Irys
Historia, która powstała pewnej bezsennej nocy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kolisty czas narodzin i zgonów, odradzająca się przyroda, opadające liście, topniejący śnieg, chłodny wiatr, który wraz z zimnym i suchym powietrzem przynosi pytanie o przyszłość – pętają nieświadomego człowieka więzami nadziei i namiętności. Nieubłagany, nie dający się okiełznać pęd nieustannie i dyskretnie - po cichu, zatacza coraz węższe kręgi. Pory roku, miesiące, tygodnie, ale przede wszystkim chwile powstają na nowo, albo raczej upominają się o własne miejsce w bogatym świecie ludzkich doznań. Czas lubi oglądać się za siebie, przywołując obrazy i skojarzenia. Oddziaływanie świata przyrody na wrośniętego w nią wszystkimi członkami człowieka jest szczególnie silne wiosną i jesienią, wtedy, gdy wszystko ulega wzmożonym zmianom - to tak jakby wraz z przeistoczeniem świata zewnętrznego, ulegał przemianie każdy element świadomości i czucia mrówki, psa i szczególnie - człowieka. Gdy przychodzi wczesna jesień i liście na drzewach powoli zaczynają płonąć przyjmując wszelkie odcienie od zbielałej żółci po szkarłat i brąz to na nowo odżywa w mojej pamięci pewna historia, która w niewielkiej części dotyczy także mnie. A dotyczy dlatego, że byłem nie do końca świadomym jej obserwatorem, a raczej stałem się jej częścią. Miejsce w którym mieszkałem, duża kamienica, z obszernymi balkonami, była położona miedzy dwiema ulicami – jedną, niewielką, osiedlowa i drugą, dwupasmową obwodnicą, na której ruch zamierał jedynie bardzo wczesnym rankiem, albo jak kto woli późną nocą. W kamienicy mieszkali w przeważającej większości ludzie starsi – małżeństwa, które wyprawiły już świat swoje dzieci, ale nie brak było samotnych, skazanych na bezduszną anonimowość, która w większym mieście jest czymś niemal naturalnym. Historia, którą, mam nadzieję, przytoczę jak najbardziej wiernie, dotyczy pewnego starszego pana, i pewnie nie była by mi znana, gdyby nie to, że jego okna wychodziły niemal wprost na moje i byłem mimowolnym, choć nie zawsze, obserwatorem jego codziennej egzystencji. Nie raz dane mi było widzieć jak czyta gazetę, spożywa posiłek czy ogląda telewizor. We wszystkich tych i innych czynnościach, którym oddawał się pan starszy, można było dostrzec pewien ład i zdawało się, że każda z nich miała sens jedynie wtedy gdy odbywała się o określonym czasie – śniadanie jadł koło ósmej, czytając jednocześnie poranną gazetę, potem najczęściej gdzieś wychodził, telewizor oglądał zawsze wieczorem, a jego pierwszym programem był (jak mi się wydaje) serwis informacyjny. Starszy Pan mieszkał sam, to znaczy nie zupełnie sam, bo miał psa, który wabił się Irys. Widziałem, że łączyła ich przyjaźń i rodzaj wzajemnego poszanowania, a muszę dodać, że Irys to pies szczególny, który swoimi gestami, i psim dostojeństwem zdawał się mieć więcej z natury ludzkiej niż psiej, wiem o tym, bo jak się później okazało – trafił pod moją opiekę na kilkanaście miesięcy. Jednak wtedy, gdy znalazł się u mnie nie był to już ten sam pies, wydawało się, jakby oczekiwał jedynie na swoje ostanie dni, jego wygląd także się zmienił, biedak schudł, jego oczy stały się zapadłe, choć dalej lśniące - były smutne. Niemal ciągłe zdawało się, że płacze, mimo że nie uronił ani jednej łzy, spał całymi dniami, aż pewnego ranka, gdy chcąc wyprowadzić go na spacer - potrząsnąłem smyczą, nie poderwał się jak to miał zwyczaju, nie reagował na przywołania. Leżał - tak jak zawsze - na wersalce, ale jego spojrzenie było mętne, a gdy go dotknąłem, ciało miał zimne – zdechł pewnie w nocy ale ja do dziś nie wiem czy z żalu czy ze starości, jeżeli pies może odczuwać żal, to pewnie z żalu. Stało się to prawie rok temu, właśnie jesienią, jednak to nie ta jesień corocznie budzi we mnie wspomnienie minionych wydarzeń. Starszego pana, u którego Irys spędził prawie szesnaście lat, czasem odwiedzała córka i jej dziesięcioletni syn, wtedy zdawał się szczególnie radosny, wcześniej niż zwykle wychodził z domu i kupował pyszne ciastka, które bardzo lubił jego wnuczek. Zdarzało się, że rankiem będąc jeszcze w domu, widziałem jak łamie swój codzienny harmonogram i już wtedy byłem pewny, że odwiedzi go dziś rodzina i zazwyczaj moje prognozy się sprawdzały. Zdarzało się to może cztery, może pięć razy w miesiącu. Córka i wnuczek mieszkali na drugim końcu miasta, odległość tą z łatwością można było pokonać na piechotę w ciągu czterdziestu minut, ale mimo to pan bardzo przeżywał każdą wizytę, był podekscytowany i jego oblicze stawało się wtedy bardzo pogodne, i wiele jest prawdy w tym, że ludzie na starość stają się niczym dzieci, bo podobny był wtedy właśnie do dziecka, które z utęsknieniem i nadzieją czeka w grudniowy wieczór, aż wreszcie będzie mogło odpakować tak długo oczekiwane prezenty, które do tej pory natarczywie nęciły niezaspokojoną wyobraźnię. Troska i żal jaki malował się czasem w jego oczach, miał także coś z dziecięcego uroku, może to była szczerość, może wrażliwość, w każdym razie wiedziałem, że brakuje mu kogoś z kim mógłby wymienić choć kilka słów, ale rozmowa z panem starszym - jeżeli do niej doszło i była dłuższa niż zwyczajowe „dzień doby” czy „do widzenia” - była krótka i dość schematyczna i niemal zawsze dotyczyła wnuczka. Wspomnienie chłopca powodowało, że stawał się nad wyraz żywy i zawsze pełen dumy chwalił małego: -To mądry chłopiec, a taki dobry, tak lubi się z Irysem, a niech mi pan wierzy, psy kochają dzieci i dobrych ludzi. Martwię się tylko … o tą szkołę, te kradzieże, bójki, a niech by mu się coś stało … to co ja mogę, co ja mogę. -Wie pan - odparłem – nie jest tak do końca, chłopiec jest mądry … poradzi sobie, trzeba być dobrej myśli – pocieszałem go, choć sam nie byłem pewny tego co mówię. -Jestem dobrej myśli, ale co ja mam oprócz niego … córka i wnuczek – zamyślił się i dodał - mam tylko ich, no i … mój Irys, który… który jest niczym jak ja, stary, zasłużony - poczciwa psina. Pan starszy mówił w specyficzny sposób, właściwy ludziom starszym, którzy postrzegają rzeczywistość po przez pryzmat dni ostatecznych, oglądają się za siebie chcąc choć na chwilę zapomnieć, że schodzą już z góry, że byli na szczycie z którego widać więcej, z którego widać także kres. Gdy odwiedzała go rodzina, stawał się jakby innym człowiekiem, widziałem jak cieszą go te wizyty, jak wszyscy siedzieli przy stole, rozmawiali, uśmiechali się, popijali herbatę i jedli pyszne ciastka, chłopiec – jak to dzieci mają w zwyczaju - zaraz odchodził od stołu i krzyczał radośnie: „Irys, Irys, piesku” i głaskał go, a wtedy pies kładł pysk na jego kolanach i szczekał radośnie. Nawet gdy wnuczek pana starszego nadużywał pieskiej cierpliwości ciągnąc biedaka to za ogon, to za uszy, to za łapy - Irys nigdy nie szczekał, nawet nie warczał, a okazji ku temu nie brakowało, mimo że czasem zwierze zdawało się być na skraju psiej cierpliwości. Pan starszy bardzo lubił patrzeć, jak wnuczek szczerze uradowany przywołuje Irysa, a pies biega za nim po pokoju, jak rozrzucają poduszki, przesuwają krzesła, które do tej pory były częścią geometrycznego ładu, panującego w całym mieszkaniu. Samo mieszkanie miało pewną szczególną osobliwość - niemal wszystkie sprzęty miały swoje określone miejsca, do których lokator był przyzwyczajony i zawsze wiedział dokładnie gdzie co jest, albo powinno być. Jednak zastygnięte w nieładzie rzeczy nie irytowały pana starszego, były niczym pamiątki, które przypominały, że jeszcze chwile temu w całym domu tętniło tyle życia, wzbraniał się wtedy od wszelkich porządków, by tylko nie mącić wspomnienia, które zdawało się być tak żywe. Irys w tej hierarchii skojarzeń zajmował miejsce szczególne, wystarczyło tylko jedno spojrzenie na zwierzę i pan starszy już widział jak psina bawi się z chłopcem, jaką radość sprawia małemu, który bardzo je ukochał i traktował jak pełnoprawnego członka rodziny. Nie wyobrażał sobie, że będąc u dziadka nie usłyszy jak psina radośnie poszczekuje i nie zobaczy merdającego ogona i ciemnobrązowych, błyszczących, cierpliwych i uśmiechniętych oczu.
Gdy rankiem wychodziłem z domu, niemal zawsze mogłem dostrzec pana starszego spacerującego wraz z swoim wiernym towarzyszem, nie była to jednak obustronna punktualność, a przynajmniej z mojej strony być jej nie mogło. Dziwnym trafem te kilkadziesiąt minut, w których zawierał się ich poranny spacer, pokrywało się z moim wyjściem, często widziałem ich powoli przemieszczające się sylwetki na tle pobliskiego lasku, pokrytego zielonymi jeszcze, lecz powoli żółknącymi liśćmi, innym razem spacerowali wzdłuż alejki, jeszcze innym mogłem zauważyć dwie kropki (a w zasadzie myślnik) – jedną regularną i drugą, nieco podobną do przecinka, zbliżające się w moim kierunku i przybierające znajome kształty. Zaniepokoiłem się, gdy przez siedem dni z rzędu ani razu nie widziałem pana starszego na spacerze, byłem w jakiś sposób przyzwyczajony do tego widoku i czułem wtedy jakby wewnętrzny spokój. Doszedłem do wniosku, że to jednak nic nadzwyczajnego, zresztą pan starszy przesiadywał często w kuchni i wydawał się być w stanie raczej dobrym, choć bardzo dużo czasu spędzał przed telewizorem. Siódmego dnia, jako, że miałem całą niedzielę wolną, postanowiłem zbadać tą dziwną sytuację - czy to po prostu czysty przypadek, czy powód jest z goła zupełnie inny. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu pan starszy przez cały dzień nie opuścił mieszkania, czemu? Pierwsza myśl – jest chory, ale nie, przecież wygląda wcale dobrze, na swój wiek wyśmienicie. W końcu zrozumiałem – nie ma Irysa. Jak się później dowiedziałem, podarował psa swojemu wnuczkowi, który go bardzo o to prosił. -Dziadku, jak Irys nie pojedzie, to ja nie chce jechać, zostanę, chce być tutaj, a jak pojedzie dziadku - to nie będę sam i nie będzie mi się tęskniło. Dziadku a jak ty nie możesz jechać, to jak my będziemy się widzieć ? Gdy będę miał Irysa, to tak jak byś był ze mną i będę cały czas o tobie pamiętał i Irys też będzie. Córka pana starszego otrzymała dobrą posadę w centrali firmy, w której pracowała, a która miała swoją siedzibę pod Warszawą. Całkiem niezłe zarobki i mieszkanie służbowe – to chyba niezłe argumenty i sposób na lepsze życie w wielkim mieście. Jego córce nie wiodło się źle ale nie było też najlepiej, od tak żeby związać koniec z końcem i mieć jeszcze na jakieś drobne sprawy. Pan starszy czół z pewnością wielki żal po swoim Irysie, ale nie mógł sobie pozwolić na smutek i nieukojoną tęsknotę wnuczka, wolał myśleć że chłopiec jest szczęśliwy choćby za cenę starczej samotności. Nie do zaakceptowania była myśl, że zostanie sam, bez rodziny, bez nikogo bliskiego, bez obecności ludzkiego dotyku. Irys spędził u nich tydzień, żeby mógł się przyzwyczaić, bo młodym psem nie był i choć znalazł się u ludzi bliskich, których znał to przez pierwsze dwa dni nie chciał jeść i smutek malował się w jego psich oczach; myślę, że gdy odbierałem go ze schroniska, patrzył na mnie w ten sam sposób jak wtedy – ze smutkiem i rezygnacją. W poniedziałek wcześnie rano córka i wnuczek, a także Irys zjawili się na chwile u pana starszego, ale spędzili tam niecałą godzinę i zaraz wyszli, widziałem jak pan starszy żegnał się z czułością, gorąco.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…