Hooper ma dość!
Kolejna próba w Cyberpunku. Tym razem znacznie mniej punku i niekoniecznie wiele cyber. Mam nadzieje, że lubicie psy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Hooper ma dość!
- Hooper?! Jesteś w domu? – mężczyzna zamknął za sobą drzwi do apartamentu. Automatyczny kamerdyner powitał go pozbawionym wyrazu, monotonnym głosem. Poinformował go o aktualnej temperaturze i zwrócił uwagę na nie wyniesione śmieci. - Hooper? – mężczyzna zzuwał buty w ciasnym przedpokoju, jednocześnie luzując krawat i zdejmując marynarkę. - Jestem tutaj wodzu. – głos dobiegał z salonu, dało się też wychwycić odgłosy kanału telewizyjnego. Prezenter, któregoś z setki programów promujących zdrowe życie, ostrzegał właśnie przed szkodliwością rakotwórczych klawiatur firmy Balean. - Cholera, dopiero co kupiliśmy klawiaturę Balean. Nie idzie nadążyć psia krew. – zaklął niewidoczny dla mężczyzny Hooper. Młody człowiek wszedł do niewielkiej, ślepej kuchni i odłożył ekologiczną torbę z zapasem protein i butelkowaną wodą. Wysunął ze ściany jeden ze schowków i wydobył z niego torbę psiej karmy. - Muszę ci się pochwalić stary. Znowu spotkałem ją w stołówce. Rozmawialiśmy. – mężczyzna napełniał blaszaną miskę granulatem. – Miałem cię opieprzyć za to, że nie wywaliłeś śmieci, ale jestem w tak dobrym nastroju, że dzisiaj ci daruję. Mężczyzna umył ręce pod kranem w kuchni i wytarł je w antyseptyczny ręcznik. Wrócił do przedpokoju i odnalazł chapcie. Wyłączył trajkoczącego kamerdynera, który czwarty raz powtarzał już listę rzeczy, które należy wykonać w domu, i to już od przeszło tygodnia. Rozsunął uchyloną zasłonkę z pleksi prowadzącą do skromnego salonu, gdzie Hooper leżał na kanapie wpatrzony w ekran wkomponowanego w przeciwległą ścianę terminalu. - Mówię ci Hooper. Ona jest cudowna. Taka subtelna, taka delikatna, prawie niematerialna, jakby miała w każdej chwili ulecieć z wiatrem… - Raczej ulecieć z nawiewem wentylacji. – przerwał mu Hooper nie odrywając wzroku od ekranu. – Popatrz wodzu. Nowiuteńka klawiatura Balean, a te sukinsyny już się dopieprzyli. Trzeba ją będzie wywalić. To oczywiście ściema z tym rakiem, ale jak się administrator jorgnie, że mamy RAKOTWÓRCZY materiał w mieszkaniu to naśle nam tu sanepid i wywalą nas na ulicę. - Hooper, staram ci się opowiedzieć o dziewczynie którą poznałem. Nie interesuje cie to? - Nowiuteńka klawiatura. – Hooper kręcił głową wpatrzony w prezentera, który właśnie dokonywał demontażu prezentowanego modelu klawiatury za pomocą ogromnego „zdrowego” młotka. Ku uciesze nagranej na taśmie, rozbawionej publiczności, której nigdy nie było. Mężczyzna westchnął zrezygnowany. Postanowił porzucić próby zainteresowania współlokatora swoimi miłosnymi uniesieniami. Nie miał jednak zamiaru rezygnować z innych ważkich tematów. Zaczął od najbardziej aktualnych. - Hooper, dlaczego leżysz na kanapie? – zapytał spokojnym tonem. - Kąpałeś mnie wczoraj. - To nie ważne. Roznosisz sierść. Co jeśli będę chciał ją zaprosić? - Kogo do cholery? – labrador Hooper podniósł łeb i spojrzał ciemnymi oczami na mężczyznę. - Cholera Hooper, w ogóle mnie nie słuchasz! Proszę cię o proste rzeczy. Wynieś śmieci. Nie sikaj na klatce i nie leż na kanapie. - Przestań się mazać jak księżniczka. – żółty pies zeskoczył z kanapy i podreptał w stronę kuchni. – Nie ma cię całymi dniami, a ja siedzę tu jak pies zamknięty, sam. - Hooper ty jesteś… - Psem! Wiem, pamiętam dziękuję bardzo. Przypominasz mi codziennie. Mmm, pyszny granulat dla psa. Mmm. Fantastyczne! – Hooper pochłaniał granulat łapczywie, rozrzucając go dookoła kuchni ostentacyjnie. - Przestań. I kto tu jest księżniczką? Pozbieraj to jak skończysz. – Mężczyzna wszedł do salonu i usiadł na kanapie. Zmienił kanał terminalu na którąś z transmisji naturalnych. Wybrał kadr ośnieżonych i majestatycznych lasów Alaski. Spokojna, nastrojowa muzyka wypełniła salon. Sięgnął na półkę po jedną z ulubionych papierowych książek, kupionych na targu od jakiegoś wschodniego imigranta. Hooper chrupał już w spokoju, nucąc sobie tylko znaną melodię. Gdy wreszcie wrócił do salonu, położył posłusznie głowę na ramieniu leżącego mężczyzny. Mężczyzna doczytał do końca strony zanim wreszcie nie pękł i nie podrapał czworonoga za uchem. - Jutro wywalę śmieci. – zaczął pies. – Nie będę też leżał na kanapie, ale mógłbyś mi kupić jakiś koc albo kojec, nie chce leżeć na zimnej posadzce. - Przecież możesz włączyć ogrzewanie. - Ten bełkoczący sukinsyn nie chce mnie słuchać. Jest zaprogramowany by odpowiadać na polecenia domowników. A ja to co? Pies? Zaczęli się śmiać. W końcu mężczyzna pozwolił psu wskoczyć na kanapę i razem oglądali wiadomości telewizyjne. Jakiś mądrala, którego Hooper określił mianem zamkniętego w szafie hipisa, wygłaszał tyrady na temat rosnącej liczby morderstw na tle nerwicowym, spowodowanych według niego problemami osobowościowymi poszczególnych jednostek. Profesor Hipis wytykał współrozmówcy w studio, że poziom życia i standardy zostały wypaczone do granic tolerancji ludzkiego umysłu i ostrzegał, że będzie tylko gorzej. - Ale się grubas zacietrzewił. – skomentował labrador Hooper. - Może ma trochę racji. Mam w robocie takiego jednego. Gość mieszka sam w korporacyjnej strefie, nie ma rodziny, nikt nigdy nie widział żeby brał udział w jakimkolwiek ewencie towarzyskim. Siedzi i z nikim nie rozmawia, pochylony nad swoim terminalem. Przeraża mnie. Jestem pewien że w tej swojej teczce nosi wieniec z granatów i, że kiedyś wreszcie pęknie. Mam nadzieje, że nie na mojej zmianie. - Powinieneś go kropnąć. - Co? - Serio mówię wodzu. Wyrwij chwasta zanim będzie za późno. Zrzuć drania ze schodów albo uduś go kablem w kiblu. Zdemaskuj go przed szefem. Zaimponujesz tej swojej zwiewnej ulotnej. Może nawet dostaniesz wreszcie ten awans i będziemy mogli się przeprowadzić. Wiesz, że w okolicy nie ma w ogóle trawników. Musze biec dwa sektory dalej żeby walnąć kupę w przyzwoitych warunkach. - Hooper. - Tyle ględzą wszędzie jak to trzeba dbać o zwierzęta, ale żeby któryś pomyślał o tym, że pies też może srać… - Hooper, dostałem ten awans. Pies podskoczył na równe cztery łapy i otworzył pysk wywalając jęzor. - Jaja sobie robisz! Jesteśmy bogaci?! - Bogaci raczej nie, ale następna wypłata powinna wiele zmienić. Będę mógł kupić ci trochę mięsa. Może starczy też na jakieś wyjście na kolację z Konstancją. - Konstancja?! Nie pieprz, że ona ma na imię Konstancja! - O co ci chodzi? - Nie nic. Konstancja, niech mnie cholera. – Hooper zeskoczył na podłogę i poczłapał w stronę łazienki śmiejąc się pod nosem. - Wal się! – mężczyzna wrócił do lektury. - Właśnie mam zamiar wodzu! - Jesteś obleśny. - Znamy się nie od dziś Szymek. Widziały gały co brały. *** Następnego dnia, Hooper rzeczywiście wyrzucił śmieci, a kanapę przykrył starym obrusem, który Szymon dostał od matki. Dzięki temu mógł leżeć przed terminalem aż do przyjścia współlokatora. Gdy tylko labrador wyczuł zapach jego tanich perfum, zeskoczył na ziemię i ściągnął obrus. Zdążył upchnąć go za kanapą zanim Szymon wszedł do salonu w wyraźnie dobrym nastroju. - Ale ci się morda cieszy wodzu. Niech zgadnę. Wyjebali cie z roboty i jedziesz do Tybetu zostać proszalnym eunuchem i szukać szczęśliwości w ubóstwie. - Umówiłem się z nią! Stary, rozmawialiśmy znowu. Spędziliśmy razem całą przerwę. Powiedziała mi, że też przyglądała mi się od dłuższego czasu. Jest niesamowita. Opowiedziałem jej o tobie i bardzo chce cię poznać. - Super. - Zaprosiłem ją do nas na kolację. Ale to dopiero w przyszłym tygodniu kiedy wrócę z Hong-Kongu. - Szymon. Czy tobie się od tych amorów w główce coś nie zesrało i zdechło? Jakiego Hong-Kongu? Nie masz przepustki kontynentalnej. Nie stać cię na mieszkanie w strefie z trawnikami, a co dopiero na bilet lotniczy. Szymon uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni bilet korporacyjnych linii lotniczych i wciąż zafoliowaną kartę kredytową z dietą delegacyjną. - Mówiłem ci, że dostałem awans. Pojutrze wylatuje do Hong-Kongu. Szef wydziału wysyła mnie jako asystenta. Mam przyuczać się w negocjacjach. Czy mógłbyś nie lizać sobie jaj kiedy do ciebie mówię. - Przepraszam wodzu. Z jakiegoś powodu uznałem, że to ciekawsze zajęcie na chwilę obecną. - Znowu coś ci nie pasuje. Czego ty chcesz do cholery?! Ustawiłem ci termostat. - Zostawisz mnie samego! - To tylko trzy dni! Hooper, jesteś dorosły, zajmij się czymś! Dlaczego nie pójdziesz do pracy?! Hooper pokręcił głową i wskoczył na kanapę. Zawsze reagował podobnie gdy poruszano temat jego zatrudnienia. - Znowu to samo. Wspominam o pracy i nagle ciach! Urywasz cała sprawę. Hooper ignorował go. Skupiał się na transmisji spektaklu neobaletu, adaptującego wydarzenia z września 1939. Szymon usiadł obok niego i pogłaskał labradora po głowie. - Nie mówię tego z wyrzutem. Wiem, że jesteś już za stary żeby występować w telewizji. Ale co z tą ofertą z przedszkola? Mógłbyś pracować z dziećmi. Albo z tą z kliniki weterynaryjnej? Poudawałbyś w paru spotach zreformowanego psa alkoholika. Co ci szkodzi? - Byłem na rozmowie. – skłamał jak pies. - Nic nie mówiłeś. - Bo mnie nie przyjęli. - Ciebie nie przyjęli? Przecież ty w zasadzie jesteś alkoholikiem! - Powiedzieli, że szukają psa bardziej skundlonego. - Sukinsyny. - Sukinsyny. – zgodził się Hooper labrador. - Słuchaj. To tylko trzy dni. Zajmiesz się czymś. Kupiłem dość żarcia, nawet odrobinę wołowiny. Możesz zaprosić kumpli. Pogracie w jakieś karty. Skinner dawno cię nie odwiedzał. - Skinner nie żyje. Właściciele go zagłodzili. - Widziałem go na dole jak odlewa się na śmietnik! - Wiem. Jaja sobie robie. – zaśmiał się Hooper. Szymon pokręcił głową z niedowierzaniem. - Jesteś niereformowalny. Udajesz obojętnego ale jak postraszyć cię trzema dniami rozłąki zaraz zaczynasz się dąsać. - Już nie przesadzaj. Teraz kiedy wiem, że jest wołowina, i że nie musze się nią dzielić, nawet się cieszę, że wyjeżdżasz. - Brzmi bardziej jak ty. Idę się kąpać. Postaraj się nie upieprzyć kanapy. - Żebyś zdechł! *** Szymon siedział w kuchni i doglądał gotujących się potraw. Kamerdyner sprawował nadzór nad procesami gotowania i nie istniała, żadna możliwość spalenia czegokolwiek. Można by wtedy pozwać firmę. Mimo wszystko, Szymon stał nad garnkami ze starą książką kucharską i przestępował z nogi na nogę. Konstancja miał się zjawić za niecałe pół godziny. Był bardzo podekscytowany. Prawie nie zmrużył oka odkąd wrócił z Hong-Kongu. Delegacja udała się, dostał nawet osobistą pochwałę od szefa zespołu z obietnicą premii. Nie obchodziło go to jednak nawet w połowie tak bardzo jak dzisiejsze spotkanie z kobietą marzeń. Modlił się aby Hooper niczego nie sknocił. Przezornie schował psu wszystkie butelki z alkoholem do szafek szyfrowych, których pies nie był w stanie otworzyć ani pyskiem ani łapami. Labrador poczuł się tym trochę urażony, wygarnął nawet Szymonowi brak zaufania, ale mężczyzna wiedział, że to tylko emocjonalna gra. Kochał Hoopera, ale pies musiał się pogodzić, że nie będą wiecznie wiedli życia starych kawalerów. Kiedy przyjdzie czas, nawet zgryźliwy Hooper przytarga do domu jakąś suczkę. Im szybciej pogodzi się z nieuniknionym, tym lepiej dla nich obu. Drzwi do łazienki otworzyły się. Szymon słyszał ponaglenia Kamerdynera, proszącego by zamknąć drzwiczki pralki i uruchomić sekwencję. Hooper robił pranie. - Pomóc ci? – zapytał Szymon. Podniósł głowę znad książki i zobaczył Hoopera siedzącego w przedpokoju z laminowanym paragonem w pysku. Labrador przyglądał się Szymonowi badawczym wzrokiem. Szymon znał to spojrzenie. Odłożył książkę na stolik. - O co chodzi Hooper? Labrador rozwarł szczęki i paragon opadł na podłogę. Pchnął rulonik łapą w stronę mężczyzny. - Smakował jak kurczak? - Nie rozumiem. - Pytam, czy pies w pięciu smakach smakował jak kurczak? Szymon przypomniał sobie wszystko. Spotkanie z chińskimi kontrahentami i kolację, która odbyła się po negocjacjach, w stylizowanej na tradycyjną restauracji. Podano oczywiście specjał zakładu, psa w pięciu smakach. Wtedy zupełnie o tym nie myślał. Był tak podekscytowany, że nawet nie zapytał co jedzą, a później kiedy dostał rachunek, był zbyt pijany żeby skojarzyć, że to co jadł to naprawdę był pies. Przymknął oczy starając się pozbierać myśli. Jak mógł mu to zrobić? Tyle lat pod jednym dachem. Hooper. - Słuchaj. To nie był mój pomysł. Zaprosili nas na kolację, nie mogliśmy odmówić. Tam na wschodzie ludzie są strasznie przywiązani do tych ceremonii, ukłonów i wspólnego pierdzenia przy ohydnym żarciu. - Więc było ohydne. – labrador przeniósł ciężar ciała z lewej na prawą łapę. - Było smaczne ale nie o to chodzi. - Niewiarygodne! – wykrzyknął Hooper wstając i ruszając w stronę drzwi. - Hooper zrozum. Ja nie miałem wyboru. Zaprosili cały nasz zespół. Byłoby nietaktem odmówić, obrazilibyśmy ich. Nie byłoby kontraktu ani podwyżki, nie byłoby nowego mieszkania w sektorze z trawnikami. Hooper! Labrador zatrzymał się przed konsolą otwierającą psie drzwi. Trzymał już łapę nad panelem dotykowym. - Zaprosili was tak? Tak was zaprosili, że rachunek za kolację wylądował w twoich spodniach tak? - Hooper, daj mi wyjaśnić. Zapłaciłem bo tego wymaga dobry obyczaj. - Aha. Czyli tak obyczajowo zeżarłeś sobie psa w pięciu smakach, zapłaciłeś za przyjemność po czym wróciłeś sobie do domu i pozwoliłeś by twój osobisty, bezsmakowy pies zrobił ci pranie. - Hooper ja nie wiedziałem, że to pies. Dowiedziałem się z rachunku, wtedy było już za późno. Nie zrobiłbym tego. Hooper przepraszam. - Mogłeś zwymiotować! Palec w gardło! Szymon zmarszczył brwi. Nie był pewien czy reakcja Hoopera była autentyczna, czy pies znowu odgrywa melodramat chcąc go zmanipulować. - Żartujesz sobie? – zapytał niepewnie. - Pieprz się! - Hooper. Rozumiem co musisz czuć. Przyznaje się, zachowałem się jak potwór. Pozwól się przeprosić, pozwól mi zadośćuczynić. Labrador Hooper postawił łapę na ziemi i odwrócił się w stronę mężczyzny. Przez długą, niewygodną chwilę, wpatrywał się w swojego współlokatora. Przekręcił głowę na bok. - Zadośćuczynić? Powiem ci co możesz zrobić żeby zadośćuczynić wodzu. Spodoba ci się, zapewne nie mniej niż pies w pięciu smakach. Moja propozycja pomoże ci też zrozumieć co czuję, bo wybacz wodzu ale jak na razie gówno czujesz, a nie to co ja. - Hooper przepraszam… - Nie skończyłem! Myślałem, że żyje nam się w porządku. Znam psy, które muszą wyjadać resztki ze śmietników, co zresztą niedługo będzie niemożliwe, bo wszystko co się teraz robi jest w siedmiuset procentach degradowalne. Nie mogłem narzekać. Ale do cholery nie sądziłem, że mieszkam pod jednym dachem z pieprzonym kanibalem! - Nie jestem kanibalem! - Pewnie, że nie! Człowieka w końcu nie jadłeś, nie?! Po tym co zrobiłeś, nasze relacje ulegają diametralnej zmianie wodzu. Do tej pory ja byłem gadającym psem, ty byłeś gadającym prawiczkiem. Teraz, ja jestem gadającym psem, a ty jesteś psychopatą. Co ja mam myśleć? Że jak znowu nie wyrzucę śmieci albo naniosę sierść na kanapę, to mnie poćwiartujesz i podasz w pięciu smakach z tym cholernym kamerdynerem, i że będziesz się mną zajadał z tą swoją Konwalią?! - Konstancją. Hooper błyskawicznie podniósł się na tylnie łapy i oparł o tors Szymona. Przygwoździł go swoim ciężarem do ściany ciasnego przedpokoju i zbliżył pysk do twarzy mężczyzny. Szymon poczuł zapach psiego granulatu wymieszanego ze szkocką. - Skoro już mówimy o Konstancji wodzu, pora przejść do wspomnianego zadośćuczynienia. Jeśli chcesz żeby było w porządku, żebym mógł traktować cię jak przyjaciela i ufać ci. Żebym mógł funkcjonować z tobą jak równy z równym. – zrobił pauzę. – Muszę zjeść Konstancję. Szymon zrzucił z siebie żółtego psa. - Pojebało cię! – szybkim krokiem zmierzał w stronę salonu chcąc oddalić się od Hoopera. Pies jednak podążał za nim. - Odebrałeś mi część mnie Szymon! Odebrałeś mi moc. Znowu pokazałeś kto jest panem, a kto psem. Tylko, że teraz zrobiłeś to tak dosadnie, że następnym krokiem może być już tylko zatarganie mnie za szopę z narzędziami i strzelenie mi w łeb z dubeltówki. Najpierw oczywiście nęcąc mnie nafaszerowaną arszenikiem kiełbasą. Też z psa dla ironii! - Chcę cię przeprosić. To się nigdy nie powtórzy! Proś o co chcesz, ale to co proponujesz, to poza wszystkim innym morderstwo! Hooper zrobił poważna minę. Na tyle poważną, na ile pozwala psia fizjonomia. - Tylko w ten sposób możesz oddać mi utracony grunt. Inaczej nie będziemy równi już nigdy. Cisza która nastąpiła zdawała się trwać wieki. Kamerdyner, zaprogramowany na odczuwanie napięcia emocjonalnego w apartamencie, samodzielnie doglądał potraw i właśnie kończył sekwencje gotowania przechodząc do sekwencji podgrzewania. Nie chciał dolewać oliwy do ognia komunikatami. To groziło pozwaniem firmy. Szymon usiadł na kanapie i ukrył twarz w dłoniach. Myśli przelatywały w jego głowie jak świetlne smugi naddźwiękowej autostrady. Hooper czekał cierpliwie wpatrując się w wyciszony ekran terminalu. - Nie zrobię tego. – przemówił wreszcie Szymon. – Wymagasz zbyt wiele. - Nie mam zamiaru się nad tobą pastwić wodzu, ale zdania nie zmienię. Jeśli chcesz mieć we mnie przyjaciela i naprawdę zależy ci na odkupieniu winy, podejmiesz właściwą decyzje. Twoja lalunia zaraz tutaj będzie. Nie będę wam przeszkadzał. Teraz wychodzę… - Hooper zaczekaj… - zaczął Szymon, ale labrador nie dał mu dokończyć. - Teraz wychodzę! Wrócę za parę godzin, i mam nadzieję, ze względu na to co razem przeszliśmy, że będzie dla mnie coś na talerzu, i nie mam na myśli wołowiny. Pięć smaków możesz sobie darować, chyba, że ten automatyczny pierdoła podpowie ci jak przyrządzić człowieka. Pobierz z sieci jakieś oprogramowanie Hannibala Lectera czy coś. Hooper ruszył w stronę drzwi, a Szymon nie miał sił by próbować go powstrzymać. Tyle razem przeszli. Znali się od dzieciństwa, przez wszystkie te lata pełne problemów byli zawszę razem. Jako dziecko i młody chłopak, Szymon nie odstępował Hooper na krok. Nawet kiedy Hooper miał wypadek, chłopak trwał przy nim każdego dnia w klinice weterynaryjnej. Lekarze nie dawali zwierzęciu żadnych szans. Dopiero propozycja eksperymentalnej wtedy metody, dziś już rozpowszechnionej i popularnej, dała dwójce przyjaciół nadzieję. Szymon osobiście zgłosił Hoopera jako kandydata do zabiegu. Jako ochotnik, Hooper nie poniósł żadnych kosztów. Mało tego, po wszystkim stał się sławny. Pierwszy na świecie caninus lapus sapiens. Zhumanizowany pies. Większość zmaltretowanego w wypadku ciała zastąpiono sztucznie wyhodowaną tkanką. Kości wzmocniono tytanem i innymi kompozytami. Szymon nie wiedział dokładnie co zrobiono z mózgiem, był zbyt podekscytowany widząc przyjaciela całego i zdrowego, by słuchać technicznego żargonu technika, który wykonywał zabieg. Całe życie chłopaka związane było z Hooperem i odwrotnie. Nie wyobrażał sobie przyszłości bez najwierniejszego z przyjaciół, nawet jeśli jest mizantropem, kryptofaszystą i weekendowym alkoholikiem. A teraz zdradził go w taki sposób. Prawdą było, że nie wiedział co właściwie je. Tak rzadko zdarza mu się jeść prawdziwe mięso, że nie przyszło mu do głowy zapytać. Zarzucał sobie jeszcze jedno. Gdy już zobaczył rachunek, pamiętał, że miał tak mocno w czubie, że po prostu zaczął się śmiać. W ogóle nie myślał o Hooperze. O tym, że właśnie zjadł przedstawiciela gatunku swojego jedynego przyjaciela. Usłyszał rozsuwające się psie drzwi do apartamentu i odgłos miękkich łap Hoopera, oddalający się w głąb korytarza. Drzwiczki zasunęły się z powrotem z syknięciem, i Szymon pozostał całkiem sam z rosnącym poczuciem winy i dyskretnym kamerdynerem, który po raz kolejny odgrzewał kolację. *** Konstancja wytarła usta kolorową serwetką i odłożyła ją na bok uśmiechając się do swojego gospodarza. Szymon nie posiadał się z radości z wizyty dziewczyny, problem w tym, że jego sprzeczka Hooperem sprawiła, że nie był w stanie okazać jej tego w jakikolwiek sposób. Targały nim sprzeczne emocje. Z jednej strony chciał poddać się rosnącemu w nim od miesięcy uczuciu miłosnego uniesienia. Z drugiej strony, wszystko podpowiadało mu, że powinien zostawić ją i ruszyć za Hooperem. - Było pyszne. Świetnie gotujesz. – Konstancja wyczuwała oczywiście jego nastrój i postanowiła spróbować go pocieszyć. Być może nawet dojść do sedna jego zasmucenia. – Ktoś ci pomagał? Może Hooper o którym tyle słyszałam? Szymon zmieszał się jeszcze bardziej. - Nie, nie. Mam kamerdynera. To znaczy ja gotowałem, ale program czuwał nad wszystkim. Hooper nie gotuje. Konstanca uśmiechnęła się oszczędnie. Szymon nagle uświadomił sobie gafę którą popełnił. Podczas ich ostatniej rozmowy w firmowej stołówce, Konstancja wspominała, że należy do nurtu Retro. Nie przepadała za automatycznymi kamerdynerami, kolonizacją planet, batonami proteinowymi, ani w zasadzie za niczym, do czego współczesny świat zmierzał od przeszło pół wieku. - Przepraszam. Wiem, że nie uznajesz sztucznej inteligencji jako pomocy domowej. Jesteśmy kawalerami! – zażartował. – Musimy sobie jakoś radzić. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie unosząc kąciki ust i wcisnęła głowę w ramiona. Żart najwyraźniej nie zadziałał, ale widać nie miała ochoty na morały i po prostu odwróciła głowę udając zainteresowanie wystrojem salonu. Szymon mógł przyjrzeć się jej pięknej, smukłej szyi. Kasztanowe włosy, które tego wieczora przemieniła w burzę sprężystych loków, spływały po jej drobnych ramionach i na skromny dekolt białej tuniki. Szymon musiał się pilnować. Wyobrażał sobie siebie, jako śliniącego się kretyna, wpatrzonego w święty obrazek. Konstancja musiała zauważyć jego zaabsorbowanie, gdyż wreszcie uśmiechnęła się życzliwie ukazując równe białe ząbki. Wskazała palcem na terminal sieci, nadający właśnie kadr naturalny z ulic Paryża dwudziestego wieku, do akompaniamentu nastrojowej muzyki jazzowej. - To klawiatura Balean? – zapytała jednocześnie sięgając to kieliszek wina. Zaskoczyła Szymona przynosząc alkohol bez banderoli korporacyjnej. Musiał pochodzić z prawdziwej winiarni, prawdopodobnie gdzieś na wschodzie. - Tak. Kupiliśmy ją
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Piesczasu
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…