Wróć do katalogu

Inna przyszłość- część V

bohaterka staje się agentką, i musi stawić czoła krwiożerczym cyborgom i androidem. co tym razem się stanie?

Martha, opublikowano , 32 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W prawej ścianie pojawił się otwór. Wszedł do niego Victor, Marc i ja na końcu. Było tak potwornie ciemno, i Marc musiał mnie trzymać za rękę jak dziecko. Wcale mnie to nie peszyło. Kiedy w końcu schody skończyły się, jasność wybuchła swą niepohamowaną siłą. Zakryłam oczy, tak mnie raziło. Weszliśmy do pokoju, który chyba był jakąś bazą. Było w nim mnóstwo ludzi i pełno jakichś skomplikowanych urządzeń. –to jest nasza baza. Kontrolujemy stąd naszych wrogów, czy nic na mnie nie zagraża z powierzchni. Jak na razie możemy czuć się swobodnie… w drugim pokoju jest skład wszelakiej broni…– objaśniał nam wszystko Victor, jakby był naszym przewodnikiem.– ach, a tu cię wyszkolimy, Marta. Otworzyłam usta. To przecież las…! –to jest najprawdziwszy las pod słońcem, Marta. Widzę, że jesteś nim zachwycona? –tak! ale jak?… –he, he, to już opowiem innym razem. Na razie dostaniesz broń, nauczysz się nią obsługiwać. A, i dostaniesz specjalnie zaprojektowany kombinezon. Rozglądałam się wokół. Moje uszy pieścił dźwięk wody, oczy zachwycone były widokiem błękitnego nieba, lasu. Tylko zwierząt brak… –Marc, na razie dostanie Twoją broń… zorientujemy się, jaka będzie dla niej odpowiednia.– powiedział doktorek do Marca. –a ja mówię: ma być lekka, i sam zaraz zobaczysz…– odparł Marc. Victor dał mi do ręki broń. Litości! Niemal natychmiast ugięłam się pod ciężarem broni! I coś takiego Marc nosi na plecach?! –a nie mówiłem?– Marc przewrócił oczami– jej potrzebna jest celna broń, a zarazem lekka i zabezpieczona przed samoistnym wybuchem.– ciągnął dalej Marc. –heh… nie za dużo wymagacie?… no dobra… lekka… zabezpieczona…– doktorek wpisywał te słowa w jakieś urządzenie. Do licha, że też połowy urządzeń nie znam! Do lasu wparował malutki robot- z ciekawą bronią. Był to smukły pistolet, który był długości ramienia. Były na nim dwa przyciski. I dlatego wydawało mi się, że jest łatwy w obsłudze. –dobra… to jest jedyna taka broń. Jedyna, dlatego jej nie zgub, Marta. Jest nawet zbyt lekka.– zauważył Victor. Wzięłam broń do ręki, i wycelowałam w drzewo. Nacisnęłam całkiem niechcący czerwony przycisk- i odrzuciło mnie kilka metrów do tyłu! Marc nie mógł powstrzymać śmiechu. A Victor złapał się za głowę… –ona naprawdę nie umie obsługiwać bronią?– rozgoryczył się Victor. –a co, nie widać? Wycelowała w siebie, zamiast w drzewo! –ech!– żachnęłam się– Zaraz w ciebie wypalę!– zdenerwowałam się. –podejdź tu– zawołał mnie.– najpierw musisz opanować tę broń, w przeciwnym wypadku ona ciebie opanuje! Przez dobrą godzinę mordowałam się z bronią. Czerwony przycisk służył jako „odpychacz”- silny napór powietrza powodował odepchnięcie przeciwnika. A potem należało w niego władować promienie. Całe szczęście, że na nacisnęłam zielonego guzika… Kiedy opanowałam funkcję „wymiatania” bronią, jak to określił fajnie Marc, dostałam kombinezon. Giętki, lśniący, wodoodporny, ognioodporny… no i żadna ostra broń nie przetnie mojej skóry. Zalety były, tylko niestety- kombinezon nie chronił głowy. No i moje kobiece krągłości były tak widoczne, jak na dłoni. Marc miał czym oko cieszyć. Kolejnym etapem było strzelanie w cel. W lesie pojawiły się różne określone kształty, w które musiałam strzelać. Szło mi to całkiem nieźle, ale do doskonałości mi brakowało! –musisz jeszcze popracować.– zauważył Marc. Cyborgi- szczególnie te nowsze- są cholernie szybkie. Ani się nie obejrzysz, a już cię kropną. Są nieludzko silne i bezwzględne. I dlatego nie chciałem, byś tę robotę dostała. Ale cóż poradzić…gdzie idziesz?– zdziwił się, widząc, że moje nogi gdzieś mnie prowadzą. –tam jest woda. Chce się napić– oznajmiłam krótko. A woda była czysta i zaspokajała pragnienie po kilku łykach. Spostrzegłam mały wodospad. Pomyślałam, że warto skorzystać z tej sytuacji i umyć włosy, chociażby. Kiedy podeszłam do małego wodospadu, zauważyłam dziwne zachowanie wody. Drżała, jakby się gotowała. Z początku sądziłam, że w tym świecie jest to normalka. Jednak jak zwykle moja intuicja mnie nie zawiodła… –android!– pisnęłam. Był naprawdę sporych rozmiarów. Kilkanaście stóp wysokości. Widok był makabryczny: śrubki, metal, jakieś żelastwo mieszały się z wnętrzem człowieka, i to było widać na kilometr. Zupełnie jakby te całe żelastwo hamowało ludzkie wnętrzności od wyjścia na zewnątrz. –człowiek…– przemówił dziwnym głosem. I rzucił się! musiałam uciekać! Łapy tego potwora złapały mnie za brzuch! Ścisnęły mnie, jakby liczyły, że mój środek wybuchnie i wyjdzie na wierzch… Wycelowałam w niego lufę. –nie żartuj, chcesz mnie tym zabić?…– zachichotał, poczym uderzył mnie tak mocno, że musiałam zderzyć się z pobliskim drzewem. –twoje wnętrzności są dobrze ukryte!! Ale zaraz się do nich dobiorę… –po moim trupie!!– chwiejnie wycelowałam w niego lufę. Nacisnęłam czerwony guzik, i wycelowałam promienie. Nic to nie dawało!! „a gdyby tak nacisnąć dwa naraz?”– pomyślałam. I to zrobiłam! Cyborga odrzuciło na kilkanaście metrów. „broń się zacięła!”– pomyślałam zrozpaczona. Nic nie chciało działać. Katastrofa! Taka lekka i tak beznadziejna!… Znów oberwałam. Oj, niedobrze… Musiałam stąd zmiatać. Obejrzałam się za siebie. Potwór już nie był taki zwinny jak wcześniej. Był poraniony, ale w dalszym ciągu upierał się, bym mnie skonsumować. –dobiorę ci się do skóry… poczekaj nooo…– jak to się mówi: „zaliczył glebę”. Już nie wstał. To chyba nie moja zasługa?… –głuptas– zza drzew doszło do mnie znane mi słowo– jednak ta broń była beznadziejna, trzeba ci szukać lepszej… i ćwiczyć, bo bez kombinezonu to byś nie przeżyła.– mówił to tak, jakby nic mi nie groziło. –i nie mów mi, że się spokojnie na to wszystko patrzyłeś. –do czasu. Ktoś go musiał kropnąć… w każdym bądź razie uważam, że nie nadajesz się na tę robotę. Przyznam, że z początku też dobrze mi nie szło… spiorunowałam go spojrzeniem z zawartą myślą: „następny szowinista!!”. Podskoczyłam, i odwróciłam się. Podpełznął do mnie średnich rozmiarów robot. W ręku coś trzymał. To była broń. –ho! To ci dopiero!– broń była wielka- na szczęście nie wiele cięższa od poprzedniczki. Zawiesiłam ją na ramieniu tak jakby była plecakiem. Żartobliwie wycelowałam w Marca. –hej! Dzieci nie powinny bawić się bronią!– zauważył. –niezbyt różnisz się od reszty szowinistów! Żeby się nie okazało, ze jestem w tym dobra! Marc zarechotał, jakby usłyszał kawał o głupiej blondynce. Złośliwiec… Postanowiłam użyć broni. O dziwo! Nie sprawiało mi żadnych kłopotów, a z lekka rozwaliła z pięć, sześć drzew! Odjazdowe! –hm! Jedna z tych lepszych broni!– Marc dopiero teraz to dostrzegł– pokaż no ją. Broń podałam Marcowi nieufnie, jakbym się obawiała że ją ukradnie. Nic takiego się nie zdarzyło, Marc dobrze ją obejrzał. Nie było mu łatwo ukryć zdumienie, które wpełzło na jego twarz. –a to ci dopiero… lepsza od mojej! Lekka… zabezpieczona!… kurza twarz, może się wymienimy?– zaproponował. –mowy nie ma– zaoponowałam z uśmiechem zwycięzcy– twoja broń jest tak ciężka, że nie mogę jej unieść. –szkoda… no dobra. Kto dał ci tą broń?– spytał, nadal podziwiając broń. –jakiś robot… średnich rozmiarów…– odpowiedziałam, starając sobie przypomnieć detale. Marc jednak od razu się skapnął, kto za tym stoi: –boss… dał ci ją boss. –tak?– ucieszyłam się– fajnie, mam u niego względy.– stwierdziłam z śmiechem. –czuje sentyment za kobietami. Nie jest osamotniony.– rzekł dosyć dziwnym tonem do mnie. –hm? Ale masz mnie?– nie zdążyłam się ugryźć z język. –wiesz… faktycznie… boisz się o konkurencję?– spojrzał na mnie. –o czym ty gadasz? Uśmiechnął się, ale mi nie odpowiedział. Zlekceważył mnie. –hej!!– wrzasnęłam, nie kryjąc gniewu na twarzy.– co to ma znaczyć?!… –nic. Wracamy, bo wzywa nas boss. Chyba za dobrze ci poszło… musiałam rozstać się z lasem, ale obiecałam sobie, że tutaj wrócę. I będę nocować… chwilę później znaleźliśmy w kancelarii naszego bossa. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył. –a więc nasza agentka właściwie jest gotowa?– nie mógł ukryć uśmiechu. –myślę że jestem– odwdzięczyłam się tym samym grymasem ust.– a co, zadanie już jest?– nie hamowałam pytań. Marc nie patrzył się na bossa, tylko na mnie. Dziwiła go moja postawa. A dokładniej– obserwował mnie niczym myśliwy swoją ofiarę. Miałam takie wrażanie, że jego wzrok mnie macał. Paskudne wrażenie… –Marta?– boss zauważył moje rozkojarzenie.– a więc macie iść na powierzchnię i odwrócić uwagę Policji Narodowej. Zróbcie zadymę, cokolwiek! –hm, a dlaczego mamy odwrócić ich uwagę?– boss zachichotał. Marc przysłonił twarz ręką. Gdyby jego palce nie były rozdzielone, nie zobaczyłabym jego zirytowanych oczu. –Marta, nie słuchałaś!– ofuknął mnie– Agenci Podziemi mają wejść do kwatery Policji Narodowej i wykraść procesory… i tak nic z tego nie rozumiesz… –a ja myślałam, że będziemy łapać cyborgi…– w moim głosie zabrzmiała nuta rozczarowania. Tym razem boss wybuchł śmiechem, Marc zaklął pod nosem. –czy Policja Narodowa nie składa się z cyborgów?!– Marc stracił cierpliwość. –ależ Axel jest człowiekiem!– zauważyłam. –jest– wtrącił się boss– ale w niewielkiej części jest robotem. Jego członki ciała są przystosowane do błyskawicznej regeneracji. I tylko tyle w nim robota. –hm…hm…– zaciekawiałam się. –rzeczywiście. Co chwila go bijemy, a on po dniu wygląda tak zdrowo jak ryba. Czasami szlag chce mnie trafić– odezwał się Marc z niezdrową miną, jakby mówił o rybich wnętrznościach w wiaderku. –że niby co? Axel tutaj jest?– nie mogłam powstrzymać podziwu. –a co myślałaś? –ale gdzie on jest? Nasza rozmowa mogła przerodzić się w kłótnie, Marc był już stanowczo na granicy cierpliwości. Na szczęście boss przyprowadził nas do porządku: –przestańcie… i róbcie to, co wam powiedziałem przed chwilą. Do roboty! W ścianie naprzeciw nam pojawiła się winda. Tym razem boss pożegnał nas bez uśmiechu, jego twarz znów stała się taka smutna. Winda ekspresowo wzięła nas w górę. Znów zatonęłam w morzu wspomnień. Zamknęłam oczy i ujrzałam twarze mych koleżanek… kolegów… Obudziłam się po lekkim klepnięciu w plecy. Spojrzałam na mojego partnera. Zupełnie jak w „Archiwum X”. On i ona. Ja i on… –hej, nie śpij, bo cię okradną.– powtórzył znane zdanie. –a dokładnie, partnerze, gdzie mamy iść?– spytałam. Marc zachichotał. –droga partnerko… do centrum miasta.– odparł, kiedy winda się zatrzymała i otworzyła. Wyszliśmy z niej. Ho, ho! –ojej, to jest centrum?…– zaniemówiłam. –jasne. ponoć centrum marzeń. Widzisz tamten przezroczysty budynek?– wskazał mi wielki budynek, w którym było widać wszystkich ludzi w środku. –nasi agenci stoją przed budynkiem. Policja Narodowa jest tak głupia, że nie przypuszcza, że jesteśmy tak blisko… –a jeśli coś pójdzie nie tak?– nagle ukłuła mnie podświadomość. –co ty pleciesz?– ofuknął mnie Marc– jeżeli coś pójdzie nie tak, wina spadnie na nas. My robimy zadymę… o zaczynamy! –co? Marc wystrzelił z broni w stronę centrum handlowego. –rozdzielmy się! strzelaj, głupia!! Cyborgi zaraz tu będą! Strzelaj, gdzie popadnie, nie przejmuj się ludźmi!! Miałam wybór? Strzelałam, gdzie się dało. Po kilku minutach dymu w centrum miasta było tyle, jakby to miasto się paliło. Trochę się bałam… Rozejrzałam się, by powiedzieć: „rany, dwóch ludzi i zrobiło taką zadymę, jakby stu zbójów napadło to miasto!” Nagle coś mnie tknęło, bym strzeliła prosto w malutki budynek. I to zrobiłam… ha! Ten mały budynek nafaszerowany był dynamitem, albo czymś podobnym, eksplodował! A wszelkie cyborgi, które tam były, odleciały na parę metrów. Właśnie, cyborgi. Nagle miasto zaroiło się od istot które pilnowały porządku w tym mieście. –za późno, moi drodzy!– jak nigdy uśmiechnęłam się złowieszczo, i wystrzeliłam w gromadę całkiem pokaźny ładunek zielonych promieni. Nagle zdziwił mnie brak wszelkich mężczyzn- jakby podczas ataku wsiąknęli w glebę. Zaraz potem nastąpił wybuch w budynku Policji Narodowej. Wszelkie cyborgi połapały się, co jest grane. Ruszyły w stronę budynku. Marc stanął naprzeciw tym kupom złomu, i… broń się zacięła?! Próbował strzelić! I nic! Cholera, muszę mu pomóc! Przecież te potwory go zadepczą! Zaczęłam w strzelać z broni w ich kierunku. Dziwię się, że broni nie rozsadziło- ładunek energii był ogromny… Ku mojej uciesze cyborgów było mniej. Ale!… –ty mało gówniaro!…– usłyszałam zza pleców. W porę odskoczyłam. Jakiś facet… spojrzałam na niego z zdenerwowaniem. –ty… cała moja miesięczna praca poszła na marne! Najnowsze cyborgi! Dwoje gówniarzy i tyle zamieszania… –mylisz się, jest nas więcej, Max!– odezwał się nagle Marc. Spostrzegłam, że jego ręka mocno krwawi. –ten Max? Max Hold?!– zareagowałam nieco ostrzej. –tak, to ja. Zerknęłam na niego. Nie wyglądał groźnie; szare włosy związane w mysi ogon, krzaczaste brwi, które zaznaczały dobrze jego gniew, wąskie usta. –hm, te cyborgi są za słabe. Czas, byście się zmierzyli z moim posłusznymi androidami… odwróciłam się. Tuż za Marciem stał android. W dodatku kobieta! Kobieta kulturystka. –zabij ich– rozkazał Max i w jakiś dziwny sposób znikł. Kulturystka uderzyła z całej siły Marca w żebra. I na tym zapewne by nie skończyła, gdyby w nią nie wycelowała promieniami! –hej!!– wrzasnęłam w jej stronę. Ku mojemu zaskoczeniu kulturystka nawet nie poczuła, promienie się od niej odbiły!… –hej!! Ty szmato!– chcąc odwrócić jej uwagę od Marca, postanowiłam ją obrazić. Najwyraźniej obelgi 60 lat wstecz nie działają na androidy, albo ich nie rozumieją. Mniejsza o to, musiałam działać! –słyszysz, boisz się mnie?…– chciałam kontynuować sypanie obelg, jednak ta kulturystka skoczyła z ziemi, i tak ruszyła, jak pociąg ekspresowy! Uderzyła w ścianę zniszczonego budynku. Spojrzała lodowatym wzrokiem na mnie, ruszyła- i tym razem mnie złapała. Bliskie spotkanie z androidem było bardzo bolesne. Nagle pociekło przekleństwo, usłyszałam uderzenie. Marc zaatakował ją bronią! Uderzył ją w pierś, przedziurawił ją! Z wnętrza kulturystki tryskały śrubki, ciekł olej. I do tego te niby błyskawice, które oświetlały twarz Marca. Jego kostium, twarz i włosy straciły kolor, by przybrać, niczym kameleon, nowy kolor błękitu i czerwieni. Android padł martwy. Marc odszedł od niej kilka metrów na własnych nogach, ale szybko upadł. –Marcu!– zatroskałam się nagle. Podbiegłam do niego, ale nagle przylgnęłam do gleby! Android złapał mnie za kostium. Jego prawa ręka zamieniła się w sztylet…! Zamknęłam oczy, nie było mowy o ucieczce!… Jednak nic się nie stało, usłyszałam jedynie syk. Kiedy otworzyłam oczy, prawda mnie przeraziła!… android wbił sztylet w nadgarstek Marca… co oznaczało, że ochronił mój brzuch przed rozcięciem…! Marca cholernie to bolało. Jego twarz ukryta była w cieniu bólu… –ty wredna kupo złomu!…– rzuciłam dodatkowym przekleństwem, którzy faceci używają w stosunku do kobiet o lekkich obyczajach. Zmiażdżyłam wściekle nogą jej twarz, kilka razy ją skopałam. Najgorszy był zakrwawiony sztylet… –sztylet…sztylet zaraz odetnie mi rękę– zatrwożyły mnie jego słowa.– jeśli teraz tego nie zrobisz… android jeszcze żyje… Zdecydowałam się wyjąć ten nóż z jego nadgarstka! Podziwiałam dzielność Marca, że zniósł to bez krzyku. Z budynku Policji Narodowej wybiegli nasi- od razu się ku nam rzucili. –pomóżcie mu!…– pisnęłam, zrozpaczona jego stanem. –ale… co się stało? Padało kilka podobnych pytań, ale do mnie nic nie docierało. Marc był nieprzytomny. Jakby zapadł w letarg… –musicie mu pomóc!– zdenerwowałam się, widząc ich bezczynność. W końcu dwóch gości wzięli go do windy…

Dochodziła północ. Stan Marca był ciężki, ale nie beznadziejny; połamane żebra, przedziurawiony nadgarstek, i inne poturbowania. Nie chciałam go odwiedzać, bo bałam się, że się rozkleję. Nie sądzę, by chciał widzieć moją załzawioną twarz… jeśli byłby przytomny… ale tej

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych