Wróć do katalogu

Historia Pewnego Barda

Opowieść snuta przez barda w małej karczmie, gdzieś pośród wzgórz. Mój pierwszy tekst pisany w pierwszej osobie. Zapraszam do czytania i komentowania.

atreides, opublikowano , 11 min czytania, 4,2 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

* Krótka przedmowa *

Opowiadanie to powstało całkiem przypadkowo, w trakcie procesu tworzenia postaci do gry Dungeons & Dragons. Gdy uznałem, że bohater jest dość wiarygodny i barwny, by historię jego życie zawrzeć w opowiadaniu... zrobiłem to. Jeśli mój bard zostanie przyjęty przez Was, drodzy czytelnicy, wystarczająco dobrze, to możecie się spodziewać dalszych jego opowieści, tudzież przygód pisanych już w trzeciej osobie. Wszystko oczywiście w świecie, który znacie i lubicie ;) - świecie OBT.

* Historia Pewnego Barda *

Gdy spoglądam dziś na spokojne wzgórza, otaczające tę gospodę, przypomina mi się dom wraz z dzieciństwem pełnym zabaw i beztroski. Choć zapewne ciężko w to uwierzyć, moi rodzice byli jedynie prostymi ludźmi, nie różniącymi się wiele od was, tu zgromadzonych. Lecz to, że byli – jakby nie patrzeć – wieśniakami, w żaden sposób nie ujmuje im miana cudownych ludzi, jakimi na zawsze pozostaną w mym sercu. Posłuchajcie. Ojca pamiętam jako pogodnego człowieka, żyjącego w zgodzie zarówno z otaczającymi go ludźmi, jak i resztą świata. Mimo swej profesji myśliwego, żałował każdego upolowanego zwierzęcia i zawsze pilnował, by w naszym domu ani mięso ani skóry nigdy się nie marnowały. Powiadał, że to z szacunku dla wspaniałych istot, od których mamy te dary. Szkoda tylko, że jedna z tych wspaniałych istot pewnego dnia go zabiła w trakcie polowania. Moja starsza siostra powiedziała mi, że zabił go rozjuszony dzik. Tak czy inaczej, miałem wtedy jedenaście lat, a ojciec na zawsze zapisał się w mojej pamięci jako uśmiechnięty, wysoki i barczysty mężczyzna z łukiem. Moja matka natomiast była zawsze znacznie surowsza od ojca. Powiadała, że ten jest beztroskim głupcem, że nie potrafi wziąć na barki brzemienia odpowiedzialności za siebie, swoją rodzinę, za przyszłość swoich dzieci. Sama na co dzień zajmowała się oporządzaniem skór i futer przyniesionych do domu przez ojca. Muszę przyznać, iż to właśnie jej zawdzięczam moją dzisiejszą sławę barda. Oczywiście nie tylko jej, choć to ona zdobyła pieniądze na wysłanie mnie do prestiżowej szkoły bardów. Pamiętam dzień, w którym pokochałem muzykę i rzemiosło barda, jakby był dniem wczorajszym. Wieś z której pochodziłem znajdowała się w pobliżu ważnego szlaku handlowego. Większość karawan zatrzymywała się w mieście odległym o zaledwie pół dnia drogi, choć część z nich decydowała się na tańszy postój we wsi, która była mi wówczas domem. Pewnego razu wraz z kupcami, do miasta zawędrował tajemniczy jegomość. Widziałem, jak wkraczał do naszej gospody w swym kolorowym stroju, przyozdobionym malutkimi dzwoneczkami. Ruszyłem prędko za nim, wbiegając do karczmy. Po chwili odszukałem go wzrokiem – siedział na krześle strojąc lutnię. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak cudnych dźwięków. Widząc moje zainteresowanie, bard zaprosił mnie gestem, bym podszedł. Z uśmiechem zaproponował, bym spróbował zagrać. Wówczas – w co pewnie również nie uwierzycie – byłem człowiekiem niezwykle nieśmiałym, stąd ledwie słyszalnym głosem wydukałem, iż nie umiem. Bard usadził mnie na swoim kolanie i pokazał jak należy złapać akord na gryfie, jak uderzyć w struny. Gdy mi się udało, nieznajomy rozczochrał moją bujną, czarną czuprynę, śmiejąc się radośnie. Tamtego dnia postanowiłem, że chcę być takim człowiekiem jak on – dzielić się ze światem sztuką, wędrować i grać na lutni tak, by móc oczarować swą muzyką każdą żywą istotę. Nie wszystkie dni mego dzieciństwa były jednak pogodne. Przypomina mi się zabawna historia – teraz zabawna, lecz wtedy co najmniej mrożąca krew w młodych żyłach. Będąc wciąż dzieckiem, zostałem zamknięty przez starszą siostrę w piwnicy pod domem. Światełko z małego okienka padało na truchło szczura, całego pokrytego jakimiś paskudstwami. Robale, pająki i inne świństwa. Spędziłem w tej maleńkiej piwnicy pół dnia, mimowolnie patrząc na ten okropny widok. Do tej pory wzdrygam się, gdy widzę te maleńkie sępy, czekające jeno na czyjąś śmierć. By żerować na zwłokach i nieszczęściu. Lata mijały, a ja dążyłem do realizacji moich marzeń. Doskonaliłem swój słuch, zapracowałem, by kupić prostą, starą lutnię. Trenowałem samodzielnie, nieraz korzystając z rad podróżników, którym muzyka również nie była obca. W dniu moich szesnastych urodzin, matka oznajmiła mi, iż wybieram się do renomowanej szkoły bardów w odległym mieście. Tydzień później wyruszyłem, by przez kolejne lata zdobywać wiedzę o muzyce, świecie i magii. Muszę sobie przyznać, iż uczyłem się nad wyraz szybko, jak na chłopca ze wsi. Szkoła była imponująca. Posiadłość otaczał wysoki żywopłot, zaś na jej terenie stały cztery piękne budynki, które otaczały brukowany dziedziniec jak pierścień. Mieściły się w nich kwatery, sale wykładowe i koncertowe oraz kantyna. Sam dziedziniec był pełen posągów przedstawiających legendarnych bardów, a w jego centrum stała ogromna statua założyciela szkoły. Gdyby żył do dziś, kończyłby tej zimy pięćsetny rok życia. Nie jestem z tego dumny, jednakże wstydziłem się wówczas mego pochodzenia. Moi rówieśnicy pochodzili z dobrych domów – byli dziećmi pomniejszych domów szlacheckich, albo bogatych kupców. Do dziś zastanawiam się jak moja matka zdobyła dość złota, by zapewnić mi miejsce w tej prestiżowej akademii bardów. Tak czy inaczej – kłamałem, że mój ojciec był wielkim poszukiwaczem przygód, prawdziwym herosem,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych