JAZDA
Zawsze lubiłem jazdę pociągami. Pociągi bywają skupiskiem dziwactw. Stąd wzięło się to opowiadanko.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zdecydowanie wierzę w to, że pojedyncza rozmowa, jedna książka, jeden film są w stanie zmienić życie. Potrafią w niemal fantastyczny sposób programować nasz system postrzegania świata, by już na zawsze działał w sferze odniesień właśnie do rozmowy czy książki. Również jedno zdanie może przestawić zwrotnicę życia i skierować jego pociąg na inny tor. Jestem tego pewien. Właśnie, pociąg… Siedziałem w pociągu i czytałem książkę (nie, nic co mogłoby w znaczący sposób wpłynąć na mój ogląd rzeczywistości – zwykły tani kryminał kupiony przed dworcem, w kiosku z wymiętolonymi książkami. Autor nieważny, tytuł do zapomnienia, akcja naiwnie pro-chandlerowska) zwinięty na niewygodnym miejscu. Zawsze sadowię się w ten sposób – jedna noga na… właściwie, nie wiem, jak to się nazywa… na takim podwyższeniu przy ścianie wagonu, druga schowana gdzieś pod nią, ciało wciśnięte w róg pomiędzy oparciem i ścianą. Chyba nie lubię ludzi, wielu się boję i stąd płynie mój sposób siedzenia - byle jak najdalej od śmierdzących, mlaskających i zbyt głośno gadających homo sapiens. Pociąg jechał, chybotał się jak niezbyt zdrowy opasły bawół, koła terkotały na łącznikach szyn. Minęliśmy Preczę (wyjątkowo paskudna stacja, kwintesencja polskiej stacyjności kolejowej, komentator bełkotliwie ogłaszający nazwę stacji przez radiowęzeł oznajmił, że zawitaliśmy na „Stacji Esza, Stacji Esza”. Baran!) i telepaliśmy się dalej. Słońce wychylało się zza napchanych wodą chmur, jakby bawiąc się z ludźmi w grę „Dam tęczę albo nie”. Minęła szesnasta. Jazda pociągiem usypia mnie. W zasadzie usypia mnie każda możliwa jazda: samochodem, autobusem… Ledwie zajmuję miejsce, pojazd rusza, ja ambitnie zaczynam gapić się na zmieniający się krajobraz za szybą lub czytać książkę, gdy nadchodzi senność. Oczy me się zamykają. Pamiętam, kiedyś zasnąłem w pociągu i chyba obudziło mnie własne chrapanie. Poderwałem głowę, otworzyłem oczy i zdezorientowany rozejrzałem się po ludziach (Wtedy jechało ich zdecydowanie więcej, paskudnie gapili się na mnie, bo mym głośnym snem zdawałem się rościć sobie prawo do zajęcia miejsca w ich odpychających szeregach). Pośliniłem się. Gruby ciąg gluta zwisał z moich ust. Dalszą część podróży odbyłem już zawzięcie wpatrzony w okno, jakbym widział za nim coś, czego nie mogłem przeoczyć. Tak więc tradycyjnie robiłem się senny. Zamknąłem książkę; stronę, na której skończyłem lekturę, założyłem palcem i przymknąłem oczy. Brodę oparłem na dłoni, by uniemożliwić otwarcie moich śliniących się ust. Siedziałem sam. Po drugiej stronie wagonu facet z żoną (starsi, zdecydowanie zżuleni okrutnym losem, tacy co to codzienną toaletę zamykają na umyciu zagłębień między palcami u stóp) dyskutowali o czymś niezrozumiale. Oprócz nas w wagonie znajdowało się jeszcze kilka osób, lecz ich nie widziałem. Słyszałem jedynie pomruki ich rozmów, ćwierkanie komórek. Tak właśnie wyglądała sytuacja, gdy przymykałem powoli ślepia, a do wagonu wszedł konduktor. Już wcześniej sprawdzał nam bilety – wysoki facet, z twarzy podobny do tego siwego księdza z „Plebanii”, ale łysy. Miał długie ręce. W pałąkowatych palcach trzymał gruby notatnik, czy może mandatnik, biltenik, czy jak to tam nazwać.. Zamknąłem oczy… - Ma pan rozmienić 50 złoty? – usłyszałem głos konduktora. Przez sekundę myślałem, że może zwrócił się z tym pytaniem do mnie. Nie otwarłem jednak oczu. Mogłem przecież spać i niczego nie słyszeć, prawda? - Nie – odpowiedział ten bełkoczący starszy żulik. Te jedną sylabę wypowiedział całkiem wyraźnie. Pewnie kolejarzyk chciał mieć drobne w razie sprzedaży biletu jakiemuś ciulikowi, który nie zdążył stanąć w kolejce do kasy. - Proszę mi rozmienić 50 złoty – nalegał konduktor. Ton jego głosu zdawał się odmienny, pojawił się w nim nacisk, emfaza jakaś. - Ale ja nie mam. Zupełnie nieoczekiwanie usłyszałem dźwięk, który zawsze napawa mnie przerażeniem, napełnia mnie adrenaliną, popycha do ucieczki. Wywołuje we mnie czysto ludzki odruch poszukiwania schronienia. Uderzenie. Potem następne i następne. Jak oszalałego nasterydowanego Tysona Otwarłem oczy. Popatrzyłem w kierunku konduktora i tamtej dwójki pasażerów. I, o rety!, konduktor złapał faceta za koszulę (wyszła ze spodni, ukazując znajdujący się pod nią podkoszulek upstrzony miliardem chyba dziurek – powstałych najpewniej w wyniku nieustannego noszenia) i trzymał w kleszczach chudych, lecz niesamowicie silnych, paluchów. Drugą dłonią, a w zasadzie pięścią, raz po raz uderzał w twarz faceta. Gruby notatnik leżał na podłodze, otwarty na stronach, gdzie linijki tekstu, jakby listy albo wersy poematu, przekreślone były grubymi, rozgniewanymi krechami. Cios za ciosem, a żona faceta, jakby nagle wepchnięta w świat, w którym nic tak naprawdę nie pasuje, siedziała nieruchomo, najwidoczniej ścięta lękiem. - Hej! – ktoś wrzasnął za mną. Ludzie powstawali, ale nie ruszali się ze swoich miejsc. Być może człowiek w mundurze sprawiał, że ich chęć działania napotykała mur respektu. Bo przecież mundur to prawo, a prawo nie leje nikogo bez powodu… to znaczy, nie masakruje niczyjej twarzy. Twarz faceta zmieniała się w gębę – zakrwawioną i wykrzywioną bólem. Próbował uwolnić się od koszmarnego uścisku, lecz był zbyt słaby. Może alkohol dokonał entropii jego mięśni, może starość. Każde kolejne uderzenie spadało na niego, pięść przekształcała skórę w ciasto poddające się formowaniu. Mikroskopijne kropelki krwi pryskały wokół. Jedna spadła nawet na moje okulary, jak malutki czerwony diabełek. Ja również nie drgnąłem. Jakaś cząstka mojego instynktu zachowawczego próbowała odwrócić twarz od krwawej scenerii, skupić ją na widoku za oknem (Co? Kogoś bili? Nic nie widziałem, oglądałem wyjątkowo ciekawy wiejski krajobraz.), lecz nie przestawałem wpatrywać się w jatkę. Zawsze byłem cieniem. Chciałem niczym cień przejść przez życie, bez głębi, niknący w mroku. Tak jest dobrze i wygodnie. Nikt mnie nie rusza, ja unoszę dłonie w geście poddaństwa. Nie chowam głowy w przysłowiowy piasek jak równie przysłowiowy struś. Ja z fascynacją oglądam swe strusie pazurki, gdy wokół wybuchają bomby. - Ty, kurwa! – zakrzyknęła kobieta, partnerka nieszczęsnego nieustannie bełkoczącego poprzez krew worka treningowego. Nagle wyrwana z otępienia rzuciła się na oprawcę. Chwyciła jego pięść. Konduktor popatrzył na swą nagłą przeciwniczkę. Sądzę, że nie spodziewał się jej reakcji, tylko skupił się na biciu, wszystko inne odsuwając na dalszy plan. Dostrzegłem profil konduktora. Był blady, zaciśnięte wargi wtapiały się w skórę, zatraciły swą naturalną barwę. Jedno oko sprawiało wrażenie należeć do bezwolnego cyborga, który kierowany przez swego programistę ma tylko jedno zadanie: zabić nieposłusznych. Nie puścił swej ofiary. Nadal dzierżył ją w garści. Facet chyba stracił przytomność, bo opadł na siedzenie bez ruchu, bez walki. Z twarzy skapywała krew, znacząc brudną podłogę wagonu. Drugą ręką konduktor odepchnął kobietę. Ta straciła równowagę i gruchnęła o ścianę wagonu. - Oj – jęknęła cicho. Wtedy właśnie dwaj mężczyźni, którzy wstali z miejsc wcześniej, ale nie poruszali się w ogólnej martwicy, strząsnęli z siebie niemoc i rzucili na konduktora. Złapali go za ramiona, wrzeszcząc jak opętani. Wypuścił zakrwawionego mężczyznę (faktycznie zemdlał,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pauluk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…