Wróć do katalogu

Jarek

Młody chłopak jedzie nocą przez las i potrąca coś, co w pierwszej chwili bierze za dziecko

Astalosopublikowano 31 stycznia 202441 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jarek nie wiedział co robić. Było to dla niego doświadczenie nowe, dziwne i nieprzyjemne, ponieważ do tej pory zawsze był na wszystko przygotowany. Doskonale wiedział jak się zachować w każdej sytuacji i radził sobie z wszelkimi przeciwnościami, zwrotami akcji i niespodziewanymi wydarzeniami. A teraz, gdy siedział w swoim samochodzie i wpatrywał się w ciemny las oświetlony jednym reflektorem, nie miał pojęcia co zrobić. Ten wieczór miał dokładnie zaplanowany. Z Martą umówiony był u niej na dwudziestą pierwszą. Z samego rana pojechał do kwiaciarni i wybrał duży bukiet goździków (Marta nie znosiła róż, były dla niej zbyt banalne). Z zakupionym bukietem leżącym bezpiecznie na fotelu pasażera udał się do supermarketu. Tam kupił 2 czerwone, półwytrawne wina i paczkę prezerwatyw. Wiedział, musi wyjechać o dwudziestej trzydzieści, jeżeli pojedzie główną drogą, albo o dwudziestej, jeżeli wybierze boczne drogi przez lasy. Początkowo chciał jechać główną, jednak o piętnastej wpadł Heniek z prośbą o pomoc przy szwankującym traktorze. Jarek znał się co nieco na mechanice, więc pomógł sąsiadowi, a ten po robocie postawił mu dwa piwa - najlepsze zdaniem Heńka warki strong. I tu leżał pewien problem - była osiemnasta trzydzieści. Jedno piwo wychodziło z Jarka dwie godziny, więc jeżeli wypije oba (i do tego mocne), ilość alkoholu w jego krwi o godzinie dwudziestej trzydzieści, znacznie przekroczy dopuszczalną dawkę pozwalającą na prowadzenie swojego Golfa IV. Jarek wiedział że bez problemu da radę pojechać, ale nie miał ochoty spotkać się z patrolem policji, który po zobaczeniu wyniku z alkomatu z pewnością przekreśliłby jego wieczorne plany - a na głównej drodze patrole zdarzały się dość często. Na szczęście, jak zawsze, miał plan B - policjanci nie pojawiali się na wąskich, bocznych drogach prowadzących przez lasy. co prawda drogi te były w nieco gorszym stanie, ale jego golf IV bez problemu da radę. Jak pomyślał, tak zrobił - i, jak się później okazało, to był błąd. Musiał chwilę pomyśleć, i - chyba najgorsze - wyjść z samochodu, by ocenić szkody. W głowie tłukła mu się jedna, straszna myśl - ‘Zabiłem dziecko, zabiłem dziecko, zabiłem dziecko….’ Jakaś część jego mózgu, która starała się logicznie myśleć w tej sytuacji, pytała skąd o tej porze w środku lasu dziecko? To sarna, dzik, wilk, łoś, cokolwiek innego, ale na pewno nie dziecko… A jednak wzrok mówił mu coś innego. Zagapił się tylko na chwilę. Wjechał na jakąś większa dziurę, której ostatnio jeszcze nie było i bukiet goździków, leżący na fotelu pasażera prawie zsunął się na podłogę. Złapał go, nie chcąc by się połamały i dałby głowę, że odwrócił wzrok tylko na chwilę, tylko na ułamek sekundy, by sprawdzić, czy bezpiecznie leżą - Marta uwielbiała takie głupoty jak bukiety kwiatów i było to jedna z najcenniejszych tego wieczoru rzeczy w jego samochodzie. I właśnie wtedy kątem oka zobaczył przed samą maską czarny, niski kształt, który mógł być tylko 12-13 letnim dzieckiem. Gwałtownie skręcił kierownicą i wcisnął hamulec ile się da. Dawno nie wymieniane klocki zaprotestowały głośnym piskiem, jednak nawet gdyby były nowe, nie miał szans zahamować. Poczuł mocne uderzenie, a potrącone dziecko poleciało długim łukiem jakieś dziesięć metrów w przód. Golf stał niemal w poprzek drogi, oświetlając rów i drzewa zaraz przed nim jednym reflektorem. Części drugiego, rozbitego, walały się dookoła. Czuł ostry ból w klatce piersiowej spowodowany nagłym szarpnięciem pasa. Gdyby go nie zapiął (a przeważnie tego nie robił), zapewne leżałby teraz obok tego ciemnego kształtu (dziecka - poprawił się). Po chwili zgasił samotne światło. Zaczynał rozważać możliwości. W tej chwili wiedział tylko jedno - Marta będzie musiała spędzić ten wieczór sama. Mógł odjechać. Tak po prostu, wycofać i odjechać, zostawiając na środku drogi potrącone coś (myśl o tym jak o dziecku bardzo ciężko u przychodziła). Nikt go nie widział, dookoła same drzewa, księżyc w pełni ledwo świecił zza chmur, więc nawet, jeżeli w lesie ktoś jest, prawdopodobnie nie będzie w stanie go zidentyfikować. Prawdopodobnie. Musiałby jeszcze pozbierać odłamki - co prawda czerwonych golfów w okolicy było jak psów, ale nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się jakiś nadgorliwy policjant. A co, jeżeli dziecko żyło? Mała szansa, uderzenie było bardzo mocne, a ofiara sporo przeleciała, więc lądowanie musiało być twarde, ale kto wie? Może jeszcze da się je uratować, może będzie to jakaś okoliczność łagodząca… Czuł, że musi zdecydować szybko. Droga jest bardzo mało uczęszczana, ale i tak w każdej chwili mógł ktoś nadjechać (na przykład ktoś, kto wypił o jedno piwo za dużo, a spieszy się na randkę). Tak to bywa - gdyby samochód zepsuł mu się tutaj, nie zobaczyłby żywej duszy, ale w tej sytuacji - na pewno ktoś nadjedzie. I gówno się rozleje. Powoli układał mu się plan. Wyjdzie z auta i oceni szkody. Sprawdzi, czy jest w stanie dalej jechać. To twardy samochód, więc pewnie tak. Jedno światło będzie musiało wystarczyć. Później sprawdzi co z dzieckiem. Jeżeli żyje, zawiezie go do szpitala. Jeżeli nie, nic już tutaj nie pomoże. Pozbierać odłamki i odjedzie, a poniedziałek odstawi samochód do Papy - stary alkoholik naprawi lampę bez gadania, wyklepie co trzeba, a po premii w postaci pół litra zapomni, że w ogóle kiedykolwiek widział Golfa z rozwalonym reflektorem. Sięgnął do schowka, gdzie miał latarkę. Modlił się, żeby baterie były naładowane i był przekonany, że latarka nie zaświeci, ale gdy przesunął włącznik, wnętrze samochodu zalało jasne światło. Przynajmniej tyle. Otworzył drzwi i wyszedł. Nogi ugięły się pod nim, tak, że musiał złapać się otwartych drzwi żeby nie upaść na dziurawą drogę. Twarz owiało mu świeże, leśne powietrze. Był październik, ale temperatura była znośna. Księżyc w pełni bawił się w chowanego z chmurami - jedyny świadek wypadku. Ostrożnie obszedł samochód dookoła. Jego wzrok zatrzymał się na ciemnym kształcie leżącym kilka metrów przed samochodem. Na razie nie odważył się skierować tam latarki. Widział zarys nóg, głowy i rąk. Dziecko (teraz był już prawie pewien) miało na sobie ciemny płaszcz, którego poły rozrzucone były wokół niego. Już z tej odległości i przy ograniczonym świetle widział, że jedna noga leżała nienaturalnie wykrzywiona. Jarek podniósł latarkę i poświecił na rozbity reflektor. Nie jest tak źle. Zderzak był trochę połamany i odstawał, ale udało się go wepchnąć z powrotem na miejsce. Prawe nadkole, zarysowane i prawdopodobnie przesunięte do tyłu. I oczywiście lampa - rozbita całkowicie razem z żarówką. To musiało być naprawdę mocne uderzenie. Coś mu tu jednak nie pasowało - jego mózg przez chwilę szukał brakującego elementu układanki, gdy nagle zaskoczyło - krew! Nie ma śladów