Iluzja
Napisane ladny kawalek czasu temu, ale sadze, ze mimo wszystko warte publikacji... Zreszta, to juz Wy ocenicie sami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bo przecież o śmierci żaden człowiek nie wie, czy czasem nie jest dla nas największym ze wszystkich dobrem[...]. Platon
Dłonie miała złożone, trzymała je tak odkąd tutaj weszła i usiadła. Ściśnięte mocno, aż do białości knykci, oparte na podołku, jak u mocno zdepresjowanej rehabilitantki sanatorium odnowy zdrowia psychicznego. Wyraz strachu i zdenerwowania na jej twarzy nie ustępował miejsca żadnemu z innych uczuć. Tak już od dobrych piętnastu minut. Wielkość przerażenia, jakie dostrzegał pośród krętych zagłębień skórnych zmarszczek, zdawała się przerastać pojmowanie każdego człowieka. Nawet jego, chociaż widział już wiele – bardzo wiele, jak na ten wiek. Kiedy się poruszała, choćby lekko i niemal niedostrzegalnie, torebka na jej ramieniu zaczynała się leciutko kołysać, niby obmywana przybrzeżną falą delikatna łódka. Oprócz nieznacznego ruchu jej ramion i głowy, praktycznie nie dawała innych oznak życia lub tego, że cokolwiek z otaczającej ją rzeczywistości w ogóle zostaje odbierane przez jej zmysły. Dziwność z jaką ta starsza kobieta poruszała swymi zielononiebieskimi oczyma zdawała się docierać do jego świadomości w najbardziej wyostrzony sposób. W psychice pozostawała po niej największa czarna dziura. Bał się przyznać nawet przed samym sobą, że przed takimi pustymi spojrzeniami zawsze odczuwał największy strach. Nie przed tymi wwiercającymi się w twe myśli i zdającymi w nich czytać, ani nie przed nieokreślonym błyskiem, który zdawał się nie być wcale żadnym refleksem światła w źrenicy. Pustka. Czerń inercji i brud otchłannej niezgłębionej przestrzeni. Tego się obawiał w ludzkim spojrzeniu. Bo... Bo nigdy nie był w stanie wyczytać z tego ciężkiego bezwładu niczego więcej prócz swych własnych koszmarów. Jak potwory z dzieciństwa. Tak samo nadchodzi strach. Cichutko i niezauważalnie. Z mroku słonych łez drapiących i piekących oczy pod powiekami zaraz po przebudzeniu ze złego snu. Dobrze, że chociaż czasami odchodzi. Kobieta nadal się nie odzywała. Ale dostrzegł przynajmniej lekki gest, zafalowanie splecionych nerwicą dłoni o bladej skórze. Naciągniętej jakby na kości pożółkłych rąk spreparowanego ludzkiego szkieletu ze szkolnej sali biologicznej. Nie miał zamiaru poganiać jej, aby powiedziała cokolwiek. Wiedział, że to już za chwilę... może dwie. Zaraz się odezwie, wyrzuci z siebie pierwsze kilka słów, nawet nie zdając sobie całkowicie z tego sprawy. Zrobi to niemal automatycznie, jakby ktoś, gdzieś daleko nacisnął na pilocie zdalnego sterowania, podłączonym do jej pnia nerwowego, przycisk MÓW. Dopiero potem, po kilku chwilach, zacznie wypowiadać się bardziej logicznie i tworzyć chronologię. Wiedział, że to się musi stać ponieważ w innym przypadku ta kobieta nie siedziałaby w jego gabinecie. Jej ręce nadal spoczywały nieruchomo na podołku niczym u małej wystraszonej sytuacją dziewczynki, która nie wie, co ma teraz zrobić ani po co się tutaj znalazła. Jednak zmarszczki na czole nieco się przerzedziły, co według Marka zwiastowało dobry początek. Musiała zacząć mówić. Marek chciał tego już nawet nie z powodów czysto zawodowych, ale pragnął dowiedzieć się, co mogło wywołać taki stan psychofizyczny tej kobiety. To wręcz musiała być ciekawa historia. Myślał nie profesjonalnie, ale kogo obchodzi zawodowstwo w takich momentach. Był zdecydowany jej pomóc nawet gdyby nie była co do tego całkowicie pewna, ale koniecznie chciał usłyszeć, co ma do powiedzenia. To mogło mieć duże znaczenie w późniejszej terapii. Mniejsza z tym... niech mówi. Czekał na to już dostatecznie długo, dostatecznie długo pracował też w swojej profesji, aby wiedzieć, że jeśli zrobi jakikolwiek zły krok, wszystko legnie w gruzach. Brał pod uwagę nawet to, że ona mu zaufała; zgłosiła się akurat do niego, a nie do pozostałej setki terapeutów w mieście. Pewnie pokładała w jego postępowaniu jakieś nadzieje. Zresztą on sam również, bez tego nie byłby w stanie pracować. Poruszyła się nieznacznie (jak za każdym poprzednim razem) na fotelu, który przysunął jej przed biurko. Nie chciała się położyć na szezlągu w głębi pokoju – „to dla mnie zbyt krępujące”, powiedziała. Granice skromności świadczyły, w jaki sposób była wychowywana. Torebka zawieszona na wątłym ramieniu znowu zakołysała się spokojnie. Jakaś lakierowana imitacja skóry. A może to Cerruti za kilka tysięcy. Podniosła wzrok na Marka, spoglądając mu prosto w oczy. Zauważył, jak powoli zaczyna gnieść rąbek swojego mankietu. Był pewien, że zaraz się otworzy, zacznie mówić. I zaczęła. Czy jest pan w stanie mi pomóc? – spytała. Pytanie zszokowało go. Nie była w stanie wypowiedzieć nic aż do tego momentu, a kiedy już się zdecydowała, zaczęła całkiem inaczej niżby się tego spodziewał. Czy jest jej w stanie pomóc? Tak – odparł krótko – jestem w stanie. Niech mi pani zaufa... – przerwał na chwilę, bo poczuł się głupio z tymi słowami. Zaufaniem tacy ludzie mogli darzyć najbliższych, a jeżeli tych im brakowało, to może jakieś zwierzątka, ale nie psychoterapeutów. Musiał przynajmniej próbować. – Przynajmniej na tyle, na ile pani może. Zgoda? Próbował zainicjować przyjazny stosunek. Postaram się. – powiedziała oschle. Marek nie odniósł jednak wrażenia, że chce być niemiła czy zgryźliwa. Wyczuwał raczej niepewność. I wydawało mu się, że dzisiejszego dnia przeczucia nie miały go mylić. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ta kobieta nawet mu się nie przedstawiła. Po prostu weszła tutaj, uprzednio zapukawszy, pytając czy to gabinet doktora Wilagowskiego. Kiedy potwierdził, powiedziała, że jest umówiona przez ich wspólnego przyjaciela Krzysztofa. Wtedy pozwolił jej usiąść na szezlągu, a ona z nadzwyczajną skromnością odpowiedziała, iż wolałaby siedzieć naprzeciw niego jeśli to nie sprawi kłopotu. Nie sprawiło. Podsunął jej fotel stojący po prawej stronie od drzwi gabinetu. Dokładnie od chwili, w której usiadła, składając dłonie i trzymając je w bezruchu aż do teraz, mówił tylko on. Nie przypuszczał, że tak będzie wyglądała ta wizyta. Krzysztof poinformował go jedynie (zresztą i to przez telefon), że jutro przyjdzie do niego o piętnastej kobieta w podeszłym wieku i że choćby nie wiadomo co, on musi ją przyjąć. Na pewno tego nie pożałuje. Na tym skończył natychmiast się rozłączając, jakby nie tolerował odmowy albo nie chciał słyszeć dłuższych wyjaśnień o harmonogramie wizytacji Marka. I oto była. Siedziała po drugiej stronie wiśniowego blatu jego biurka, jakby oddzielona kilometrami zamglonej przestrzeni, przez której gęste otchłanie nie był w stanie przedrzeć się żaden głos. Teraz mgły przerzedziły się. Nie na tyle, na ile by tego chciał, ale zawsze to coś. Pierwszy raz do głowy przyszła Markowi myśl, co ona chce mu opowiedzieć. Historię swego załamanego życia, które wydawało się koszmarem przez obrzydliwie bogatego męża za często zaglądającego do szklanki albo do wytwornych burdeli; może dziki romans, z powodu którego czuła teraz wyrzuty sumienia i za wszelką cenę chciała się ich pozbyć; krwawą opowiastkę o tym, jak potrąciła w nocy autostopowicza swym nowym mercedesem, zostawiając go konającego na drodze i odjeżdżając ze sporym wgnieceniem na kratce. Wzrok miała skupiony na Marku. Czekała na odpowiedni moment, gdy będzie już mogła mówić nie wywołując u niego odrazy. Musiała przyzwyczaić go do koszmaru z jakim tutaj przyszła. Jej milczenie miało temu służyć. Ponieważ wydawało mu się dziwne i niespotykane. To, co miała mu do powiedzenia było zdecydowanie bardziej niespotykane niż zwyczajna małomówność. Bardziej niespotykane niż katastrofy lotnicze z udziałem rowerzystów. To, czego miała się pozbyć. Jeden jedyny raz uśmiechnęła się bardzo nieznacznie, na to było ją jeszcze stać, i tylko na to. Umarł we śnie. – powiedziała w końcu. – Odszedł w ciszy, kiedy nic mu jej nie zakłócało. Nic nie było w stanie zmącić tych chwil, w których postanowił mnie zostawić. Bo wie pan, ja sądzę, że on zrobił to świadomie... Marek nie wiedział, o czym mówi ta kobieta. Ale domyślał się o kim. Pewnie miała na myśli swego męża; zmarłego męża. Jednak to, co powiedziała wydało się mu nieco dziwne; prawdę mówiąc, to nie był chętny do tego, aby wysłuchiwać poronionych historii podstarzałych wdów, o tym jak kontaktują się ze swoimi... Niech pan przestanie się tak zastanawiać nad tym, co chciałam przez to powiedzieć – odparła przeszywająco się w niego wpatrując. Czuł na sobie jej ciężkie niczym ołowiana kula, spojrzenie. – Niedługo dowie się pan wszystkiego i raczej nie sądzę, żeby ta historia stawała się bardziej zrozumiała z każdą minutą mojego opowiadania. Powiedzmy, że stopień zrozumienia nie jest wymierny do czasu jego trwania. Jednak mam szczerą nadzieję, że ta... – przerwała i zastanowiła się przez moment. Ścisnęła jeszcze mocniej trzymaną w garści spódnicę. – powiedzmy „terapia”, odniesie pożądane skutki. Jakie są według mnie pożądane, to powinien pan wiedzieć najlepiej. – Ale on nie wiedział, przecież, do cholery pojawiła się tutaj niemal niespodziewanie, jedynie z tajemniczo brzmiącym uprzedzeniem ich wspólnego przyjaciela. I co to dawało? Dalej nie wiedział, czy chce zapomnieć o tym, co się przytrafiło jej mężowi, czy może do niego dołączyć – gdzieś tam. Tak mistycznie wypowiedziała myśl, że on zrobił to świadomie. Czy można umierać nieświadomie – przemknęło mu przez myśli pytanie. Czy można przyjmować nieznajomą pacjentkę, która najprawdopodobniej powinna trafić na leczenie do psychiatry, a nie do ciebie, odezwał się sarkastyczny głos. Posłucha. Dowie się przynajmniej, co dręczy tą kobietę tak bardzo, że musiała zdecydować się na wizytę akurat u niego. Nie był najtańszy. Ona nie była najbiedniejsza. Był najlepszy. Ona była załamana. Dobrze, że tu trafiła, uśmiechnął się w duszy. Nawet nie był świadom, że nieznaczne poruszenie ust ujawniło się również na jego twarzy. Czy spotkał pan kiedykolwiek kogoś, kto powiedział coś podobnego do mnie? – spytała. Ma pani na myśli, czy kogoś takiego leczyłem? Jestem raczej uczciwym człowiekiem, nie myślę o tym, aby naciągać mych, powiedzmy, klientów na duże sumy... Pomińmy te wywody... – przerwała brutalnie. A więc, pomijając te wywody – ton był wyszydzający - to: nie. Nie miałem wcześniej kogoś, kto zgłosił się do nie z takiego powodu. Chociaż jeszcze do końca nie znam pani historii, nieprawdaż? Przepraszam. – tym razem te słowa zabrzmiały najbardziej sucho, jak tylko mogły w ustach starej owdowiałej damy. – chcę być pewna, że zawczasu nie uzna mnie pan za szaloną. Tego nie musi się pani obawiać. Ja nie przyjmuję takich kryteriów. Proszę mi wierzyć, że nie spotkałem się jeszcze w swojej karierze z kimś obłąkanym. – Kłamał. Łgał, jak pies, żeby tylko usłyszeć, co ma do powiedzenia; i żeby nie stracić szansy wysokiego przelewu na jego konto. Jestem człowiekiem, powiedział sobie, tylko człowiekiem. Więc myślę, że mogę zacząć. Jak najbardziej. Mieszkaliśmy w niedużym dworku w jednej z niewielkich miejscowości na Wielkopolsce. Mniejsza o to, gdzie, takie fakty nie grają tu zbytniej roli. Marek już niemal otworzył usta w geście protestu, jednak postanowił dać szansę tej kobiecie decydowania o przebiegu opowiadanej przez nią historii. Jeżeli coś nie będzie wystarczająco zrozumiałe, domyśli się reszty, nie powinno być trudno. Jestem psychoterapeutą, czy nie? Była mroźna zima, bardzo mroźna, jak na te okolice, chociaż właściwie... Śnieg zalegał wszędzie, nawet trudno było się gdziekolwiek ruszyć. Na tyle trudno, że zostaliśmy uwięzieni. Dobrze, że mieliśmy jakieś zapasy, bez tego byłoby jeszcze trudniej. Siedzieliśmy z moim mężem w tej lodowej fortecy, niezdolni do jakiegokolwiek kontaktu ze światem. Telefonu nie mieliśmy – dodała szybko na usprawiedliwienie. – uznaliśmy kiedyś zgodnie, że nie jest nam potrzebny kolejny diabelski wynalazek ludzkości. Teraz zdaję sobie sprawę, jak wielki popełniliśmy błąd. Nie byłam przez to w stanie wezwać na czas pomocy. Jednak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil semakiel
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…