Wróć do katalogu

Jeden

"Gdy zasypiałem, przez głowę przeszła mi dziwna myśł: że przez ten jeden dzień świat jakby przestał działać..." Trochę eksperymentalne opowiadanie. Polecam czytać przy dźwiękach piosenki "Natalie Portman" grupy Team Sleep, przy której je pisałem.

MFitzner, opublikowano , 1 godz. 10 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Kurwa! Zawsze mi się mylą wskazówki. Cholerny budzik ma cztery - tą od godzin, od minut, od sekund, i alarm - i o szóstej rano wszystkie wyglądają tak samo. Gdy się obudzę, podrywam się z łóżka, wstaję i podchodzę do półki, i patrzę zaspanymi oczami na tarczę z odległości dwudziestu centymetrów, próbując ustalić, która jest która. I nie od razu zauważam sekundnik, bo przed oczami ciemno a myśli jeszcze pływają w krainie niebieskich migdałów. Przez tę krótką chwilę po przebudzeniu po prostu nie myślę. Parę sekund trwam w zawieszeniu między snem a wściekłością. Bo rano zawsze jestem wściekły. Niezależnie od tego, o której muszę wstać - dla mnie i tak to zawsze o dwie, trzy godziny za wcześnie. Pospałbym jeszcze, pogrzał się pod kołdrą. Kładę się tak, że chrapię najwyżej sześć godzin - o dwunastej, gdy wstaję na szóstą, o drugiej, jak na ósmą. A potrzebuję osiem - ani mniej, ani więcej, bo po dziesięciu to mi przez cały dzień łeb pęka, i jestem jeszcze bardziej zły niż kiedy się nie wyśpię. - Kurwakurwakurwakurwa! Była siódma czterdzieści pięć, a mnie o ósmej piętnaście zaczynały się zajęcia. W weekendy o takich porach jestem dwójnasób wściekły. W soboty nawet nie powinno być godzin wcześniejszych niż dziewiąta - po prostu, świat powinien zaczynać się o dziesiątej. To weekend, cholera! W niedzielę zaś budzę się z pianą na ustach i żądzą mordu na wykładowcach akademickich. Była właśnie niedziela. Godzina siódma czterdzieści sześć.

***

Szedłem szybkim, szarpanym krokiem, klnąc pod nosem. Miałem dwanaście minut - dokładnie tyle, ile potrzebowałem na dojście do uczelni. Zawsze tak wychodziłem z domu i za każdym razem zdążyłem - na styk. Piąty rok ta sama trasa. Niby wszystko dobrze. Tym razem jednak nie zdążyłem zjeść śniadania. Cóż, pomyślałem, kupi się bułkę w bufecie, popije colą. Nie starczyło czasu na nic prócz ubrania się, umycia zębów i ogolenia się na szybko. Czasami zapominałem, że nie należy golić się, gdy gdzieś się spieszę. Zaciąłem się pod nosem a skórę na szyi miałem wiśniową. No i nie umyłem włosów. Koszmarne, zlepione strąki zsuwały mi się na czoło i wpadały do oczu. Nie miałem się ochoty nikomu pokazywać w takim stanie. Nie wyglądałem tak najgorzej, ale nie lubiłem wyglądać, ani tym bardziej być widziany nieogolony, nieuczesany albo niechlujny. Zasadniczo, zawsze starałem się wyglądać najlepiej, jak potrafiłem. Nigdy w życiu nie otworzyłbym nikomu drzwi, ubrany w wytarte, wyciągnięte szare spodnie dresowe, a już na pewno nie znajomym. Nie; kazałbym poczekać pod drzwiami i w trymiga przebrałbym się w eleganckie, czarne jeansy z szerokimi nogawkami, w których nie widać, że mam chude łydki, przyczesał włosy - i dopiero otworzył. Teraz zaś szedłem pozacinany, potargany, w niewypastowanych butach - niewyspany i zły, gotowy zabić wzrokiem każdego, kto by się ważył na mnie spojrzeć. Po drodze jednak nie natknąłem się na nikogo. W niedzielę, o ósmej rano, widywałem co najwyżej kogoś na spacerze z psem. Czasem pojedyncze auto. Dzisiaj jednak nikogo. Mieliśmy zajęcia w budynku dawnej bursy, obok jakiegoś technikum, którego nazwy jakoś przez pięć lat nie poznałem, naprzeciwko jakiejś zawodówki - chociaż też nie byłem pewien, co to za zawodówka. Wiem, że uczył się tam Tomek, kumpel z podstawówki. Był w piątej klasie - maturalnej - gdy ja poszedłem na pierwszy rok studiów. Parę razy go spotkałem. Ale później wpadłem na wychodzącego z tegoż budynku Lecha, kolegę z liceum, i on tam studiował - i też nie pamiętam, co. Nieopodal stał ekonomik - technikum, gdzie chodził mój brat-łata, Stefan, a kawałek dalej uniwerek. Minąłem bramę wjazdową od Wojska Polskiego (lubiłem wchodzić bramą, nie furtką), ogrodzone boisko po prawej i budynek technikum. Tym razem też nie sprawdziłem, co to za szkoła. Szedłem dalej, obok mizernego trawnika. Na schodach nie stał nikt. Było chłodno - ale zwykle nawet zimą na progu szkoły stała grupka palaczy i kurzyli, że aż niemiło. Byli zawsze trochę wcześniej, a i tak się spóźniali, bo papierosa nie można zmarnować - trzeba dopalić do końca. Tym razem jednak nie zastałem nikogo. Dziwne. Jeszcze bardziej zdziwiłem się, gdy pociągnąłem drzwi. Gruchnęło tylko, jak to zwykle, gdy otwiera się ciężkie drzwi - ale nie drgnęły. Burknąłem tylko, mierzwiąc brwi, i szarpnąłem ponownie. I nic. Puściłem. Było zamknięte; nie musiałem dziesięć razy sprawdzać. Zajrzałem przez przeszklone drzwi, czy nikogo nie ma w środku - sprzątaczek, szatniarki albo faceta z portierni. Nie paliło się jednak światło na korytarzu, a o tej porze dnia w środku było za ciemno na to, żeby oszczędzać prąd. Po prostu nikogo nie było. Westchnąłem ciężko i zmarszczyłem brwi. Odwróciłem się i omiotłem wzrokiem okolicę, wypatrując, czy ktoś nie idzie. Nikogo. Uliczka, którą przyszedłem, jak i ta prostopadła do niej, wzdłuż której teraz patrzyłem, stojąc na szczycie schodów, były puste. Zupełnie puste. Nie było aut. Nie od razu rzuciło mi się to w oczy - byłem osobą, która na samochody nie zwraca uwagi, no chyba że stojąc na przejściu dla pieszych. Odróżniłbym Porsche, bo kiedyś miałem porszaka-zabawkę, i te światła to jedne z moich pierwszych wspomnień. Poznałbym Ferrari, albo Subaru Imprezę - ot, wozy z gier. A tak, samochody dzieliły się dla mnie na: małe, średnie i duże, oraz podobne do Forda Scorpio kombi, którego kiedyś mieliśmy. Na parkingu nie stało ani jedno auto. Nie przyjechali ani wykładowcy, ani studenci. Postanowiłem jednak czekać - piętnaście minut i ani sekundy dłużej. Równy kwadrans akademicki - tyle zobowiązany byłem warować pod drzwiami, nim wkurzony, z pianą na ustach wrócę do domu, odespać pobudkę o nieludzkich godzinach. Dreptałem wolno, z nogi na nogę, zataczając kółka na wąskim ganku, patrząc pod nogi, od czasu do czasu zerkając po okolicy, czy aby ktoś nie idzie. Zapaliłbym, żeby jakoś ten czas zleciał - ale nie paliłem. Nigdy. No, raz jeden, na studniówce - ale nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Ot, drapanie w gardle - nic ciekawego. Nigdy potem już mi się to nie zdarzyło. Smród dymu tytoniowego przyprawiał mnie o mdłości. Nieomal czułem, jak wygryza mi płuca i robi podwaliny pod raka. Nie znosiłem, gdy ktoś przy mnie kopcił, zwłaszcza w zamkniętych pomieszczeniach. Nikt nie przyszedł. Nikt również nie przyjechał. Spojrzałem na zegarek i równo o ósmej trzydzieści poszedłem sobie.

***

Gdy wróciłem do domu, zdjąłem tylko kurtkę i buty, i w ubraniu położyłem się spać. Nie wchodziłem pod kołdrę; padłem na łóżko, owinąłem się kocem i sam nie wiem kiedy pogrążyłem się we śnie. Zrobiło się ciemno, ciepło, a ja już nie miałem nikomu za złe, że po próżnicy wstałem wcześniej i niepotrzebnie polazłem do szkoły. Byłem nawet wdzięczny, że nie było zajęć. Byłem śpiący. Przespałem się jakieś dwie godziny, bo gdy się w końcu obudziłem, dochodziła jedenasta. Wypocząłem trochę, wyspałem się, ale strasznie się zgrzałem pod tym kocem a ubranie lepiło mi się do skóry. Usiadłem na łóżku, opierając łokcie na kolanach, twarz na pięściach, i zastanawiałem się, za co się wziąć. Odruchowo spojrzałem w lewo, na biurko, na którym stał monitor i modem. Ale komputer miałem w naprawie. Coś się krzaczyło, komputer uprawiał samowolkę i pracował, jak chciał - a jak nie chciał, to się wieszał albo restartował. Zaniosłem więc kloca do serwisu, na Serbinowskiej, osiem minut drogi - i czekałem. Za dwa tygodnie miał być do odbioru. Na razie jednak półka pod biurkiem stała pusta a ja musiałem wynajdywać sobie inne zajęcia. I tak się nie nudziłem. Na studiach zwykle brakuje czasu na opieprzanie się, myślenie, a już na pewno na nudę. Miałem zajęte pięć dni tygodnia i co drugi weekend. Ot, uroki życia podwójnego studenta. Szczęśliwie, jedną szkołę miałem dwanaście minut od domu, drugą o osiemnaście, więc największym problemem było zwleczenie się z łóżka i przyzwyczajenie się do dwunastodniowego tygodnia pracy. Ech, ostatni rok w tym systemie - co prawda na dziennych jazda dopiero się zaczynała, ale zaoczne kończyłem za kilka miesięcy. A po wakacjach, już wszystkie weekendy do końca świata będą tylko moje. Wstałem. Byłem głodny, więc wypadało coś zjeść - tym bardziej, że śniadanie mnie ominęło. Wyciągnąłem z półki miseczkę, nalałem sobie mleka z kartonika, który wyjąłem z lodówki rano, by choć napić się przed wyjściem, i nasypałem płatków. Nie lubiłem jeść. To znaczy, lubiłem smak potraw, a na koniec chciałem mieć pełny żołądek - ale wszystko pomiędzy jednym a drugim mnie denerwowało. Gryzienie, żucie, przełykanie - było męczące i czasochłonne. Dlatego często jadłem płatki z mlekiem - były smaczne, szybkie do przyrządzenia i zjedzenia. Nalać, nasypać, schrupać. Gdy skończyłem jeść, torebkę z płatkami wcisnąłem do półki, gdzie jej miejsce. W pierwszym pokoju miałem meble jak Kiepscy - ci z serialu telewizyjnego; zauważyłem w czołówce. Mleko wstawiłem z powrotem do lodówki - i tak nie działającej. Mieszkanie było wynajmowane, nie moje, i lodówka nie należała do mnie. Gdy więc pewnego dnia otworzyłem ją i nie zapaliła się lampka, o nic nie pytałem. Zresztą, sam kupowałem co najwyżej cztery jogurty na raz i dwulitrowy sok. Mieszkałem sam, ale drzwi obok miałem babcię i dziadka, rodziców mojego ojca i mojego chrzestnego, do którego należało moje mieszkanie. Chciałem pozmywać po śniadaniu, i wymyć dwie brudne szklanki i sztućce - ale gdy odkręciłem kurek z ciepłą wodą, nie poleciało nic. Spróbowałem puścić zimną - lecz to także nic nie dało. Zresztą, lampka bojlera - podłączonego do kontaktu - nie świeciła się. Pomyślałem, że zepsuł się - ale gdy pstryknąłem wyłącznik światła, żarówka nad drzwiami łazienki także się nie zapaliła. Zdziwiło mnie to. Awaria prądu i wody w tym samym czasie? Poszedłem zapytać dziadka, czy u nich też nie ma. Nacisnąłem na klamkę, ale było zamknięte. Gdy wdusiłem dzwonek, ten także milczał. Zapukałem - kilka razy - ale przez dwie minuty nikt nie podszedł do drzwi. Cofnąłem się do mieszkania. Przez okno sprawdziłem, czy aby nie ma ich w ogródku. Nikogo. Pozostało tylko czekać. Jeśli to awarie, trochę minie, zanim je naprawią. Jeśli korki poszły, i tak muszę czekać na dziadka. On miał klucz od skrzynki, i on - emerytowany elektryk - mógł w niej grzebać. Nie mogłem zadzwonić do elektrowni - telefon był zależny od sieci, więc też nie działał. Musiałem zająć się czym innym do czasu, aż usuną awarie. Nawet przez chwilę nie pomyślałem o komputerze. Odruch sięgania do półki pod biurkiem minął mi po kilku dniach od odstawienia sprzętu do serwisu. Zastąpiło go niemal bezwiedne włączanie telewizora. Tym razem nie zareagował on na wduszenie przycisku pilota. Wieża stereo w sypialni była tak samo martwa. Nawet nie próbowałem przyciskać, upewniać się; nie świeciła się czerwona diodka obok przycisku sieci. Postanowiłem więc poczytać. Na stoliku w sypialni leżało opasłe tomisko - trzecia część trylogii fantastyczno-naukowej o kolonizacji Marsa. Kupiłem rzecz jeszcze w szkole średniej, przeczytawszy tom drugi - bite siedemset stron; ciężkie, ale ciekawe. Potem nabyłem część pierwszą, i jej kawałek przeczytałem, zanim pochłonęły mnie zupełnie przygotowania do matury. Tak przeleżało sobie cztery i pół roku, nim wziąłem się za nią po zdaniu sesji na czwartym roku. Wbrew sobie przebrnąłem przez całość. Nie wiem, jakaś obsesja przeczytania wszystkiego, co kupiłem. Ciężka rzecz wobec mojej umiejętności skupienia się na jednej rzeczy na czas około piętnastu sekund. Zaczynałem robić coś konkretnego, po czym już po chwili wstawałem i szedłem po garść płatków do schrupania na sucho, włączałem muzykę albo telewizję. Miewałem też takie fazy, gdy mogłem nad jedną rzeczą spędzić bite osiem godzin bez przerwy, i nawet gdy musiałem odejść, myślami cały czas byłem przy tym zadaniu. W ferworze pracy zapominałem o jedzeniu; o bożym świecie przestawałem myśleć. Jednak z tą książką nie szło mi po prostu. Myślami zbaczałem na zupełnie inne tory już po paru linijkach, i po pół godziny stwierdzałem, że jestem wciąż na tej samej kartce. Tym razem jednak uparłem się i, nie odrywając od niej oczu, uczytałem z wielkim wysiłkiem jakieś czterdzieści stron. Gdy spojrzałem na zegarek, stwierdziłem, że zeszły mi na tym nieludzkie ilości czasu. Było wpół do czwartej. Nadal nie mieliśmy prądu ani wody. Znowu poszedłem sprawdzić, czy babcia z dziadkiem wrócili. Gdy zirytowany szarpałem za klamkę, pukając co chwilę, przypomniało mi się, że mieli jechać na jakiś pogrzeb. Mieli mi tylko zostawić klucz, żebym sobie zrobił obiad. Wróciłem więc do mieszkania i jąłem szukać, gdzie mogli te klucze zostawić. Stół? Nie ma. Kanapa? Nie. Fotel? Nie. Telewizor? Nie. Pufa przy drzwiach? Kredens? Przy zlewozmywaku w kuchni? Nigdzie ich nie znalazłem. Wzruszyłem ramionami i stwierdziłem, że na obiad zjem jogurt truskawkowy, którego nie popiję herbatą, bo nie mam prądu ani żadnego sposobu, by zagotować wodę bez czajnika na prąd. Wody i światła nie było do późnego wieczora. Ostatnie powtórki na poniedziałkowe zajęcia robiłem w świetle świecy. Miałem jedną - chudą, białą, zatkniętą w kiczowaty, drewniany świecznik. Wkuwałem niemieckie słówka w drżącym blasku pomarańczowego płomyka. Poszedłem spać koło dziewiątej, gdy już zrobiło się ciemno. Było to wcześnie jak na mnie, ale co innego było do roboty, gdy nie można włączyć światła, posłuchać muzyki ani pograć na komputerze? Gdy zasypiałem, przez głowę przeszła mi dziwna myśł: że przez ten jeden dzień świat jakby przestał działać. Zaśmiałem się pod nosem z takiego pomysłu, po czym zasnąłem.

