Wróć do katalogu

Inna przyszłość

To mo ja wizja przyszłości... czyli faceci bez kobiet.

Martha, opublikowano , 21 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Różnokolorowe liście pokryły aleję niczym dywan. W pamięci kołaczą się miłe wspomnienia z wakacji, które już są dawno za mną. Pozostały tylko zdjęcia… Ostatnio nawiedzały mnie same czarne wizje. Nawet sny mówiły mi o czymś, co może wydarzyć się w niedalekiej przyszłości. Coś się wydarzy… coś, co być może nie zależy ode mnie samej, tylko od wielu, wielu ludzi… –Marta!– usłyszałam w oddali osobę nawołującą moje imię. Odwróciłam się. Aha... –cześć…– przywitałam się z Mareczkiem, choć nie tak entuzjastycznie, jak trzeba. –cześć– odpowiedział Marc, uważnie mnie obserwując.– umarł ktoś, czy co?…– zapytał mnie, widząc moją minę. –myślę że nikt– westchnęłam ciężko, jakbym nosiła na szyi kowadło zamiast naszyjnika– po prostu nawiedzają mnie tak czarne wizje… zresztą, szkoda gadać!– przerywałam nagle. –wizje? Daj sobie spokój!– wybuchnął Marc– ubzdurałaś sobie coś, i teraz tej wersji się trzymasz. –tak?!– ja wybuchłam, jak wulkan– a zapomniałeś, jak kiedyś wyśnił mi się atak wampirów na miasto?!– przypomniałam mu – Tym razem będzie jeszcze gorzej. To będzie prawdziwe piekło. –tere- fere– przegadywał się ze mną– a może przejdziemy do innego tematu?– Marc dał mi do zrozumienia, że chce zakończyć tę czarną rozmowę. Prychnęłam, niezadowolona z faktu, że nie ma osoby która może mnie wysłuchać. –myślę że nie ma. A teraz pozwól, że zostawisz mnie w spokoju… nie musiałam dwa razy powtarzać. Marc truchcikiem podbiegł do koleżanki, która miała na sobie nieco zbyt skąpe wdzianko. –wybieg dla modelek?– wycedziłam przez zęby, będąc zmuszona przejść koło ich. Idiota. Dlaczego faceci uganiają się za nic nie wartymi, pustymi laluniami? Dlaczego? W człowieku najważniejsze jest jego wnętrze. I nic więcej. Zanim jednak znikłam im z oczu, cierpko i siarczyście przeklinałam tę panienkę. Oczywiście nie na głos. Mogłabym od niej oberwać, takie panienki zazwyczaj nie znoszą krytyki. A ciekawe, bo jakby Marc ją zbluzgał, siedziałaby cicho jak truś! –mężczyźni. Jakby tak kobiety od was uciekły... jakbyście byli tylko wy… co byście robili, jacy byście byli?– moje usta niespodziewanie wypowiadały myśl świeżo wyprodukowaną w umyśle. Otwieram szerzej oczy, serce zaczyna mi łomotać w klatce piersiowej– coś mi tu nie gra. „Jasny gwint”– przeklinałam lekko– „to COŚ się zbliża, może już jest!”– pomyślałam. Zdesperowana ruszyłam przed siebie, nie patrzyłam na ludzi których potrącałam. Moje oczy nic nie widziały. Serce zatrzymuje się, a moja dusza traciła kontrolę na moim ciałem… oddychałam tak, jakbym miała za chwilę stracić życie. Patrzę przed siebie. TO już jest. stanęłam jak wryta. Przede mną pojawił się portal, który umiejscowił się w zaułku. Przylgnęłam do drzewa, które stało pięć metrów dalej od otworu. przypominało to wielką dziurę, lśniącą niczym diamenty zatopione w rzeczce. Z otworu wymykał się silny zapach jakiejś substancji, której nie znałam. Taka mieszanina, naprawdę nie do określenia… –och… czyżby?– mówiłam sam do siebie…– ale czy to jest możliwe? Odwróciłam się plecami do dziury, chcąc uciec od niej i poradzić się mojego opiekuna. Niestety! Dziura nagle powiększyła się, i wytworzył się potężny wir, który chciał mnie wchłonąć! –mowy nie ma!– pisnęłam, chwytając się pobliskiego drzewa. Nagle niebo się ściemniło. Błyskawice porozcinały chmury, jedna trafiła w dach. A wir z minuty na minuty potężniał. Moje dłonie zaczęły intensywnie krwawić, jakby porozcinało je szkło. „o co do cholery tak naprawdę?…”– nie zakończyłam myśli, gdyż drzewo, którego się trzymałam- pękło, i w efekcie ja i drzewo zawędrowaliśmy do dziury. Przez chwilę doznaję „prania”– wirowałam jak ubranie w automatycznej pralce. Przez moment miałam wrażenie, że jeszcze chwila miotania się w tym portalu, a zwymiotuję obficie. W końcu wypadłam z hukiem na piasek. Drobinki piasku z przyjemnością zawędrowały do moich włosów i ust. Tuż obok mnie wylądowało- jeszcze z większym hukiem– drzewo. Miałam szczęście- dwa metry dalej, i bym została naleśnikiem pod ciężarem drzewa. –uf…– westchnęłam lekko, zadowolona z faktu, że żyję. Ale zaraz potem na moje usta nasunęło się pytanie: GDZIE ja jestem? Wyplułam resztkę piasku, który ugrzązł niewdzięcznie w zębach. I zaczęłam się gapić. Zgadniecie? Na naj, ale to najpiękniejszego faceta pod słońcem! Te oczy, ciemno niebieskie, wściekle blond włosy i niesamowicie wysportowaną sylwetkę. Jego odzienie było, hmm… skąpe! Tylko krótkie bokserki, i koszula, która zwisała mu z ramion. Ale zaraz potem zaczęłam oglądać miejsce, w którym się znalazłam. Pustka- żadnych roślin. Tylko wielkie, wielgachne zabudowania. I jakie pokręcone! Niebo usłane było… lampkami? Na pewno nie były to gwiazdy! A może znajdowałam się w „budynku” w którym znajdowały się kompleks miast? –hej, chłoptasiu!– powiedział do mnie przystojniak. Zamurowało mnie, i zaraz w mojej duszy odrodziła się kobieca duma, niczym feniks z popiołów: –koleś, dlaczego nie nosisz okularów?!– zapytałam go bezczelnie, ukazując mu grymasami twarzy, jaka byłam wzburzona. Niestety, koleś nie skumał– popatrzył się jedynie na mnie jak na Wenusjankę. –hm, okulary to przeżytek!– to mówiąc, machnął ręką, na której znajdowały się jakieś paski.– nie uczyłeś się historii? Używane były przez ludzi pół wieku temu, i jeszcze nie gwarantowały polepszenia wzroku.– wyjaśnił mi. –bardzo przepraszam, ale JA jestem kobietą!– warknęłam. Casanova zgłupiał, i przyjrzał mi się lepiej. A potem bezczelnie dotknął moich wypukłości na klatce piersiowej. Tak się wkurzyłam, że dałam facetowi z liścia w twarz. A potem sama się wystraszyłam, bo facet wylądował jak długi na czymś, co przypominało chodnik. Ale i tego nie byłabym tego pewna! –stój! Policja musi to wyjaśnić!– wrzasnął, kiedy próbowałam uciec. Znikłam za rogiem jakiegoś pokręconego budynku. Biegłam, że aż brakowało mi w płucach życiodajnego tlenu. –sory, koleś ale mnie zgubiłeś!– powiedziałam dobitnie, sama do siebie. No i zostałam sama. Ruszyłam przed siebie, jak wcześniej. Pustka była chyba moim towarzyszem. Nie było nikogo. Kiedy minęłam prawą przecznica, ujrzałam jaskrawe, wręcz oślepiające światło- postanowiłam za nim podążać. „być może umarłam, a to jest droga do nieba?!”- pomyślałam, zanim przekroczyłam próg niby drzwi. Wyszłam po schodach, które okazały się być ruchome. Ale nie były takie ślamazarne jak te w hipermarkecie. Pół sekundy i byłam już na szczycie… pragnień człowieczeństwa. Niesamowite, zmieniające kolory słońce- gwiazdy, które nie mają prawa teraz się pokazywać migały do mnie wesoło. Tam, gdzie się znalazłam prawa fizyczne zostały złamane. Nie było budynków- były tylko jakieś różnokolorowe linki, które zwisały– jaki mi się wydawało– z nieba. Próbowałam oczami dojrzeć koniec tych linek daleko, w górze. Ciekawe po co one zwisały! Nie miałam odwagi ich dotknąć– przede mną stanęła grupa chłopaków, którzy byli niesamowicie przystojni. Annie- moja koleżanka zaśliniłaby się na śmierć widząc ich. Moje serce nie chciało przestać bić. –hej, kolego powiesz nam jak dostać się na aleję… –do jasnej Anieli, ja jestem KOBIETĄ!– wrzasnęłam. Jeden z nich prychnął, ale po dogłębniejszej analizie mojego wyglądu stwierdził, że tak jest. Ku mojemu zdumieniu powiedział zupełnie co innego: –to… zaginione ogniwo. –co?– spytałam, patrząc się na wszystkich w poszukiwaniu odpowiedzi. –co?– powtórzyli za mną, patrząc się na mnie z lekkim respektem. –zaginione ogniwo!– ryknęli wszyscy. I rzucili się za mną w pogoń. Moje nogi zostały jakimś cudem uskrzydlone, bowiem biegłam szybciej niż gepard. –łapcie ją!!– ryczeli jak dzikie zwierzęta w klatce, domagające się jedzenia. Nie mogłam nigdzie się ukryć. Biegłam na oślep, potrącając wszystkich przede mną. Nadzieja znikała wraz z powiększającym się w moim ciele zmęczeniem. W końcu postanowiłam się poddać. Skręciłam w prawo, i się zatrzymałam. Grupa chłopaków już dreptała ku mnie, słyszałam to. Moja akcja serca zwalniała tempa. Teraz wiedziałam, że to koniec… –uch, wy dranie… poddaję…– umilkłam, bo gdy dotknęłam niechcąco linki– krajobraz wraz z chłopakami zamazał się, zawirował. Znowu poczułam się jak w czasie prania w pralce automatycznej. Po paru sekundach zostałam wypluta z wnętrza „pralki” i ku mojemu zdziwieniu znalazłam się w dość normalnym miejscu. Mówiąc: „normalne” miałam na myśli brak różnych dziwactw, które wcześniej widziałam. To miejsce zapewne było tylko zwykłą, amerykańską dzielnicą, być może wróciłam do teraźniejszości, tylko w inne miejsce. Kiedy jednak wyszłam z zaułku, przekonałam się, że nadal jestem w przyszłości. Brakowało kobiet. Sami piękni mężczyźni. Nie przystojni, a piękni. Oczywiście, przyjemnie było się na nich patrzeć, Ale brak kobiet mnie dziwił. Naprawdę, idąc przed siebie, skręcając byle gdzie– nigdzie nie spotkałam przedstawicielki płci pięknej. Rządziło piękno facetów. Bilboardy były podporządkowane jedynie facetom. Dziwne, to było, zapewniam. Spojrzałam w niebo. Ku mojemu zaskoczeniu skąd nikąd pojawił olbrzymi „telewizor” i tłusta, uśmiechnięta twarz. –dziękuje za wybranie mnie na ministra podzielonej granicy!– podziękował minister basowym głosem. Kiedy zaczął gadać, o mały włos się nie przewróciłam. –jesteśmy silni, zdecydowani, przystojni i żadna kobieta nie zbałamuci nas, jak kiedyś to robiła! Precz z płcią żeńską!- krzyknął, nie dbając o bębenki swoich wyborców. Zatkałam sobie uszy moimi dłońmi, choć tak naprawdę tego głupca nic by nie uciszyło. Przez całe pięć minut darł się, jacy mężczyźni są wspaniali, a kobiety, takie głupie. –same geje!– prychnęłam, nie zdając sobie sprawy, że ktoś mnie słyszy. –co, zacofańcu!– zaczepił mnie jakiś chłopak, który stał, oparty o mur– homoseksualizm znikł bardzo dawno temu! Szkolnictwo powinno też, do jasnej cholery, uczyć takie włóczęgi jak ty! Dlaczego nie jesteś w podziemiach? I jakim cudem jesteś na powierzchni?! Faceci, którzy nie umieją sobie radzić w życiu, albo są tumanami, tak jak ty, powinni żyć w odizolowaniu! –ach tak? a jaj myślę, że jesteś tak mądry, jak mój but od lewej nogi…– przygadałam mu, nie mogąc znieść tej zniewagi. Włóczęga! Tuman! Co on sobie wyobraża! Koleś sypnął na mnie jakimś niezrozumiałym słowem, które, być może było przekleństwem. I nagle zza rogu muru o który był oparty koleżka, wyskoczyła jakaś banda. Była na latających skuterach- tak te pojazdy wyglądały. W dłoniach coś w rodzaju biczów.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych