HM Szkopuł
Przygodowa parodia fantastyki: loty w kosmos, równoległe światy i ko(s)miczne kłopoty... czyli Heavy Metal Hamster, cokolwiek to nie znaczy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.06.1999, Kennedy Space Center, Floryda, USA Stalowe, masywne wrota rozsunęły się niemal bezszelestnie ukazując rzęsiście oświetlony hangar. Do środka wszedł wysoki, łysawy człowiek w ciemnoszarym garniturze. Jego wyniosła postawa sugerowała, że jest to były wojskowy i choć twarz zdradzała jego stosunkowo młody wiek, przyprószona siwizną resztka włosów dodawała mu należnej powagi. Z kręgu światła wyszedł mu na spotkanie szpakowaty mężczyzna z wypomadowanym wąsem, odziany w granatowy fartuch sięgający ud. - Jak mniemam pan Pulaski? – wyciągnięta dłoń powędrowała w kierunku człowieka w nienagannie skrojonym garniturze. - George Pulaski, konsultant z ramienia Waszyngtonu. – mężczyzna niemal zasalutował. - Oczekiwaliśmy pana. Mike Benson, zastępca kierownika projektu. Witamy w KSC. Przejdźmy do hangaru numer dwa. Jak pan zauważy, nie mamy tu wiele tajemnic do ukrycia przed prezydentem. To nie Pentagon. Mężczyźni przeszli w poprzek hali omijając dwa kadłuby statków powietrznych. - Pan przodem – człowiek w fartuchu wskazał stalowe drzwi z małym, okrągłym okienkiem. Po chwili ich oczom ukazał się wahadłowiec kosmiczny otoczony dziesiątkami krzątających się wokół ludzi. Tuzin ekip roboczych na drabinach, platformach i rusztowaniach dokręcała, spawała i szlifowała setki części składających się na prom. - Panie Pulaski – Benson wskazał z dumą na statek powietrzny – Oto „Enterprise”.
* * *
2.06.1999, Kennedy Space Center, Floryda, USA W centrum kontroli lotów panował wzmożony ruch. Setki sprawozdań i wykresów krążyło pomiędzy poszczególnymi stanowiskami. Gdy prezydencki konsultant wszedł do sali, Benson siedział wpatrzony w monitor komputera zapełniony rzędami cyferek. Na głównym ekranie widać było rakietę nośną z przypasanym doń wahadłowcem. Poniżej zegar podawał czas, który pozostał do startu. - A, pan Pulaski. – na chwilę oderwał wzrok od liczb. – Zapraszam! Maya, przynieś panu kawy. Dwie kostki cukru? - Dziękuję, nie słodzę. – gość posłał zdawkowy uśmiech czarnoskórej dziewczynie, która po chwili znikła w drzwiach zaplecza. Zarośnięty jak małpa asystent spojrzał z byka na przybysza. - Ma pan jakieś pojęcie o lataniu? – zagaił. Gość uśmiechnął się krzywo. - Jakieś mam – burknął. – Latałem w zatoce i nad Jugosławią. - Faktycznie, jakieś. - Ale wybrałem emeryturę za biurkiem, gdy zobaczyłem z bliska Belgrad. Po tym wydarzeniu wolałem już nie siadać za sterami uzbrojonej maszyny. Małpiszon wstał robiąc miejsce dla przybysza i kiwnął głową w uznaniu. - Szacun, mistrzu. Wojna to błąd. – odwrócił się na pięcie i ruszył do sąsiedniego stanowiska. - Wieczny hipis! I jak się panu podoba nasz ptaszek kiwi? – rząd śnieżnobiałych zębów zalśnił nad wypomadowanym wąsem. - Ciekawy. To pierwszy wahadłowiec, który oglądam z bliska. Czemu wszyscy o nim mówią „ptaszek kiwi”? W drzwiach zaplecza pojawiła się Maya dzierżąc dwa kubki z kawą. - Maya, jesteś aniołem! - Wybacz Mike – dziewczyna zrobiła zręczny unik. – Druga kawa jest moja. Człowiek przy komputerze zrobił błogą minę. - Co za dziewczyna! – wskazał na serdeczny palec. – Gdyby nie ta obrączka…! - … to umówiłbyś się z moją matką, a po miesiącu musiałabym ci mówić „kochany tatusiu”. – odpaliła. George z trudem powstrzymał śmiech, co i tak nie zostało zauważone, gdyż kilkanaście osób z najbliższego otoczenia zastępcy kierownika projektu rechotało zachwyconych trafną ripostą. - Więc co z tym ptaszkiem? – zapytał zaciekawiony. Benson ściągnął okulary i starannie złożył umieszczając je ostrożnie w kieszeni fartucha. - Pieszczotliwie tak nazywamy STS-31, znany panu lepiej jako „Enterprise”. – jego twarz przybrała tajemniczy wyraz. – Nigdy nie poleciał. Człowiek prezydenta chwilę podumał, jakby usiłował sobie przypomnieć fakty. - Chwileczkę. – podrapał się w łysinę. – Pierwsza była „Columbia”, potem „Challenger”… - I tu się pan myli. – wtrąciła Maya. – pierwszy był statek bez nazwy, drewniana makieta, znana jako STS-11. Skonstruowany do badań w tunelu aerodynamicznym. Ten model latał na sznurkach. - Równocześnie – kontynuował wice kierownik projektu – powstał STS-21, model bez silników. Miał nigdy nie polecieć. Gdy zbudowaliśmy kolejny model, ten tym razem posiadał silniki, lecz podobnie jak i poprzednicy, nie był przystosowany do lotu. Służył jako balast do obciążania testowej rakiety nośnej. Dopiero STS-41 nadawał się do lotu i ten zna pan jako wahadłowiec „Columbia”. - A tak dla pańskiej ciekawości – ponownie wtrąciła dziewczyna – STS-21 w końcu i tak poleciał. Dołożyliśmy do niego trochę części zapasowych i tak oto powstał „Challenger”. Wiem, co chce pan powiedzieć. - Katastrofa „Challengera” nie miała z tym faktem absolutnie żadnego związku, a McNair i Onizuka byli starymi wyjadaczami z bardzo bogatą praktyką w programie STS. – kontynuował Benson. – A potem były już same nowe konstrukcje: „Discovery”, „Endeavour” i „Atlantis”. Na kolejne pięć brakło pieniędzy. Pulaski podrapał się brodę i sięgnął po kubek z kawą. - Dlaczego jednak przystosowano do lotu ptaszka kiwi? Maya i jej szef wymienili porozumiewawcze spojrzenia. - Co było w raporcie, który pan dostał? Konsultant sięgnął do niewielkiej teczki i wyciągnął kilka zszytych kartek papieru. - Żadna tajemnica. – mruknął wręczając dziewczynie dokument. – Ot, w okolicy księżyca pojawił się niewielki obiekt pochłaniający światło i fale radiowe. Nie przemieszcza się, średnica około stu osiemdziesięciu stóp. Być może jest to tak zwana „czarna dziura”, skupisko antymaterii. - I tu jest problem. – wypomadowany wąs zastępcy kierownika ułożył się w odwróconą literę V. – Naukowcy tak za bardzo nie wiedzą, co to jest za obiekt. Owszem, nadarza się niepowtarzalna okazja do zbadania tego typu ciała niebieskiego, co tłumaczy tak duże nagromadzenie sprzętu badawczego w ładowni, ale na wszelki wypadek zespół do poszukiwania cywilizacji pozaziemskich wymógł na nas umieszczenie w ładowni statku encyklopedii, historii świata, map gwiezdnych z koordynatami Ziemi… - Rozumiem, że ktoś zakłada atak kosmitów na naszego nielota? – gość uśmiechnął się z niedowierzaniem. - Niekoniecznie. Ale tu jest odpowiedź na pańskie pytanie. Musieliśmy w tempie ekspresowym przystosować do lotu „Enterprise”, gdyż może się zdarzyć, że stracimy statek. - To znaczy? - Warianty są dwa i wynikają raczej z niedostatecznej wiedzy. Pierwszy, pesymistyczny, to obiekt ściągnie do siebie grawitacyjnie statek i dojdzie, w wyniku zderzenia materii z antymaterią, do anihilacji. Drugi, umiarkowany, zakłada, że obiekt jest wlotem tunelu czasoprzestrzennego. Wtedy też stracimy „Enterpise”, który być może znajdzie się nagle w innym czasie i w innym miejscu. Na przykład na drugim końcu galaktyki, albo w okolicy Magna Canis. George dopił kawę. - A wariant optymistyczny? - NASA nie straci nic, statek zdalnie ściągamy na Ziemię, a w ładowni mamy kilogramy bezcennych danych i próbek. I ten wariant mi się najbardziej podoba. A teraz pan. - Ja? - Co ze specjalnym ładunkiem? Wojskowy zamyślił się na chwilę. - Pięćset chomików w klatkach oraz spory zapas jedzonka dla tych przemiłych stworzeń. – odparł. – Moi mocodawcy chcieliby poznać ewentualny wpływ obiektu na organizmy żywe. W tym przypadku chomiki lub myszy nadają się idealnie. To zresztą jest też odpowiedź na pytanie, dlaczego lot jest bezzałogowy. Do stanowiska powrócił zarośnięty asystent. - Szefie, minuta do startu. Benson przygładził wąsa. - Mały włos, a przegadalibyśmy start! Wszyscy skupili wzrok na głównym ekranie, ukazującym wahadłowiec spowity kłębami dymu. Po chwili Maya pochyliła się nad mikrofonem. - Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero, zapłon! - Poszło! – krzyknął Mike. Po chwili poprosił dziewczynę. – Zechcesz pełnić dalej honory gospodyni domu? Tymczasem ciężkie, stalowe cielsko rakiety majestatycznie opuściło wieżę startową unosząc się powoli ku górze. Goniona przez strugę ognia ogromna maszyna zaczęła nabierać prędkości. - Siła ciągu trzydzieści milionów Newtonów. – podała murzynka. Ekran pokazywał oddalającą się w chmurze dymu rakietę. - Dwie minuty, pięć sekund. Osiągamy SRB SEP. Na mój sygnał odpalenie silników pomocniczych. Trzy, dwa, jeden, już! - Jest na wysokości stu pięćdziesięciu siedem tysięcy stóp. Silniki spadną na spadochronach około sto czterdzieści mil stąd – wyjaśnił szeptem zastępca kierownika projektu. Tymczasem punkt na ekranie wciąż malał. George Pulaski z zaciekawieniem obserwował nie tyle ekran główny, bo przecież widywał już dziesiątki startów w telewizji, co reakcje poszczególnych ludzi z personelu zespołu kontroli lotu. - Uwaga, punkt MECO, czas osiem minut trzydzieści cztery sekundy. Osiągamy ET SEP, osiem minut, pięćdziesiąt sekund. Odpalenie głównego silnika na mój sygnał. Trzy, dwa, jeden, już! – aksamitny głos dziewczyny brzmiał wyjątkowo władczo. - Wpadnie do Oceanu Indyjskiego. – padł krótki komentarz. – Wyłowimy go. Nastała minuta ciszy. - Uwaga, dziesięć minut, trzydzieści dwie sekundy, OMS-1 osiągnięty. Kolejnych dwadzieścia minut upłynęło w ciszy i umiarkowanym skupieniu. - Uwaga, trzydzieści siedem minut, trzydzieści dziewięć sekund, OMS-2 osiągnięty. Ptaszek opuścił bezpiecznie gniazdo. Burza oklasków. Chcąc, nie chcąc, prezydencki konsultant dołączył do owacji ściskając wiele dłoni nieznanych mu wcale osób, podanych w spontanicznym odruchu radości. Benson uśmiechnął się do swojego gościa. - Za chwilę „Enterprise” wyjdzie poza orbitę operacyjną wahadłowców. Potem poprowadzi go zespół Tricetel`a, naszego dyżurnego hipisa. Cokolwiek o nim nie powiedzieć, to świetny specjalista. Zapraszam pana do kantyny. Potem czeka nas kilka dni nudnego spokoju. Da się pan namówić na drinka? George Pulaski wstał z absolutnie szczerym uśmiechem. - Już myślałem, że pan nigdy nie zaproponuje.
* * *
5.06.1999, Kennedy Space Center, Floryda, USA Sen był dziwny, co najmniej bezsensowny i abstrakcyjny. Było w nim około setki małych, puchatych, białych chomiczków, które fruwały swobodnie w przestrzeni płynąc majestatycznie między wirującymi krzewami. W pewnym momencie krzewy zaczęły łomotać. Pulaski usiadł na łóżku rozglądając się po niewielkim pokoju gościnnym. Jego podkoszulek był mokry od potu. Nie zgaszone światło wyławiało każdy szczegół widoku. Na całe szczęście, w pokoju nie było ani jednego chomika… Ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Odrzucił koc, wstał i uchylił je delikatnie. To była Maya. - Przysyła mnie Mike. – oznajmiła zaskoczonemu konsultantowi. – Panie Pulaski, właśnie straciliśmy „Enterprise”.
* * *
22.09.2009 wieczór, galaktyczne zadupie: Gliwice, Polska Smok skradał się do mnie nieuchronnie. Wiedziałem, że jest gdzieś w gęstych zaroślach, lecz rzucony przez Strażnika Pieczęci czar paraliżu nie pozwalał mi się ruszyć. Mój wierny miecz, najwspanialsza broń, jaką tylko był w stanie wyprodukować niewidomy zbrojmistrz elfów, leżał teraz bezużyteczny dwa łokcie od mojego nieruchomego korpusu. Zostało mi kilka sekund na działanie... zaraz... jakie mam przy sobie artefakty? Kula ognia mogłaby być dobra, lecz rzuca się ją ręką, a ta akurat była nieporuszona niczym głaz. Pierścień raba odpadał. Ognista maść była lekarstwem, ale nie przeciwko pożarciu. A może by tak tajemniczy papirus? Spróbujmy! - Wprowadzam nowy artefakt! – oznajmiłem mistrzowi gry. - Co? Teraz? – zagrzmiał Piotr sprawujący akurat dziś tą zaszczytną funkcję. – To kosztuje trzy srebrne denary razy mnożnik z kostki. Odstawiłem colę i sięgnąłem odruchowo po kostkę spoczywającą na kuchennym stole. - Nie tą! Czerwoną, z oczkami. – upomniał mnie Strażnik Pieczęci. Wziąłem więc czerwoną i rzuciłem. Kostka potoczyła się z głuchym łoskotem między butelkami i szklankami z boskim nektarem zalegającymi nadgryzioną zębem czasu ceratę. - Cztery. – oznajmił smok, czyli mój serdeczny druh Artur. - Fiu! – zagwizdał moderator. – Ładna sumka! Dwanaście denarów, trzy grennary, jak wolisz... Płaci pan kartą, czy gotówką? - Kochany, w tak odległej przeszłości nie znano czarów typu PIN do karty, a banknoty o wysokich nominałach miały raczej formę sztabek złota. Oczywiście, ściągnij mi to z karty postaci. Piotr nachylił się nad stołem. - A co wprowadzasz? – zapytał zaciekawiony. Z tajemniczą miną sięgnąłem po plecak i wyciągnąłem z niego tajemniczy i nieco przybrudzony zwitek. Delikatnie rozwinąłem. Oczom moich zaskoczonych kolegów ukazały się rzędy równiutko zapisanego tekstu w kolorze karminu. - Odlotowy gadżet! Gdzie go zafasowałeś? - Znalazłem na strychu kamienicy. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Był zamknięty w zardzewiałej, metalowej puszce z napisem... - ... „Własność czarnoksiężnika Rumburaka”! – przerwał mi brutalnie smok. - Oj, durnyś ty, durnyś... – westchnąłem, ale i tak chyba nikt mnie nie słyszał, bo towarzystwo rżało niczym opętane. – Pisało „zucker”. To taka magiczna rzecz do kawy i herbaty, ale smoki tego nie używają, bo je okrutnie później zgaga pali. I nie żryj tyle chipsów, bo ci te resztki mózgu wypali. To sama chemia! Artur zajrzał do niemalże pustej paczki. - Pachnie jakoś tak pustką. – skonstatował. – Co to za czar? Rozprostowałem zwój. - Ten starożytny, magiczny zwój zawiera sekretne zaklęcie zsyłające na wroga okrutne plagi. – odparłem z tajemniczą miną. - Aha, i środek na komary. Najpierw Sprawdzenie Swojego Szczęścia. Cóż było robić! Mistrz każe, śmiałek musi. Niechętnie sięgnąłem po zieloną kostkę. Wypadła szóstka. - Masz szczęście! – przyznał Strażnik Pieczęci. – Coś mi mówi, że dziś uratujesz ten swój nędzny żywot superbohatera. Odczytaj zaklęcie. - „Neh khadu mehr cu wert...” – rozpocząłem bez przekonania. - Cholera, to jidysz? – dobiegł mnie szept przyjaciela. - ... nicht!” – zakończyłem ku zadowoleniu wszystkich. – Raczej jakiś dialekt staroniemiecki. Podobno przed Bismarckiem było ich nieco ponad czterdzieści. Trzech moich towarzyszy pochyliło się nad niemal już opróżnionymi butelkami nektaru. - No dobra, a co to ma niby znaczyć? - Wybacz o panie – wtrącił mistrz – ale my ciemnota z ludu, w piśmie nie uczeni... Nie dokończył. Zwój pacnął go między oczy. - Ano, to, że właśnie poprosiłem Bogów o zesłanie na tego, który mi zagraża plagi straszliwej. Artek skrzywił się kwaśno. - Cholera! On jest dobry w te klocki! – rzucił tajemniczo, po czym głucho się mu odbiło. - Znaczy się...? - Dopadła mnie ta jego klątwa! Dostałem zgagi. Podałem mu butelkę z colą. - Chlapnij sobie odrdzewiacza. Mówiłem ci, żebyś nie żarł tyle chipsów. Piotr nie dawał za wygraną. - A co to za plaga? Nie wiem, ile smokowi odjąć punktów