***

Obudziłem się za piętnaście siódma - z dogodnym marginesem na robienie wszystkiego w żółwim tempie, zanim się dobudzę a moje zdrętwiałe ciało zacznie normalnie funkcjonować. Tak, bym mógł ubierać jedną skarpetkę przez pięć minut i zdrzemnąć się przed lustrem, myjąc zęby. Wyspałem się, jak rzadko kiedy. Humor jednak zepsuł mi się niemal natychmiast, bo gdy poszedłem do łazienki, okazało się, że wody nadal nie ma. Musiałem jednak chociaż umyć zęby. Splunąłem na szczoteczkę i nałożyłem pastę. Szorowałem, pucowałem, wzdłuż, wszerz, wzwyż i wgłąb, po czym - z braku czegoś stosowniejszego - wypłukałem usta mlekiem. - McGyver... - parsknąłem do lustra, wycierając usta. Jakież było moje zdziwienie, gdy o siódmej zero jeden nie zastałem nikogo w mieszkaniu obok. Ile mógł trwać pogrzeb? Bez przesady! Patrzyłem na zamknięte drzwi, mierzwiąc brwi. Zaczynałem się martwić. Może coś im się stało? Nawet tego nie miałem się jak dowiedzieć, bo ani nie wiedziałem, gdzie są, ani telefon nie działał; nadal nie było prądu. Zapukałem do sąsiadów spod jedynki, ale tam także nikt mi nie otworzył. Pomyślałem - zresztą dopiero po chwili - że śpią i to głupio z mojej strony ich budzić. Po cichu cofnąłem się do mieszkania.

***

Wyszedłem o siódmej trzydzieści pięć. Potrzebowałem tylko osiemnastu minut na dojście, ale skoro byłem praktycznie gotowy do wyjścia o godzinie siódmej, umywszy zęby i zjadłszy śniadanie - mogłem się jeszcze na chwilę położyć, a potem wyjść ciut wcześniej, by nie lecieć do szkoły z wywieszonym jęzorem. Nie poszedłbym wcale, bo wyglądałem jeszcze gorzej niż wczoraj - znowu tłuste włosy, zmarnowana twarz - i nie chciałem się nikomu pokazywać na oczy, ale niestety zapas nieobecności miałem wyczerpany i na pierwszych zajęciach musiałem się pojawić. Nieważne, że miałem za obydwie opuszczone godziny usprawiedliwienie od lekarza. Przez jedną nieobecność człowiek był piętnowany jak bandyta, a za dwie padały groźby kłopotów. Szkoła rozliczała z każdej godziny, a o dniach rektorskich nikt chyba w tym przybytku nie słyszał. Każda minuta stracona musiała być odrobiona w innym terminie - i nie ma zmiłuj. Prawdopodobnie, gdyby nawet świat się kończył, zajęcia odbyłyby się w pełnym wymiarze, a jeśli nawet nie - odpracowalibyśmy to w któryś dzień przed lub po doniosłym fakcie. Idąc cały czas Serbinowską - gdyż droga do szkoły była prosta jak policyjna pałka - nie widziałem po drodze szczeniaków z gastronomika - ani spieszących do szkoły, ani później stojących przed jej budynkiem, tuż obok serwisu, w którym stał mój komputer. Niespecjalnie mnie to zmartwiło - zasadniczo przerażały mnie grupy młodzieży liczniejsze niż jeden. Wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Na skrzyżowaniu z Dolnośląską nie minął mnie ten co zwykle koleś z gastronomika o wyglądzie przedwojennego cinkciarza. Nie musiałem się zatrzymywać na pasach - nie jechało ani jeden samochód. Na czterech pasmach ruchu nie działo się absolutnie nic. Spoglądając w górę ulicy, w kierunku Wieży Ciśnień, zmarszczyłem czoło, czując dziwny niepokój. Poszedłem dalej przed siebie. Minąłem targ. Był pusty. Nikt nic nie sprzedawał, nikt nie kupował. Sklepy stały zamknięte a dookoła nie kręciły się nawet bezdomne psy. Pod pośredniakiem świeciło pustkami. Gdy dreptałem przez park, nie zauważyłem, by ktokolwiek spacerował czy siedział na ławeczce - ani w pobliżu dróżki, którą szedłem, ani na skraju horyzontu. Pokręciłem tylko głową i poszedłem dalej, wiedziony przeświadczeniem, że choćby świat się walił, zajęcia i tak się odbędą.

***

Szarpałem drzwiami jak wariat. I za nic nie chciały się otworzyć. A ja nie chciałem uwierzyć, w to, co widziałem - a raczej w to, czego nie widziałem. Parking stał pusty. O godzinie ósmej zero zero na placyku przed szkołą nie było nikogusieńko a drzwi wejściowe stały zamknięte na cztery spusty. Spojrzałem na zegarek; odruchowo dokręciłem, myśląc, że może stanął - ale tak automatycznie nakręcałem go średnio co pięć minut. Kręciłem się przed budynkiem, zaglądając w kolejne okna. Nie dojrzałem w nich żywej duszy. Marzłem. Miałem na sobie jeansową kurtkę, ale było chłodno i ręce mi kostniały a twarz zamarzała. W tym ziąbie powoli, bardzo powoli docierało do mnie, że stało się coś strasznego. Że wszystkie dziwne rzeczy, jakie spotkały mnie od wczoraj, łączyły się w przerażającą całość. Brak zajęć w niedzielę z brakiem zajęć dziś. Zero samochodów pod uczelnią z pustką w parku. Nieobecność babci i dziadka z milczeniem w domu sąsiadów. Wszystko to miało jedną przyczynę, która dopiero powoli wdzierała się do mojej świadomości, przebijając się przez mur niewiary. Wyszedłem na Kordeckiego i skręciłem w lewo. Szedłem, rozglądając się, nie wierząc. - Ratunku! - krzyknąłem na całe gardło. - Ratunku! Kilkadziesiąt metrów ode mnie stał komisariat policji. - Pożar! - wydarłem się, przez zaciskające się gardło. Odpowiedziało mi tylko echo własnego krzyku. Poszedłem jeszcze kawałek w tamtą stronę. Wziąłem pęknięty kawałek płyty chodnikowej i podszedłem do auta stojącego naprzeciwko komisariatu. Cisnąłem trzymanym kamieniem w szybę. Alarm rozniósł się echem po całej okolicy. Stałem przy aucie, z bezwładnie opadającymi rękami przy bokach, patrząc z nadzieją na drzwi wejściowe komendy, żeby ktoś przyszedł mnie zgarnąć. I nic. Ze zgrozą pojąłem w końcu. Nie było nikogo. Miasto było puste a ja byłem tu absolutnie sam.

***

Alarm wozu z wybitą szybą wył i wył. Słychać go było na drugim końcu parku. Echo dobrze niosło po absolutnie pustych przestrzeniach. Nieznośny, świdrujący gwizd. Wdzierał się mi do uszu - ale nie docierał do mnie. Słyszałem tylko własny, płytki, rzężący oddech. Krew przetaczała się z szumem przez moją czaszkę a każdy mój krok rozbrzmiewał w mojej głowie jak upadek meteorytu. Myśli wirowały jak szalone a ja kręciłem się dookoła własnej osi jak mrówka z wyrwanymi czułkami. Wiedziałem już na pewno, że stało się coś strasznego - ale cały czas wzbraniałem się przed tym. Rozglądałem się nerwowo, z nadzieją, że znajdę, wypatrzę coś, co by mi pokazało, że się mylę; że nie jest źle. Jak bociek w "Seksmisji". Ale idąc Krótką, małą uliczką przy parku, dobijałem się do wszystkich drzwi, waliłem w okna, krzyczałem - i nikt nie otworzył, nie zwrzeszczał mnie. A domofony nie działały. Nie dojrzałem swego boćka. W parku, na żadnym z drzew, nie zauważyłem ani jednego ptaka. Jeszcze wczoraj lubiłem to miejsce. Było odludne, a przy tym piękne. Pełno zieleni, drzew, i dwa stawy, po jednej i drugiej stronie ścieżki, którą codziennie zmierzałem do szkoły. Ten kawałek drogi był zawsze najprzyjemniejszy. Teraz jednak to ten park najbardziej mnie przerażał. Kręcąc się jak bąk w szczerym polu, dotkliwie odczuwałem wszechogarniającą pustkę. Przytłaczała mnie, zgniatała, wypełniała i rozsadzała od środka - bolesna świadomość, że nie ma nikogo, że jestem sam. Nicość dawała się odczuwać w całej swojej okazałości; widziałem własnymi oczami tylko pusty park, ale czułem niezmierzone połacie, wyżyny, niziny, kaniony i miasta - wszystko puste, martwe, niezamieszkane. Nagle park wydał mi się wobec przeogromnej pustki tak nieskończenie mały. Uginał się pod nią. Miałem wrażenie, że zaraz rozpadnie się a nicość go pochłonie, a mnie razem z nim. Zacząłem uciekać. Oczy mi biegały. Oddech rzęził. Krew pulsowała. Myśli szalały. Biegłem, z wzrokiem utkwionym w ziemi - byle nie spoglądać w okna, za którymi nikt nie mieszkał, ani w białe, puste niebo. Na chodnikach, na ulicach szukałem rozedrganym wzrokiem już nie ludzi, ale choćby śladów. Bo przecież ot, tak sobie nie zniknęli wszyscy. Coś musiało się stać - coś, co przeoczyłem, przegapiłem, przespałem. Ale co? Co mogło skrupulatnie wymieść całe miasto, i oszczędzić mnie? Epidemia? Radiacja? Może i chorowity nie jestem, ale cholera, poczułbym! Po całym dniu plułbym już wlasnymi płucami i gubił włosy, gdyby coś wisiało w powietrzu! Wojna? Nie, przecież miasto stało całe i nienaruszone. Na ulicach nie uświadczyłem ani lejów po eksplozjach, ani kropli krwi. Po prostu nic! Było czysto i pusto. Przerażająco. Mijałem bloki, w których nikt już nie mieszkał, i zaparkowane wozy, którymi już nikt nie pojedzie do pracy. Moje kroki dudniły, odbijając się od szarych ścian, powracając do mnie, wzmocnione i zwielokrotnione przez echo. Uciekałem przed pustką i ciszą. Czułem, jakbym biegł po księżycu. Nie mogłem oddychać, nogi uciekały spode mnie - tak jakby nie było atmosfery, nie było grawitacji. Wstrząsały mną zimne dreszcze - jak gdybym nagi dryfował w lodowatej, kosmicznej pustce. Miasto było nieludzkie, nieziemskie, nierealne. Czarnobiałe, rozmyte - jak krajobraz księżycowy z pamiętnej relacji z 1969. I tak samo martwe i obce. Wbiegłem do sieni mojego domu i wpadłem na drzwi. Drżącą ręką dobyłem z kieszeni klucza i po kilku próbach wepchnąłem go w zamek i przekręciłem. Wśliznąłem się do środka, zatrzasnąłem za sobą i zamknąłem na zamek. Opadłem bezwładnie na drzwi, osunąłem się z nich i usiadłem na wycieraczce. Głowa opadła mi na kolana. Nie byłem w stanie myśleć. Wszystko zagłuszał huk krwi w uszach i zgrzytliwy, hektyczny oddech. W tym mętliku rozszalałe procesy myślowe pobłądziły, poplątały się, aż w końcu zupełnie ustały. Po prostu wyłączyłem się.

***

Ocknąłem się. Zacząłem znowu widzieć, słyszeć, czuć i myśleć. Siedziałem w ciemnym przedpokoju - metr na dwa metry. Na wprost miałem łazienkę, po lewej drzwi do pokoju, po prawej kuchnię a za sobą drzwi wejściowe, o które opierałem się plecami. Nie wstałem. Gapiłem się na drewniane drzwi kibelka, próbując zebrać myśli. Lecz byłem się w stanie skupić tylko na tym, co widziałem, czułem lub słyszałem. Wysokie drzwi z jasnego drewna, przeszklone u góry. Kolorowe, żółte i bordowe szybki. Chłód. Twarda, szeleszcząca wycieraczka pod moim tyłkiem. I nic poza tym. Cisza. Zupełna, przytłaczająca cisza. Nie słyszałem ani własnego oddechu ani bicia serca. Nic. Cisza - coraz dobitniejsza, bardziej przytłaczająca. Zastygłe w bezruchu bębenki tak desperacko pragnęły jakichkolwiek bodźców, że reagowały na najmniejsze zawirowania powietrza, a ja słyszałem je jako dźwięki - ciche, ledwie słyszalne, ale rzeczywiste; świszczące. I nie wiem, czy coś sobie roiłem, czy naprawdę słyszałem, ale wydawało mi się, że dobiegała mnie jakaś powtarzająca się, pulsująca, wysoka nuta. Wytrzeszczyłem oczy, tak jakbym próbował jej wypatrzyć; dziwny odruch, który powstał zapewne z tego, że nawet gdybym chciał postawić uszy, nie wiedziałbym jak. Nie drgnąłem nawet. Wsłuchałem się w ciszę, próbując wyłowić dziwny dźwięk; sprawdzić, czy naprawdę coś słyszę. ...bim...bim...bim...bim...bim... Coś tam było - gdzieś na zewnątrz. Poderwałem się na równe nogi, przekręciłem zamek i wyszedłem do sieni. Trwożnie wychyliłem głowę za próg domu. ...bim...bim...bim...bim...bim... Dźwięk dochodził skądś na wprost mnie. Po przeciwnej stronie stał dom identyczny do tego, w jakim mieszkałem. Gdy przeszedłem przez ulicę i zbliżyłem się do niego, dźwięk był wyraźniejszy - ale nie dochodził z jego środka. Było to coś za nim. Obszedłem więc budynek od prawej, by zajrzeć na jego tyły - ale dziwna, powtarzająca się nuta brzmiała skądinąd. Podążyłem dalej wąską uliczką - Południową - mijając budynek jakiejś szkoły, w której byłem parę razy na wyborach. Nieopodal stała stara podstawówka. Idąc w jej kierunku, słyszałem dźwięk coraz głośniej - choć nadal trudno mi było powiedzieć, co to jest. Bim. Bim. Bim. Bim. Bim. W głębi uliczki przyległej do szkoły - ulicy Ludowej, jak zauważyłem po tabliczce na budynku; przysięgam, pierwszy raz słyszałem tą nazwę - dostrzegłem niebieski, karłowaty samochód, zaparkowany krzywo po lewej stronie. Gdy podszedłem bliżej, zauważyłem otwarte drzwi. Dźwięk zaś był sygnałem ostrzegawczym, sygnalizującym niedomknięte drzwi. Silnik był zgaszony, ale gdy zaglądnąłem do wnętrza, okazało się, że kluczyk tkwi w stacyjce. Nie myśląc nawet, wsiadłem do auta i zamknąłem drzwi, by uciszyć buczenie. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i wóz zapalił. Była to pierwsza od dwóch dni rzecz, która zadziałała. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu i przez chwilę po prostu cieszyłem się dźwiękiem silnika i drganiem wnętrza. Coś mnie podkusiło, żeby włączyć radio. Zrobiłem to bezmyślnie, jak dzieciak wciskający na oślep zauważony guzik. Ale gdy już to zrobiłem, stwierdziłem, że naprawdę chętnie czegoś posłucham - jak ktoś gada albo śpiewa i gra. Jednak z głośników popłynął tylko szum. Stereofoniczny, głośny szum - i nic poza tym. Zacząłem szukać po innych częstotliwościach, ale przeleciałem cały zakres wszerz i wzdłuż, i nie wyłapałem nic, co nie byłoby homogenicznym szumem. Ani jednego słowa, ani nutki muzyki. Wyłączyłem radio, poirytowany. Zgasiłem silnik, wygramoliłem się z auta i zatrzasnąłem drzwi. Zacząłem się śmiać. Ogarnął mnie pusty śmiech. Pusty, donośny i obłędny. Zacząłem się zataczać po ulicy, jak naćpany, nie mogąc zdusić, powstrzymać rechotu. Grzmiał w pustej uliczce i rozchodził się echem po mieście, po kraju, po świecie. Bo po pustych przestrzeniach echo niesie najlepiej.

***

Czasem trochę czasu minie, nim człowiek naprawdę zrozumie pewne rzeczy. Jak z niektórymi dowcipami - gdy ktoś go opowie, najpierw nie wiesz o co chodzi, potem uśmiechasz sie, żeby nikomu nie zrobić przykrości, a wybuchasz śmiechem po jakichś piętnastu minutach, gdy w końcu załapiesz. I wtedy skomplikowany dowcip okazuje się być prześmieszny. Ale tak już bywa, że natłok informacji rzutuje na jasność umysłu; tak jak zbyt duży kęs staje w gardle i człowiek się krztusi i dusi. I przez tę długą chwilę jakby w ogóle nie myślał. Nie dociera do niego powaga sytuacji. Dopiero, gdy wykrztusi lub przełknie wielką gulę, zda sobie sprawę, o jak poważną i ostateczną rzecz się otarł. Symptom sam w sobie okazuje się niczym, gdy uświadomić sobie powikłania. Gdy wróciłem do domu, zaświtała mi myśl, żeby zadzwonić do mamy, że wpadnę, bo nie ma zajęć. Zatrzymałem się wpół kroku, bo przypomniało mi się, że autobusem nie dojadę, skoro nikogo nie ma na świecie. Wtedy, na progu kuchni, zmierzając do telefonu, zrozumiałem: nie pojadę do rodziców nie dlatego, że nie ma autobusów, tylko dlatego, że nie ma rodziców. Nie było mamy, taty ani siostry. Babcia i dziadek nie wrócą z pogrzebu. Sąsiad nie wstanie z łóżka i nie otworzy mi drzwi. Pukaniem nie pobudzę dwójki jego dzieciaków. Nie kupię soku i czterech jogurtów u pani w sklepiku na rogu. Nie spotkam ani Tomka, ani Lecha, ani Adama z góry, ani Jarka z przeciwka. Nie natknę się na przedwojennego cinkciarza po drodze do szkoły. Już mnie Hanka nie wyciągnie na piwo, nawet gdybym chciał. Nie odwiedzę Stefana, nie ściągnę Joli do siebie na herbatkę. Nie wpadnę na Kaśkę, biegnąc gdzieś w pośpiechu. Z nikim nie wymienię uśmiechu na szkolnym, szybkiego cześć-cześć. Rodzina, przyjaciele, znajomi - odeszli. Nieznajomi - twarze widziane niekiedy codziennie - tak samo. Taksówkarze. Sprzedawczynie w empiku. Nikogo z nich już nie ma. Jestem tylko ja. Tylko ja żyję - i muszę żyć z tym, że ich nie ma. Kiedy dwa lata temu zdechła nam jamniczka - siedem lat, nie taka stara, tylko się rak przypałętał - gdy się dowiedziałem, przez chwilę chodziłem jakby mnie ktoś trzepnął. Dopiero kiedy usiadłem, dotarło do mnie - jeszcze kilka minut temu była, teraz już nie ma. I poryczałem się, jak cała rodzina zresztą. Za jakiś czas kupiliśmy nowego psa, i był toczka w toczkę taki, jak ten, co zdechł. A może i nie był - ale wbiłem sobie do głowy, że jest; że to tak, jakby tamten nigdy nie odszedł. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że pokochaliśmy nowego jak tego starego, albo "jako" tamtego. Nie wiem. Ale człowiekowi pomaga, gdy może przenieść uczucie z pustki na coś innego; zastąpić coś, czego nie ma, czym innym - i tym się cieszyć. Łatwo nie było - żal po starej jamniczce nie minął tak szybko, i z początku wzbraniałem się przed pokochaniem nowego psiaka. Czasem, tuląc do siebie jeszcze małe szczenię z wyżynającymi się ząbkami, zastanawiałem się a jednocześnie bałem się myśleć, co by było, gdyby ktoś bliski odszedł - tak nagle, bez pożegnania. Teraz wszyscy, których kiedykolwiek kochałem, lubiłem lub choćby znałem, odeszli w jednej chwili, a gdy ja się zorientowałem, dawno już ich nie było. Niezliczone rzesze ludzi, mniej lub bardziej trwale zakotwiczonych w moim sercu. I ktoś lub coś wszystkich mi ich zabrało w jednej chwili. Setki kotwiczek wyszarpnięto mi z serca, rozrywając je na kawałki. Nie było nikogo - nikogo, do kogo cokolwiek czułem, i nikogo, na kogo mógłbym te uczucia przelać, by choć trochę uśmierzyć ból. Byłem sam. Miałem tylko milion barwnych wspomnień po wszystkich - i teraz każde tylko bolało. Został tylko żal. Gdy zdechł nam ten piesek, poryczałem się a potem przez cały wieczór siąkałem nosem. Piekły oczy, ilekroć spojrzałem przez okno na drzewo, pod którym pochował go tata. Dojmujące uczucie goryczy towarzyszyło mi przez kilka miesięcy. Po tym, jak tego marcowego dnia uświadomiłem sobie, że już nigdy nie zobaczę żadnej znajomej twarzy, wyłem jak pies dopóki zupełnie nie straciłem głosu. Oślepłem od łez.

***

Ocknąłem się. Zamrugałem kilka razy, jakbym znalazł się w zupełnie obcym miejscu i próbował zorientować się, gdzie jestem. Siedziałem na kanapie. Nie wiem, kiedy nawet na niej siadłem. Nie pamiętam. Otrząsnąłem się jak z transu. Na twarzy miałem zaschnięte, słone łzy; bluzka była mokra a ja słaby i zesztywniały. Ledwo mogłem się ruszyć. Nie wiem nawet, ile tak przesiedziałem. Było jasno. Może więc tylko parę godzin, może dzień, a może dwa. Trudno powiedzieć. Po prostu kompletnie się wyłączyłem. Nie było mnie - nie wiem, jak długo. Kiedy zaś obudziłem się - ot, zacząłem widzieć, myśleć i czuć cokolwiek - czułem się pusty. Wyprany z emocji. Zdrewniały, wydrążony w środku jak bambusowy kijek. I głodny. Pochłaniając ostatni jogurt, jaki mi został w lodówce, usilnie wracałem, do tego, co się stało. Natrętny widok pustki i świadomość samotności wryły się w mój umysł. Zdziwiło mnie jednak to, że poza tym... nic nie pamiętałem. Wypłakałem morze łez za rodzinę i przyjaciół - a teraz nie byłem w stanie nawet myśleć o żadnym z nich. Wspomnienia rozmów, twarzy, głosów - uciekały mi. Wyślizgiwały mi się. Nie czułem smutku. Nic. Żadnych emocji. Przeżyłem śmiertelną ich dawkę, po której doszedłem do siebie - i byłem odporny. Nie posiadałem uczuć i nie dopuszczałem ich do siebie.

***

Skończyło mi się mleko i sok. Wody w kranie nie było, i tak już miało pozostać - a mnie suszyło. Wyszedłem więc tak, jak stałem - w wyciągniętych spodniach dresowych i w klapkach - i udałem się do sklepiku na rogu. Był zamknięty - oczywiście. Stałem chwilę przed przeszklonymi drzwiami, wzierając do środka. Potem skupiłem wzrok na szybie, dzielącej mnie od wnętrza. Zmarszczyłem brwi. Patrzyłem na te drzwi jak na przeszkodę nie do pokonania - bo skoro stoją zamknięte, nie dostanę się do środka. Po chwili parsknąłem pod nosem, zdając sobie sprawę z tego, jak naiwny byłem. Bo czułem się ograniczany przez najzwyklejsze drzwi. Uświadomiłem sobie, że nigdy wcześniej nie próbowałem wejść przez zamknięte drzwi - bo to nie wypadało. Bo martwiłem się, co sobie ktoś pomyśli o mnie. Skoro jednak nikt nie patrzał, i nikt nie mógł się dowiedzieć, bo nikogo nie było - zamierzałem wejść i nie wstydzić się. Rozglądnąłem się za czymś ostrym i ciężkim. Z niejakim wysiłkiem wygrzebałem z chodnika całą płytę. Podszedłem do drzwi, wziąłem zamach, trzymając płytę oburącz, i cisnąłem nią w szybę, odsuwając się o kilka kroków w tył. Zakryłem uszy i odwróciłem się, gdy ciężar przebił się przez szybę i roztrzaskał ją w drobne kawałki, uderzając w nią całą płaszczyzną. Odwróciłem się w końcu, po dłuższej chwili, by obejrzeć dzieło zniszczenia. Sam byłem zdziwiony, że to zrobiłem, choć przecież nie zawahałem się ani sekundy. Wolno podszedłem do ziejącej w drzwiach dziury, najeżonej ostrymi resztkami szyby, i zaglądnąłem do środka. Spojrzałem na podłogę - była usiana odpryskami. Bacznie obejrzałem obramowanie szyby, by nie położyć dłoni tam, gdzie mógłbym się skaleczyć. Chwyciłem oburącz, oparłem klapka na dolnej krawędzi, a drugą podniosłem nad nią i przestąpiłem do środka. Stałem przez chwilę jak ogłupiały, jak w obcym miejscu. Było ciemno i głucho. Dziwnie i nienaturalnie. Wzdrygnąłem się. Dopiero po chwili zacząłem się rozglądać za tym, po co przyszedłem. Dwulitrowy sok jabłkowy stał tam, gdzie zawsze - wysoko na półce po lewej. Sięgnąłem po niego jedną ręką, wysuwając go ostrożnie, tak by nie postrącać stojących obok soku wieloowocowego i grejpfrutowego. Postawiłem go na ladzie, po czym zaglądnąłem przez szybkę do półki z nabiałem. Co do mleka - mogłem pić to, które nawinęło się akurat pod rękę, ale wśród jogurtów miałem swoich faworytów - zmieniających się co jakiś czas. Po prostu jadłem jeden, dwa rodzaje aż do obrzydzenia, a gdy w końcu mi zbrzydł mi i znudził się tak, że miałem odruchy wymiotne czując nawet jego zapach, próbowałem innego, i zostawałem przy tym, by tego starego już nigdy nie kupić. Obszedłem ladę dookoła, otworzyłem przeszkloną półkę i wziąłem jedno mleko i jeden jogurt. Z tym wróciłem do lady, postawiłem obok soku i sięgnąłem po siatkę, żeby to wszystko sobie schować. Na odchodne zostawiłem na ladzie należne siedem złotych.

***

Gdy następnego dnia wróciłem po jeszcze jeden jogurt, nie zostawiłem na ladzie ani grosza. A siedem złotych, które położyłem tam wczoraj, zwinąłem do kieszeni.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych