Wróć do katalogu

I know what u did last summer

'(...) Raz po raz dotykając swoich ust, zatapiając się w tym zakazanym wspomnieniu... (...)'

podniecona_zakonnicaopublikowano 6 sierpnia 201644 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- …więc po jaką cholerę tu jeszcze jesteś? Po co?! – uderzył otwartą dłonią w deski bramy, o którą teraz się opierała. Drżenie drewna zsynchronizowało się z jej szybkim oddechem i skurczami wszystkich mięśni ciała. Patrzył jej w oczy z nienawiścią. Z furią, której nigdy wcześniej u nikogo nie widziała. Wiedziała, że ten wybuch nie jest z jej winy. Na pewno nie wyłącznie. Mimo tej świadomości drżała, czując kolejne wyrzuty adrenaliny do krwioobiegu. Już od kilku minut nie skupiała się na jego słowach. Był tak blisko. Czuła wyraźnie jego zapach. Czuła jego nierówny, agresywny oddech na swojej twarzy. Pachniał świeżo ściętą trawą, słońcem i czymś jeszcze, niezdefiniowaną, zakazaną cząstką – tą najbardziej przyciągającą, ekscytującą. Z całych sił starała się wczepić swoje, niegdyś perfekcyjnie zadbane, dziś zniszczone pracą, paznokcie w drewno. Żeby tylko się powstrzymać. Żeby nie poddać się temu szalonemu, irracjonalnemu pragnieniu. Ale jego usta były tuż obok, na wyciągnięcie dłoni. Na wyciągnięcie jej ust. - Krew z krwi… - wyszeptała nieświadomie, zatapiając się w tej niespodziewanej, przeklętej bliskości. Pytająco zmarszczył brwi, na chwilę się uspokajając. Dwudniowy zarost tylko dodawał mu uroku, idealnie komponując się z naturalną opalenizną i pojaśniałymi od słońca włosami. Pod białą koszulką wyraźnie rysowały się szczegóły sylwetki, mięśnie ramion i rąk wyrobione od ciężkiej pracy, podniszczone, opięte dżinsy również nie ukrywały zawartości. Wirowało jej w głowie. Czemu tu jeszcze była…?

Zachciało jej się wakacji. Wakacji od monotonnej harówki, od deszczu i wilgoci, od obcości. Marzyła o spacerach po rosie, kąpieli w rzece, świeżym twarożku na śniadanie. Zwiedziła już pół świata, podróżowała z plecakiem, autostopem i luksusowym jachtem z tańcami do rana. Dosłownie roztapiała się w hiszpańskim słońcu, chłodziła w morzu śródziemnym, jadła azjatyckie przysmaki. I wiedziała, że tym razem nie tego potrzebuje. Siedząc w rozklekotanym PKSie bez klimatyzacji, który już trzecią godzinę kluczył po lokalnych drogach między wioskami, nawet na chwilę nie żałowała swojej decyzji. Nie mogła się już doczekać smaku czerwonych porzeczek prosto z krzaka i domowej roboty nalewki wuja. Wysłała przyjaciołom ostatnie zdjęcia – niezmiennego widoku złotego pola pszenicy, odciętego nierówną linią od czystego, błękitnego nieba – wiedziała, że miejscowość, do której jedzie, ma problemy z zasięgiem telefonicznym, o internecie nawet nie wspominając. Ciotka i wuj nic się nie zmienili. Przyjęli ją bez pytań, wyszykowali najlepszy pokój, nagotowali przysmaków i kazali czuć się jak w domu. Ciotka, siostra jej matki, poznała wuja będąc już po trzydziestce, oboje mieszkali i robili kariery w stolicy. Rodzina wuja miała głębokie korzenie myśliwskie, cieszyła się ogromnym szacunkiem na północnym wschodzie kraju, gdzie posiadała pewne majątki. Tam też inwestowano, początkowo