wytrzymałości. - Aruś, co chcesz poza zgagą? Zainteresowany wytrąbił moją colę. - Dopadła mnie plaga upierdliwych chomików! – zawyrokował. – Zabierzcie te zgryźliwe pluszaki, bo zamarudzą mnie na śmierć! Po czym z jękiem przechodzącym w charkot zsunął się pod stół. Piotr popatrzył na mnie znacząco. - Zatrułeś colę? - Błaznuje jak zwykle. Która godzina? – zapytałem ni z gruszki, ni z pietruszki nie zważając na prorocze słowa mojego przyjaciela. - Jedenasta dziesięć. – dobiegło nas spod stołu. – Późno już. - Deko późno. – skwitował Strażnik Pieczęci sięgając po swój plecak. – Zbieraj się, superhiroł, podwiozę cię na chatę. Piotr zamknął księgę gry i zaczął zsuwać puste szklanki i butelki. - Kontynuujemy w niedzielę? – zapytał znad szkła. Zaprzeczyłem ruchem głowy. - Moje kochanie przyjeżdża na weekend, będę uziemiony. Artur trzasnął mnie w ramię. - Ożeń się. – poradził. – Dzięki temu nie będzie potrzebny smok, żebyś czuł się prawie martwy dla świata fantasy. Pomyślałem ze smutkiem, że chyba ma rację. Dwadzieścia minut później Strażnik – Sebastian wysadził mnie w okolicy chałupy. Pożegnałem kumpla i skierowałem się w mroczną czeluść bramy. Mijając domofon zauważyłem kątem oka, że pobliski słup ogłoszeniowy jakoś dziwnie zafalował. „Za dużo chipsów” – pomyślałem. Czysta chemia, trucizna dla przeciętnego śmiertelnika. Nie bez przyczyny Artura dopadła okrutna zgaga. I gdy tak otwierając drzwi mojego mieszkania rozważałem zakup na następną sesję RPG zwykłych ciasteczek maślanych, usłyszałem nagle piskliwy, choć ostry głosik. - Padnij na twarz, ziemska istoto i oddaj mi należny pokłon! Niemożliwe, choć z drugiej strony nie zdziwiłbym się, gdyby faktycznie moja dziewczyna zjechała do mnie kilka dni wcześniej. Tak, tylko że ona nie posiada poczucia humoru i nie znosi fantastyki… - Padnij na twarz, ziemski kmiocie! – rozkazał głosik. Zapaliłem światło i rozejrzałem się nerwowo dookoła. Nikogo. - Na twarz, powtarzam! – doleciało mnie z poziomu parkietu. Spojrzałem w dół i mnie zatkało. Przede mną stał na tylnych łapkach … kudłaty, biały chomik z czerwonymi ślepkami. Nierealne, a jednak. - Wybacz, o boski! – wystękałem i dałem nura do kuchni. Pochwyciłem sporych rozmiarów słoik, bo niezależnie od tego, czy piwo było skwaśniałe i mam po nim halucynacje, czy też nie, żaden gryzoń nie będzie mi tu biegać samopas po hacjendzie. Kiedy wypadłem z powrotem do przedpokoju naszła mnie jedna krótka refleksja: przecież ja nie piłem piwa! Błyskawicznym ruchem nakryłem słojem nic nie podejrzewającego dziwoląga podtykając pod spód jednocześnie pokrywkę. - Wypuść mnie natychmiast! – wrzasnął stworek. – Bo jak nie, to porażę cię gromem, a bogowie mi dziś sprzyjają. - Tere-fere kuku! – odparłem w miarę uprzejmie stawiając słój na kuchennym blacie. Sięgnąłem po taboret. - Zobaczysz, porażę cię boskim gromem! - Uhm! – skwitowałem. – Szmery bajery, in excelsis deo, czy jakoś tak. - Masz mnie natychmiast uwolnić i oddać mi hołd! – piszczał mój więzień miotając się po swoim szklanym więzieniu. - Jak mam ci go oddać? – udałem zdziwionego. – Przecież ci go nie zabrałem… Puchate stworzonko zamknęło się na chwilę. Sięgnąłem do szafki pod zlewem i wyciągnąłem dość mikrą i nieco przysuszoną marchewkę. Po chwili spory, obrany kawałek warzywa wylądował na dnie słoika. Różowy nosek powąchał ten nieoczekiwany, nowy element otoczenia. - No jedz. – mruknąłem. – To najlepsza marchewka w tej części Europy. - A co to jest „Europa”? Jadacie to czerwone coś? Nie masz mięsa? Tego już było za wiele. - O ile pamiętam, chomiki jadają mlecz, sałatę i marchewkę. – Wstałem. – Wiesz, co? Idę spać i tobie radzę to samo. A najlepiej, żeby cię tu nie było, kiedy wstanę. I jakby przecząc sobie, zsunąłem pokrywkę zostawiając sporą szczelinkę do oddychania, natomiast samą pokrywkę docisnąłem ciężkim, masywnym moździerzem. Co solidny mosiądz, to solidny mosiądz, a rano może się okazać, że moje nowe zwierzątko jest tylko zwykłym, niemym i w miarę głupim chomikiem. Może się spodoba mojej lubej?
* * *
23.09.2009 rano, to samo zadupie, moje mieszkanie, Gliwice, Polska Poranek zastał mnie, jak zwykle zresztą, szczelnie zawiniętego jak naleśnik, w ciepłą kołderkę. W nerwowym odruchu spojrzałem na zegarek niepewny, czy aby nie zaspałem do pracy. Po chwili jednak dotarło do mnie, że przecież i tak mam kilka dni urlopu na malowanie łazienki. Moje jeszcze niemrawe i zaspane myśli wróciły do wczorajszego i nieco niespodziewanego gościa. Oczywistym była wczorajsza sesja RPG, zgaga Artura i podwózka do domu. Oczywistym się wydawał fakt, że w nocy schwytałem chomika, który być może uciekł sąsiadce. Reszta, czyli rozmowa ze zwierzątkiem to już mi się chyba raczej przyśniła... Na wszelki wypadek jednak wstałem i raźno pogalopowałem do kuchni. Na stole stał wielki słój, Bóg jeden raczy wiedzieć, po czym. W środku, zwinięty w kłębek spał kosmaty osobnik o białym, długim futerku. Marchewki nie było, czego dowodem było kilka czarnych, podłużnych ziarenek. A może raczej bobków. Ostrożnie ściągnąłem mosiężny moździerz z wieczka słoika i zacząłem kombinować, skąd tu wytrzasnąć dla mojego nowego zwierzaczka trociny. Po chwili i tak natura zwyciężyła, więc dałem radosnego nura w głąb lodówki. - Hej, to czerwone było całkiem-całkiem. – dobiegł mnie piskliwy głosik. – Masz jeszcze? - Auuuć! – wrzasnąłem i wycofałem się błyskawicznie z lodówki. Całe szczęście, hartowana półka wytrzymała mój niespodziewany cios głową. - No co? - A jednak mi się nie przyśniło. – skwitowałem rozmasowując potylicę. Chomik przysiadł na tylnych łapkach. Jego długie wąsiki nerwowo drgały. - A co ci się miało śnić? – odparł oburzony. – Otworzyłeś portal, to i jestem. Ja się tu raczej sam nie wprosiłem! Usiadłem na taborecie. - Słuchaj, jak to jest, że chomik gada? Pytanie było raczej z gatunku tych retorycznych, odpowiedzi się nie spodziewałem, przynajmniej nie takiej. - Co to jest „chomik”? – stworzonko przekręciło łepek na bok. - Małe, białe, kosmate, z czerwonymi oczkami i ego wielkim na mniej więcej jedenaście pięter. – burknąłem. - Lamfilia. - Co za lamofilia? – zastanowiłem się przez chwilę nad miłośnikami lam. - Lamfilia. – odparł mój nietypowy towarzysz. – Jak się nazywa twój gatunek? - Człowiek. – odparłem zgodnie z prawdą. - A mój lamfilia. Nie jakiś tam „chomyk”. – rzucił z przekąsem futrzak. Obróciłem się i wyciągnąłem z lodówki plastikową butelkę z żółtą zakrętką. Odkręciłem i nalałem odrobinę do korka. Zanim jednak wstawiłem go do słoika, postanowiłem się upewnić, czy jest bezpiecznie wkładać rękę do klatki z niezbyt życzliwym, jakby nie było, zwierzem. - Gryziesz? - Jak tylko mam coś dobrego. – mruknął mój towarzysz. - A uważasz, że jestem dobry? – drążyłem temat. - Kiepściuchny. – burknął. – Co tam masz? Delikatnie, tak, aby nie wylać ani kropelki, wstawiłem prowizoryczne poidełko do słoja. - Lubisz mleko? – zagaiłem. Lamfilia powąchała zawartość korka. - Pokarm osesków? - Pokarm championów. – skorygowałem. – Pij mleko, będziesz ... eeee ... futrzasty. Jednak widziałem, że pił mleko bez przekonania, jakby to było coś uwłaczającego jego malutkiej, kosmatej godności. - Jak sobie pojesz, to cię wypuszczę. – oznajmiłem. Przecież nie było sensu obdarowywać mojej dziewczyny na siłę lamo-czymś-tam, znaczy się, chomikiem i to na dodatek gadającym. - A po co? – zwierzątko było szczerze zdziwione. - Wolność, kochaniutki, wolność! - Wolność to ja miałem w Habitacie. – skrzywił się futrzak. – Nie pozbędziesz się mnie, dopóki mnie nie odeślesz z powrotem. Czy do ściągnięcia mnie używałeś zaklęcia? Faktycznie, pewnego feralnego wieczoru, a dokładnie wczoraj, użyłem nieznanego mi zaklęcia, które miało nim nie być, a rzeczywiście okazało się zaklęciem. I na dodatek wpakowałem się w nielichą kabałę. - Użyłem zaklęcia. – potwierdziłem. - Rozumiem, że złożyłeś ofiarę? – mój mały przyjaciel drążył temat, ale zdaje się, że wiedział dużo więcej, niż ja. - Jaką ofiarę? - O Święty Habitacie! – chomik stanął słupka i podparł się pod boczki. – Cokolwiek! Metal, narzędzie, maszynę, nawet stertę kamieni! Byleby było tylko cięższe ode mnie! Podrapałem się w głowę. O co mu chodziło z tymi kamieniami? - Nie bardzo rozumiem. – przyznałem. - Ech, człowieki! – westchnął opadając na cztery łapki. – Przy takim stanie wiedzy nigdy nie polecicie ku gwiazdom. - Latamy już od bardzo wielu lat. – zauważyłem. – Mamy promy kosmiczne, satelity, próbniki i stację kosmiczną. Kosmate stworzonko zaczęło przebierać przednimi łapkami. Oho, chyba się zainteresowało! - Lamfilia Daman nic o tym nie wspominał. – zamyślił się. – Co to za miejsce, w którym mieszkasz? - Gliwice. Duże miasto. – odparłem z dumą. – Taki wielki habitat. Zwierzątko przymknęło oczy i znieruchomiało na chwilę. Dało mi to wystarczająco dużo czasu, by złapać lekko już czerstwą bułkę i ją nadgryźć. - Z dwunastu miejsc z waszego świata, w które są ściągane lamfilie z Habitatu, tylko jedno mi pasuje. To Gleiwitz w krainie Reich. Czy nazwa się zmieniła? Faktycznie, miał rację. W pewnym ograniczonym sensie, oczywiście, ale nie miałem cierpliwości tłumaczyć mu sześć lat II wojny światowej i przyczyn upadku Rzeszy. - Tak, Reich zbankrutował, a habitat zmienił nazwę. – przyznałem. – Co to ma do rzeczy? Mój rozmówca nastroszył futro. - To mamy szczęście! – odetchnął. Poczułem, że czerstwe pieczywo powoli zaczyna mnie zatykać. Szybko popiłem mlekiem z butelki bez korka. - To jak? Złożyłeś ofiarę? O raju, ale upierdliwy gość! - Nie, nie złożyłem. – przyznałem przełykając bułkę. - No to jesteśmy pod ogonem! To akurat zrozumiałem, ale dlaczego z winy kilku kamieni byliśmy obaj w chomiczej dupie? - Streść, jak możesz. – poprosiłem. - Zaklęciem otworzyłeś portal. Portal wyrwał mnie z Habitatu i przeniósł do Gleiwitz. Jednak w świecie wszechrzeczy musi istnieć równowaga, dlatego należy portalowi złożyć ofiarę, którą portal zostawia w miejscu lamfilii w Habitacie. Gdy lamfilia wraca do Habitatu, ofiara jest zwracana darczyńcy. Proste! Niby racja, zasada równowagi wydawała się całkiem logiczna. - A jeżeli nie ma ofiary? – zapytałem ostrożnie. - Wtedy mamy kłopot. – przyznał stworek. – Nie zamknięty portal usiłuje się przebić do twojego świata pod postacią czarnego wiru dążąc do przerzucenia lamfilii z powrotem, porywając przy okazji wszystko, co tylko napotka na drodze. Coś mi tu nie grało. - Skoro dąży do przerzucenia lamfilli z powrotem, to czemu tak lamfi… tfu! … lamentujesz? Chomik niemal załkał. - Pamiętaj o zakłóconej równowadze! – zajęczał. – Wtedy portal rzuca porwanymi rzeczami na oślep po całej galaktyce! Jeszcze żadna lamfilia nie wróciła w ten sposób do Habitatu! Faktycznie, problem. Tylko chyba nie mój. - Ile waszych wraca z tych szalonych eskapad? - Jeden na dwudziestu. – przyznał mój więzień. – Dawniej bywało jeszcze gorzej, dlatego tak dzielne lamfilie, jak Daman, instalowały w najczęściej odwiedzanych miejscach stanowiska pomocy, a każda lamfilia z Habitatu uczyła się na pamięć nazw wszystkich dziesięciu miejsc i położenia stanowisk pomocy. Znowu coś mi nie pasowało, więc zamiast weryfikować chomiczą matematykę, spytałem wprost: - Wydawało mi się, że mówiłeś o dwunastu miejscach? Długie wąsiki zaczęły falować wokół różowego noska. - No tak! – przyznał. – Ale w dwóch miejscach nie udało się nic zainstalować. Żadna inna lamfilia, poza pionierami, jeszcze stamtąd nie powróciła. Musisz mi pomóc, zanim dopadnie nas czarny wir, bo wtedy będziemy zgubieni! Mój towarzysz miał dość poważny wyraz mordki, o ile można tu mówić o powadze w przypadku gadającego futrzaka. Spojrzałem do lodówki. Niemal pusta. Przydałyby się chociaż parówki, bo czarny wir czarnym wirem, ale na głodniaka stawiać mu czoła nie miałem zamiaru. Wstałem i zasunąłem pokrywę słoja. - Ej, co robisz? – wrzasnął przerażony chomik. – Nie zostawiaj mnie tu! - Wybacz stary – rzekłem znudzony. – Fajna historyjka, ale w głowie i w lodówce mam pustkę, więc łepetynę idę przewietrzyć, a przy okazji kupię jakieś mięcho. Podobno lubisz? I nie zważając na protesty włochatej istotki z czerwonymi ślepkami wyszedłem do pokoju odszukać spodnie i portfel.
* * *
23.09.2009, około południa, kamienica w centrum miasta, Gliwice, Polska Na wszelki wypadek kupiłem sześć parówek i dwa pęta myśliwskiej. Nie byłem po prostu pewny, ile potrafi pochłonąć mój mały przyjaciel, za to wiedziałem, ile dam radę pochłonąć ja sam. Szybkim krokiem przeszedłem przez ulicę lawirując między słupem ogłoszeniowym, a leciwym „Polonezem” Nowaków. W pewnym momencie widziany przeze mnie obraz ponownie się wybrzuszył, lecz tym razem mocniej. Z głuchym cmoknięciem pojawiła się szara, wrzecionowata kreska, wysoka na około pół metra. Ten dziwny obiekt wyginał się jak trzcina na wietrze i mógłbym przysiąc, że bardzo szybko się obraca wokół własnej osi. Zafascynowany stanąłem w bramie obserwując zjawisko. Szare wrzeciono bezładnie krążyło po chodniku, by po chwili wpaść na stalowy słupek oddzielający jednię od chodnika. I wtedy wrzeciono znikło, czemu towarzyszyło kolejne cmoknięcie. Ku mojemu przerażeniu stwierdziłem, że słupek także zniknął. Błyskawicznie pokonałem schody i stanąłem z pękiem kluczy pod drzwiami swojego mieszkania. Jednak stworek nie kłamał, a już gotów byłem założyć taką wersję wydarzeń. Z impetem wpadłem do kuchni. Słoik był pusty. Z pokoju dobiegły mnie dźwięki muzyki. Kiedy stanąłem w drzwiach, moim oczom ukazał się obraz jak z apokalipsy świętego Jana. Po całym pokoju były rozrzucone moje płyty CD. Pośrodku tego skakał długowłosy, biały chomik z czerwonymi oczkami drąc się w niebogłosy. - Jeaaaah, jeeee! I`m heavy metal hamster! Jeaaaah, jeeeee! - Sodomia i pogoria! – jęknąłem. – Kto ci pozwolił buszować w mojej kolekcji z metalem? Futrzak zatrzymał się wpół kroku. - Jakim metalem? – zapytał zdziwiony. – To wszystko, to tworzywo sztuczne. Za to muzyka z klasą. O, to mi się podoba i to… a to jest świetne! Mój ulubiony utwór! No tak: Accept, Iron Maiden, ale najbardziej pokochał Helloween. Przynajmniej gust ma całkiem dobry. Zadzwonił telefon. Zdążyłem powiedzieć tylko „halo” i ktoś z drugiej strony drutów postanowił się rozłączyć. Cóż, kocha, to zadzwoni raz jeszcze. Tymczasem mój gość szalał dalej. - I`m heavy metal hamster! Jeaaaah, jeeeee! – kontynuował pląsy drąc się okrutnie. - Raczej szkopuł! – warknąłem na myśl o sprzątaniu. Lamfilia przysiadła na tylnych łapkach. - Wiem, co to szkopuł. – odparł z dumą. – Szkopy to habitanci Reichu, a szkopuł to ogół Szkopów. Przyrównałeś mnie do Reichu, to bardzo miły komplement. Dziękuję. Zdaje się, że ponownie jęknąłem. Tymczasem stworzonko kontynuowało solówkę. - Jeaaaah, jeeee! I`m heavy metal szkopuł! Jeaaaah, jeeeee! Usiadłem wyciągając sobie z siatki parówkę. - … cokolwiek to nie znaczy. Mam mięso. – oznajmiłem. – Ciekaw jestem, czy ty to będziesz jadł? Aha, coś szarego i wrzecionowatego wchłonęło tuż przed domem słupek parkingowy. Ta ostatnia wiadomość zrobiła na moim kosmatym przyjacielu spore wrażenie. - Czarny wir! Za każdym razem będzie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nyhariel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…