Wróć do katalogu

Historia z Sewilli

jak spokojne życie za sprawą przypadku nabiera tempa.

kdz, opublikowano , 34 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

HISTORIA Z SEWILLI

Zimna październikowa noc. Księżyc już dawno zajął swoje miejsce na niebie. Tej nocy całą swoją okazałością spoglądał na świat. Jego uwagę przykuła wąska uliczka w Nervion, jednej z mniej bezpiecznych dzielnic Sewilli. Stare budynki, ponure kamienice i postacie snujące się bez celu. Ten ponury krajobraz dość szybkim tempem przemierza dwoje ludzi, którzy chcąc nie chcąc zwracają na siebie uwagę. Jedno z nich zostawia za sobą czerwony ślad, który szybko blednie w ulicznym brudzie. - Santi wytrzymaj jeszcze trochę. Zaraz coś znajdziemy. Zadzwonię po Sergio on ci pomoże. Postać, która zostawiała za sobą wielkie i liczne krople krwi była u kresu sił. Umysł już tracił kontakt z rzeczywistością. Ledwie był w stanie rejestrować to, co się dzieje. Ciemne uliczki, nic strasznego wychował się w podobnej okolicy. Kilku bezdomnych proszących o drobne na alkohol, który ich ogrzeje, częsty widok w dzielnicach takich jak ta. To działo się tu i teraz, ale co było wcześniej? Pamiętał, że to miał być niezły interes, po którym miała czekać ich emerytura. Pamiętał ciemne pomieszczenie, jakiś magazyn? Może i magazyn, ale co dalej? Ten koleś wydawał się w porządku, on nawet był w porządku, ale skąd wzięła się policja? Stracił przytomność. Bezdomny, który skrył się w kartonowych pudłach ustawionych pod jedną z licznych kamienic przyglądał się nieznanej sobie kobiecie, a znał z widzenia sporo osób z tych stron. Była w młodym wieku i przykuwała wzrok swoją urodą. Rude faliste włosy sięgały ramion. Ubrana była w czerwoną bluzeczkę na krótki rękaw z dekoltem, który ukazywał zarys jej wydatnych piersi oraz obcisłe dżinsy, które idealnie podkreślały kształt jej nóg. Musiało jej być zimno w takim stroju, ale mimo to nie zwracałaby na siebie uwagi, gdyby nie fakt, że wchodząc do środka kamienicy ciągnęła ze sobą mężczyznę. Mógł on być w jej wieku, ewentualnie odrobinę starszy. Był dość szczupły i niewysoki, raczej mało atrakcyjny. Przyglądający się im stary Jorge, który przez ostatnie dwadzieścia lat zamieszkiwał kartonowe hotele, w pierwszej chwili pomyślał, iż ów mężczyzna ciągniony przez kobietę jest zalany w sztok. Ale zwątpił w pierwotną teorię, gdy spostrzegł ślad krwi, który nieznajomy za sobą zostawiał. Nie takie rzeczy już w swoim życiu widział, więc zignorował sytuację i położył się spać. - Santi! Santi! Dasz radę! Wierzę w ciebie! - głos kobiety zawierał w sobie mnóstwo strachu i troski. Santiago Sanchez odzyskał na moment przytomność. Rozejrzał się dookoła. Stare, podrapane ściany, ponuro, ale przynajmniej cieplej niż na zewnątrz. Towarzysząca mu kobieta zapukała do pierwszych drzwi na parterze. Nikt nie odpowiadał. Zapukała do drzwi obok, ale tam również nikogo nie było, a jeśli był to bał się otworzyć. I słusznie. Wymierzyła pistoletem w zamek do drzwi, ale szybko zorientowała się, że to głupi pomysł. Muszą dostać się do środka, ale zrobią to w inny sposób.

*****

Znów chłodny poranek. Chmury kłębiły się nad miastem zapowiadając burzę. Juanito właśnie skończył nocną zmianę w fabryce tekstylnej, w której pracował od prawie roku. Aż trudno uwierzyć jak bardzo rzeczywistość weryfikuje marzenia. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, gdy był na ostatnim roku studiów marzył o karierze i pieniądzach. Teraz jego karierą było stanowisko przy taśmie produkcyjnej, a pieniędzy ledwie wystarczało na przeżycie. Każdego dnia wracał do domu tą samą drogą. Pokonywał ją pieszo, gdyż nie chciał docierać do siebie zbyt szybko. Zawsze zastanawiał się dlaczego nie wybierze innej trasy skoro donikąd mu się nie spieszy. Obskurny pub Cojeno wyznaczał połowę trasy. Zauważył wybitą szybę i domyślił się, że minionej nocy znów było ciekawie. Jeszcze piętnaście minut i będzie w domu. Nienawidził go. Ta stara rudera co miesiąc kosztuje go połowę pensji. Nie stać go na nic innego, a własne trzydzieści metrów kwadratowych musiałby spłacać przez następne trzydzieści lat i to pod warunkiem, że by nie jadł i nie pił. Stara rudera, która przytłaczała go swoją pustką. Jeszcze pół roku temu mieszkał tam ze swoją dziewczyną, ale ta zostawiła go dla młodego adwokata, który mógł zapewnić jej wszystkie luksusy, na które nie było stać Juanito. Ciężko mu było wmówić sobie, że wszystko jest w porządku. Za każdym razem, gdy spoglądał w niebo myślał jak czas i odległość ich podzieliła. Widział jej twarz wśród porozrzucanych gwiazd. Minęło pół roku, a on wciąż nie potrafił poukładać swojego życia, któremu rytm, niczym werbel wybijały zmiany w fabryce. Mijał kolejne przecznice, kolejne śmietniki, kolejne porcje syfu tego miasta. Zmarzniętą ręką wyjął pęk kluczy. Drzwi do kamienicy, w której znajdowała się jego rudera jak zwykle były otwarte. Zastanawiał się kogo, lub co tym razem spotka na klatce, lecz tym razem obyło się bez niespodzianek. Mieszkał na parterze, więc w mgnieniu oka stanął przed swoimi drzwiami i przebierając klucze w rękach wyczekiwał chwili, w której położy się w swoim łóżku, w którym dopadnie go sen, i w którym wytrąci kilka następnych chwil swego marnego jestestwa. W końcu jest. Właściwy klucz. Wciska go w zamek, próbuje przekręcić, jednak nic się nie dzieje. Pociąga za klamkę. Otwarte. Czyżby zapomniał zamknąć drzwi przed wyjściem do pracy? Niemożliwe. Wszedł do środka i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że ślad krwi, na który nie zwrócił uwagi na klatce schodowej ciągnie się aż do jego mieszkania. Rozejrzał się nerwowo dookoła i poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Co za okropny ból… Chciał rozmasować obolałe miejsce, ale sznur, który go krępował uniemożliwiał wykonanie tej czynności. Kąśliwe uczucie strachu znów dotarło do jego umysłu. Otworzył pomału oczy, ale na niewiele to się zdało, gdyż został zamknięty w szafie. Nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku, zakneblowane usta sprawiały, że ledwie mógł przełykać ślinę. Przerzucił ciężar odpowiedzialności na inny zmysł - nadstawił uszu… - I co teraz zrobimy? Musimy się stąd wynieść. Juanito zorientował się, że ten głos był kobiecym głosem. - Santiago jest w krytycznym stanie. Nie mogę mu już bardziej pomóc. Stracił zbyt wiele krwi, to i tak cud, że jeszcze żyje. - Sergio przecież wiesz, że nie możemy pójść do szpitala. Tutaj też zostać nie możemy, wrócić do domu również, bo oni już pewnie tam na nas czekają, ciebie też nie możemy narażać. Sergio kurwa to jest sytuacja bez wyjścia. - jej głos zaczął się załamywać. - W dalszym ciągu nie rozumiem co się stało. Mówiłaś, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. - Sama nie mam pojęcia jak mogło do tego dojść. Zabrakło nam dosłownie kilku minut. Juanito próbował wychwycić jeszcze coś z rozmowy, ale nastała dłuższa chwila ciszy, którą przerwał mężczyzna, na którego ona wołała Sergio. - Zajmij się tym kolesiem z szafy, już pewnie odzyskał przytomność. - Mam go zabić? - Nie wiem. Rób co chcesz. Juanito poczuł, jak niewidzialna pętla zaciska mu się na szyi odbierając oddech. Miał dość swojego życia, ale stając w obliczu śmierci, stwierdził, że jeszcze nie chce umierać, nie w taki sposób. Drzwi do szafy otworzyły się. Oczy zostały uderzone blaskiem dnia. Został zaciągnięty na środek pokoju. Leżał twarzą do podłogi. Bał się, ale starał się tego nie okazywać. - Odwiążę cię jeśli będziesz grzeczny. - powiedziała. - Prawda, że będziesz grzeczny? Przytaknął głową. Nieznajoma uwolniła jego ręce. Sam wyjął sobie knebel z ust. Rozejrzał się po swoim mieszkaniu. Wszystko wydawałoby się w porządku, gdyby nie mężczyzna leżący na jego łóżku w pościeli przesiąkniętej krwią i para obcych ludzi wpatrujących się w niego z niewiadomymi zamiarami w oczach. Pierwsza odezwała się kobieta. - Nasze położenie jest nieciekawe, przez co twoje tym bardziej, ale możemy dojść do porozumienia i wszyscy będą zadowoleni. Będę zadawała proste pytania, a ty będziesz udzielał prostych odpowiedzi. Jasne? - Tak. - Dobry początek. A teraz powiedz jak się nazywasz. - Juan Riviera. - Świetnie. A teraz poproszę cię byś zawiózł mojego chłopaka do szpitala, a ty mi nie odmówisz, prawda? - Ana, co ty kombinujesz!? - Sergio wtrącił się w rozmowę. - Nie pozwolę mu umrzeć, a innego wyjścia nie widzę. Pojedziemy do szpitala. - A co z policją? - Myślę, że Santi to zrozumie. - A ty? - Nie martw się o mnie. Juan bierz kluczyki od samochodu i idziemy. Juanito był poważnie zdezorientowany. Cała ta sytuacja wydawała mu się nierealna. - Ale… ja nie mam samochodu. - Co!? - Weźcie mój. - powiedział Sergio. - Dzięki. Jesteś kochany. - mówiąc to pocałowała go w policzek. - I do jasnego groma uważajcie na siebie. Wykonam parę telefonów, może uda się to załatwić bez udziału policji, ale niczego nie obiecuję. - Sergio uwielbiam cię. - powiedziała z nutką radości w głosie i ponownie ucałowała go w policzek. Riviera miał już zupełny chaos w głowie. Zastanawiał się, w co on się wplątał. Przecież miał wrócić do domu, zjeść śniadanie i położyć się do łóżka. Później miał spędzić popołudnie przed telewizorem, ewentualnie zjeść jakiś obiado podobny posiłek i wieczorem znów pójść do pracy. A teraz cała ta historia. Z zamyślenia wyrwał go łokieć Any wbity w jego ramię. - Rusz się. Zejdziemy na dół. I nawet nie próbuj nic kombinować. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie spróbować uciec, ale z niewiadomych sobie przyczyn, grzecznie wsiadł za kierownicę bmw należącego do Sergio. Ana zajęła miejsce na tylnym siedzeniu obok nieprzytomnego Santiago. Juan przekręcił kluczyki w stacyjce i bez słowa ruszył w stronę najbliższego szpitala, który znajdował się około trzydziestu minut marszem od jego mieszkania. Starał się prowadzić tak spokojnie jak to tylko możliwe, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń, lecz ręce trzęsły mu się tak bardzo, że ledwie zdawał się panować nad kierownicą. Spojrzał w lusterko i wychwycił na sobie wzrok Any. - Kiedy znajdziemy się w szpitalu będziesz udawał mojego znajomego. Kiedy zapytają co się wydarzyło, to powiesz, że znaleźliśmy tego mężczyznę rannego przy drodze dwie przecznice stąd. Zanim zaczną zadawać pytania i wezwą policję ulotnimy się stamtąd. Zrozumiałeś wszystko. - Tak. Ale twój chłopak będzie miał poważne problemy, gdy dojdzie do siebie. Ana spuściła wzrok. - Ale przynajmniej będzie żył. - powiedziała. Juan postanowił na razie się nie odzywać. Był tak zamyślony, że w ostatniej chwili zauważył czerwone światło. Zatrzymał się na wewnętrznym pasie. Myślał o swoich pasażerach i złapał się na tym, że Ana bardzo mu się podoba. Niezwykle piękna, reprezentująca tę kategorię kobiet, które dla takich jak on są nieosiągalne. No i jej chłopak, który już jedną nogą opuścił ziemski żywot. Niby z wyglądu nic nadzwyczajnego, ale musiał mieć w sobie to coś, co przyciągnęło do niego taką kobietę jak Ana. Ilekroć rozmyślał nad innymi kobietami, zawsze prędzej czy później kończyło się na tym, że myśli o innych kończyły się na wspomnieniach o jednej i tej samej. O tej, która pół roku temu… Mocne uderzenie wyrwało go z rozmyślań! Ktoś najechał na nich od strony tylnego lewego błotnika. - Jedź! - krzyknęła Ana. - Ale… - Jedź do cholery! Juanito ruszył z piskiem opon nie czekając na zielone światło. O centymetry uniknął kolizji z jadącym z naprzeciwka wanem. Dobrze, że ruch o tej porze jest niewielki. Wyprowadził wóz na prostą, w lusterku widział, jak potężny land rover chce ich zniszczyć. Juanito próbował wyjść z tej sytuacji, ale nigdy nie był wybitnym mistrzem kierownicy. Z tyłu wielka bestia próbująca ich pożreć, a z przodu uliczne latarnie wyrastające jedna po drugiej. Takie akcje dzieją się tylko na filmach - pomyślał. Już nie zastanawiał się dokąd jadą. Byle wyjść z tego cało, by nic się nie stało. Tylna lewa opona ocierała o wgnieciony błotnik przez co Riviera musiał intensywnie balansować kierownicą, by utrzymać w miarę prosty tor jazdy. Wjechał w ciasne, osiedlowe uliczki sądząc, że łatwiej będzie zgubić pościg. Był tak skupiony na tym, by zmieścić się w kolejne zakręty, że dopiero za drugi razem zareagował na odgłos wystrzałów. Tylna szyba została roztrzaskana, kula przeszła przez siedzenie pasażera i zatrzymała się na desce rozdzielczej. W imię Ojca, Ducha, Syna… Nikomu nic się nie stało. Niektórzy w takiej sytuacji zostają sparaliżowani przez szpony strachu, inni zaś zostają napromieniowani adrenaliną, która pcha ich do czynów, o których w innej sytuacji nawet by nie pomyśleli. Ku zdziwieniu Any i samego Juana, okazało się, że ten zwykły, szary robotnik, który nie wybija się ponad chodniki miasta zalicza się do tej drugiej grupy ludzi. Wskazówka licznika zahaczała już liczbę 120 na prędkościomierzu, znak mówiący o ograniczeniu prędkości, który niedawno minęli wskazywał 50. Juan kluczył wąskimi uliczkami, ale land rover był tuż za nimi. - Uważaj!!! - ostrzeżenie Any było spóźnione! Młody mężczyzna, który na swoje nieszczęście wybrał właśnie te miejsce na spacer przetoczył się przez maskę i upadł na poboczu. Właśnie potrąciłem człowieka, właśnie potrąciłem człowieka… - ta myśl zapętlająca się w głowie Juana wytrąciła go z równowagi. Wytrącić z równowagi kierowcę w czasie tak szaleńczej jazdy to skazać go na poważne konsekwencje. Nikt z jadących bmw nie zdążył się zorientować, gdy samochód, którym jechali zaczął sunąć stromym poboczem z prędkością przekraczającą sto kilometrów na godzinę. Auto roztrzaskane zostało na wielkim dębie, który do tej pory przyozdabiał okolicę, a teraz ta okolica za jego przyczyną została oszpecona wrakiem samochodu. Zza wgniecionych drzwi wypływała strużka krwi…

*****

Ana czuła tak potworny ból wszystkich kości i mięśni, iż wydawało jej się, że przekroczyła bramy piekieł. Wyrwała się z letargu na dźwięk swojego imienia, który był tak stłumiony, że zdawał się dochodzić z odległości setek kilometrów. Głośne trzaśnięcie przypomniało jej niedawne uderzenie w drzewo. Ten trzask sprzed kilku sekund też wymierzony był w drzewo, ale oddalone o kilka kilometrów. Burza szalała nad miastem. - Ana… Ana… - Juanito Riviera, którego życie w ciągu kilku godzin diametralnie się zmieniło próbował obudzić kobietę, która leżała na ławce w parku zupełnie jak bezdomna. Potrzebowała jeszcze kilku minut, by zorientować się nad swoim położeniem. - Co się stało? - zapytała. - Gdzie jest Santi? Juanito nie wiedział jak jej to powiedzieć, gdy spojrzała na niego pokiwał tylko przecząco. Ana spuściła głowę i próbowała powstrzymać łzy. Tak bardzo kochała Santiago, że nie mogła sobie wyobrazić tego, że już go nie ma. Przecież za kilka dni mieli być na swojej emeryturze z dala od tego miasta i tego kraju. Teraz została sama z mnóstwem kłopotów na głowie. Juanito spodziewał się, że to jego będzie winiła za śmierć ukochanego, ale tak się jednak nie stało. Podniosła wzrok i spojrzała na niego. - Gdzie my w ogóle jesteśmy? I jak się tu znaleźliśmy? - Właściwie to sam nie wiem. Nigdy nie byłem w tych stronach. Po wypadku wyciągnąłem cię z samochodu i przyniosłem tutaj. Nie chciałem żeby tamci nas znaleźli. Nie wiem co dalej. - Wracaj do domu. - Nie zostawię cię. Znacząco spojrzała na niego. On sam nie miał pojęcia dlaczego to powiedział, ale jednego był pewien. Nie chciał wracać do domu. - Wszystko się spieprzyło. Wszystko. - mówiła sama do siebie. Juan położył rękę na jej ramieniu próbując dodać jej otuchy. Co ja wyprawiam? - zastanawiał się. - Przecież nawet jej nie znam, chciała mnie zabić, wplątała mnie w jakieś mafijne porachunki. Co ja robię? To jest chore! Po nerwowej minucie wyczekiwania postanowił przerwać ciszę. - Jak się czujesz? Możesz iść? - Bywało lepiej, ale dam radę. - Masz jakiś pomysł? - Mam. Ana wykonała telefon do Sergio. Stary dobry Sergio Almeida, na którego zawsze mogła liczyć. Sergio był szkolnym kolegą Santiago. Po szkole udał się na studia medyczne i teraz był cenionym ortopedą. Natomiast droga Santiago potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Los chciał, że został handlarzem dzieł sztuki. Praca ta rzadko kiedy toczyła się w zgodzie z prawem. W tym właśnie „zawodzie” poznał Anę Bernal. - Niedługo po nas przyjedzie. - powiedziała do Juanito, chowając telefon do kieszeni. Czterdzieści minut później spotkali się z Sergio w małej restauracyjce Avocado. Było to nerwowe czterdzieści minut, gdyż z jednej strony obawiali się policji, z drugiej ludzi, którzy ich ścigali, no i jeszcze trzeba było wytrzymać spojrzenia ludzi, ponieważ oboje wyglądali tak, jakby przetoczyły się przez nich wszystkie kataklizmy świata. - Gdy zjawi się Sergio pojedziemy do Ciebie. - Do mnie? - Juanito nie krył zdziwienia. - Zostawiłam tam coś. - Gdy mówiłaś bym wracał do domu, to i tak wiedziałaś, że prędzej czy później znów mnie odwiedzisz? - Właściwie to tak. Zabiorę co moje, a ty zapomnisz o całym dzisiejszym dniu. - Mhm. Zapomnieć, że mało mnie nie zastrzelono, że cudem wyszedłem z kraksy, że… - mógłby ironizować dalej,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych