"Ja chcę tylko szczęścia" C.D.
Dalsze losy Artura
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dopiero teraz? Było już dawno to zrobić. I tak przeszkadzałem wam tylko, więc, po co się mną przejmowaliście? -I… tylko jedno pytanie mamy do ciebie Tylko jedno? Super. Ja mam do was co najmniej trzy. -Wolisz iść z mamą do babci… czy zostać tutaj ze mną? Popatrzyłem na niego. Mimo iż było ciemno, to w świetle księżyca dostrzegłem zmęczenie i cierpienie, a zarazem troskę na jego twarzy. -Tato, nie pytaj się mnie o takie rzeczy. Zostaję z tobą Wyraz ulgi przeszedł przez twarz taty. -Śpij dobrze, synu Następnego dnia obudziłem się grubo po dwunastej. Nie chciałem wstawać, ale zarazem nie chciałem dłużej leżeć. Czułem, że muszę pogadać z tatą. Ubrałem się i zszedłem na dół. Tata siedział w kuchni przy stole i popijając kawę czytał poranną gazetę. Tak jakby nic się nie stało. -Cześć – powiedziałem -O już wstałeś. Nie chciałem cię budzić. Tu masz śniadanie – odparł wskazując mi tosty z dżemem. Usiadłem naprzeciwko niego. Czułem się niezręcznie. Chciałem się go zapytać… o tyle rzeczy. Ale nie wiedziałem czy powinienem… -Tato… ja… -Artur, wiem, że teraz masz do mnie i do mamy wiele pytań, a skoro mamy nie ma… to pytaj mnie… No cóż, wstęp poszedł prościej niż przypuszczałem. -Jak… jak doszło do tego, że… że zbliżyliście się? Tzn… może nie powinienem o to pytać, ale… na razie to wydaje mi się, że mama była… była… -Że była zwykłą panienką szukającą wrażeń? Że była ladacznicą, jakby to babcia nazwała? – tu uśmiechnął się znacząco do mnie – cóż… może nie zadowoli cię ta odpowiedź ale tak. Twoja mama była jedną z takich. Ale to było przed 15 laty temu. Teraz już tego nie robi. -To było w klubie? -Tak -Co ty tam robiłeś? -Ja? Miałem wtedy problemy… - zaciął się. Zacząłem mieć wątpliwości czy nie jestem aby zbyt wścibski – przyszedłem tam z kolegami. Chcieliśmy się oderwać od zwykłego życia i od codzienności. Nie planowałem.. bzykania, tak to się teraz nazywa? Dziwiłem się, że takie słowa słyszę od mojego taty. Z drugiej jednak strony w pewnej części byłem zadowolony, że nie traktuje mnie jak dziecka, tylko jako poważnego człowieka, z którym można normalnie pogadać. -Tato… dlaczego… dlaczego mama nie… - jakoś nie chciało mi to przejść przez gardło – dlaczego mama nie poszła na skrobankę? – wyrzuciłem jednym tchem. Ojciec popatrzył na mnie uważnie. -Ja jej zabroniłem. Jesteś moim dzieckiem. Nigdy nie pozwoliłbym, żeby stała Ci się jakaś krzywda. Myślałem, że to oczywiste… Poczułem dziwne ciepło w sercu. -A jednak… - powiedziałem – jednak zepsułem wam obojgu życie… -Nigdy tak nie mów. To my sami, przez swoją głupotę, zepsuliśmy je sobie sami. Nie ty. Tylko my. Nikt inny. Gwałtownie wstałem przewracając mleko. Nie dbałem o to. Podszedłem do ojca i przytuliłem go. -Cieszę się, że jesteś moim tatą – powiedziałem cicho. Sprzątnąłem rozlane mleko. -Tato… ale jak to będzie dalej? -Co masz na myśli? -Czy będziemy tu mieszkali? Czy przeprowadzimy się? Tata na chwilę zamilkł. Potem zmartwiony powiedział -Obawiam się synku, że to będzie trudniejsze niż nam się wydaje. -To znaczy? – zapytałem przestraszony -Podejrzewam, że mama nie odda cię tak łatwo -Jak to? Przecież sama powiedziała, że mnie nie chce! – dziwnie się poczułem mówiąc to na głos. -Tak, ale widzisz… ona chciałaby się odegrać na mnie… nie tylko na mnie ale też na tobie… ona może walczyć o ciebie w sądzie. O prawa do opieki nad tobą. I przede wszystkim będzie walczyła o ten dom. Kupiliśmy go razem, więc w sumie ma do niego takie same prawa jak ja. Poczułem się jakby ktoś zrzucił na mnie ciężki kamień. I w głębi duszy wiedziałem, że prędko nie zostanie on zdjęty. -Wychodzisz dzisiaj gdzieś? – zapytał mnie tata. -Tak. Właśnie idę. -O której wrócisz? -Nie wiem… -No dobrze… tylko uważaj na siebie i bądź ostrożny. Masz klucze? -Mam -To dobrze, bo mnie może nie być jak wrócisz. Wyszedłem z domu i włóczyłem się bez celu. Lubiłem takie spacery. Pozwalały mi poukładać sobie myśli, a tych było ostatnio aż za dużo. Czułem się potwornie. Miałem świadomość, że gdyby nie ja, to dwójka ludzi miałaby szczęśliwe życie. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Tata przecież mówił, że to nie moja wina, ale z drugiej strony nie powiedziałby mi, wprost, że mu przeszkadzam, tak jak to zrobiła mama. Chociaż… przecież tata mówił, że mnie kocha… Usiadłem na ławce. Miałem wrażenie, że tata był w tym momencie jedyną osobą, która się o mnie martwiła i która mnie kochała. Czułem się taki niepotrzebny. I jeszcze mama, która na złość mnie i tacie będzie o mnie walczyć. Przecież ja nie jestem jakimś przedmiotem, żeby robić ze mną, co się wszystkim żywnie podoba! Nagle po drugiej stronie stawu zobaczyłem Karolinę. Jej śliczne, kręcone, blond włosy opadały swobodnie na ramiona, a usta jak zwykle były uśmiechnięte. Zaraz… przecież ona uśmiecha się do mnie! Spróbowałem złożyć usta w ładnego rogalika, ale czułem, że nie wyszło mi to najlepiej. Podeszła do mnie. -Cześć Artur! Co tu tak sam robisz? – zapytała wesoło. -A nic… tak sobie siedzę i myślę -To ja posiedzę z tobą, niekoniecznie pomyślę – roześmiała się. Tak bardzo chciałem, ale nie bardzo udzielał mi się jej nastrój. -Ty zawsze jesteś taka wesoła? – zapytałem -No, może nie zawsze, ale staram się. -Dlaczego? -Jak to dlaczego? Artur, carpe diem, mój drogi! Życie jest za krótkie, żeby się smucić i przejmować błahostkami. Nawet jeśli mam jakiś problem to wyrzucam go z siebie. Mam jedną zaufaną przyjaciółkę i wiem, że ona mnie zawsze wysłucha, choćby nie wiem co. I dlatego ją bardzo cenię. I mówię ci serio, jak powiesz komuś swoje wszystkie problemy to naprawdę będzie ci lżej. -Namawiasz mnie teraz, żebym ci powiedział co mnie gryzie. Zgadłem? – zapytałem zaczepnie. -No wiesz… jeśli nie chcesz – powiedziała i uśmiechnęła się zalotnie. Wyciągnęła do mnie pomocną dłoń. Chyba byłbym naprawdę głupi, gdybym jej teraz odmówił. Chciałem jej powiedzieć, że sam fakt, że ze mną rozmawia już mnie pociesza, jednak nie wiedziałem jak ona to przyjmie, więc milczałem. -Cóż... może chcesz pojechać do naszego centrum? -Do centrum? A po co? -No bo właśnie się tam wybierałam… muszę kupić sobie jakieś nowe spodnie. Pomożesz mi wybrać – i znowu się uśmiechnęła – a potem wstąpimy na pizzę albo do Mc donalda, co ty na to? -Jasne, chodź Poszliśmy na przystanek swobodnie rozmawiając. Nadjechał nasz autobus. Wsiedliśmy. Nagle zorientowałem się, że nie mam biletu. Na szczęście kanar nas nie złapał. Ja byłem już na czarnej liście i od tamtej pory starałem się posiadać bilet. Co prawda nie koniecznie zawsze udawało mi się go mieć ale trudno… Weszliśmy do centrum. -Chodź do Reserved. Tam są zawsze fajne ciuszki. Jak tam nic nie będzie to możemy iść do House’a Weszliśmy do Re. Szedłem za Karoliną nie rozglądając się na boki. Skupiając wzrok na niej. -Co powiesz o tych? – powiedziała przykładając spodnie moro do swoich zgrabnych nóg. -No… jak dla mnie ok. Ale lepiej przymierz. -Wiem, wiem. Na razie wezmę sobie kilka par, a potem sobie przymierzę. Patrzyłem na jej buzię tryskająca optymizmem. Na jej świecące się oczy. Skierowałem się za nią do przymierzalni. Gdy ona weszła za zasłonę ja grzecznie czekałem. Dziękowałem Bogu, że zesłał mi ją. Była jak mój anioł… co prawda jeszcze nie do końca. Nie wiedziałem, dlaczego tak mnie pociągała, gdy jeszcze jej nie znałem… ale teraz już wiem dlaczego mnie pociąga. Teraz, gdy ją poznałem widzę u niej same zalety. Ten nieskończony optymizm, roześmiana twarz, bezustanna radość… Nawet już to sprawiało, że Karolina wydawała się wyjątkową osobą. -Trzymaj – powiedziała wystawiając rękę i podając mi niebieskie spodnie rybaczki ściągane w nogawkach. – te nie pasują. Wyglądam jak nie wiadomo co. Chciałem jej powiedzieć, że we wszystkim jest jej ładnie, choćby miałby to być worek. Po kolei podawała mi coraz to wymyślniejsze spodnie. -O! To jest to! Zobacz! – powiedziała zadowolona odsłaniając zasłonę. Pokazała mi się w tych samych biodrówkach moro, które wzięła na samym początku. -Idealnie – stwierdziłem wpatrzony w nią jak w obrazek. -Nie przesadzaj – zawstydziła się – zaraz je zdejmę i sprawdzę ile kosztują. Ciekawe czy będzie mnie na nie stać Zasłoniła się z powrotem. A ja wciąż wpatrywałem się w zasłonę, za którą stała ona. W tych biodrówkach wyglądała prześlicznie. -Akurat mam tyle, ile kosztują te spodnie. To się nazywa fart – uśmiechnęła się. Podeszliśmy do kasy. Zapłaciła za spodnie. -No, to chyba będziemy musieli zrezygnować z Fast foodów. Jestem spłukana -Niekoniecznie -Co masz na myśli? -A od czego jestem tu ja? Gdzie chcesz iść? Na pizzę? Czy do Mc Donalda? -No co ty… przecież nie będziesz mi kupował… -Założymy się, że będę? – wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Poczułem się dziwnie. Tak dawno się nie uśmiechałem. -No skoro tak stawiasz sprawę… to chodźmy do Mc Skierowaliśmy się ku schodom, gdyż znajdował się on na górze. Najlepsze w tym wszystkim było to, że cały czas mieliśmy, o czym rozmawiać. Okazało się, że mamy wiele wspólnego. Słuchamy tej samej muzyki, gustujemy w tych samych filmach, kibicujemy tym samym sportowcom… Zamówiliśmy jedzenie. Właściwie to ja wcale nie byłem głodny. Wziąłem frytkę i zacząłem maczać ją w ketchupie. -No dobra… to może zaczniemy sesję psychologiczną? -Co masz na myśli? -No przecież wiesz. -No tak… -To słucham. Co ci tak gryzie i to już od dłuższego czasu? -Skąd wiesz, że od dłuższego czasu? -Widziałam -Aż tak jest to widoczne? – odparłem zrezygnowany -Nie… wystarczy się przyjrzeć. Więc mów. Spojrzałem na nią. Poczułem, że chcę. Że powiem jej. Już, już otwierałem buzię, gdy nagle usłyszeliśmy głos Malwiny. -Siemanko. Co tu tak robicie sami? Mogę się dosiąść? -Jasne, siadaj – powiedziała Karolina. No nie… ona zawsze musi się wciąć. Zawsze wszystko psuje. Dopiero, co ją poznałem a już czuję, że jej nienawidzę. Posiedzieliśmy chwilę. Dziewczyny nawijały, a ja siedziałem i słuchałem ze średnim zainteresowaniem. -Pójdziesz jeszcze ze mną do Sephory? Muszę sobie kupić nowe perfumy – zapytała Malwina Karolinę. Ta spojrzała na mnie. Nie wiem właściwie dlaczego. Jak chce to niech idzie. -Wiesz… właściwie to ja… nie wiem czy… No bo Artura tak zostawię? – wyjąkała -Nie ma sprawy, i tak już muszę lecieć – powiedziałem szybko. -ooo no to szkoda… Myślałam, że jeszcze pochodzimy we trójkę, no ale jak musisz iść to trudno. – znowu wtrąciła Malwina. Nie znoszę tej dziewczyny. Wstałem od stolika. -Dzięki – powiedziała Karolina -Za co? – Zapytałem zdziwiony -Za pomoc w wyborze spodni i za jedzonko – uśmiechnęła się. I wtedy zrobiła coś, czego nie zapomnę do końca życie. Pocałowała mnie w policzek. -Należy ci się -Dzięki -Za co? – Powiedziała i roześmiała się. – Cześć -Cześć Szedłem na dół jak zaczarowany. Właśnie dała mi buziaka. Nie mogłem w to uwierzyć. Nic się już dla mnie nie liczyło. Tylko tamta chwila, gdy jej delikatne usta dotknęły mojego policzka. Po kilkunastu minutach byłem w domu. Było już po dziewiętnastej. Tata siedział w fotelui oglądał telewizję. -Cześć! Gdzie byłeś? -A… w centrum -W centrum? A po co? Mogłeś kupić chleb… no ale w sumie skąd mogłeś wiedzieć. Nie ma nic na kolację. Zamawiamy pizzę? -Wiesz… ja nie jestem głodny -Uff… to dobrze, bo ja też nie, a tak przy okazji zaoszczędzimy trochę grosza. Już kierowałem się ku schodom, gdy tata jeszcze powiedział -Artur… Twoja mama i ja złożyliśmy dzisiaj papiery rozwodowe Powiedział to tak jakby wszyscy rodzice na świecie robili to każdego dnia i jakby było to najbardziej normalne. Zdenerwowało mnie to. -I? – odparłem zirytowany. -Twoja mama… chce tego domu, połowy mebli i… - urwał. Serce mocniej mi zabiło. Czułem, że chyba nie musi mi mówić, czego jeszcze chciała by moja biologiczna matka. -I całkowitych praw nad tobą -Jak to całkowitych? – zdziwiłem się -To znaczy, że u niej byś był przez cały czas, a ja bym mógł jedynie cię odwiedzać W głowie mi się zakręciło. To nie do przyjęcia. Nie zgodzę się na takie coś. Nigdy w życiu! -Nie zgadzam się na takie coś. -I tak nikt cię o zdanie nie będzie pytał. Nie zrozum mnie źle… ale w sądzie najwyżej mogą cię przepytać. Nie będą się pytali czy wolałbyś mnie czy mamę. Ukryłem twarz w dłoniach. Czułem, że zaraz wybuchnę. -Skoro mama chce tego domu… to gdzie my zamieszkamy? -Nie wiem, nie wiem… musimy wynająć adwokata, kupić nowa mieszkanie… w dodatku nie wiem jak my się urządzimy z połową tych mebli… Tata spojrzał na mnie. Najwyraźniej zauważył, że na mojej twarzy malował się niepokój i strach. Powiedział, więc najweselej jak mógł. Właściwie to nawet trochę zbytnio wesoło -Nie martw się, poradzimy sobie. Wiem, że wcale tak nie myślał. Powiedział to tylko po to, żeby mnie pocieszyć. Nie bardzo mu się to udało. Następnego dnia do kościoła poszedłem na 11. Usiadłem na ławce przed kościołem. Właściwie to nie wiedziałem, po co tu jeszcze przychodzę. Przestałem wierzyć w kościół… w końcu to tylko instytucja, nie musze w nią wierzyć. Ludzie tu przychodzą, powtarzają w kółko te same słowa i mogę się założyć, że połowa z nich nie rozumie z modlitw nic. Żeby się pomodlić, nie potrzebuję całej społeczności kościelnej pełnej wygodnickich starszych pań, rozbrykanych, jednakże bardzo miłych dzieci i ich rodziców, którzy albo chodzili za dziećmi krok w krok, albo w ogóle się nie przejmowali, co ich dziecko robi akurat w tym momencie. Był już koniec kwietnia, więc było dość ciepło. W tym czasie zawsze na dworze roi się mnóstwo dzieciaków. Przy wysokim krzyżu przymocowane są głośniki, więc wszystkie słowa księdza doskonale słychać nie tylko w środku, ale również i tutaj, na zewnątrz. Były tutaj ustawione trzy ławki. Dwie obok siebie, a trzecia prostopadle do jednej z ławek. Właśnie na tej trzeciej ławce, gdy już zaczęła się msza, zobaczyłem Karolinę. Zachowywała się jednak dziwnie. Gdy spojrzała na mnie szybko odwróciła wzrok i do końca mszy nie spoglądała już w moją stronę. Kiedy wreszcie kapłan wypowiedział moje ulubione słowa „Idźcie w pokoju” odważnie ruszyłem w stronę Karoliny. Ta jednak szybko zwinęła się i krzycząc „ciociu! Ciociu poczekaj!” znikła mi z oczu. Nie mogłem zrozumieć jej zachowania. Jeszcze wczoraj była taka wylewna, a dzisiaj kompletnie mnie olewa? Coś tutaj nie gra… może to ja coś nie tak zrobiłem wczoraj? -Artur? Siemanko stary! Idziesz z nami do Zielonej na gofra? -Z nami, to znaczy? -No ze mną i z Lidką -Aaa… nie dzięki… nie mam przy sobie kasy – no tak… wszystko wydałem wczoraj. -To nic, my mamy, pożyczymy ci. No chodź Właściwie do domu nie miałem najmniejszej ochoty wracać. Szedłem, więc powoli za Kamilem i Lidką trzymających się za ręce. Zielona to mały bar z lodami, goframi i rurkami z bitą śmietaną. Często tu przychodziliśmy po kościele, gdy było już cieplej. Wokół niskiej budki ustawionych było kilka stolików i krzesła. Usiadłem na jednym z nich. -Jaki chcesz smak? – zapytał mnie Kamil -Wszystko jedno… - odparłem. I faktycznie było mi wszystko jedno. Mogłem zjeść nawet i lody o smaku pieprzu. Podejrzewam, że nawet bym się nie skapnął, że takie jem. -Masz. Śmietankowe. Mogą być? – zapytała mnie Lidka. -Tak -A coś ty taki nie w sosie? - tym razem pytanie zadał Kamil. -Ja? Nie no skąd… Chyba zrozumieli i więcej pytań już mi nie zadawali. Rozmawiali, a ja czasem przytakiwałem, a czasem zaprzeczałem. A przed oczami wciąż miałem jakby zakłopotaną twarz Karoliny. Dlaczego? To wyglądało tak jakby przede mną uciekła. O co tu chodzi? Przecież wczoraj nie zrobiłem niczego złego, ani ona tym bardziej. Nic z tego nie rozumiem. Zjadłem lody i wróciłem do domu. Cała niedziela minęła spokojnie. Tata wrócił dopiero wieczorem. Nie pytałem go gdzie był. Nie musi się przede mną tłumaczyć. Wieczorem, gdy włączyłem komputer dostałem dziwnego sms-a. Nieznany numer. Czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia, czy mam na Ciebie jeszcze raz spojrzeć? Że co? Chyba ktoś pomylił numery. Tak, na pewno. Usunąłem wiadomość. Włączyłem gadu-gadu. Jak zwykle lista pełna, a ja i tak z nikim nie rozmawiam. Wtedy dostałem drugiego smsa od tego samego numeru. Niech ten wiersz Ci przypomni, że jest ktoś kto o Tobie nie zapomni Co się dzieje? Może zaraz to ucichnie i ktoś się skapnie, że pomylił numery. Swoją drogą, ile można? Mniejsza o większość. Przyszła wiadomość. Tym razem już na szczęście na gadulcu. Kamil 20:12 Cześć stary Ja 20:12 Siema Kamil 20:12 No to mów, co się dzieje? Ja 20:13 Nie no co ty… szkoda gadać. Nic ważnego. Kamil 20:13 Na pewno? Ja 20:13 Tak Kamil 20:14 Bo wiesz… jakby co to wiesz, że masz mnie, swojego kumpla. Zawsze możesz mi wszystko mówić. Ja 20:15 Oj, bo się popłaczę ;-) Kamil 20:16 Nie rozklejaj się, i tak to nie ja pisałem tylko moja siostra mi kazała tak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil karcia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…