w rozbudowę domku letniskowego – gdzie w sezonie zjeżdżała się liczna rodzina i przyjaciele wujostwa, później w uprawę ogródka, przystosowanie do całorocznego użytku, a na koniec dobudowę małej obórki i stajni. Kiedy Adam – syn wujostwa – skończył szóstą klasę podstawówki, rodzina przeniosła się do Leśniczówki na stałe, a posiadłość rozrosła się i zaczęła prosperować jako stadnina i popularny obiekt agroturystyczny. Wujostwo nie uprawiało roli, ale żyło w doskonałej komitywie z sąsiadami, prowadząc handel wymienny oraz udzielając się wśród lokalnej społeczności (wuj wielokrotnie był namawiany do objęcia starostwa, czemu nadal, konsekwentnie się wzbraniał). Reszta rodziny, która została w mieście – w tym jej matka – najbardziej przejmowała się losem Adama, bo przecież jak to tak, że dziecku odbierają szansę na dobre wykształcenie i rozwój i że to ludzie ze wsi na uniwersytety uciekają, a nie odwrotnie. Ale Adam miał się świetnie – tamtejsze szkoły kończył z wyróżnieniem, zaocznie kończył studia (leśnictwo) i cały czas palił się do pomocy i pracy. Często odwiedzał rodzinę w stolicy, później przejął opiekę nad małym mieszkaniem w dobrym punkcie miasta, ale pieniądze odkładał na kursy i szkolenia związane z gospodarstwem. Helena pamiętała Adama jako dobrego kompana do zabawy, a z wiekiem – do rozmów. I choć mieli zupełnie inne wizje przyszłości, on zawsze rozbrajał ją swoją odpowiedzialnością, stanowczością i miłością do zwierząt. Nigdy nie sądziła, że te wszystkie cechy mogą występować razem – bo przecież jak ktoś, kto potrafi zrąbać drzewo tradycyjną siekierą, za chwilę z największą ostrożnością i czułością pomoże stadku kaczątek wydostać się ze studni? Do osiemnastki spędzali razem przynajmniej część wakacji, choć z wiekiem coraz mniej widywała ciotecznego brata – od rana pracował, bo przecież zawsze było coś do zrobienia, często jedli tylko rodzinną kolację lub śpiewali przy ognisku. Pamiętała ostatnie lato, właśnie dziesięć lat temu, gdy przyjechała na tydzień ze swoim pierwszym chłopakiem. Już pierwszego wieczoru Adam złapał ją gdzieś w stajni, mówiąc stanowczo, że ten facet mu się nie podoba i żeby na niego uważała. Oczywiście pokłócili się, bo co brat może wiedzieć, a Helena obawiała się kwasu przez resztę ich pobytu. Ale Adam nic nie dał po sobie poznać, woził ich na wycieczki, uczuł konnej jazdy, dogadzał i gospodarzył. Helena nawet myślała, że może się do chłopaka przekonał. Niestety – zaraz przed odjazdem wyraźnie powtórzył swoje obawy. I to był ostatni raz, kiedy rozmawiali. Chłopak naprawdę okazał się gadem, ciężko to odchorowała, zaraz potem, kuszona wielkim światem, opuściła kraj. Osiadła na emigracji, zbudowała życie od nowa, choć nigdy nie zapomniała ani o ojczyźnie, ani o rodzinie. Odwiedzała matkę i ojca kilka razy rocznie, na te okazje zjeżdżała się reszta rodziny, albo oni razem objeżdżali krewnych. Ale aż do Leśniczówki nie dotarła, a poczynania Adama śledziła (nieuważnie zresztą) tylko na portalu internetowym. Co prawda zaprosił ją na swój ślub, ale tak się złożyło, że w tym czasie była akurat dosłownie po drugiej stronie świata i niestety nie mogła się pojawić.

Początkowo planowała tylko dwutygodniowy urlop, pełen relaks i absolutny wypoczynek. Odcięcie od wirtualnego świata pomogło w resecie, do tego piękna pogoda i urodzaj owoców i warzyw, przekonał ją, że wcale nie chce wracać. Jej praca pozwalała na przedłużenie wakacji, a chłopak-pracoholik pewnie nawet nie zauważył jej nieobecności. Decyzję jednak podjęła, gdy okazało się, że jedna z pracownic wujostwa – dziewczyna do pomocy przy zwierzętach i w ogrodzie – jest w ciąży i nie może wykonywać wszystkich swoich obowiązków. Helena zaproponowała swoją nieodpłatną pomoc, przynajmniej dopóki nie znajdą nikogo innego. A że w sezonie żadna para rąk nie jest zbędna, wujostwo chcąc nie chcąc, przyjęło jej ofertę. Dopiero potem naszły ją wątpliwości – większość czasu będzie musiała teraz spędzać z Adamem, który poza zdawkowym ‘cześć, co słychać?’ zaraz po jej przyjeździe, w ogóle się w domu nie pojawiał. Widywała go tylko z daleka, zawsze podczas pracy, zawsze w ruchu. Słyszała go czasem, gdy skradał się późną nocą do swojego pokoju na końcu korytarza. - Adam to chyba często imprezuje, jak on potem ma siłę pracować? – zagadała pół żartem do ciotki podczas pielenia ogrodu. Kobieta spojrzała na nią z niewypowiedzianym bólem w oczach, Helena nawet dostrzegła wzbierające łzy. - Wiesz, kochanie… - zaczęła po chwili, bez tej codziennej radości w głosie - …Adaś bardzo przeżył rozwód… - dopiero teraz zdała sobie sprawę, że matka coś o tym rozwodzie wspominała. Skarciła się w myślach za swoją beztroskę i ignorancję. - …do dziś przeżywa. – westchnęła głęboko, co Helena odebrała jako koniec tematu. Ale tamtego przedpołudnia poznała całą historię nieudanego małżeństwa brata. Jeszcze będąc na studiach, poznał na potańcówce w remizie Magdalenę – dziewczynę z sąsiedniej wsi. Jej rodzina miała największe gospodarstwo w okolicy, w związku z czym planowali dla córki przyszłość w ich wielorodzinnym domu z porządnym chłopakiem z sąsiedztwa – który nie tylko zna życie i pracę na roli, ale także wniesie swoją ziemię do majątku. Adam, mimo, że od lat mieszkał wśród rolników, dla rodziców Magdy nadal był ‘miastowym’, który tylko dla rozrywki bawi się w gospodarza. I jeszcze te studia w stolicy (co z tego, że zaoczne) i mieszkanie (co z tego, że wynajmowane studentom) i gospodarka modna i pod turystów, a nie tradycyjna uprawa (co z tego, że praca tak samo ciężka i majątek większy). Ale Adam tak się uparł i zakochał, że robił wszystko, by udowodnić, że jest idealnym kandydatem na zięcia. W wolnych chwilach chodził do Magdy i tam pomagał w pracy. Nie umiał prowadzić kombajnu – koledzy zza miedzy go nauczyli. Nie umiał obsługiwać maszyn do młócenia – inny sąsiad podpowiedział. Nie znał się na rodzajach nawozu, na planowaniu zasiewów – siedział w bibliotekach, grzebał w internecie, pytał, obserwował i się nauczył. Nawet zaproponował kilka zmian, na które niechętnie przyszły teść przystał i za które nigdy nie podziękował, mimo, że okazały się bardzo opłacalne. Po kilku latach to już był większy wstyd do tego małżeństwa nie dopuścić, więc zorganizowano wielkie wesele, dopięto ostatnie ustalenia i Adam stał się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Radość ta nie potrwała jednak długo, gdyż Magdalena jak się okazało, miała zupełnie inny plan na siebie i swoją przyszłość, niż jej rodzice czy mąż. Ona chciała do miasta. I pewnie dlatego wybrała sobie Adama, którego na pewno też kochała, ale przede wszystkim wierzyła, że on pomoże jej się wydostać ze wsi. Adam, tak zajęty był przekonywaniem teścia, że nie słuchał dokładnie narzeczonej, a później żony i dopiero po ślubie zrozumiał, że to przebąkiwanie o wyjeździe do stolicy do pracy, to nie tylko jakieś niespełnione marzenia, ale konkretne plany. I urabiała go, prośbą, płaczem, groźbą i histerią, aż chłopak nie miał innego wyjścia i zgodził się przenieść do mieszkania w centrum miasta. Bo bardziej od ziemi i pracy w gospodarce, kochał Magdę i był gotów zrobić dla niej wszystko. Umówili się najpierw na pół roku. Niestety Magdalena znalazła dobrą pracę, poznała co to samodzielność i samowystarczalność, nie chciała już wracać. A że głupia nie była, inwestowała nie w ciuchy i kosmetyki, ale we własne wykształcenie i szybko pięła się po szczeblach kariery i samooceny. Po półtora roku była już kierownikiem największego firmowego salonu z biżuterią. Adam marniał. W każdej wolnej chwili przyjeżdżał do Leśniczówki, relaksował się oporządzając konie. Nie lubił miasta, nie lubił swojej pracy (też niezłej, w budżetówce), ale widząc szczęśliwą Magdę, zaciskał zęby i wiązał krawat pasujący do garnituru. Znosił także nienawiść i obelgi teścia, który uważał, że to właśnie Adam namówił jego córeczkę do ucieczki do miasta – tak jak teść to przewidywał – i teraz cała gospodarka pójdzie na zmarnowanie. Na nic się zdawały tłumaczenia teściowej i samej Magdy – to zięć był wcieleniem całego zła świata. Na końcu tej historii nie stało się nic, czego Helena się obawiała – ani zdrady, ani wpadki nie było. Magdalena widziała wyraźnie, że to nie jest życie dla Adama. Widziała, jak tęskni za lasami i zwierzętami, jak brakuje mu pracy na powietrzu. Sama jednak wiedziała na pewno, że nigdy na wieś nie wróci. Miała inne ambicje. I propozycja pracy dla ekskluzywnych linii lotniczych spadła na nią znienacka – jakiś menadżer wypatrzył ją w salonie. Język już dawno podszkoliła, a akurat wtedy rozpoczęła naukę drugiego. I skoro już wszystko się tak ładnie poskładało, nie zastanawiała się nawet. Mimo, że nowa posada wiązała się z wyprowadzką z kraju, nienormowanymi godzinami pracy, rozjazdami i odłożeniem ewentualnych planów macierzyńskich na odległy i nieokreślony czas. To ona podjęła decyzję o rozstaniu, wraz z nową umową podpisując papiery rozwodowe. Adam rozumiał, że taki związek nie ma sensu, ani szansy na przetrwanie, można więc powiedzieć, że rozeszli się w zgodzie. Ale nie mógł pojąć, jak można chcieć więcej? Marzyć o czymś innym, niż stajnia i pola? Chłopak wrócił na wieś. I od tamtej pory – czyli drugi rok – pracuje bez przerwy, bez wakacji i odpoczynku, 24/7 i u rodziców i u teściów, którzy pomocy potrzebują. Były teść nadal Adama obwinia, choć trochę spokorniał widząc, że mimo wszystko chłopak zarywa wieczory i noce, aby tylko pomóc w obejściu. Ciotka była coraz bardziej zaniepokojona stanem syna. Zamknął się w sobie, z nikim nie rozmawiał. Już by wolała, żeby się poszedł spić na imprezę, jeden czy dwa razy, może wdał się w bójkę, poszedł na kilka randek, a nie tylko praca i praca, bez ustanku. Helena nie mogła spać tej nocy. Myślała o bracie ciotecznym, o jego rozpaczy i bólu, o tym, jak musiało być mu ciężko. I jak bardzo samolubna była nie próbując nawet utrzymywać kontaktu przez te wszystkie lata. Może gdyby… może miałby choć jedną osobę, z którą mógłby się dogadać…? O 4 rano, gdy już było jasno, choć słońce dopiero miało wzejść, usłyszała kroki na korytarzu. Była pewna, że to Adam. Dała mu chwilę – nie znała jego porannych rytuałów – nasłuchiwała. Brzdęk naczyń i odkręcona woda w kuchni sugerowała, że robił sobie szybkie śniadanie. Niewiele myśląc zerwała się z łóżka i zeszła po schodach do sieni. Przez chwilę obserwowała jak przy blacie smarował kromki domowego chleba konfiturą z wiśni. Zawahała się. Co mu niby powie? Że wie? Że dowiedziała się dopiero teraz? Przecież nie zacznie tak zerwanej 10 lat temu rozmowy… - O, widzę, że zapał do pracy jest jednak rodzinny… - jego głos wyrwał jej z zamyślenia - …ale na Twoim miejscu ubrałbym coś więcej, bo o poranku jest dość zimno… - wskazał parującym kubkiem z herbatą jej szorty i bluzeczkę od pidżamy. Nie miała już wyjścia, usiadła niby od niechcenia przy dużym, kuchennym stole. - Za dużo świeżego powietrza, nie mogę spać. – rzuciła spokojnie bawiąc się wyciągniętym z koszyczka jabłkiem. - Raczej powiedziałbym, że za dużo jeżynowej nalewki ojca do kolacji… - uśmiechnął się. Dopiero teraz dostrzegła, że ten uśmiech nie jest już tak beztroski i szczery, jak wtedy, gdy jako nastolatki skakali do pobliskiej rzeki w upalne, letnie dni. - Nie wypiłyśmy tak dużo, poza tym nie zaszkodzi od czasu do czasu. – odparła rozbawiona, intensywnie myśląc jak pociągnąć dalej tą konwersację. - Powinnaś przywyknąć do wczesnego wstawania, jeśli naprawdę chcesz się tu przydać. - O to się nie bój, umiem się przestawić… - choć gdy pomyślała, że miałaby pójść teraz kosić trawę i nie zobaczyć łóżka do późnych godzin wieczornych, zrobiła się bardzo zmęczona. - Wiem, wiem. – rzucił machając ręką – Ale codzienna praca tutaj to nie to samo co tygodniowy brak snu w drodze. – Helena przypomniała sobie swoją objazdówkę po Indiach i wpisy o niedosypianiu. Czyli on jednak wiedział, co u niej słychać. Poczuła się jeszcze bardziej głupio. Tymczasem Adam skończył swoje śniadanie, otrzepał okruchy z dłoni, podszedł do okna i rozejrzał się po czystym niebie. Otworzył ciężkie, drewniane framugi na oścież, a Helena przygotowała się na chłodną bryzę poranka. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Niespodziewanie Adam odwrócił się i z podejrzanym uśmieszkiem wręczył siostrze kalosze matki wyjęte spod ławy. - Chodź. – rzucił szybko i zniknął w sieni. Siedziała lekko zdezorientowana, ale chłopak ponaglał ją szeptem już zza drzwi wejściowych. Włożyła obuwie, śmiejąc się sama do siebie z własnego ubioru – smukłe, opalone nogi, krótkie spodenki do spania i lekki t-shirt, włosy w totalnym nieładzie, a do tego ciężkie, czarne i ubłocone gumowce. Na wschodzie niebo robiło się już bardziej różowe, mimo to na podwórku panował półmrok. Widziała oddalającą się sylwetkę Adama, która w końcu zniknęła w cieniu czereśni. Odnalazła go na progu obory. - Skąd wiedziałeś, że nie będzie mi zimno? – spytała z wyrzutem stając naprzeciw - Nie ma rosy, niedługo będzie padać. – odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. - Czas na pierwszą lekcję. – otworzył bramę na oścież i zapalił światło. Zwierzęta, jeszcze zaspane, lekko się ożywiły. – Jeszcze nie czas na śniadanie, śpijcie. - Zwrócił się do dwóch świń i gromadki kóz po lewej stronie. Sam skierował się na prawo, gdzie poklepał kilka na wpół śpiących krów, a zatrzymał się przy jednej która od razu zaczęła lizać go po rękach. – Tak, dzisiaj twoja kolej, Klaro. – zwrócił się do zwierzęcia i drapał je po grzbiecie i karku. Drugą ręką przywołał Helenę – pozwolisz, że pouczę Helę jak się z wami obchodzić? – krowa fuknęła i obwąchała wyciągniętą przez dziewczynę rękę – Dobrze. Zostań tu chwilę, możesz ją głaskać, najbardziej lubi między oczami. – poradził i zniknął gdzieś w schowku przy wejściu. Tego poranka pierwszy raz w życiu wydoiła Klarę, co więcej – podobno miała do tego talent. Mimo najszczerszych chęci, musiała wrócić na parę godzin do łóżka, ciesząc się jednak z tego czasu spędzonego z Adamem.

Przez kolejne dni, ciotka angażowała ją raczej do lżejszej roboty, Helenie nawet zdawało się, że wyszukują jej zajęcia na siłę, jakby nie znali jej możliwości. Nie negowała, że niektóre zadania mogą być za ciężkie, ale równocześnie wiedziała, że chwila nauki i kilka prób dadzą jej więcej umiejętności. Wujostwo mimo wszystko oszczędzało jej najcięższych zajęć, miała też nadal trochę czasu dla siebie. Spędzała go w stajni, obserwując i pielęgnując konie, bo to akurat umiała z poprzednich pobytów w leśniczówce. - Widzę, że nie zapomniałaś jak się to robi. – rzucił Adam przyłapując ją na zakładaniu uprzęży i siodła. - Tak tylko… przypominam sobie… Nie wzięłabym konia bez pytania… - spanikowała, przecież od lat nie jeździła i nie odważyłaby się wsiąść na wierzchowca sama. - Spokojnie, Hela, przecież nie robisz mu krzywdy. – Adam wyglądał na zatroskanego – Chcesz się przejechać? – spytał spontanicznie. - Nie, nie, naprawdę… - zaczęła odpinać kolejne paski, ale brat powstrzymał ją zdecydowanym ruchem. - Ja też potrzebuję przerwy, jest taki upał, że nie da się pracować… A i konie skorzystają, pojedziemy nad rzekę! – zdecydował i wprawnie przygotował konia w boksie obok.

Jechali powoli, dając Helenie czas na odnalezienie wszystkiego w pamięci. Ale jazdy konnej, tak jak tej na rowerze, nie zapomina się łatwo. Po chwili mogli się znów ścigać po lesie. Zakole rzeki jakby się nie zmieniło. Przeźroczysta woda nie wgryzła się bardziej w teren, nie wyrządziła szkód, nie poddała się postępowi cywilizacji. - Nadal można pić. – poinformował ją z dumą Adam i zaczął powoli ochlapywać konia. Dopiero, gdy schłodzili zwierzęta, sami zdecydowali się skoczyć, jak za dawnych lat.

Gdy stali na brzegu i każde zrzucało swoje ubranie, w głowie Heleny pojawiła się ta maleńka myśl. Pierwszy raz, świadome wyładowanie elektryczne, przesył, od którego wszystko się zaczęło. Który powoli zakażał później każdą kolejną komórkę, kroplą drążył w krwi, aż wypełnił ją całą przemożnym pragnieniem. Ale tamtego popołudnia, była to tylko iskra. Bo mimo, że stojący naprzeciw niej mężczyzna, to rodzina, bliska rodzina, brat cioteczny. Bo pomimo, wspólnego dzieciństwa i tak innej teraźniejszości. Przez ten ułamek sekundy poczuła mrowienie podniecenia w swoim podbrzuszu, na widok umięśnionej klatki piersiowej Adama. Zgasiła tę myśl. Schowała głęboko, tak, by nikt – a szczególnie ona – nigdy więcej jej nie odnalazł.

Na trzy-cztery wskoczyli do wody. Helena poczuła nagłą zmianę temperatury i efektu ciążenia. Zapadała się w wodę, swobodnie, nie ograniczając grawitacji, nie próbowała się ruszyć. Czuła nagły paraliż. Przez chwilę myślała, że po prostu się temu podda, opadnie na dno i już tam zostanie, na zawsze. Zdziwiona, że już jej to nie przerażało, postanowiła jednak spróbować. Ale coś ograniczało jej ruchy, coś zablokowało wszystkie możliwości ewakuacji. I wtedy poczuła silny uścisk. Duże dłonie chwyciły ją pod ramionami, pociągnęły ku górze, wyłowiły. Zamknęła oczy.

- Hela, Hela! – szarpał jej ramiona – Dziewczyno, obudź się! – widziała jego przerażoną twarz, czuła jak drży. Zaczęła kaszleć. - Na Boga, kobieto! – pomógł jej usiąść i klepał po plecach – Co się stało?! Zabrać cię do lekarza?! – gwałtownie pokręciła głową, mogąc już spokojnie nabrać powietrza. - nie… już ok. - Jesteś pewna? To nie problem, gość mieszka pół kilometra stąd, bylibyśmy w 5 minut! – brat nadal zdenerwowany wstał i krążył wokół niej. - Nie, to nic, nawet się nie zachłysnęłam… Po prostu… Nie mogłam oddychać… - wyjaśniła - …to z szoku… - dodała po chwili, choć sama nie była pewna, czy to właśnie było przyczyną całej sytuacji. - …muszę tylko chwilę posiedzieć… Adam usiadł obok, uważnie się jej przyglądając. - Zabawne. – zaczął po chwili – Wiesz, że z nikim innym nigdy tu nie przychodziłem? - A z Magdą? – spytała i od razu ugryzła się w język. Chłopak uśmiechnął się pod nosem. - Nawet z nią. Czasem sam. Tam wyżej, przy jej gospodarce, jest lepsze zejście dla koni. A tutaj tylko dla relaksu… - pomyślała, że może to jest okazja, by jednak pociągnąć temat. Bez zastanowienia wypaliła z kolejnym pytaniem. - Tęsknisz za nią? – przecież technicznie rzecz biorąc, byli dla siebie obcymi ludźmi. Kuzynostwem. Bratem i siostrą, ale nie widzieli się tyle lat. Nawet bliskim znajomym nie zadawała takich pytań. Adam nie wyglądał jednak na poirytowanego. - Tak. – odparł krótko. - Macie kontakt? – drążyła - Czasami się odzywa, jeśli odwiedza rodziców, zawsze wpada do Leśniczówki. Gadają z mamą. Mnie rzadko można tam zastać, wiesz sama… A Ty? – spytał zmieniając temat – Nie tęsknisz za tym swoim…? - w odpowiedzi pokiwała bez przekonania głową. – Dobrze cię traktuje? – uśmiechnęła się rozmarzona – To dobrze. To ważne. Spędzi tam jeszcze kilkanaście minut w milczeniu, każde zagłębione w swoich myślach. Potem Adam musiał wracać do pracy. Helena nie wiedziała, że cały wypad nad rzekę był z jego strony okupiony pominięciem obiadu i kolejną godziną urwaną ze snu.

Helena miewała sny. Często bezosobowe, delikatne,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych