* JAMAIS VU * Rozdz.1
Los kilku przyjaciół z Kołobrzegu. Zapraszam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
* JAMAIS VU * Rozdział 1
[Rozpoczęte: 27 stycznia 2002; 20:29:00]
/narracja prowadzona naprzemiennie przez Magdę i Marka/
***
Jamais vu - zjawisko następuje wtedy, kiedy dostrzegamy coś, co widzieliśmy już wiele razy, a mamy pewność, że jest to nowy obraz.
***
Dzisiejszego dnia wiatr wiał o wiele mocniej, niż przeciętnie. Poniewierał moimi długimi, brązowymi włosami we wszystkie strony. Połowę pola widzenia miałam zasłonięte, a drugie pół zasłaniał rękaw skórzanej kurtki Marka. Osłaniając się od podmuchów przytuliłam się do jego ramienia i wzięłam go pod rękę. -Zawiąż sobie porządnie szalik, zmarzniesz!- upomniał mnie i prowizorycznie zawiązał mój kolorowy szalik, dotychczas niedbale przerzucony przez szyję. Mój wygląda najwyraźniej poraził jego zmysł estetyczny, więc przystanął i odwinął szalik z powrotem. Złożył go na pół, a potem przerzucił przez szyję. Zrobił pętelkę i przeciągnął przez nią postrzępiony koniec szalika. Uśmiechnął się tryumfalnie. –O wiele lepiej! Lubiłam patrzeć na jego twarz. Nie była idealna, możne nawet nie była ładna, ale lubiłam ją. Coś było w jego piwnych oczach, że nie mogło się od nich oderwać wzroku. Zapadnięte policzki, które miał od zawsze tylko dodawały uroku poważnemu wyrazowi jego twarzy. Wyglądał na o wiele bardziej starszego, niż był w rzeczywistości. Podobno, gdy mieszkał w Krakowie, też wszyscy dodawali mu lat. -Nie bój się o mnie. Nie zginę. -Właśnie tego się obawiam. Jak zaczniesz się łokciami rozpychać, to mogą być ofiary w ludziach. Poza tym wolę sobie oszczędzić słuchania twojego jęczenia, że masz katar i że głowa ci pęka... Weź jeszcze rękawiczki. Jak zwykle swoich nie masz! Wyjął ze swojej kieszeni grube, wełniane rękawiczki i pomachał mi nimi przed nosem. -A więc to tak! Wstrętny egoista... -Wkładaj i nic nie gadaj. Daleka droga przed nami. Przyjdziesz dziś do mnie pouczyć się chemii?- zapytał i odgarnął mi włosy za ucho. –Wiesz dobrze jakie masz zaległości. Nic nie odpowiedziałam. Po prostu nie usłyszałam, że pyta mnie o cokolwiek. Moją uwagę przykuło coś zupełnie innego. Latającą na wietrze burzę loków powstrzymałam dłonią, a nieruchomy wzrok miałam utkwiony w osobie stojącej pod lipą rosnącą tuż przy wyjściu ze szkoły. Zatrzymałam się. Obserwowałam jej powierzchowność. Lekkie, majestatyczne ruchy i taką jakąś specyficzną lekkość bycia. Kobieta oparła się o korę drzewa, wcześniej sprawdzając, czy nie ma zbyt wielu chropowatości, które mogłyby uszkodzić jej kożuszek. Ubrana była w krótki kożuszek w kolorze beżowym. Włosy miała spięte w ciasny kok. Nawet ten wiatr nie dał rady tej ilości lakieru, którą codziennie nakładała na swoje piękne, blond włosy. -Magda, czyli mam na ciebie czekać?- dociekał nadal. Zaprzeczyłam ruchem głowy i wskazałam dłonią w stronę lipy. Od razu ją poznał. Przecież to ona tak strasznie go kiedyś nie lubiła! Uśmiechnął się pokrzepiająco, jakby chciał powiedzieć: nie martw się, to jeszcze nie koniec świata. Nie był to koniec świata, ale Marek doskonale wiedział jak bardzo nie lubiłam spotkań z moją mamą. On jeden wiedział, że już przestałam obwiniać ojca za rozpadnięcie się związku moich rodziców i całą winę przeniosłam na matkę. Tata chyba zawsze będzie myślał, że jego o to będę posądzać. Jednak ja już przestałam... już dawno. Nawet chyba bardziej podoba mi się ten stan rzeczy. Alicję bardzo lubiłam, a małą Anię kochałam jak własną siostrę. -Przeżyjesz- powiedział pewnie. –No to z chemii nici. Wiem jak nienawidzisz tego przedmiotu, ale spekuluję, że wolałabyś być dziś u mnie, a nie u niej... -W rzeczy samej. Będziecie wieczorem u Marty w restauracji? -Powinniśmy. Ty też bądź. Przytaknęłam i ruchem dłoni zakończyłam nasze spotkanie. Odetchnęłam, by wyczyścić się ze wszystkich negatywnych emocji. Nie widziała mnie jeszcze. Między palcem wskazującym, a środkowym trzymała dymiącego papierosa. Już z daleka błysnęła mi beżowa emalia do paznokci. Chrząknęłam i odwróciła się, jak na komendę. Wyrzuciła papierosa i zgniotła go podeszwą czarnej szpilki. -Cześć Madziu.- powiedziała bezpłciowym głosem jak zwykle zdrabniając moje imię. Nie mogła wiedzieć, że nienawidzę, kiedy się tak do mnie mówi, bo przecież nigdy jej tego nie mówiłam. Jej osoba kojarzyła mi się z cyklicznym: „Madziu, przecież wiesz”, „Nie jesteś dzieckiem, powinnaś zrozumieć, Madziu”, „Madziu, nie karz mi tego jeszcze raz tłumaczyć”. Rozwiodła się z ojcem kilka lat temu, a już była ode mnie tak daleka, jak dalekie są od siebie przeciwległe bieguny. Kilka lat sprawiło, że zapomniałam już jak wyglądała rano, bez makijażu i bez wypięknionej fryzury. Była dla mnie obiektem – abstrakcją. Zawsze taka sama, jednolita, niezmienna. Wciąż zabiegana i zajęta własnym życiem. Taka była moja mama. -Cześć mamo- powiedziałam powoli. Zawsze była i będzie dla mnie mamą. W końcu przez dwanaście lat byłam pod jej opieką i nie miałam prócz niej nikogo innego. Teraz już nie jest moją opiekunką, lecz nadal jest mamą, choć na to miano pewnie nie zasługuje. Nigdy nie była oparciem, podporą, nigdy też nie zwierzałam się jej z nawet najmniejszych problemów. Zwykle nie było jej w domu. Zawsze była czymś zajęta, bądź była w delegacji. Tata był pewniakiem, choć on nawet czasem gubił się w swoich ojcowskich funkcjach. Bał się o mnie piekielnie, ale na szczęście pojawił się Marek. Ktoś, kto nie wiadomo skąd czerpał takie niewyobrażalne pokłady zaufania mojego taty. Jemu ufał częściej – o wiele częściej – niż mnie. Kiedy byłam z Markiem, czuł się spokojniejszy, lecz nadal byłam jego córką o którą trzeba niebywale dbać. To się nazywa zaborcza miłość. Na szczęście jego nadopiekuńczość nie zebrała tak potwornego żniwa, bo pojawiła się w jego życiu kobieta. Alicja. Jego znajoma z redakcji, samotna mama dwóch dziewczynek. Znali się od zarania „Dziennika Pomorskiego”. Znali się dobrze, co przerodziło się w ostateczności w związek. Po rozwodzie z mamą, był ślub z panią Alicją. Niegdyś zwana panią Alicją, przez Alicję, awansowała na Alę. Fenomenalna kobieta, która jak nikt inny spełnia się w roli matki-polki. Mieszka z nami, jako prawowita żona mojego taty, razem z dwiema córeczkami: Anią i Natalią. -Kupiłam bilety do kina na jakiś dobry film. Na pewno ci się spodoba! Chodź do samochodu- nakazała i zaczęła iść w stronę parkingu. Szybko dorównałam jej kroku. -A jaki? -„Pamiętnik Księżniczki II”. Młodym dziewczynom podobno się podoba. -Powiedziała ci to ekspedientka w kinie? No cóż... trudno, żebyś wiedziała co lubię, a czego nie, kiedy widzisz mnie raptem raz na miesiąc. -Nie utrudniaj!- warknęła. Jeżeli myślała, że wypadem do kina na podrzędny film wykupi sobie moje łaski to była bardziej naiwna, niż ja. –Widzimy się cztery razy w miesiącu. -O cztery za dużo...- rzuciłam kpiąco. Przystanęła i wzięła głęboki oddech. Nie ułatwiałam jej tego jakże trudnego spotkania ze swoją pierworodną córką, jednak wspaniale się bawiłam obserwując jak się miota. Stanęła przede mną i spojrzała mi w oczy. Przez szpilki była kilka centymetrów ode wyższa. -Nie chcę źle- westchnęła i sprawiała wrażenie, że mówi prawdę. Ile to było z nią zgodne, a ile nie, nie miałam pojęcia. –Mnie jest trudno i tobie jest trudno, ale chcę wreszcie, żebyśmy się pogodziły. Zawsze jak się spotykamy jesteś zła i opryskliwa, że z kijem do ciebie nie ma co podchodzić... ty to robisz specjalnie? Chcesz mi coś udowodnić? -Oczywiście, że nie. Ale na tych spotkaniach ja się męczę, ty się męczysz. Obie się męczymy! Nie rozumiem więc po co mamy się spotykać, skoro i tak nie integrujemy się. Powiedzmy sobie szczerze: ani ja, ani ty się nie staramy. -To ty się nie starasz!- górna warga zaczęła jej niepokojąco drgać. Uciekała wzrokiem szukając odpowiednich słów gdzieś na drzewach w okolicy. Chyba nie znalazła, bo już otwarła usta, ale potem zamilkła i zaczęła iść przed siebie. -Mamo... ale powiedz mi: po co? Ty myślisz, że zabierając mnie na film, który mi się na pewno nie spodoba polepszysz nasze stosunki? Mylisz się, mamo. Prawie biegłyśmy. Jej drobne szpileczki uderzały o asfalt wydając denerwujący dźwięk. Dzisiejsze popołudnie wcale mi się nie uśmiechało. Wiedziałam, że mogę je zapisać do tych straconych. Otworzyła samochód alarmem w kluczyku, już kiedy zeszłyśmy z boiska. Milczała, a ja po prostu za nią podążałam. Usiadłyśmy w jej oplu, a ja od razu włączyłam radio. Zazwyczaj w nieznanych mi miejscach, w których powinnam się czuć skrępowana – czułam się niebywale swobodnie. Nie zmieniałam częstotliwości, bo mogłaby pomyśleć, że za bardzo się rządzę. -Nie mogę się starać za nas obie- powiedziała z trudem, nie patrząc mi w oczy. Atmosfera była tak napięta, że można było ją kroić nożem. –Nie mogę nadal starać się za nas obie- poprawiła się szybko. –Nie możesz udawać miłej przez te kilka wieczorów? -Ja zawsze jestem miła. -To bądź miła dla mnie. Wtedy ja będę miła dla ciebie i będziemy się dobrze bawić. -Nie licz na to. Dobrze bawić to ja się nie będę. -I znów! I znowu utrudniasz. Ciszę panującą między nami przerywała jakaś piosenka Varius Manx. Zaczęłam się wsłuchiwać w słowa i czekałam aż ruszy. Mama jednak trzymała dłonie oparte o kierownicę i ani myślała przekręcić kluczyków w stacyjce. Była to wyraźna prowokacja z jej strony. -No dobrze...- spasowałam. Uśmiechnęła się sztucznie. Wygrała tym razem, ale tylko ja wiedziałam, że to zapewnienie nic dla mnie nie znaczyło. Przynajmniej w odniesieniu do niej. Zawsze będę mieć do niej żal. Za to, że tak łatwo zrezygnowała. Nawet nie próbowała o mnie walczyć, tylko od razu zarzekła, że lepiej będzie, gdy prawo opieki nade mną przejmie ojciec. Wiele okoliczności jeszcze poparło tą prośbę, bo ani nie miała mieszkania, ani stałej pracy. Tak trafiłam do taty. I chwała za to! Spędziłam okropnie nudne dwie godziny w kinie. Mama też się nudziła piekielnie, co było widać. Nie wyniosłyśmy z seansu nic. Zupełnie. Potem pospacerowałyśmy po centrum i w końcu nadeszła upragniona godzina, kiedy musiała mnie odstawić do domu. Nie wiem dlaczego, ale wyszła z samochodu, aby mnie odprowadzić. Szłyśmy krok w krok obok siebie rozmawiając o nic nieznaczących rzeczach. Zadzwoniłam do drzwi i odczekałyśmy chwilę. Otworzyła Alicja trzymając w ręku ściereczkę, którą wycierała talerz. Do jej fartucha uczepiona była mała Ania i recytowała wierszyk „Murzynek Bambo”. Kiedy zobaczyły kto mi towarzyszy, zamilkły. Ania tylko cicho przywitała się z moją mamą. -Dzień dobry, jest może Bogdan?- spytała o tatę i patrzyła Alicji prosto w oczy. Kto jak kto, ale ona miała porażające spojrzenie. Czasem mroziło, a czasem paraliżowało. Ala uśmiechem ociepliła chłód mojej mamy i zaprosiła ją do środka. Taty nie było, bo poszedł do kolegi pomóc mu coś przy komputerze. Mama więc zrezygnowała i szybko ulotniła się z mieszkania. Odsapnęłam i oparłam się o drzwi wejściowe. Alicja jeszcze spoglądała na nią przez okno. Zawsze zazdrościła jej samochodu, bo cała nasza rodzina jeździła poczciwym, ale nowym modelem skody. -Te spotkania traktujesz jak karę, prawda? -Może nie jak karę, ale wierz mi... nie są one niczym przyjemnym. Chyba nigdy nie dojdę z nią do normalnych stosunków. Zauważyłaś, że ona jest taka strasznie sztuczna?- weszłam do kuchni i opadłam na taboret. Na stole leżały książki Natalii. Od niechcenia zaczęłam przeglądać ćwiczenia od biologii. -Może po prostu ma taki styl bycia. Wiesz... ja kiedy bym ubrała taki wąski kostium, szpilki na pół metra, i zrobiła sobie fryzurę, która jednocześnie robiłaby mi lifting, też byłabym spięta- zaśmiała się. W międzyczasie Ania przybiegła do kuchni i wpakowała mi się na kolana. -Nie lubię tej pani. Jakaś takaś...- zaczęła się krzywić i stroić przekomiczne miny. -Wolę moją mamę... ty też ją wolisz? Tym razem zaśmiałyśmy się i ja i Alicja. Tylko Ania nie wiedziała o co nam chodziło. -Dzwoniła Beata- zakomunikowała Natalia opierając się o framugę w drzwiach wejściowych do kuchni. Automatycznie wszystkie trzy na nią spojrzałyśmy. Tylko ona z wszystkich nowych członków mojej rodziny miała do mnie jakieś „ale”. Mojego taty też niestety nie akceptowała. Nie wiem dlaczego, bo Alicja rozstała się z mężem jeszcze przed tym, kiedy zaczęła być razem z moim tatą. –Poprosiła abyś przyszła wieczorem do restauracji Marty. -Widzisz jaka jestem rozchwytywana? Dopiero co przyszłam, a już iść muszę- rzuciłam w stronę Alicji, jednak Natalia chyba pomyślała, że to do niej. Odgarnęła swoje kasztanowe włosy i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. Dziewczyna nie lubiła opuszczać domu, a nawet swojego pokoju, dlatego pewnie uznała to jako przytyk. -Szlajasz się po prostu. -I lumpię dodatkowo. Zapomniałaś dodać, że te wszystkie powyrywane drzewka, porozwalane huśtawki i połamane ławki to moja sprawa. Mnie i mojego gangu, prawda? -Dokładnie- przytaknęła i wziąwszy książki wybyła do salonu. Wzruszyłam ramionami i w przedpokoju założyłam mój czarny płaszcz. Okręciłam szyję szalikiem i wyszłam z domu. Szybko zbiegłam po schodkach na podjazd, a potem marszem na ulicę. Nie chciałam iść skrótami, bo ścieżka prowadząca przez podwórka różnych ludzi nie dość, że nie była oświetlona, to była niebezpieczna. Po zmroku zawsze wybierałam drogę okrężną, wzdłuż mojej ulicy, ulicy Generała Sikorskiego, a potem wzdłuż ulicy Wandy. Następnie kilka kroczków aleją Nadmorską i już byłam w restauracji taty Marty. Po kilkunastu minutach już człapałam wzdłuż „promenady”, jaką ładnie ochrzciliśmy aleję Nadmorską z powodu wielu sklepików i stoisk znajdujących się na niej, lub przy niej. Można tam było znaleźć wszystko. Od sklepów kosmetycznych, po ulicznych muzyków i sprzedawców obrazów. Kiedy już minęłam pola namiotowe „Arkadia”, ktoś zderzył się ze mną i zaczął soczyście przeklinać. Odbił się ode mnie i upadł na uliczną latarnię, która była umieszczona tuż obok ogrodzenia pola namiotowego. Chłopak się podniósł i otrzepał spodnie, które ubrudził trawą. -No chyba to nie była moja wina!- prychnęłam w odpowiedzi na jego wiązankę. –I nie ja powinnam się nauczyć chodzić... Może i nie byłabym takim chojrakiem, kiedy nie byłabym na jednej z najbardziej uczęszczanych uliczek w tym rejonie miasta. Mężczyzna wziął głęboki oddech i odwrócił się w moją stronę. Dopiero teraz, gdy jego twarz oświetliło światło latarni, zorientowałam się kim jest. -No chyba... Magda!- prawie krzyknął. Fakt! Jak mogłam zapomnieć ten głos. Te arystokrackie zaciąganie końcówek było charakterystyczne tylko dla jednego z moich znajomych. –Jak ja ciebie mogłam nie poznać!? -Normalnie. Ja ciebie nie poznałam również- przyznałam się bez bicia. Już miałam pójść w stronę restauracji, kiedy chłopak chwycił mnie za ramię. –Daj spokój, Sebastian. -Może dałabyś się namówić na małe piwo w „Kredensie”?- wyszarpałam rękę i stanęłam kilka kroków od niego. Uśmiechnął się szelmowsko. Może nawet myślał, że się zgodzę. Niedoczekanie... -A może nie?- odpowiedziałam w formie pytania. Wzruszył ramionami, dał spokój i poszedł dalej. Na szczęście! W końcu nauczył się co oznacza odmowa w moim wykonaniu. Nie miałam najmniejszej ochoty wdawać się z nim w jakiekolwiek dyskusje. Wygładziłam swój płaszcz na rękawach i znów podążyłam wzdłuż alejki. Kiedy weszłam do budynku opatrzonego ładnym, dużym szyldem: „Taste”, donośnie zadzwonił dzwoneczek przyczepiony do ściany obok drzwi. Powitały mnie entuzjastyczne okrzyki reszty mojej paczki. Od razu zobaczyłam Marka i Beatę, dopiero potem Kubę i siedzącą mu na kolanach Małgorzatę. Podniosłam rękę w geście powitania i podeszłam do lady. Marta oparta o nią łokciem rozmawiała sobie przez lokal z młodzieżą. Nikogo z wyjątkiem ich nie było wewnątrz. Wypuszczone całkowicie, ale czego można się spodziewać po dniu powszednim, na dodatek poza sezonem? -Martuś, kawkę poproszę... tylko taką słabą, bo mam zamiar dziś w nocy spać. Przytaknęła i zniknęła na zapleczu. -Co zamówiłaś?- spytał Marek. Również był kawoszem, ale z jego nałogiem nie opłacało się walczyć. Sam nie chciał, więc nikt inny nie mógłby mu wpoić, że picie kawy jest złe. -Wstrząśnięty, nie mieszany!- mrugnęłam okiem i podeszłam do ich stolika. Beata z Małgosią miały sok pomarańczowy, a Marek z Kubą pepsi. Nigdy tutaj nie piliśmy piwa, bo była to restauracja należąca całkowicie do rodziny Marty, państwa Laszczyków. Jej tata często doglądał interesu, kiedy Marta była sama w lokalu. Nie miało sensu narażanie się opinii rodziców. Jeżeli już piliśmy wspólnie alkohol, to albo na plaży, albo w „Kredensie”. Przytaszczyłam krzesło z sąsiedniego stolika i postawiłam między Markiem, a Beatą. Usiadłam wcześniej ściągnąwszy płaszcz. -Już myślałam, że nie przyjdziesz- powiedziała Beata i od razu wyjęła spod stolika jakiś zeszyt. Często nosiła przy sobie pamiętnik, ale przy nas rzadko coś w nim notowała. Często widywałam ją na murku, przy plaży, piszącą coś w swoim notesie. Każdy z naszej piątki miał taki zeszyt w którym mógł pisać co chciał, wszystkie miały takie same okładki. Zawsze zastanawiałam się co tam tak skrzętnie notuje, ale i ja i ona wiedziałyśmy, że nikt jej pamiętnika nie ruszy. -Przyszłam jak widzisz. Specjalnie dla ciebie, dlatego, że dzwoniłaś. -Przeczytaj- podała mi zeszyt w ciemnozieloną kratkę i otwarła na odpowiedniej stronie. –Napisałam to wczoraj do tej muzyki, którą ułożył Marek. Przeczytaj i powiedz, co o nim sądzisz. -Mnie się bardzo podoba- uśmiechnął się Marek i wziął łyka pepsi. W międzyczasie Marta przyniosła mi filiżankę i dosiadła się do nas. Przeczytałam tytuł wykaligrafowany idealnym pismem Beaty. „Ziarenka Piasku”. Nikt z moich znajomych nie umiał pisać tak ładnie jak ona. I chodzi mi tu nie tylko o kaligrafię, ale też o zawartość merytoryczną. Często pisała dla nas teksty. Wyłączyłam się na moment z rzeczywistości i na spokojnie przeleciałam tekst. Pokiwałam głową z pochwałą. -Świetna robota. Teraz może zobaczmy jak to będzie w przełożeniu na tekst?- zaproponowałam. Wszyscy przyjęli to z entuzjazmem. Marek sięgnął po swoją gitarę, która do tej pory stała oparta o krzesło przy sąsiednim stoliku, a Małgosia wzięła zeszyt ze słowami i usiadła okrakiem na stołku. Rozpuszczone blond włosy poskromiła spinką w kształcie buta i zaczęła uderzać dłońmi w uda, by wybić rytm. Szybko do niej włączył się Marek, wygrywając gitarową melodię. Beata z uśmiechem słuchała śpiewu koleżanki. Ja również, choć wzrok miałam cały czas skupiony na Marku. Okropnie wprawnie operował instrumentem. Zawsze mu tego zazdrościłam. -Pięknie!- westchnęła Marta splatając ręce na piersiach. –To niesprawiedliwe, że niektórzy umieją tak pięknie śpiewać, a niektórzy nie- zaśmiała się. -Beata, świetna jesteś- pochwaliłam ją. –Chciałabym umieć tak pisać. Uśmiechnęła się nieśmiało. Nie lubiła, kiedy ją chwalono. Była nastawiona na to, by dawać, nie otrzymując za to nic. Odgarnęła swoje półdługie włosy i skręciła je z tyłu głowy w malutki koczek... -Ja już będę niestety musiała iść- szepnęła smętnie i oparła głowę na dłoniach. Nie lubiliśmy się rozstawać, a ona zawsze najwcześniej wybywała z towarzystwa. Jej mama była bardzo ostra, a nawet można by rzec, że staroświecka. Bardzo rygorystycznie ją wychowywała. Co najważniejsze od dziecka wpajała nienawiść do rodzaju męskiego. Ojciec zostawił je jeszcze przed urodzeniem Beaty. Ale jej mama zawsze była pewną siebie, umiejącą postawić na swoim kobietą, że będąc właścicielką całkiem dobrze prosperującego wydawnictwa – umiała obejść się bez męża. Zagorzała feministka, która dawała przykład całym swoim życiem, że do szczęścia mężczyźni kobietom wcale nie są potrzebni. Wszystkie panie w okolicy lekko zaśmiewały się z jej postawy, ale ważne było, że ona szczerze w nią wierzy. W tym momencie dzwoneczek zadźwięczał po raz kolejny. Do lokalu wszedł wysoki, zgrabny rudzielec, którego w pierwszym momencie nie poznałam. Krótka fryzurka straszyła marchewkowym odcieniem, lecz obcisłe, białe dżinsy i krótka kurteczka nadawały przybyszce atrakcyjności. -No, dlaczego tak się patrzycie? Źle mi jest?- zapytała i przejechała dłonią po postrzępionych końcówkach włosów. Modnie ścieniowane, ładnie ułożone, dopiero po pewnym momencie naprawdę zaczęły mi się podobać. Tylko ten kolor. Nigdy nie lubiłam rudego, ale dziewczynie było w nim nawet do twarzy. -Ale rdza!- syknął Kuba zrzucając ze swoich kolan Małgosię. –Co ja mamie powiem?- podszedł do niej i zaczął ją oglądać ze wszystkich stron. Aneta cały czas się śmiała, wyraźnie zadowolona z konsternacji jaka zapanowała przy stole. -Nie musisz nic mówić. Sama się jej pokażę- oznajmiła mężnie. Podeszła do Marka i objęła go od tyłu za szyję. Pocałowała go na powitanie. –A tobie się podoba?- spytała szeptem. -Nie no... ładnie ci. Może i ładnie, ale chyba wolałam jej pierwotną fryzurę. Blond włosy identycznej barwy, jak jej brata, Kuby, sięgające do ramion. -Rdza!- powtarzał Kuba. –Rdza, rdza, rdza! -Jak coś to marchewka. Poza tym wyglądam bardzo dziewczęco...- założyła sobie kosmyk za ucho. Była dziwnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hermenegilda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…