Istoty - Rozdział II
Bohater idzie pierwszy raz od dawna do szkoły. Czekają tam niego starzy i nowi znajomi. Ze starymi znajomymi nie może nawiązać nici porozumienia, a nowi wiodą go do tożsamości tajemniczej zjawy...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Plecak podskakiwał na moich plecach, tak jak podskakiwały na zamroczonych ekranach postacie pierwszych kreskówek. Kroczyłem brukową, starą ulicą, kierującą mnie pod górę, do jednej z najwyżej położonych szkół po tej stronie rzeki. Były inne, znacznie wyższe szkolne budynki, ten jednak był wystarczająco wysoko, żeby ze spokojem spoglądać na większość miasta, zwanego domem. Mijałem innych ludzi pnących się pod miejskie wzniesienie. Nieśli torby, torebki lub tak samo, jak ja plecaki. Przeszedłem obok zabytkowego kościoła - jednej z wielu iglic rozpościerających się nad miastem, zwanym domem - przed którego wielkimi wrotami stał ksiądz z lekką nadwagą. Witał wiernych, przychodzących na pierwszą mszę. Wiernych nie było zbyt wielu. Ksiądz wyszedł na skrzyżowanie i stanął w porannym, nagrzewającym jego sutannę słońcu. Witał uśmiechem tych, którzy są stałymi bywalcami i spoglądał pomiędzy nich. Jakoby szukał kogoś nowego. Nikogo nie znalazł. Wymienił ze mną spojrzenia, ale ja tylko serdecznie skinąłem głową. Zdał się być bardzo usatysfakcjonowany z tego faktu. Szedłem dalej. Między kamienicami były nowe, niskie, nowoczesne bloki z widokiem na całe centrum i północ miasta. Stały pod nimi sportowe auta, na które zlatywały pojedynczo liście z licznie rosnących w parku obok drzew. Idąc coraz wyżej po górce, człowiek oddalał się od tłoku miasta, będąc jednocześnie tak blisko jego centrum. W tej przestrzeni funkcjonowały tylko szkoła, codzienność mieszkających tutaj ludzi i kościół. Znamiona ludzi były szczególnie widoczne - na balkonach starych kamienic leżały drewniane krzesła, a obok nich okrągłe stoliki przyozdobione kwiatami. Na parapecie parterowego mieszkania siedział kot, a, z obcego komukolwiek powodu, przylepiony obok był ludzik z plasteliny. Ale faktycznie ludzi tutaj nie widywano. Człowiek przychodzi do szkoły rano, gdy śpią, i wychodzi z niej, jak ich twarze wciąż są oświetlone ekranami komputerów w biurach. Razem z tłumem zaspanych uczniów wspiąłem się na górę i stanąłem przed niebiesko pomalowanym budynkiem szkoły. Promienie porannego słońca odbijały się majestatycznie od warstw farby osadzonych na cegłach tak starannie, aby można było dostrzec zabytkową szarość wybijającą się spomiędzy ich wklęsłości. Z boków i z tyłu budynek był szaro-czarny, nieodnowiony, jakby nikt się nie przejmował tym jaki jest, a tym na jaki się jawi. Z ciekawością oglądały go wiewiórki i wszelakiego rodzaju parkowe owady, gdyż park otaczał szkołę właśnie z tych szarych stron - gałęzie usiłowały wyprostować się tak, aby dosięgnąć klas na najwyższych piętrach, szkolny dziedziniec (bardziej parking) zajmowały liście i żołędzie, a na parapetach siadały ptaki, gotowe pysznić się swoją wolnością przed zamkniętymi w klasach uczniami. Gdy ja tak stałem pośród obojętnego na mnie tłumu wpływającego do szkoły - jakbym stał uparcie naprzeciw nurtowi rzeki - zauważyłem Kacpra opierającego się o mur. Nie tak oczywistym było dla mnie rozpoznanie go, byłoby to dla mnie niemożliwe, gdyby nie jego włosy. Wciąż takie same. Blond włosy szlachetnie zwisające do połowy długiej szyi, związane w swojej