Hebanowe drzwi
W życiu przechodzimy przez nie miliony razy. Czasami jednak przykładamy do nich ucho i liczymy, że nie usłyszymy nic z drugiej strony. Zdarza się jednak, że w naszym uchu przebrzmiewa przerażające: puk, puk...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Od dziecka fascynowały mnie drzwi. Najzwyklejsze w świecie kawałki drewna, które wyznaczały miejsce gdzie kończył się przyjazny dom, a zaczynał obcy świat. Gdy tylko nauczyłem się chodzić moją pasją stały się próby dostania się do klamki oraz doznanie tego niesamowitego uczucia przygody, gdy jako czterolatek zamierzamy dokonać psoty odkrycia części tajemnic świata. Tak, więc przez całe życie moja pasja do drzwi rosła wraz ze mną. I to właśnie ta rosnąca obsesja na punkcie drzwi doprowadziła mnie do sytuacji w której jestem obecnie. Drżąc jak osika, nie mogąc zdobyć się na podjęcie jakiegokolwiek działania patrzę na drzwi. Potężne rzeźbione wrota wykonane z pięknego ciemnego drewna budziły jednocześnie podniecenie i grozę. Mieszanka emocji sprawiła, że stałem jak oniemiały z włosami pozlepianymi wokół czaszki jak gdybym dopiero skończył prysznic. Serce waliło mi jak młotem. Nie przeszkadzał mi wszechogarniający mrok. Nie przeszkadzały mi także szepty które z niego dochodziły. Byłem skupiony do granic możliwości. Zmysły mi się wyostrzyły, a jednocześnie zablokowały wszystkie inne bodźce, które nie dotyczyły odbioru wspaniałości tego arcydzieła. W powietrzu unosił się gęsty i uroczysty zapach antyku. Powoli moja prawa ręka zaczęła, bez udziału świadomości, sięgać do klamki. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero gdy zimno mosiężnej klamki przeszyło moją dłoń na wylot. Wzdrygnąłem się i nacisnąłem mocniej. Klik…
Zaledwie dzień wcześniej wstąpiłem do antykwariatu na Kruczej. Zamierzałem tylko znaleźć jakąś starą lampę by dopełnić wystrój mojego nowego salonu. Nowo kupione mieszkanie, było dla Ani synonimem szczęścia. Niestety dla mnie wyglądało zupełnie jak zwyczajna szara klitka, dla szarej warstwy biednych dorobkiewiczów, którzy po 15 latach pracy mogli sobie pozwolić na kupno jedynie takiej dziury. W dodatku korzystając ze znajomości i okazji jaka zapanowała na rynku mieszkaniowym w ostatnim czasie. Dodatkowe umeblowanie…
- W czym mogę pomóc? – przerwała moje rozważania staruszka o twarzy przypominającej kształtem i kolorem skóry pietruszkę.
- Szukam lampy – powiedziałem starając się ukryć niechęć jaką zawsze odczuwałem do ludzi, którzy przerywają mi myślenie.
- Hmmm… Ta powinna się panu spodobać – powiedziała staruszka, po czym dziwnie kiwając głową na boki, wyszła zza kontuaru i pokazała mi egzemplarz lampy z zielonym abażurem znanym z amerykańskich filmów.
- Strasznie kiczowate, nie ma Pani czegoś bardziej… Otwartego na świat? – zapytałem zupełnie neutralnym tonem, po czym od razu zrozumiałem, że popełniłem błąd. Zza okularów w cienkiej drucianej oprawie łypały na mnie ślepia pełne nienawiści, jak gdybym co najmniej zamordował jej syna. Widocznie była fanką starego amerykańskiego stylu. Cóż, jak dla mnie był to przereklamowany badziew.
- Otwartego na świat, powiada Pan? – zapytała drapiąc się w zamyśleniu za brodę.
Przeszła koło mnie wpatrując się w doskonale polakierowanych dębowych deskach ciągle wpatrując się pod nogi w zamyśleniu. Gdy odwróciłem się za nią zauważyłem, że na ścianach dookoła nas wiszą zupełnie nieadekwatne do wnętrza obrazy. Cały antykwariat grał jak gdyby żałobny marsz po minionej przeszłości, a obrazy zdawały się być nie na miejscu. Hiperrealistyczne akty, modernistyczne dziwactwa i barwne obrazy abstrakcjonistów, budziły wrażenie surrealizmu w tym drewnianym, starym i mrocznym budynku.
Skrzypnięcie wyrwało mnie ponownie z zamyślenia. Tuż za mną stała stara Pani z antykwariatu wpatrując się we mnie zimnym wzrokiem. Wyglądu żaby dodawał jej kok na głowie, który był tak ciasno związany, że napinał skórę na twarzy powodując efekt wyłupiastych oczu. Nim zdążyłem zadać jej pytanie czemu nic nie mówi tylko zachodzi mnie od tyłu, jej ręka chwyciła moją. Oniemiałem. Nie miałem jednak czasu na reakcje, bo starsza Pani, wyjątkowo silna jak na swoją posturę, zaciągnęła mnie na zaplecze i trzasnęła drzwiami.
- Co pani do cholery wyprawia? – krzyknąłem próbując przywołać oburzony ton głosu i miałem nadzieję, że nie usłyszy w nim nutki przerażenia. Ta jednak zdawała się go w ogóle nie usłyszeć. Odwróciła się ode mnie na pięcie i wówczas zauważyłem, że na nogach nie ma lekkich pantofli do pracy biurowej czy stania za kasą, tylko ciężkie wojskowe buty ukryte pod połami sukni. Serce podeszło mi do gardła.
- Czy pan uważa, że ta lampa to kicz? – zapiszczała zapalając lampę, która rzuciła miliony cieni na otaczające nas ściany. Lampa stała pośród graciarni starych i niesprzedawalnych meblopodobnych śmieci. Faktycznie w jej świetle było coś niezwykłego. Cienie na ścianach zaczynały się poruszać w dziwnych falujących ruchach, a przecież ani lampa ani meble nie ruszały się w ogóle. Fascynujące życie na ścianach urzekło mnie, a gdy zacząłem rozpoznawać poszczególne elementy, światło zgasło.
- Halo! Co pani wyprawia? – krzyknąłem wyjątkowo wysokim głosem
- Ukazuje Panu to po co Pan naprawdę przyszedł – wyszeptała prosto do ucha z takiego bliska, że czułem jej oddech na małżowinie. Natychmiast odwróciłem się i odskoczyłem jednocześnie. Oczywiście w tym zagraconym pomieszczeniu nie było miejsca na takie manewry, więc upadłem jak długi boleśnie obijając sobie żebra o jakiś barokowy sekretarzyk. Gdy tylko zacząłem się zbierać z podłogi otworzyły się drzwi, którymi wszedłem i jakiś staruszek z przestraszoną miną zaczął mnie wypytywać kim jestem i co robię na jego zapleczu. Zagroził zadzwonieniem na policję. Powiedziałem, że przywiodła mnie tutaj ciekawość i nie pisnąłem ni słowa o żabiej-staruszce. Gdy wychodziliśmy z zaplecza nadal czułem zapach jej tanich perfum, a zamykając za sobą drzwi usłyszałem delikatny szept na granicy słyszalności, który wypowiedział jedno słowo: „drzwi”…
Nadal nie mogłem uspokoić myśli po moim ostatnim przeżyciu, gdy lekko drżącą ręką włączałem czajnik elektryczny. Usiadłem przy stole i objąłem głowę rękoma próbując uspokoić myśli. Spokojnie, jesteś w stanie myśleć logicznie – myślałem. Prześledź po kolei wszystkie możliwości. Opcja A – oszalałem i to co stało się w antykwariacie było nierealnym mirażem. No fakt – przytaknął złośliwy głos w mojej głowie – gdybyś tylko właśnie nie patrzył na zieloną kiczowatą lampę w stylu staroamerykańskim, na którą wcale nie miałeś ochoty. No dobra, opcja B to jakaś sztuczka antykwariacka, pigułka gwałtu, LSD w aerozolu dla niegrzecznych klientów, a może jakaś roślina wydzielająca opium. To również by się zgadzało, gdyby nie fakt, że całe zdarzenie zajęło dosłownie 2 minuty i nie było tu możliwości o pomyleniu się w czasie, bo przed wyjściem sprawdzałeś wszystkie zegary, bo gdyby który z trzech starych i nudnych zegarów stanął, to zastąpiłbyś go jakimś stylowym antykiem ze sklepu. A zatem pozostaje opcja C, czyli jakieś schorzenie neurologiczne, guz mózgu albo jakiś ostry atak schizofrenicznych halucynacji. Czemu nie podasz opcji D, co? Czyżbyś bał się dopuścić do myśli wniosek najbardziej rzucający się w oczy? Czyżbyś nie miał odwagi stanąć twarzą w twarz ze swoim małym d…
Szczęknął klucz wsadzony w zamek i w drzwiach jak gdyby nigdy nic stanęła Ania, wybawiając mnie z tych dziwacznych rozmów rodem z Cast Away. Nie odwróciłem głowy, by nie dać po sobie poznać jak jestem nadal poruszony. Przymknąłem oczy i wsłuchałem się w uspokajający dźwięk wody zanim zacznie się codzienny rytuał. Szmer, szmer, szmer, stuk, stuk. Ania jak zwykle zbyt skrupulatnie wycierała o wycieraczkę buty, po czym obstukiwała je na wszelki wypadek i dopiero wówczas odstawiała je na bok. Pyk – czajnik dał znać, że woda się zagotowała i czas zrobić sobie kawę.
- Mi też zrób, jak możesz – poprosiła mnie z uśmiechem na ustach.
- Też miło cię widzieć – odparłem nie bez kąśliwości. Ania uśmiechnęła się tylko i pocałowała mnie lekko w policzek podczas gdy zalewałem jej kawę. Zdążyła już przywyknąć do mojego wrednego charakteru i jakoś dawała ze mną radę. Nawet gdy zdecydowanie przesadzałem wykazywała się tytanową cierpliwością i zamiast wdawać się ze mną w szermierkę słowną zawieszała na mnie swój smutny i zmęczony wzrok na tyle długo, że w końcu brałem się w garść i kończyłem z tym gówniarskim zachowaniem. Jej błękitne oczy spoglądające tym pojednawczym spojrzeniem spod kaskady blond włosów były tym czymś czego brakuje większości kobiet i tym za czym tęsknią faceci po latach znajomości.
- Co tam? – zapytała zgodnie z naszym rytuałem. Gdy tylko zacząłem myśleć jak uniknąć odpowiedzi od razu rozgryzła, że zaczynam coś kręcić, więc tylko rozłożyłem bezradnie ręce i podjąłem męską decyzję. Opowiem jej o tym co się stało. A nuż świeże spojrzenie na sprawę pomoże znaleźć mi jakieś logiczne rozwiązanie niekoniecznie oparte na postaci zaczynającej się na literę d.
Słuchała nie przerywając mi prawie w ogóle. Raz na jakiś czas tylko w górę unosiła brew w komicznym mimicznym znaku zapytania. Wówczas dopowiadałem jakiś szczegół lub ubierałem zdanie w bardziej zrozumiałą formę stylistyczno-gramatyczną. Gdy po trzech minutach i dwóch łykach kawy skończyłem moją opowieść zapadła cisza. Ania przez chwilę siedziała bez ruchu opierając brodę o pięść w niezwykle słodkiej pozie. Widziałem po jej twarzy, że jej umysł pracuje na podwyższonych obrotach, więc nie przerywałem tego milczenia, dopóki ona się nie odezwała.
- A więc musisz tam wrócić – powiedziała patrząc mi prosto w oczy – to jedyna opcja.
- Rozumiem, że nie obawiasz się nic a nic o moje zdrowie psychiczne i zbawienie? – zapytałem pół-żartem pół-serio i uniosłem brew naśladując jej charakterystyczną minę.
- To nie jest śmieszne. Jeżeli to co mi powiedziałeś nie jest bajką i formą na zrobienie mi psikusa, a zapewne nie jest, to powinieneś traktować tą sprawę poważnie. Nie sądzę, by sytuacja była naprawdę zagrażająca. Prawdziwe demony nie ujawniają się w taki sposób i nie słyszałam dotąd o takim działaniu narkotyków. Schorzenie neurologiczne też należy włożyć między bajki. – jej logiczny i chłodny ton pozbawiał mnie wszelkiej nadziei. Nie dlatego, że miałem nadzieję na jakieś inne wytłumaczenie, ale dlatego, że w głębi duszy wiedziałem, że miała racje. Cholerną rację.
- Powinieneś – kontynuowała swój wywód po chwili milczenia – zmierzyć się z tym co czai się w antykwariacie. Jakkolwiek nieprawdopodobnie brzmiąca nie byłaby twoja historia, lampa, która tu stoi jest jak najbardziej realna. A ja tuż po wejściu do domu czułam, że coś jest nie tak. Do teraz gdy tak rozmawiamy czuję gęsią skórkę. Lampa roztacza wokół siebie jakąś mroczną aurę, jak gdyby jej zadaniem nie było rozświetlanie mroków, tylko zamraczanie światła – urwała teatralnie. Czasami jej naturalny talent teatralny doprowadzał mnie do szału. Tym razem było inaczej.
Gdy ponownie stałem przed drzwiami do antykwariatu czułem kwaśną mieszankę strachu i ekscytacji. Porywisty wiatr szarpał poły mojego płaszcza, który dociskałem ręką tuż pod brodą by oszczędzić nieco ciepła tego zimnego kwietniowego wieczoru. Jak gdyby na złą wróżbę gdzieś na horyzoncie uderzył pierwszy piorun. Wyrył na mojej siatkówce odcisk swojego kształtu, a nim dobiegł mnie grzmot naciskałem zimną metalową klamkę by zmierzyć się z moim demonem.
Po otwarciu dębowych drzwi z przeszkloną szybą poczułem się jakbym przekroczył wrota do innego wymiaru. Wśród magicznie wibrującego dźwięku dzwonka informującego ekspedientów o wejściu klienta zagłębiłem się w drewniane wnętrze oświetlone przytulnymi i ciepłymi lampami o delikatnym pomarańczowym świetle. Krzyknąłem „dobry wieczór” i ostrożnie rozglądając się postąpiłem krok naprzód rozglądając się na prawo i lewo w poszukiwania kogokolwiek, kto mógłby mnie obsłużyć. Cicha nadzieja próbowała mi wmówić, że obsłuży mnie tylko dziwny staruszek, a nie zasuszona wiedźma. Dookoła jednak nie było żywego ducha. Ciekawe co miała na myśli staruszka, która mówiła mi, że ukaże mi to po co naprawdę przyszedłem. Haloo – krzyknąłem ponownie licząc na to, że ktoś może przysnął na zapleczu i zaraz z niego wyjdzie przepraszając mnie najserdeczniej w świecie. W końcu włażenie innym w dupę było w handlu tak samo popularną czynnością jak wśród gastrologów. Nikt tego wieczoru nie zamierzał włazić mi dupę. Poczułem za to, że ktoś zamierza mi wejść do głowy. Najpierw po plecach przeszło mi całe komando mrówek. Później nadeszła fala pewności, że z jednego z ukrytych w półmroku starych fotelu ktoś uważnie mnie obserwuje. Poczułem paniczną chęć by jednak opuścić to pomieszczenie i wrócić do ciepłego łóżeczka, a wszystkie wydarzenia dnia dzisiejszego przypisać na karb zmęczenia i koszmarów nocnych.
- Witaj – usłyszałem delikatny szept wypowiedziany zza moich pleców. Zamarłem. Przez chwilę stałem w totalnym bez ruchu nie wiedząc co robić. W końcu przełamałem impas i powoli obróciłem się płynnym ruchem. Za mną nikogo nie było. Lampy na ścianach zaczynały za to powoli migotać. Jedna. Druga. Trzecia. Nagle zapadł mrok. Po mojej lewej stronie rozległo się skrzypnięcie, a ja kontem oka spostrzegłem ruch i natychmiast obróciłem głowę w tamtą stronę. Ujrzałem jednak tylko kontuar za którym wczoraj stała stara wiedźma, oświetlony przez lekką księżycową poświatę. Błysnął piorun. Cień który ujrzałem na ścianie w jego blasku przybrał kształt mojej postaci. Obok mojej pojawił się cień drugiej postaci, której przy mnie nie było. Powoli i spokojnie zacząłem się oddalać od cienia należącego do niewidocznej postaci. Pierwsze krople deszczu zabębniły o szyby. Moje serce waliło tak głośno, że zacząłem się zastanawiać czy może sąsiedzi nie wywabią mnie z opresji dzwoniąc po policję za zakłócanie ciszy nocnej. Klik. Po mojej lewej stronie gdzie właśnie znajdowały się drzwi wyjściowe dobiegł mnie dźwięk zamykanego zamka. Skrzyp, skrzyp. Przede mną w totalnym mroku znajdowała się jakaś postać, a jej absurdalne milczenie napawało mnie strachem. Uciekaj – podpowiedział mi szept tuż przy uchu. Wówczas wszystkie moje hamulce puściły i rzuciłem się do tyłu biegiem. Przed moimi oczami stanęły surrealistycznie lśniące w blasku księżyca drzwi na zaplecze za którymi przeżyłem popołudniową przygodę. Szarpnąłem za klamkę słysząc jak skrzypiąca postać zbliża się do mnie bezszelestnie. Jedyne co mi mówiło o jej obecności to było skrzypienie starej dębowej, doskonale wypastowanej podłogi. Zatrzasnąłem za plecami drzwi i od razu się o nie oparłem. Absolutny mrok zaplecza stanowił dla mnie bezpieczne schronienie, więc nawet nie pomyślałem o tym, że w tym mroku też może się coś czaić. Nie wiedziałem co robić. Starałem się oddychać głęboko by uspokoić rozszalałe serce. Z nerwów zaciskałem pięści tak mocno, że prawie przebiłem paznokciami skórę do krwi. Poluzowałem mięśnie i wtedy usłyszałem kolejne cichnące: skrzyp, skrzyp, skrzyp. Dobrze, cokolwiek to było oddala się. Poczułem coś na kształt ulgi jednak nadal moje ręce bezwiednie zaciskały się w pięści, a plecy nie zamierzały przestać opierać się o drzwi. W końcu mrok przede mną był równie wielką niewiadomą jak ten za mną. Zebrałem się na odwagę. Odwróciłem się przy samych drzwiach i uchyliłem drzwi. Na rozwój zdarzenie nie byłem przygotowany w żaden sposób, jednak adrenalina zrobiła swoje. Gdy tylko uchyliłem drzwi ujrzałem, że światło księżyca padające przez okno załamuje się jakieś pięć metrów ode mnie na zwalistej postaci. Ta natychmiast ruszyła w moją stronę małymi i przerywanymi krokami, które jednak nie wydawały żadnych dźwięków poza skrzypieniem. Jej ruch był dziwaczny i nienaturalny jak postać wykonana komputerowo i oglądana przez zbyt słabe łącze internetowe. Przerywanie ruchów nie sprawiała jednak, że poruszała się wolno. Obliczyłem, że mam dwie sekundy na podjęcie decyzji i jednocześnie czułem przeciąg wiejący od strony drzwi które otworzyłem w głąb zaplecza. Od razu odwróciłem się i rzuciłem dwoma susami w totalną atramentową czerń. Potknąłem się ponownie o jakiś drewniany element w tym zagraconym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ebi2626
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…