Jak możesz...
....gość....
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Przeklęte, komercyjne stacje radiowe. Jak nie reklamy, to informacje. Muzyka, to tylko przerywnik w tym całym bełkocie. Reklamy jeszcze jakoś można znieść. Niektóre z nich są czasami naprawdę zabawne, ale informacje... szkoda gadać. I dokładnie o tych samych porach we wszystkich „tych” stacjach. To jakaś zmowa? Człowiek chce sobie posłuchać podczas jazdy autem muzyki. Niech to już będzie utwór Madonny, wałkowany od miesiąca, ale niech przynajmniej będzie to muzyka.” – ta myśl, niemalże za każdym razem towarzyszyła Betty podczas jazdy. Radio – to jedna z rzeczy które irytowało Betty podczas podróży samochodem. Nawet bardziej niż bezczelni, zdziczali, pozostali uczestnicy ruchu drogowego. Jakiś otumaniony małolat w rozklekotanym bmw, nie był tak irytujący jak słuchanie komercyjnych stacji radiowych. Małolat zajedzie drogę, skręci i gdy zniknie z pola widzenia emocję opadają. Z radiem już nie jest tak łatwo. „Nie mogę przecież wozić ze sobą całej domowej płytoteki. Z resztą... obłędu można dostać słuchając jednej i tej samej płyty”. Ale to było chyba tylko wytłumaczenie. Betty Wade najwyraźniej sprawiało przyjemność psioczenie na rozmaite rzeczy, które według niej samej utrudniały jej spokojny żywot. Swoimi pulchnymi palcami, sprawiła niemal, że na przyciskach odbiornika nie pozostał żaden czytelny znak. Z wielką zawziętością zmieniała stacje i poprawiała pas bezpieczeństwa, który równie intensywnie działał jej na nerwy co pozostałe elementy wyposażenia 207ki. Od jakiegoś czasu, nie miała zbyt wiele okazji do wylewania żółci na niedogodności w czasie jazdy autem. Stało się to za sprawą przejścia na emeryturę, po dość długim okresie pracy w urzędzie skarbowym. Można nawet się pokusić o stwierdzenie, że za długim – trzydzieści sześć lat, to wystarczający okres by z ‘normalnej’ osoby stać się znerwicowaną, cyniczną istotą (nie koniecznie przypominającą człowieka). Parkowanie na osiedlowym parkingu dawało jej również sporo możliwości do narzekania. Godzina czternasta, to chyba pora o której ludzie są jeszcze w pracy. Natomiast na parkingu, według Betty zawsze istniała taka sama ilość zaparkowanych aut. * - Cholera jasna... – burknęła pod nosem, stawiając torby z zakupami na stole kuchennym. Za każdym razem gdy wracała z zakupów, stwierdzała że wydała sporo pieniędzy, a tak naprawdę nie wiele kupiła. W zasadzie dotyczyło to tylko zakupionych przez nią produktów spożywczych. Nigdy nie uważała że przepłaciła za jakiś ciuszek, albo kosmetyki. „No Panie Wade... dzisiaj makaron w sosie Pesto” pomyślała sobie z przekornym zadowoleniem. Wiedziała że jej mąż nie przepada za makaronami, w przeciwieństwie do niej samej. Dziwiła się sama sobie, że można w dość krótkim czasie odzwyczaić się od pracy, jaką wykonywała przez dość długi okres swojego życia. Nigdy też jej nie przeszkadzało, że nigdzie indziej nie pracowała, nie licząc epizodu, kiedy to będąc na studiach, dorabiała jako sprzedawczyni w saloniku prasowym. Zawsze miała wrażenie, że praca urzędnika skarbowego, była jak gdyby dla niej stworzona. Petenci wiecznie nastawieni na „walkę” z osobą po drugiej stronie barykady, jaką było jej biurko. Przeważnie miała o jeden argument więcej. To była jedna z tych przyjemności jakie dostarczała jej praca urzędnika państwowego. Trapiła ją natomiast myśl o przejściu na emeryturę własnego męża. W dużej mierze było to spowodowane artykułem, który wyczytała w jednym z pism. W artykule tym opisano przypadki obywatelek Japonii, które nie mogąc znieść stałej obecności własnego męża w domu, decydowały się na rozstanie. Betty Wade podchodziła do wielu rzeczy zgoła sceptycznie, lecz temat tego artykułu stał się jedną z zaprzątających jej głowę myśli. Zastanawiała się, czy czas jaki będą mieli dla siebie nie stanie się problemem w ich związku. Na szczęście obowiązki dnia codziennego gasiły w niej to przeświadczenie. Nakarmienie wiecznie głodnego pasa był jednym z tych obowiązków. Loona – czteroletnia suka rottweilera, była wścibską z widoczną nadwagą pupilką pana Wade’a. Betty szczerze nie przepadała za tą przydużą maskotką ich domostwa. Zgodziła się na nią tylko ze względu na upór jej męża. - Mamy za małe mieszkanie. A poza tym te psy nie należą do najłagodniejszych ras. – Próbowała przemówić do rozsądku swojemu mężowi. Oczywiście skończyło się na tym, iż Alfred Wade wrócił, pewnego sobotniego popołudnia z uroczym szczenięciem. Który przeistoczył się z zawrotną prędkością w czarny kloc na czterech łapach. - Masz, jedz ślicznotko – powiedziała z wrodzoną ironią. – Twój pan chyba jeszcze nigdy cię nie nakarmił. – Wycedziła przez zęby, wytrząsając zawartość puszki do miski Loony. Mieszkanie na parterze okazało się zbawieniem. Nie wyobrażała sobie siebie, ciągniętej przez niemalże pięćdziesięciokilogramową czarną bryłę, po schodach parę pięter w dół. - Ale dzisiaj, twój pancio wyprowadza cię na spacer. – z zadowoleniem Betty zakomunikowała czarnemu obżarciuchowi. * Przyrządzanie posiłków było chyba jedną z nielicznych czynności, które sprawiały przyjemność gospodyni domu Wade’ów. Siekanie, ucieranie warzyw i przyprawianie potraw, to mogła robić w zasadzie dość często. Zwłaszcza jeśli chodziło o potrawy, za którymi sama przepadała. - Przestań mnie rozpraszać! – krzyknęła Betty do znerwicowanego psa – nawet nie mogę w spokoju zająć się gotowaniem. Betty kątem oka spojrzała na swoją współlokatorkę. Loona miała towarzyszyć Pani Wade, podczas gdy jej mąż był nieobecny. Pan Wade założył że skoro jego małżonka ma siedzieć od jakiegoś czasu w domu, to ktoś powinien jej towarzyszyć. Niestety nie przewidział tego że ów prezent będzie drażnił jego żonę bardziej niż się spodziewał. Betty zerknęła raz jeszcze na psa, gdyż wydało się jej coś nienaturalnego w jego zachowaniu. Owszem dość sporych rozmiarów psi okaz, przebywający w ciasnym mieszkaniu mógł podupaść na zdrowiu psychicznym. Był znerwicowany, lecz teraz było coś niepokojącego w jego zachowaniu. Loona wyglądała na przestraszoną. W momencie w którym Betty sobie to uświadomiła usłyszała otwierające się drzwi, prowadzące od podwórka na klatkę schodową kamienicy w której mieszkała. Ciężkie stąpanie, niemalże przenosiło drgania na ściany starego budynku. Betty zwróciwszy wzrok na drzwi wejściowe była przekonana że to na pewno nie jest jej małżonek. Miała natomiast nieodpartą potrzebę, aby…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Badjuk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…