gęstości w kucyku na tyle głowy. To i zielone oczy były jedynymi cechami wyglądu, które się u niego nie zmieniły. Zeszczuplał bardzo, jego kości policzkowe nie były wcześniej tak widoczne. Urósł. Chodzi w luźnych ubraniach. Jest inny. Ale wyszedł po mnie przed szkołę. Może też chce się przekonać, ile z nas zostało. Zauważył mnie. Podszedłem do niego i wymieniliśmy uśmiechy, nie znając odpowiedniego sposobu przywitania na taką sytuację. Wpatrywaliśmy się chwilę w swoje oczy, szukając w nich przeszłych odbić minionych lata temu spojrzeń. - Dobrze cię wreszcie zobaczyć. - odparł serdecznie. - Ciebie też, Kacper. Dzięki, że po mnie wyszedłeś. Co... u ciebie? - Dobrze. Szkoda, że nie chciałeś się ze mną spotkać w wakacje, opowiedziałbym ci o osobach z naszej klasy. - Co wy macie z tym obgadywaniem ludzi? - Hm? - Wczoraj był u mnie Oskar i zaczął opisywać każdą osobę, która będzie na jego urodzinach. - Mnie też opisywał? - Nie bardzo.... - O tyle dobrze. Zaraz dzwonek, chodźmy. Weszliśmy do środka. Z moich odległych wspomnień chodzenia do szkoły, spodziewałem się wejść prosto w oko cyklonu odbijających się od zimnej posadzki gumowych podeszw, energicznych rozmów, oceniających spojrzeń i zapachu szynki przekładanej z serem. Ale wchodząc na zimny korytarz z wysokim sufitem, natrafiłem głównie na pustkę. Pan portier, kilka osób pojedynczo idących do klas, a poza tym niewiele. Cisza. Tyle osób zdawało się wchodzić do jednego budynku, a przed lekcjami po prostu rozsiali się po salach. - Trzeba wdrapać się na piętro. Ruszyliśmy kamiennymi schodami, osadzonymi w samym środku budynku, stanowiącymi oś i kręgosłup dla chłodnych korytarzy rozrastających się w piętra i sale. Światło wpadało przez ścienne okna umieszczony wzdłuż klatki schodowej, ale człowiek nie mógł oprzeć się przekonaniu o kroplach osuwających się z podłużnie podwieszonych lamp, jakoby były one stalaktytami w jaskini, gdzie zgasły pochodnie. Po wyjściu na drugie piętro natrafiliśmy na serdeczną kobietę w późnym średnim wieku, odzianą w białą koszulę i uśmiech zaklęty za obojętną twarzą. - Dzień dobry Kacprze, a ty jesteś pewnie ? - zapytała. - Tak, miło poznać Panią... Profesor. - Ciebie również. Widzimy się zaraz na lekcji. Odeszła. - Szpak jest miła. Uczy historii. Szkoda, że nie jest naszą wychowawczynią. Ciesz się, że nie było cię na rozpoczęciu roku w piątek. Dyskusje na tak bezsensowne tematy. Choć to nie wina wychowawczyni. Nieważne. Chodźmy. Ruszyliśmy dalej, minęliśmy automat z jedzeniem i stanęliśmy przed białymi, stylizowanymi jeszcze w rzeźbie drzwiami. Kacper je otworzył. a przede mną objawiła się przestrzenna, wysoka i szeroka sala, zatopiona w buro-zielonych ścianach oświetlanych porannym błękitem, wpadający przez zabytkowe okna ustawione na zachód i północ, dając widok na wszystkie najważniejsze zabytki miasta, a dalej na ciągnące się za nimi osiedla oraz zielone wzniesienia, otaczające miasto, zwane domem. W sali lekcyjnej był ledwie tuzin osób. Trzy stały przy ławce, pod jednym z okien. - Hej Kacper! - odparła jedna z nich. Długie kreski, szerokie spodnie, dresowa bluza. - Ty musisz być . Podszedłem do niej i się przywitałem. Miała serdeczny ton głosu. Podaliśmy sobie ręce z resztą kilku osób w klasie, wymieniając nieistotne imiona, przypisując niecharakterystyczne charakterystyki i słuchając o nauczycielach, z którymi przyjdzie mi dzisiaj mieć lekcje. Trudno było coś z tych opisów wyciągnąć. Sprzeczały się ze sobą w tonie, jakim były opowiadane. - Nie zdzierżysz Olczówny od plastyki. Zależnie od tego, jak wstanie, jest albo hiperenergiczna, albo strasznie gburowata. - pełen rozbawienia stwierdził szczupły, niewysoki blondyn z przedziałkiem. - Jakby miała dwie osobowości - wtórowała dziewczyna o długich kreskach, szerokich spodniach i dresowej bluzie. - Nie no częściej wstaje w dobrych nastroju. Ja tam ją lubię. – powiedziała dziewczyna o czarnych, krótkich włosach zielonych okularach. - Bo ona ciebie lubi. Nawet nic nie robisz, po prostu z nią gadasz na lekcji. – Długie kreski, szerokie, spodnie, dresowa bluza. - Jestem z nią szczera, że nie chce mi się rysować, ale przynajmniej sobie z nią pogadam. - Ej, ty miałeś z nimi lekcje w domu nie? – zapytał szczupły, niewysoki blondyn z przedziałkiem. - Nie, byłem na domowym. Przychodziłem tutaj tylko na jakieś egzaminy. Pewnie i tak nikogo nie rozpoznam, nie mam pamięci do ludzi. - Ale ci zazdroszczę! – Czarne, krótkie włosy, zielone okulary – Nie musisz siedzieć po siedem godzin dziennie na tych wykładach. - Daj spokój, pewnie woli wrócić do szkoły między ludzi – wciął się Kacper. - W sumie, jeśli chodzi o naukę, to wolałem uczenie się w domu. Trochę samemu, trochę z wujostwem. - To, czemu nie zostałeś? – Długie kreski, szerokie spodnie, dresowa bluza. - Mieszkam na wsi… wujostwo mnie… - Zacisnąłem usta – Trzeba w końcu wyjść do ludzi. - A czemu byłeś na domowym? – Długie kreski, szerokie spodnie, szara bluza. Kacper ją szturchnął. - Dobra, sory. Zapanował krótki moment niezręcznej ciszy. Kacper musiał zapowiedzieć co najmniej paru osobom, żeby nie poruszały tego tematu. Mój los został przesądzony, za nim tutaj przyszedłem. - Tu siedzimy jak coś – Kacper wskazał na ławkę za szczupłym, niewysokim blondynem z przedziałkiem i dziewczyną o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach. Położyłem tam swój plecak i rozpakowałem się, gdy reszta wróciła do rozmawiania o Olczównie. Usiadłem. Siedzieliśmy pod oknem. Byłem tym faktem zachwycony. Kacper dosiadł się. - Wiem, można się czasem zapatrzeć. Ale jeśli chcesz wciąż mieć ten widok, to trzeba o niego powalczyć. W każdym tygodniu mamy lekcje w ośmiu różnych salach. Są dwie wizje na porządki miejsc w klasie... - Jesteście podzieleni wpół? - Niekoniecznie. Słuchałem, chłonąłem opowieści Kacpra o kolejnych osobach, które podchodziły do ławki i się przedstawiały. W jego pasji mówienia było coś z dawnych lat, płomyk, który obudziłem, bo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że do wszystkich innych przyjmuje postawę wyważonego. - ... a zdaje się, że w wakacje spotkała się z nim parę razy, ale chyba nic z tego nie było, bo nie wiedziałem potem, żeby wrzucali coś, że są na mieście razem. Wydaje mi się, że przestała pisać, nagle. Szkoda, bo pasowaliby do siebie... - Rozmawiacie o... - odwróciła się nagle dziewczyna o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach, wskazując głową na inną młodą kobietę, o której rozmawialiśmy. - Tak, mówiłem o jej story na wakacjach, bo się zapytał. - skłamał szybko Kacper. - Mhm. - dziewczyna o krótkich, czarnych włosach i zielonych okularach z powrotem się odwróciła przed siebie. Spojrzałem się na Kacpra, oczekując kontynuacji, ale on, lekko zmieszany sięgnął po telefon i zagubił się w potoku kolorowych obrazków. Ja kiwnąłem sam do siebie głową, chcąc się odwrócić do panoramy miasta, ale akurat zadzwonił dzwonek. Sala bardzo się nie wypełniła, na lekcji było kilkanaście osób z trzydziestu, które powinny być obecne. Minęło kilka minut, do sali weszła profesor Szpak, powolnym krokiem, trzymając ogromny kubek z ciemną kawą, roznoszącą swą parną woń między ławkami. Wszyscy wstali, aby po chwili wrócić na miejsca. Kobieta usiadła ceremonialne przy swoim biurku, włączyła spokojnie komputer, klikała w klawisze, jakoby odprawiała rytuał, tak aby każdy przycisk klawiatury rozdźwięczał na zapadniętą w ciszy klasę. Oparła dumną głowę o dłoń i przyglądała się chwilę w ekran. - No dobrze. Lekcja organizacyjna. Pani Szpak stanęła pośrodku klasy i zaczęła mówić o zasadach współpracy, jakieś większe sprawdziany, mniejsze sprawdziany, odpowiedź ustna, wspomnienie o olimpiadach. Zapewne powtarzała to wszystko ze względu na mnie, więc usiłowałem się intensywnie przysłuchiwać, ale kojąca rytmem oraz opanowaniem barwa głosu nauczycielki gubiła się gdzieś pośród śpiewu ptaków niesionego miejskim szumem zza uchylonego okna. Coraz więcej światła wpadało do klasy, a senny błękit mozolnie zmieniał się z mrozem słońca. Czasem rytm był zagłuszany, gdy do klasy wchodzili spóźnieni uczniowie w odstępach kilkuminutowych i cicho przepraszając za spóźnienie, siadali szybko na miejsca, zgrabnie zamykając nowe, niebieskie drzwi. Dzwonek. Koniec lekcji. Pani Szpak wyszła na przerwę. Spóźnieni spłynęli pod moją ławkę, żeby się przedstawić, wystawiając do mnie ręce, których początek był gdzieś w masie ciał wygłaszających swoje imiona. Zaczęli rzucać drobne żarciki, przepychać się między sobą swoimi charakterami, aż wywiązała się wokół mnie rozmowa, wypaczona z mojego uczestnictwa. Niosły się w powietrzu śmiechy, krzyki, szepty, skoki, gestykulacje, trącenia w ramiona, odgłosy klikania w klawiaturę, wertowania kartek, a ja pośród tego uśmiechałem się do kolejnych osób mówiących, gdy wyczułem odpowiedni moment, jednak mało rozumiejąc z tego, co mają do powiedzenia. Gdzieś za okalającym mnie natłokiem osób, zauważyłem znajome oczy. Przypominały jesienne liście dębu, które już w pełni straciły zieleń, lecz nie całkiem ogarnął je jeszcze brąz. Po pochylonym nad książką karku osuwały się jej miedziane włosy. Julia, dziewczyna, którą spotkałem jeszcze w wakacje, siedziała pod ciemnozieloną ścianą obwieszoną zdjęciami szkoły z okresu wojny. Koleżanka z klasy albo jeszcze się nie przedstawiła, albo zgubiłem jej powitanie w gromadzie innych. Chciałem wstać z miejsca i się przywitać, ale nim się obejrzałem, znów rozbrzmiał dzwonek na lekcję. Ten sam schemat, tylko pani Szpak przyszła szybciej oraz sala była już pełna. Rozpoczęła się lekcja. Pani Szpak zapowiedziała, że zajmujemy się Wielkimi Odkryciami Geograficznymi. Snuła opowieść o Europejczykach, którzy na przełomie wieków przekraczali wzburzone morza, szersze od terytoriów jakkolwiek im wcześniej znanych, prowadzące do lądów wykraczających poza ich wyobrażenia. Nie miałem dzisiaj sił na notatki. Chciałem słuchać i móc wreszcie bez zakłóceń spóźnionych współuczniów, spoglądać za okno. Zasłuchanie się w historie o podróżach i wodzenie wzrokiem po zabytkowym krajobrazie, budzącym się do życia, było niebezpiecznym połączeniem. Za oknami w błękitnych framugach, można było dostrzec trzy stare miasta, składające się na miasto zwane domem. Jedno z miast, najmłodsze, mieszało zabytki z nowoczesnymi, kanciastymi szklarniami korporacji i deweloperów; drugie, na brzegu przeciwnej strony rzeki, przez lata wzrastało osobno oraz trzecie, najstarsze, nieznacznie dalej już w głąb lądu. Tym, co ich łączyło, był zamek przy rzece, na którego wieży powiewała flaga. Dzisiaj są trzema z wielu dzielnic spolonych mostami, kolorowymi i lekko wyblakłymi kamieniczkami oraz liniami błyszczących torów, wprawiających tramwaje w stukot na brukowej kostce. Pod elektrycznymi przewodami, próbowali odnaleźć swoje miejsce ludzie schronieni w autach i bojaźliwe jednostki, które spacerowały nago pośród miejskich istot. Niektórzy przemykali z psami do pojedynczo rozstawionych zielonych zakątków lub nad zielony brzeg rzeki, aby poczuć atawistyczną namiastkę przyrody. Mogli tak iść z czworonożnymi, z których ulatywały ze swobodą nitki włosów i sierści, wzdłuż rzeki aż dotarliby do ruchliwej ulicy, wyznaczającej granice dla zabytków. Stał tam betonowy, szary moloch, opuszczony hotel. Ulatywały z niego bałwany kurzu zmieszane z pyłkami tego, co zdążyło go zarosnąć. Obok niego startował ogromny balon, który przez ciąg dłużących się lekcji, unosił się i opadał kilka razy, górując nad całą okolicą. „Kropką nad i” dla tego widoku był kopiec, ozdabiając wzniesienia, które okalały całe miasto, zwane domem. Było w tym widoku poczucie wolności. Nieodzowne pragnienie duszy do odwiązania swoich srebrnych nici, scalających ją z ciałem i rzucenia się w pustą ponad miastem, zwanym domem, przestrzeń, muśnięcia dłonią dwóch jedynych wieżowców, spojrzenia na wieże kościołów i odbicia się od balonu, aby spocząć na zielonej trawie kopca. Chęć duszy do przeobrażenia się w zarośniętą trawę, dom dla motyli, mrówek i płatków kwiatów. I można było tak sobie marzyć, aż nie usłyszało się swojego imienia w trakcie lekcji. - , proszę o skupienie. - odparła nauczycielka. Nie odpowiedziałem, tylko oderwałem wzrok od okna i skinąłem głową do wykładowczyni. Było rano, więc mogła rozumieć moje rozproszenie. Wyciągnąłem długopis z piórnika, rozłożyłem przed sobą zeszyt i malowałem słowa opowieści, które niósł cichy głos Pani Szpak. Ciąg myśli o ludziach, którzy nie mieli wyboru, tylko musieli przekroczyć ocean, aby znaleźć nową drogę dla swoich istot. Ale też o tym, jak ich przymus wywodził się z faktu, że mogli. Mogli, więc musieli to zrobić, aby przeć naprzód. Tak jak każda rewolucja w masie ludzkości, ta ujawniła, ile jeszcze przed nami oraz ile nas ominęło przyszłości, przez naszych przodków, którzy trwali w stagnacji i nie wykonali tego jednego kroku. Zmieniamy się w naszej naturze. To zawsze jest jeden nieświadomy człowiek, który ruszył statkiem w ocean, spisał prawo, użył języka zamiast miecza, złożył narzędzie, wyszedł z jaskini, okiełznał ogień za ceną oparzenia. Tym wiekopomnym czynom przyglądały się istoty natury, godząc się z tym, jak je poznajemy, a czasem wykorzystujemy. Ocean. Ogień. Góra. Las. A może ona... Znów się pojawiła. Sylwetka niosąca mrok, tam, gdzie tylko się pojawi. Skierowała mój wzrok z powrotem za okno. Stała na dachu jednej z kamienic. Cokolwiek było związane z jej ciałem - włosy, łachmany - unosiło się na wietrze. Moje serce przyspieszało z każdym świstem na zewnątrz i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakby całą moją świadomość pożarła ta jedna, przerażona cząstka... - , wstań, proszę. - nakazała zirytowana nauczycielka. Wstałem natychmiast, nawet trochę zbyt szybko, gdyż pchnąłem nieznacznie ławkę swoim biodrem. Zjawa chyba zniknęła. - Przepraszam, proszę pani. Jakie było pytanie? Nowi znajomi zachichotali. - Po pierwsze - zaczęła spokojnie pani Szpak - to Pani Profesor - kontynuowała Pani Profesor - po drugie, nie zadałam żadnego pytania. Proszę nie latać z głową w chmurach. - Przepraszam. - O ile nie chcesz opowiedzieć nam o tym, dlaczego Europejczycy musieli zmienić kierunek handlu do Azji, to usiądź z powrotem. - Mogę. Pani Szpak wyprostowała się jakby i przytaknęła głową w oczekiwaniu. Na starym ekranie projektora, migała mapa, gdzie cała złożoność polityczna została skomponowana w odcieniach czerni i bieli. Czułem słony szum morza, przez które żeglarze ruszyli w nieznane. Chłodny wiatr. I wolność. I całe piekło, jakie za sobą niosła obczyzna. I całe piekło, jakie za swoim świstem niosły statki. - Imperium. To, które wcześniej rozbiło jedną z najważniejszych stolic Europejczyków. Obszar blokady rozciągał się od afrykańskich kolonii, po upadłe miasto starożytnych. Tereny, przez które handel nie był dla nas... dla nich już tak swobodny. A musieli wymieniać towary ze wschodem. Żeglarze ruszyli. Złożyli hołdy królom, zebrali załogi, ustawili żagle zgodnie z kierunkiem wiatru. Ruszyli w nieznane. Niektórzy za życia nie dowiedzieli się, co odkryli. Inni musieli zmienić całe dotychczasowe spojrzenie na świat... - zawahałem się - ale to nie jest koło literacki. Tym razem klasa zaśmiała się chyba ze mną, a nie ze mnie. - Usiądź - pozwoliła mi Profesor Szpak. Tak więc zrobiłem. Już byłem skupiony. Przepisywałem kolejne dzieje, nawet jeśli powierzchownie je znałem. Przez nauczanie domowe byłem wprzód z materiałem o jeden dział, co przynosiło komfort w pierwszych dniach. Nie spodziewałem się jednak, że gdy Profesor Szpak ze stoickim głosem zapełni zaległymi sprawdzianami z końcówki semestru kalendarz na kolejne pięć tygodni, ja również będę musiał je pisać w ramach powtórki. Gdy ogłaszała w ostatnich minutach lekcji sprawdziany, nikomu głos nie drgnął, najwyżej widziałem kilka zniesmaczonych min. Sztuczna natura szkolnych teścików była tak nieruchoma i nieuchronna, jak wielkie pnie za oknem, opierające się uparcie szumowi jesiennego wiatru. Krzesła zaczęły skrzypieć pod podłogą piętro niżej. I za ścianą w sali obok. Akordy pisków, niewzruszające wykładu, do momentu, gdy zgrały się z dzwonkiem na przerwę. Zaczęliśmy się pakować i iść do innej sali lekcyjnej. Rzuciliśmy tam nasze toboły, ludzie pozbierali się w grupki, zaczęli rozmawiać, a ja potrzebowałem chwili. Wyszedłem na chłodny korytarz, który z przyciemnionej, opuszczonej jaskini, zamienił się w duszną, odbijającą jazgot jamę. Masy powietrza niosły tętent cudacznych butów i zgiełk rozmów zamkniętych w ścianach liceum. Nastolatkowie, egzystujący z młodością i jej pasją lub jej przeciętnością. Była cisza w tym koncercie tłumów. Ludzie przywdziani w każdy kolor, mający do siebie nieodczytywalne na pierwszy rzut oka stosunki, przetłaczali się przez korytarz, rozmawiając wesołymi, spokojnymi, głębokimi i krzykliwymi tonami głosów, a ich twarze mniej lub bardziej kryły tajemnice, jakie każdy z nas w sobie nosi. Usiadłem na jednej z drewnianych, czarnych ław stojących na korytarzu, aby odpocząć, przyglądając się tej maskaradzie. Na twarzach widziałem fałszywe uśmiechy, w pochylonych ku podłodze oczach nabrzmiałą ignorancję, a w bezmyślnym przechodzeniu na wskroś ludziom pretensjonalny bunt. Odbijało się w tle pogłosy szczerości, ale nic nie dorównywało prostocie, jaką pamiętałem z pierwszych klas szkoły podstawowej. Tamte dzieci były szczere. - My się chyba jeszcze nie witaliśmy - Julia usiadła obok mnie - Przynajmniej nie dzisiaj. Wynurzyłem się z zasłuchania w ludzi, stali się tłem szmerów i śmiechów. - Hej, wybacz, że ja też wcześniej nie podszedłem, ale zadzwonił dzwonek i no... - Jasne. Jak podobała ci się pierwsza lekcja historii? - W porządku. Byłem trochę zaspany, ale poza tym, to Szpak jest fajna. - Spróbowałbyś powiedzieć coś innego! Uwielbiam ją. Naraziła co prawda moje uwielbienie, tymi sprawdzianami, nie wiem, kiedy znajdę czas na naukę na nie, przecież będzie jeszcze tyle rzeczy do roboty... - Tak ją lubisz, a z tego, co widziałem, to musiała zbudować terror, że nikt słowem nie pisnął o te sprawdziany. - W życiu! To z szacunku. Szpak ciekawie opowiada, idzie nam czasem na rękę i jest po prostu serdeczna. Sam się z resztą przekonałeś. Musi po prostu wykonywać swoją pracę. - No tak. Nie jest służbistą dla systemu. - To znaczy? - Znaczy, że jak się teraz nad tym zastanawiam, to nie wprowadza terroru i nie wydaje się, przynajmniej po tych dwóch lekcjach, traktować nas przedmiotow. Moglibyśmy być dorośli i przyjęłaby nas tak samo na te lekcje. - wyjaśniłem. - Prawda. Ale spokojnie, , już za lekcje spotkasz prawdziwą służbistkę. - Nie rozumiem tych ludzi. Przychodzą na uniwersytet, studiują nauki, na które trzeba być niegłupim, a potem... Przerwał mi dzwonek. Wstaliśmy i zaczęliśmy się kierować do klasy, a ja kontynuowałem: - A potem wybierają specjalizację pedagogiczną i wydaje się, że powinny z tego powodu, chociażby lubić dzieci, albo lubić uczyć, albo pasjonować się tematem i zgłębiać go co dzień, żeby być coraz lepszym, ale... służbiści na koniec dnia będą pamiętać tylko to, co jest w programie. Będą wystawiać ograniczające człowieka... - Krzywić się na odkryte ramiona! - wcięła się Julia - Tutaj strasznie zwracają na to uwagę. I brzuchy! Brzuchy to największa zbrodnia. - Tak. - Wiesz, to też trochę nie ich wina. Dekady systemu, przyszli uczyć w miejsce, gdzie sami byli uczeni. - W końcu musi nastąpić jakaś zmiana. Może przyjdzie jeden odważny człowiek… - Ty? – zapytała prześmiewczo. - Czemu? - Żartuję. Mówisz tak podniośle. Moim zdaniem to zawsze grupy ludzi coś zmieniają. Stanęliśmy przed klasą. Julia stanęła, blokując mi przejście, chciała coś powiedzieć. - Właśnie, , masz dzisiaj czas wieczorem? Wiem, że nasze pierwsze spotkanie w wakacje było osobliwe i chciałabym... ci to jakoś wynagrodzić. Kupić kawę? Uciszyłem sam siebie. Spoglądnąłem przez próg drzwi i znalazłem wzrokiem Kacpra, rozmawiającego z jakimiś osobami. Miałem gdzieś z tyłu głowy nadzieję, żeby z nim wyjść po lekcjach i nadrobić lata, ale po tych dwóch lekcjach uświadomiłem sobie, że jest na to za późno. Tak więc, z nieumyślnym zastanowieniem i wahaniem odpowiedziałem: - Pewnie. I poszliśmy na lekcję. Reszta dnia minęła bez wyrazu. Kilka interesujących twarzy nauczycieli i znajomych z klasy, którzy urozmaicali moją codzienność, ozdabiając ją o…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MimikTezeusz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…