Hologram
Opowiadanie futurystyczne, może nawet (w całości) mozna to uznać za niewielką powieść
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b} {u} Rozdział I {/u} {/b}
– Myślisz, że profesor F. pozna się na twoim wynalazku?
Roman, skoncentrowany na wyprzedzaniu mruknął coś niewyraźnie, dopiero po chwili, gdy stanęli przed światłami, powiedział:
– Mam nadzieję. To w końcu jeden z najlepszych fizyków, a do tego nie ma klapek na oczach. Tylko nie wiem, czy wypada dać mu moją pracę w tych teczkach. I niewygodnie będzie je nieść.
Anna zerknęła na tylne siedzenie samochodu. Rzeczywiście, trzy ledwie domykające się, białe teczki, chociaż nowiutkie, nie przedstawiały ciekawego widoku.
– Naukowcom wiele się wybacza – pomyślała – ale jednak lepiej gdyby to miało jakąś „chlujniejszą” formę.
Roman ledwie zdążył wydrukować pięćset stron swojej dysertacji, ponieważ zaabsorbowany pracą dopiero wczoraj przypomniał sobie, że to właśnie dziś profesor F. ze Stanów ma odebrać doktorat honoris causa. O oprawie nie było mowy, a bindownica właśnie się popsuła.
– Wiesz – powiedziała po krótkim namyśle – powinieneś to włożyć do jakiejś ładnej teczki, takiej z rączką, zapinanej, widziałam takie w Tesco. Krzyś i tak już jest spóźniony do przedszkola, może zboczymy tam po drodze? Albo zawieziemy go i wrócimy. Zdecyduj sam.
Światła właśnie zmieniły się na zielone, Roman zawahał się na ułamek sekundy i pojechał prosto. Anna nawet się ucieszyła, Krzyś mniej: „Ja nie chcę do przedszkola! Chcę do hipamarketu!”
– Nie jedziemy do hipermarketu – wyjaśniła spokojnie Anna. – Tata zmienił zdanie. Zastanawiam się, czy po drodze będziesz miał jakiś sklep papierniczy...
– No przecież jadę do centrum, po prostu wysiądę gdzieś po drodze...
– Tylko gdzie? Nie przypominam sobie, by na trasie był jakikolwiek.
– A w księgarni Adama Mickiewicza? Myślisz, że nie dostanę?
– Nie wiem, czy warto ryzykować. Możesz się przeliczyć.
Podjechali pod przedszkole, Anna odprowadziła syna.
– To, co? Jedziemy do Tesco? – Zapytała, wsiadając ponownie do samochodu.
Roman skrzywił się, jakby połknął cytrynę.
– A gdzie ja potem zostawię samochód? Tu byłoby najlepiej. Parę kroków do przystanku i jestem w centrum. No chyba, żebym wykupił miejsce parkingowe pod rektoratem.
– Aha i nieźle dopłacisz do tej wizyty – mruknęła drwiąco Anna. – Lepiej zostaw przy „Pestce”, tak jak Witek. Tam nie ma strefy, a w niecałe dziesięć minut będziesz na miejscu.
Weszli do wielkiej hali hipermarketu od razu kierując się do stoiska papierniczego. Teczki z rączką owszem były, ale wyjątkowo brzydkie. Już mieli wziąć trzy (3 x 8 zł = 24 policzyła szybko Anna), kiedy uwagę Romana przyciągnęła duża, ciemnozielona, z lakierowanego kartonu.
– Rzeczywiście ładna – potwierdziła – ale zobacz dwanaście pięćdziesiąt trzy za sztukę.
– Myślę, że zmieści się tu cała praca – uspokoił ją mąż.
Włożył teczkę do koszyka i ruszył do kasy.
– Przecież mieliśmy kupić mleczko sojowe! – zaprotestowała – nie jadłam jeszcze śniadania, a przez te wszystkie korowody będę w domu dość późno.
– To leć po to mleczko, tylko szybko.
Anna chwyciła dwa kartoniki i dorzuciła na ruchomą taśmę przy kasie. Gdy mąż zajęty był płaceniem, jej uwagę przyciągnął duży plakat reklamujący nową szminkę.
„Pierwsza szminka z efektem holograficznym” – krzyczały różowe litery.
Popijając mleczko ruszyli w kierunku samochodu.
– A czy profesor F. zorientuje się z pracy, jak działa Twoja aparatura? W końcu to pięćset stron, nie wiem czy będzie mu się chciało to czytać – zaniepokoiła się nagle Anna.
– Większość to i tak rysunki i wydruki komputerowe – mruknął przez zęby Roman usiłując trafić rurką w odpowiednie miejsce na kartoniku. – Podróże w czasie zawsze fascynowały ludzi i teoria szczelin nie jest niczym nowym. Mój wynalazek to nie jest klasyczny wehikuł czasu, jak z opowieści Wellsa. To raczej... powiedziałbym... rodzaj „wykrywacza szczelin”. Właściwie wyszedł mi przypadkiem, kiedy zacząłem się zastanawiać, czemu odczyty ultrasłabej luminescencji czasem wychodzą takie pokopane.
– Ale da się go zastosować praktycznie?
– Nie sądzę, chyba że będziemy wysyłać w przyszłość, albo może przeszłość, twoje drożdże – uśmiechnął się Roman. – Nie wydaje mi się, by istniały szczeliny na tyle duże, aby przecisnął się przez nie większy organizm. No, może jakiś bezkręgowiec to jeszcze, ale nie człowiek.
– A może to wcale nie są szczeliny w czasie, tylko między światami równoległymi? – zastanowiła się Anna.
– O ile takowe istnieją, ale wydaje mi się, że przynajmniej, jeśli chodzi o mój wynalazek, to raczej w grę wchodzi czas. No masz! Nie mieści się!
Rzeczywiście. Jakieś sto stron nijak nie dawało się wcisnąć do teczki.
– I co zrobisz?
– A co ja mogę zrobić? Muszę kupić jeszcze jedną.
– To może kup litery samoprzylepne i zaznaczysz na teczce strony od-do, albo, która teczka pierwsza?
– A jak one wyglądają, te litery?
– No dobra! Idę z tobą! – westchnęła, gramoląc się z samochodu.
Wyrzucili puste kartoniki do kosza i znowu weszli do chłodnej hali hipermarketu kierując się do stoiska papierniczego. Wybrali identyczną teczkę, liter jednak nie udało się nigdzie znaleźć.
Roman skierował się do kasy, a Anna pobiegła po jeszcze dwa kartoniki mleczka sojowego. Właśnie brała je z półki, kiedy nagle poczuła lekki zawrót głowy i kartoniki wypadły jej z rąk. Szybko podniosła je z podłogi i pośpieszyła za mężem. Kiedy rzuciła kartoniki na ruchomą taśmę, kasjerka spojrzała na nich z błyskiem deja vu w oku. Wciąż miała dziwną minę, gdy po raz drugi wydawała Romanowi resztę z dwudziestozłotowego banknotu.
Roman ruszył do samochodu, a Anna ukradkiem przystanęła przy stoisku z kosmetykami i szybko kupiła „nową szminkę z efektem holograficznym”. Wrzuciła ją do torebki i jakby nigdy nic podążyła za mężem.
{u} {b}Rozdział II {/u} {/b}
Zostawiwszy samochód przy „Pestce”, podjechali tramwajem do Kaponiery. Roman ruszył do rektoratu, a Anna przesiadła się na „Piątkę” jadącą ulicą Święty Marcin.
Mimo spokojnej rozmowy, właściwie to byli pokłóceni. To znaczy ona była. – A może nie warto pielęgnować żalu? – pomyślała. – W końcu „facet, jaki jest, każdy widzi”, pewnych spraw nigdy nie zrozumie, po co się wkurzać? Przypomniała sobie początki znajomości, gdy poznali się pracując nad ultrasłabą luminescencją. Szef tworzył wielonarodowy zespół interdyscyplinarny i ona załapała się do niego jako biolog, specjalista od drożdży, które były świetnym organizmem modelowym. Romek był jednym z fizyków i zajmował się konstruowaniem i dopracowywaniem aparatury. Miłość wybuchła jakoś tak nagle i mimochodem i przesłoniła wszystko. W końcu Anna nie umiejąc pogodzić życia rodzinnego i pracy naukowej odeszła z uczelni do szkoły. Roman zaś kończył już habilitację.
– Żałujesz? – spytał ją wewnętrzny Głos.
– Właściwie to nie – odpowiedziała po zastanowieniu. – Pisanie doktoratu było potwornie nudne, praca wymagała czasem obecności w laboratorium 24 godziny na dobę... to nie dla mnie. O wiele ciekawsza jest opieka nad Krzysiem.
– Więc, o co ci właściwie chodzi? – drążył dalej Głos.
– Chyba jestem zazdrosna – przyznała się. – Ja postawiłam Romana na pierwszym miejscu, a on mnie niestety nie. Zdradza mnie z komputerem i z fizyką, a nawet z piłką nożną (o to przecież wściekam się na niego od wczoraj). Kobieta nie lubi mieć tylu rywalek. Kobieta w ogóle nie lubi rywalek.
– No i on mnie nie docenia – pożaliła się jeszcze Głosowi – czasem jak siedzi nad tą swoją ultrasłabą, to mu przecież podsunę jakiś pomysł, pogrzebię dla niego w literaturze, no przecież nie jestem taka głupia i ciągle pamiętam to, co robiliśmy, a on to traktuje jako należną mu część, a nawet... przysięgłabym, że jest potem pewien, że sam wpadł na takie czy inne rozwiązanie.
Przerwała monolog wewnętrzny, bo tramwaj dojechał do Strzeleckiej. Przed nią wysiadały dwie starsze osoby, najpierw siwy jak gołąbek mężczyzna, a za nim kobieta w podobnym wieku. Mężczyzna odwrócił się do kobiety i z galanterią zapytał: „Może Pani pomóc?” Kobieta podziękowała i odeszła, Annę korciło by podejść do mężczyzny i powiedzieć „Jak to miło spotkać na ulicy prawdziwego dżentelmena”, albo coś w tym rodzaju, ale zabrakło jej śmiałości. Jednak ta scenka wyraźnie poprawiła jej humor.
– Może faceci nie są tacy źli? – pomyślała, gdy jakiś kierowca zatrzymał się, by ją przepuścić, mimo że przechodziła w nieprzepisowym miejscu.
Skręciła w lewo, kierując się ku L.O. Marii Magdaleny, gdzie miała odebrać materiały dla nauczycieli, niezbędne jej przed końcem roku szkolnego.
{u} {b}Rozdział III {/u} {/b}
Kiedy dotarła wreszcie do domu, było już południe. Rzuciła torbę na kanapę, włączyła komputer. „Trzeba tu posprzątać” – przemknęło jej przez myśl, ale już po chwili całkowicie pochłonęło ją przeglądanie poczty. Nie przyszło nic ciekawego poza kilogramami spamu i kilkoma nowymi postami z listy dyskusyjnej. Przeczytała je, na dwa odpowiedziała, a kiedy system zajmował się wysyłaniem ich na listę, sięgnęła po lusterko i wyjęła z torebki nową szminkę. Przez chwilę podziwiała w lustrze swoje „usta z efektem holograficznym”, po czym wróciła do komputera. Kliknęła na ikonkę katalogu męża i otworzyła jego dysertację o szczelinach w czasie. Chciała dokładniej ją przeczytać, bo ostatnie tygodnie (setki klasówek do sprawdzenia, wystawianie ocen, rady pedagogiczne i inne „przyjemności” spadające na nauczyciela przed końcem roku), nie pozwoliły jej na to wcześniej, a poranna dyskusja z mężem niczego nie wyjaśniła. Nie zrozumiała dokładnie zasady działania aparatu, to w końcu zawsze była sprawa fizyków, ale wyczytawszy jak go uruchomić, postanowiła sama sprawdzić, czy naprawdę szczeliny pochłaniają, czy może zakrzywiają ultrasłabą luminescencję. Co chwilę zerkając na rysunki i objaśnienia pootwierane na ekranie komputera, zaczęła łączyć ze sobą różnokolorowe kabelki.
– Chyba się udało – ucieszyła się, gdy aparat nagle zaszumiał. Zaciemniła pokój zaciągając szczelnie specjalne grube zasłony i zdjęła osłonę z „lampy”.
Przez chwilę podziwiała migające w czytniku cyferki, wsłuchana w monotonne rzężenie drukarki, kiedy jej uwagę zwrócił wydruk zupełnie nie przystający do tego, co wyczytała w rozprawie męża. Nie znała się na fizyce, ale mając pamięć wzrokową pamiętała, że rzędy cyferek tworzyły dość charakterystyczną mozaikę. Ta była inna. No tak: w porannym pośpiechu przewrócili stertę książek i część aparatury zwana „lampą” przesunęła się mocno w bok dotykając prawie do widelcowatego urządzenia zwanego przez Romka żartobliwie „otwieraczem do szczelin”. Schyliła się, by pozbierać książki, kiedy poczuła mrowienie. Cofnęła rękę. Mrowienie ustało. Ponownie wyciągnęła obie dłonie. Znowu pojawiło się delikatne mrowienie, najpierw na końcach palców, potem przesunęło się ku nadgarstkom, ku łokciom... Nie zastanawiając się nad tym, co robi, postąpiła krok do przodu i nagle... straciła grunt pod nogami. Poczuła jakby wciągał ją ogromny wir, było to uczucie straszne i przyjemne zarazem, zakręciło się jej w głowie, zamknęła oczy wymachując desperacko rękami... i po chwili wszystko ustało.
{u} {b}Rozdział IV {/u} {/b}
Siedziała na czymś, co przypominało trawnik, ale trawa (o ile to w ogóle była trawa) rosła o wiele gęściej i równiej, a przede wszystkim, była super czysta. Żadnych śmieci, żadnych psich kup...
– Przepraszam, czy mogę pani w czymś pomóc? – usłyszała i ze zdumienia zamrugała oczami. Pytanie zadał…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Teano
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…