krwi. A przecież powinny być, szkło z rozbitej lampy lub połamany zderzak musiało poharatać dziecku nogę. Może jednak nie było tak źle? Z tą nadzieją przygotował się na tą gorszą część. Odwrócił się tyłem do samochodu, kierując w stronę potrąconej osoby. Muszę… muszę zobaczyć co z nim - mówił sam do siebie dodając sobie odwagi, ale ręka z latarką nie chciała się podnieść. Jakaś część jego świadomości krzyczała, żeby wsiadał do samochodu - wsiadł, zawracał i uciekał, póki jeszcze może. Druga część bezskutecznie próbowała podnieść rękę z latarką, by skierować snop światła na ciemny kształt. Z odrętwienia wyrwało go hukanie sowy i długie, przeciągłe wycie. Nie mógł sobie przypomnieć, czy w tym lesie są wilki. Pewnie są. Oczyma wyobraźni zobaczył sforę wilków wpadającą na drogę i rozszarpującą go na kawałki, jakby wymierzając karę za popełnioną zbrodnię. Wymierzy sobie siarczysty policzek. Dość tego! Trzeba działać. Powoli, w dalszym ciągu nieco się ociągając podniósł rękę trzymającą latarkę i krok za krokiem zaczął się zbliżać do potrąconego dziecka. Zatrzymał się jakieś trzy metry od niego, dokładnie oświetlając ofiarę wypadku. - O …. kurwa…. - wyszeptał cicho sam do siebie - o… jasna cholera…. - po czym zdecydowanie szybciej zawrócił do samochodu, obszedł go, otworzył bagażnik i wyjął z niego siekierę. Nigdy nie wiadomo kiedy się przyda - pomyślał, kiedy rok temu wkładał ją tam, jadąc na potańcówkę do pobliskiej wsi. Stara, dobra siekiera. Serce biło mu jeszcze szybciej niż przedtem. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył w świetle latarki. Szok. To na pewno szok wywołany zderzeniem, potrąceniem dziecka. Może piwo które wcześniej wypił było trefne, przeterminowane… Heniek pewnie trzymał je z 10 lat i nie wiadomo, co teraz się z nim działo, dlatego widzi dziwne rzeczy, rzeczy które nie istnieją i istnieć nie mogą… A jednak nie. Doskonale zdawał sobie sprawę że to, co zobaczył, było prawdziwe, że nie był to efekt piwa ani szoku. Jego mózg próbował sobie racjonalnie wytłumaczyć to, co zobaczył . Jednak wzrok nie mógł go mylić - w końcu dlaczego niemal instynktownie, niewiele myśląc od razu wrócił po siekierę? To, co widział na drodze, nie było dzieckiem. A przynajmniej nie ludzkim dzieckiem. Uzbrojony, podszedł z powrotem do ciemnego kształtu. Niepewnie i ostrożnie, ostatnie trzy metry pokonując powoli, trzymając broń uniesioną, gotowy w każdej chwili użyć siekiery lub uciekać. Zatrzymał się dwa kroki przed leżącym stworem i powoli obszedł go dookoła, dokładnie oglądając. Stwór rzeczywiście przypominał człowieka. Porośnięte lekką szczeciną stopy były zakończone ostrymi pazurami, tak samo jak dłonie. Dziwnie wykręcona noga sprawiała wrażenie złamanej w kilku miejscach. Widać było nawet kość i czarną maź wokół otwartej rany, która mogła być jedynie krwią. To, co wziął za płaszcz, było w rzeczywistości skórzastymi skrzydłami, z których jedno z całą pewnością było połamane. nie połamane - potrzaskane. Wystające z niego kości nabierały upiornego blasku w świetle latarki. Po bokach łysej głowy znajdowały się duże, ostro zakończone uszy. Twarz mogłaby uchodzić za ludzką, gdyby nie ostro zakończone kły widoczne z lekko rozchylonych ust oraz płaski nos z dużymi nozdrzami. Stwór miał ciemną skórę, w większości gładką, jedynie na torsie i stopach pojawiały się krótkie włosy. Całość przypominała Jarkowi dziwne połączenie nietoperza z człowiekiem (potrąciłem batmana - cichy głosik żartownisia odezwał się i natychmiast zamilkł). Stwór wydawał się martwy - Jarek trącił go kilka razy siekierą, za każdym razem odskakując i unosząc broń, ale nie zauważył żadnej reakcji. Bezwładne ciało opadało za każdym razem, nie poruszył się żaden mięsień, twarz nie zmieniła wyrazu. Przypomniał sobie pewną sytuację z dzieciństwa, gdy wraz z kolegami znaleźli na łące wygrzewającą się na kamieniu żmiję. Najstarszy i najgłupszy z nich, Mewa (gdy się przestraszył krzyczał dokładnie jak te ptaki), wziął dwudziestocentymetrowy patyk i zaczął ją szturchać, ku uciesze całej reszty. Uciecha byla jeszcze większa, gdy zwierzę zaczęło wściekle syczeć i natychmiast skończyła się, gdy zdenerwowany gad, mający dużo więcej niż dwadzieścia centymetrów ukąsił boleśnie Mewę w rękę i pospiesznie zniknął w trawie. Mewa zbladł, zrobił dwa kroki w tył i zemdlał. Podobno dojechał do szpitala w ostatniej chwili, a później panicznie bał się węży, dużych kamieni i wysokiej trawy (został mu również uraz do krótkich patyków). Jarek miał dziwne wrażenie, że szturchając tego stwora swoją siekierą bardzo przypomina Mewę. Prymitywny, pierwotny instynkt, który kazał uciekać, pakować się do auta i jechać jak najdalej stąd, krzyczał coraz głośniej. ‘Uciekaj, użyj siekiery, upewnij się że stwór nie żyje i uciekaj póki jeszcze możesz’. Are wraz z nim odzywał się inny, bardziej zaradny i pragmatyczny głos, który powoli układał i dyktował nowy plan. Jarkowi ten plan bardzo się spodobał - zwłaszcza, że pojawiły się w nim pieniądze.

****

Gdy Jarek wcielał w życie swój nieco szalony plan, Paweł przygotowywał się do miłego wieczoru. Odłożył opróżnioną butelkę piwa za łóżko, tuż obok dwudziestu innych i otworzył drugą, elegancko oblewając się pianą. Natychmiast zaczął spijać uciekający złoty płyn klnąc w duchu, a gdy piana przestała lecieć, również i na głos. Wytarł mokre plamy przygotowanymi chusteczkami, po czym włączył swoją ulubioną stronę, na której fałszywy taksówkarz przekonywał młode dziewczyny, że wcale nie muszą płacić za przejazd (a przynajmniej nie pieniędzmi) i że wcale nie wrzuci nagrywanego filmiku do sieci. Paweł zaczął leniwie przeglądać filmy, zaczynając od najwyżej ocenianych. Nie było łatwo wybrać, ponieważ większość z nich znał już na pamięć, ale w końcu znalazł - nową, bardzo wysoko ocenianą perełkę z piękną blondynką z dużymi (miał nadzieję, że naturalnymi) piersiami. Już miał wcisnąć “Play”, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. “Kurwa… kogo niesie” - zamruczał, ale nie miał zamiaru przerywać sensu. Z wyczekiwaniem wpatrywał się w kręcący kursor, klnąc po cichu na dostawcę internetu, gdy natręt zadzwonił drugi raz. Próbował sobie przypomnieć, czy nie był z kimś umówiony, ale nikt mu nie przyszedł do głowy. Na ekranie wreszcie pojawiła się blondnka, łapiąca taksówkę w zimny, deszczowy dzień. Dzwonek zadzwonił po raz trzeci, tym razem zawtórował mu tubalny głos ojca z pokoju obok: Paweł! Otwórz te pierdolone drzwi, bo jak ja je otworzę, to przez nie wylecisz razem z tym debilem co przyszedł! Nauczony doświadczeniem, że ojciec nie rzuca takich słów na wiatr, Paweł niechętnie wcisnął ‘Pause’ (do blondynki właśnie podjechała czarna taksówka) i poszedł otworzyć. Jarek? Co ty... Nie miałeś być u Marty? Twoja siostra pracuje jeszcze w tym instytucie? - Jarek, nie czekając na zaproszenie, wszedł i rozglądnął się. Co? A… tak, pracuje, chyba… Jest może? Nie, coś ty, siedzi w tym swoim Krakowie, ale.. Daj mi do niej numer Czekaj, powoli, wyjechała z tym swoim fagasem do Wietnamu czy innych Chin, zero telefonu, Fejsbuka, nic - będzie za tydzień. Ale co... Szkoda. Dobra, wpuścisz mnie? Przecież sam wszedłeś, może powiesz mi… A chuj z tym, napijesz się piwa? Masz wódkę? Stary ma, zaraz poszukam. Siadaj w kuchni. Paweł znalazł flaszkę w standardowym miejscu - schowaną w wiszącej w spiżarce starej, wyświechtanej kurtce. Wziął dwa kieliszki i dołączył do Jarka, który usiadł przy kuchennym stole Będę musiał mu jutro odkupić bo mnie zajebie. Dobra, później ci odkupię. Nalej, wypij i słuchaj. Jarek opowiedział co mu się przydarzyło. W miarę, jak opowieść posuwała się do przodu Paweł robił coraz większe oczy i rzucał od czasu do czasu jakimś przekleństwem albo pytaniem, ale Jarek nie przerywał. Opowiadał podniecony, a gdy skończył dodał: - No i pomyślałem że w tym instytucie zoo-czegoś tam twojej siostry mogą nieźle zapłacić za to coś. Stary, takiego czegoś jeszcze nie widziałem, oni też nie. Idealny okaz do badań! Nowy gatunek, czy coś, to może być warte kupę kasy. Ale jak twojej siostry nie będzie przez tydzień, to nie wiem co z nim zrobić, może wrzucić go do jakiejś zamrażarki albo coś? Paweł uważnie przyglądał się Jarkowi. Widział jego podnieconą, rozgorączkowaną twarz i rozszerzone źrenice. Pokręcił głową. Co za gówno paliłeś? Nic nie pal… Ile razy mam ci kurwa mówić że jak chcesz dobre zioło to masz przyjść do mnie, to ci załatwię? Od tego gówna, co Mały sprzedaje to może ci mózg przeżreć, chuj wie, co on tam dodaje Naprawdę, nic nie paliłem. Piłeś? Nie, dwa piwa, ale nic więcej To o chuj ci chodzi? - Paweł był już mocno zniecierpliwiony - Przyjeżdżasz tutaj, przerywasz mi miły wieczór i opowiadasz jakieś bajki o potrąconym batmanie. Co ty kurwa myślisz, że dam się nabrać na takie coś? Słuchaj, nic nie zmyślam, możesz iść ze mna i zobaczysz Tak, już to widzę. Idziemy do twojego golfa, otwierasz bagażnik, ja się patrzę, a ty lejesz ze mnie i opowiadasz przez miesiąc wszystkim jak się dałem wkręcić w bajkę o człowieku nietoperzu. No śmieszne w chuj. Chodź ze mną to zobaczysz. Stary, jak tam nic nie będzie to możesz mnie normalnie walnąć w ryj aż się nogami nakryję. Nie zmyślasz? Nie! Co ty kurwa myślisz że wolałbym cię tu wkręcać niż widzieć jak Marta zrzuca z siebie ubranie? Paweł myślał jeszcze przez chwilę. Napełnił kieliszki, wypili i zgodził się zobaczyć tajemnicze stworzenie. - Pójdę, ale jak mnie wkręcasz, to tak ci przypierdole, że się we wtroek obudzisz Jarek, podekscytowany, szedł pierwszy. Otworzył drzwi, przekroczył próg i nagle zamarł. Z jego lewej strony, zza domu, dobiegało głośne, wściekłe szczekanie psa. Paweł wpadł na niego, omal go przewracając. - Co jest kur... - Ucisz tego kundla albo ci jutro z niego schabowe zrobię! - ojciec chłopaka również usłyszał szczekanie i nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. - Zaraz! - odkrzyknął, po czym ściszył głos - Kusy pewnie kota zobaczył, zaraz pójdzie i będzie spokój. Ojciec cholery dostaje jak go słyszy, ale jak kiedyś kundel wreszcie zdechnie, to pierwszy będzie leciał z płaczem. Zeszli po schodach, na chodnik ale kot widocznie nie chciał sobie pójść. Szczekanie stawało się coraz wścieklejszy i coraz częściej przerywane warczeniem. U sąsiada zapaliło się światło. Jarek czuł, że było w tym ujadaniu coś dziwnego. Albo pies bardzo nie lubił tego kota, albo… bał się go. I to bardzo. Na podwórzu nie było światła, a samochód znajdował się jakieś piętnaście metrów dalej, tuż koło bramy. Traktor, stojący na podjeździe z wciąż podpiętym pługiem, na którym zgromadziła się ziemia, skutecznie blokował wjazd pod same drzwi. Jarek wyciągnął latarkę i wcisnął przycisk. Na zabłocony podjazd padła smuga światła. Gdy podeszli do czerwonego golfa, chłopak oświetlił zbity reflektor - Zobacz, tutaj… - przerwał mu nagły jęk psa i ciche skomlenie. Pies w końcu się uciszył, ale dźwięk, jaki temu towarzyszył, sprawił, że Jarek dostał gęsiej skórki. Coś było nie tak. - No, pewnie dostał butelką od ojca. Ma okno tuż nad jego budą, do rana będzie spokój - Paweł nie przejął się nagłą ciszą - tutaj walnąłeś? Pochylił się nad rozbitym światłem i przejechał ostrożnie palcami po ostro zakończonych kawałkach szkła. - Jakbyś trafił w dzika to cały przód byłby do roboty, kuzyn kiedyś jechał przez las i… - ale Jarek go nie słuchał. Głos, który jeszcze na leśnej drodze kazał mu uciekać, znowu wszedł do gry. ‘Coś jest nie tak, coś jest nie tak. Uciekaj!’ - cicho powtarzał. Przez chwilę oświetlił latarką wnętrze samochodu i zobaczył coś, co go zaniepokoiło. Coś tam było nie w porządku, jakaś rzecz, którą zarejestrowała tylko jego podświadomość, ale oczy już nie zdążyły. Próbował sobie przypomnieć, przywołując w pamięci obraz oświetlonego wnętrza pojazdu, jednak widział tylko żółte światło latarki odbijające się w przedniej szybie. - Hej, co z tobą? Pytałem, czy… I wtedy do niego doszło. Szyba. Tylna szyba, a raczej jej dziwny wygląd. Nic nie mówiąc pobiegł na tył samochodu i skierował światło na bagażnik. - O kurwa… - wypowiedział to powoli, głośno akcentując każdą sylabę, jak we śnie, gdy ruchy są zwolnione, a człowiek próbuje kogoś uderzyć lub uciec przed ścigającym potworem. Snop światła padał wprost na przednią szybę, częściowo oświetlając ją od środka. Tylnej nie było. Pokruszone odłamki, leżące wszędzie dookoła tylnej części samochodu, delikatnie odbijały promienie, gdy Jarek kierował na nie latarkę. Tylna wycieraczka zwisała smętnie na kablu. Półka bagażnika leżała oparta o zagłówek fotela pasażera, częściowo zasłaniając przednią szybę. To ona przedtem zwróciła uwagę Jarka. Głos miał rację - coś było nie tak i teraz już wiadomo było jak bardzo. - No i gdzie ten twój potwór? Wiedziałem, kurwa, wiedziałem że mnie wkręcasz… - Zamknij się! - Jarek był wściekły. Paweł natychmiast to wyczuł, wiedział kiedy puszczają mu nerwy, i że do tej granicy zostało bardzo, bardzo niewiele - Nie widzisz debilu, że szyba jest wybita od środka? To coś uciekło, kruwa, uciekło! - ostatnie zdanie skończył świecąc Pawłowi prosto w oczy. Ten odepchnął go lekko, przez moment widział twarz kolegi - trupio bladą w sztucznym świetle, niemal bliską szaleństwa. Chyba zrozumiał to, co Jarek. - Chcesz mi powiedzieć, że przytargałeś mi tutaj nie wiadomo co z ogromnymi szponami bo myślałeś że to nie żyje, a teraz to coś uciekło i… Kusy! - oczy Pawła otworzyły się szeroko, mało nie wypadając z oczodołów - Kurwa, kusy! - chłopak odwrócił się i pobiegł w kierunku domu. - Czekaj! - Jarek rzucił się za nim, ale po kilku krokach wrócił do samochodu. Otworzył drzwi od pasażera i wyjął leżącą na fotelu siekierę. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy ,że odłożył ją tam, gdy wepchnął stwora do bagażnika. Podświadomie chciał mieć coś do obrony pod ręką, tak na wszelki wypadek. Odkrył też drugą rzecz - że w głębi duszy dopuszczał możliwość, że stwór żyje.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych