...i wtedy...
O dwóch skrajnościach
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
…i wtedy ją zobaczyłem. To zdanie musiało się pojawić. To było jasne od samego początku. To było jasne nawet przed tym, zanim ją zobaczyłem, a nawet wymarzyłem sobie, że ją zobaczę. Zdanie to jest celowym zabiegiem stylistycznym, które zaskakuje, zmienia zwrot wektora akcji na przeciwny, wzbudza ciekawość. Istnieje jedyne zdanie na świecie, które wywołuje dokładnie te reakcje. Żadnej mniej, żadnej więcej. Zdanie proste i banalne. Zdanie, które przeczytacie w swoim życiu jeszcze milion razy. Właśnie dlatego, że istnieje takie tylko jedno. …i wtedy ją zobaczyłem. Zanim to nastąpiło, musiałem używać wyobraźni. Pisać chciałem od liceum. Ciągle coś notowałem, każdą nudną lekcję przeznaczałem na bazgranie na tyłach zeszytów przedmiotowych. Wiele razy mi się za to oberwało, jakiś nauczyciel zebrał prace domową, przeczytał opowiadanie na swój temat, w którym ujawniałem jakąś brudną, bądź tragiczną historię z jego przeszłości i… tak oto miałem przechlapane u większości belfrów. Nie muszę chyba dodawać, że wyobraźnia mnie czasami ponosiła. Później stałem się bardziej ostrożny, przeniosłem notatki do specjalnego brulionu na spirali, który nosiłem ze sobą wszędzie. Kiedyś, w jakimś teście do FCE przeczytałem, że pisarze, kiedy kładą się spać, na stoliku nocnym układają oprócz szklanki wody, jeszcze ołówek i kartkę papieru. Na wypadek jakiegoś niespodziewanie ciekawego, wyraźnego i inspirującego snu. Stolika nie miałem, trzymałem więc cały ten majdan pod łóżkiem, zawierając pakt z potworem, który mieszkał tam od mojego dzieciństwa. Czytałem, że J.K. Rowling pierwsze charakterystyki Harry’ego zapisywała na serwetkach barowych. Pisałem więc na serwetkach barowych, biletach kolejowych, ulotkach wręczanych mi przy przejściach dla pieszych. Na słowo „pisarz” moja wyobraźnia reagowała wyświetleniem zdjęcia Neila Gaimana z tylnej okładki „Amerykańskich Bogów”: włosy w chaotycznym porządku, ręce w kieszeniach czarnego płaszcza, spojrzenie wyrażające pewność, że widzi więcej niż reszta społeczeństwa, której cechy można było określić trzema epitetami (stawiałem na „masowe”, „szare”, „codzienne”). Wykonywaliście kiedyś jakieś gesty intuicyjnie? Czuliście, że mają wyglądać tak, a nie inaczej? Wzór po rodzicach, obserwacje ludzi, na pewno to znacie. Cóż… Włosy przeczesywałem palcami. Nosiłem czarny płaszcz. Od zawsze kojarzyłem sobie kogoś, kto tworzy historie i opowieści z takim właśnie imidżem. Z którym z resztą czułem się idealnie. No, dobrze. Miałem jeszcze żółty szalik. Czysta strategia. Wiedziałem, że ostatnią rzeczą, która pasuje do czarnego płaszcza jest szalik w kolorze kanarka mojej ciotki i połączeniem tym na pewno wywołam uśmiech na twarzach ludzi. Miałem rację. Przyglądałem się im bardzo uważnie. Często jeździłem autobusem, tramwajem, metrem, mimo że miałem i prawo jazdy i samochód, co rzadko zdarza się wśród studentów. Lubiłem wybierać kogoś z otoczenia, przyglądać się, obserwować, szukać szczegółów, po czym dorabiać do postaci historię. Wierzyłem, że te szczegóły mówią wiele. To czy, ktoś ma w uszach słuchawki, czy ktoś czyta książkę (i jaką!), jakie kto ma buty, czy są mniej, czy bardziej brudne, wszystko to, opowiedziało mi historię Dziewczyny z Jogurtem, Weterana Bitwy o Plac Zabaw i Plac Kościuszki, a także Sześciolatki - Przyszłej Żony Ostatniego Romantyka. Który zginie z miłości do niej, oczywiście. Werter w stylu science - fiction. Dobijało mnie jednak to, że nigdy nie dowiem się, czy miałem rację. Chociaż w jakimś małym ułamku. Kiedy więc doszło do wyboru studiów popełniłem akt masochizmu i poszedłem na dziennikarstwo. - Po co? Dlaczego dziennikarstwo? Samobójca? – zapytał znany redaktor, mój obecny wykładowca. - Samobójca – potwierdziłem. - Nie możesz się powstrzymać? - Nie. Chyba jestem wampirem, panie redaktorze. I potrzebuję krwi. - Sęp? - Nie padliny. Krwi. Będę gryźć ludzi, wysysać z nich ich historie, opisywać i… Tym sposobem czynić ich nieśmiertelnymi. Przyjęli mnie od razu. Tym bardziej, że bardzo kwieciście wyraziłem swoje zdanie, którego z resztą nie miałem, na temat wojsk amerykańskich w Iraku i wyłożyłem moją wersję prawdziwej genezy i skutków afery Wildsteina. Przyozdabianie płytkiej jak kałuża wiedzy w pewność siebie i zdania rozwinięte, wielokrotnie złożone zawsze mi się przydawało. Szczególnie w wypadku, kiedy byłem wyrywany z pisarskiego transu do odpowiedzi i nie bardzo wiedziałem, co się dzieje na lekcji. Jedno spojrzenie na tablicę, drugie do zeszytu kumpla obok, trzecie na profesora, jego twarz, minę… szczegóły… Redaktor od tamtego czasu zawsze zwracał się do mnie per „Nosferatu”. Albo „Vesper”. Zależy czy w danej chwili był konserwatystą, czy reformatorem. Kiedy zacząłem praktykę i parę razy wysłano mnie w teren, żeby porozmawiać z ludźmi zorientowałem się, że nie do końca o to mi chodziło. Często nie było czasu na dokładną obserwację i wymyślenie historii. Nawet jeśli powstał jej zarys, nie zdążyłem dorysować szczegółów, tych, które zawsze mnie tak fascynowały. Tych, bez których nic nie mogło powstać i nie mogło istnieć. To było bez sensu. Dziennikarz w pracy musi być szybki. Czasami nie może myśleć, może za to działać. Instynktownie, co prawda, ale instynkt dziennikarski jest potężną bronią. Wróciłem do punktu wyjścia. Włóczyłem się wieczorami po mieście, siadałem na ławce i przyglądałem się ludziom, których historii nigdy nie poznam, za to mogę ja tworzyć bez ograniczeń. Kochałem to, co w prostych, ludzkich i codziennych sprawach czyniło ze mnie inwalidę. Na przykład nowe znajomości. Związki. Każda nowo poznana dziewczyna miała u mnie swoją opowieść. Może właśnie dlatego w dwóch zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Później okazywało się, że świat jest bardziej pozytywistyczny niż romantyczny, aura mojej opowieści rozwiewała się, dziewczyna stawała się najzwyklejszą dziewczyną na świecie. I byłem zawiedziony. Wiem, jestem wymagający. Szukam Łowczyni, Ligii, Hii, Oblubienicy Przyjaciółki, Beatrycze, Izoldy, Trinity… tymczasem świat wypełniają Anny Kareniny. To też mnie dobija. Czekałem więc na opowieść, o którą będę mógł zapytać. Zaraz po tym, jak ją wymyślę. Pamiętam, że zgubiłem wtedy bilet miesięczny. To znaczy byłem pewny, że zostawiłem go nieopatrznie w mieszkaniu, co, jak się później okazało, było przekonaniem błędnym. Bilet cały czas spokojnie spoczywał między rachunkiem ze spożywczaka, a rachunkiem z empiku. Do dzisiaj nie wiem, po co pcham te wszystkie świstki do portfela i pewnie nigdy się nie dowiem. Ta informacja zapewne leży gdzieś w mojej podświadomości i nie ujrzałaby światła dziennego nawet po sesji na najlepszej kozetce psychologicznej w kraju. Niektóre rachunki były zapisane moimi drobnymi literkami, które tworzyły Kogoś. Panią z kolejki stojącą dwie osoby przede mną, kasjera… Dobrze. Możliwe, że coś wskórałby kozetka psychiatryczna. Jak już pisałem, bilet miesięczny na kilka chwil stracił swoja matryce w Matrixie i musiałem sobie jakoś z tym poradzić. Miałem wolny wieczór. Nie miałem za to ochoty na puste mieszkanie, film i zakończenie dnia batalią z własnymi myślami. Wróć. Nie miałem ochoty zakończyć dnia porankiem przy podwójnym espresso i batalią z własnymi myślami. Toteż zdecydowałem się na godzinny spacer do domu. Słoneczko już kładło się spać, w powietrzu pachniało wiosną, od rana resztki śniegu zdążyły już stopnieć. Szedłem przez miasto z rękami w kieszeniach rozpiętego płaszcza i szalikiem niedbale przewieszonym przez szyję. Rano jeszcze było zimno. Zbliżałem się powoli do końca mostu. Postanowiłem wyłączyć odtwarzacz i zwinąć słuchawki. W końcu są też inne dźwięki na świecie, niczym nie ustępujące Tori Amos. Podszedłem do barierki, żeby mieć na czym oprzeć plecak. Zawsze to trudniej ukraść coś spomiędzy dwóch ton gazet, książek i swetra, nawet jeśli wszystkie te rzeczy znajdują się na plecach ofiary… …i wtedy ją zobaczyłem. Siedziała do mnie bokiem. Skulona, z twarzą ukrytą w ramionach i nogami pod brodą. Patrzyła na zimowo zaspaną jeszcze rzekę. Krótsze, przycieniowane przez fryzjera włosy barwy gorzkiej czekolady wchodziły jej do oczu. Reszta spływała aż za łopatki posłusznym i gładkim spadem, jakby przed dwoma godzinami potraktowała je sowicie prostownicą. Miała na sobie ciemnozielony polarowy bezrękawnik spod którego wychodziły długie i szerokie rękawy czarnego swetra. Też miała szalik. Składało się na niego tysiące różnokolorowych paseczków. Buty na grubej podeszwie. Do tego najzwyklejsze dżinsy na świecie. Cała byłaby zwykła, gdyby nie jeden szczegół. Przy jej prawym boku leżał spokojnie żonkil. Tak żółty i uśmiechnięty, jak tylko mogą być żonkile. Zastój. Wszystkie funkcje mojego ciała oddały energię do mózgu. Albo tego, co z niego zostało. Młoda studentka biologii z 2096 roku, kiedy kwiatom wszczepiono… wróć. Elfka, która potrafi przelać w kwiaty niektóre uczucia po to, żeby je na chwilę odrzu… wróć. Tak, Która Czeka. Co wieczór siada tutaj, czeka na kogoś nieszczęśliwego i… wróć. Nie wiedziałem naprawdę skąd w głowie wzięły mi się te wszystkie banały, w dodatku banały fantastyczne. Nie wiem dlaczego od razu skojarzyła mi się z czymś nadprzyrodzonym, paranormalnym, dlaczego w głowie tłukły mi się przybysze z przeszłości, którzy przyjechali na wycieczkę po żonkila i z powrotem, ewentualnie z żonkilem, żeby złożyć go w epicentrum przyszłej katastrofy, w która spowoduje…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lothien
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…