobą mgłę, przez którą nawet nie dostrzegałem gwiazd na sklepieniu. Świateł niebieskich; tych które jeszcze przed chwilą były moją ostatnią nadzieją. Powierzchnię odległej ziemi rozjaśniały jedynie błyski wybuchów i strzałów. Na świecie panowała ciemność nocy, jednak jej nieskazitelną czystość, balans i harmonię zakłócili nikczemni ludzie. Mali ludzie, którzy tak bardzo pragną zawładnąć naturą, pokonać jej potęgę i stać się wielkimi. Magia ciszy i spokoju prysnęła pod siłą niszczycielskiej pięści wojny, a za nią na pola wkroczyły stada koszmarnych klacz, siejąc zgrozę, ból oraz cierpienie, aby potem śmierć mogła zebrać obfite żniwo serc i dusz ofiarnych. Wysoko nad ziemią unosiła się galera wojenna, na której mieliśmy wylądować wyrzuceni z góry, wzniesieni warkoczącymi wehikułami. Jej monumentalne rozmiary powoli, niczym kurtyna, zasłaniały ogarniętą herezją przeciw życiu, powierznię ziemi, przed moimi oczami. Chociaż tego nie widziałem, mogłem sobie wyobrazić jak baterie olbrzymich dział latającej warowni bombardują pozycje naszych towarzyszy tam na dole, w piekle. Mogłem sobie wyobrazić jakie sieją zniszczenie dla naszycm oddychającym lasowm i pulsującym fundamentom naszego istnienia. Chociaż od tak dawna pragniemy na stałe…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Herbata_i_czekolada
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…