Wróć do katalogu

Jesteśmy Cieniami

Jesteśmy cieniami. Czasem przybieramy formę człowieka. Często polujemy.

antoos70, opublikowano , 42 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Było ich sześciu. Dokładnie policzyłem na palcach. Dwie kobiety, czterech mężczyzn. Tak wynikało z moich obserwacji, popartych rzetelną lekturą podręcznika „Anatomia człowieka”. Szli pod górę wesoło śpiewając biesiadne kawałki o zbóju Zbychu, który prowadził hulaszczy tryb życia zmieniając kochanki niczym skarpetki i wszczynając bójki w karczmach. Pochodnie w ich dłoniach płonęły, brunatnej barwy wino kołysało się w butelkach. Jeden z nich, mężczyzna, obejmował drugiego, kobietę, i bełkotał coś do jego ucha. Co jakiś czas obaj wybuchali gromkim śmiechem. Kamyki osuwały się spod ich stóp, staczając w dół ścieżki, tonąc w mroku za plecami ludzi. Ciepło i światło otaczało grupę turystów świetlistą bańką. Wylazłem na nich z mroku i cieni, wyłoniłem się spomiędzy konarów i czarnego trawska, z mojego chłodu w ich blask. Jeden z nich niósł w dłoniach wiatrówkę i uniósł ją, gdy mnie zobaczył, bladego jak księżyc. Nie ukrywam, przestraszyłem się, gdyż nie znoszę bólu. - Proszę, nie! – wzniosłem prawą rękę, by powstrzymać go od nierozważnej decyzji, lewą zasłoniłem oczy, których utrata byłaby znacznie gorsza od bólu. Lufa opadła nieznacznie, narażając moje narządy rozrodcze na uszkodzenia. W „Anatomii człowieka” zaznaczono tłustym drukiem, że jądra należą do najczulszych obszarów w ciele mężczyzny. - Opuść! – załkałem bezradnie. Blondyn przyglądał mi się zdziwiony, ale wycelował broń w ziemię. Odetchnąłem z ulgą. Podróżnicy przestali śpiewać, siwy chłop w podkoszulku na ramiączkach nie uderzał już w struny swojej gitary. Nastała cisza, oczekiwanie aż coś powiem. Obok, czarnym korytem pluskał górski strumyk, w mroku nocy ciężki i gęsty jak ropa naftowa. - Dobrzy ludzie, nagi jestem. Dajcie mi odzienie – odezwałem się. Po krótkiej chwili ciszy odezwał się pijany facet w podkoszulku, zawodząc bełkotliwie: - Ale ma jaja, uuua! Jak kabaki! – rechot towarzyszy wzniósł się ponad lasy. Nie zrozumiałem, dlaczego z tylu fascynujących części ciała jego uwagę zwróciły akurat genitalia i ich rozmiary. Mnie osobiście najbardziej zdumiewają palce u rąk. Ludzie mają odmienne gusta, wiem, bo czytałem o tym w jednej gazecie popularnonaukowej. Gusta sprawiają, że każda jednostka odbiera otaczającą ją rzeczywistość nieco inaczej. - Co to za pajac? – rzekł kobieta z tyłu, trzymający za rękę mężczyznę. - To dzika świnia, jak sądzę. Rzadki okaz. – wyjaśnił słaniający się na nogach mężczyzna w czarnej koszuli. Miał szpakowaty nos, wąskie czoło, kościste policzki i najeżone, czarne włosy. Co chwila spluwał na ziemię, albo rzygał sobie pod nogi. - Wylazło to na nas z krzaków z fujarą na wierzchu i prosi o ubranie – dodał bełkotliwie mężczyzna w szarym podkoszulku. - Skąd się tu wziąłeś i dlaczego jesteś nagi? Napadnięto cię? – dopytywał się blondyn z wiatrówką. - Otóż to, dobry człowieku. W lesie grasują niebezpieczni bandyci, mają szable i pistolety. Radzę wam się ukryć, mnie już dopadli i okradli z pieniędzy! – rzekłem na przestrogę. - Ciebie dziadku? – zdumiał się gruby z gitarą – przesiesz to apsurt! Takie wsioki jag ty nie noszszom pieniędzy w poortffelach. - Mówię prawdę! Wierzcie mi, jedna wiatrówka przeciw ich szablom to nic! - Słuchaj, dziadu, zaczynasz mnie wkurwiać – powiedział kobieta, połączony palcami z mężczyzną. - Upleć sobie sukienkę z liści, srajmajtku – poradził mi towarzysz kobiety. - Słyszałeś dzikusie? Wara do lasu! Auuu! – zawył pijany mężczyzna w czarnej koszuli i wybuchł śmiechem, myśląc, że właśnie popisał się przed kobietą idącą po jego lewej stronie. Kiedy cofałem się do mojej kryjówki uplecionej z igieł, liści i cieni zauważyłem, że kobiecie wcale nie zaimponowała postawa mężczyzny o szpakowatym nosie. Powędrowali dalej, spiralą między drzewami, drobnym płomieniem odsłaniając ciemności przed sobą. Wznowili śpiewy, choć trochę niemrawo, zapewne analizując w mózgach spotkanie z dziwnym golasem, czyli mną. Przydałoby się, aby z przestrzeni między szarymi komórkami odparowało im trochę alkoholu, staliby się nieco bardziej przychylni i na pewno rozsądniejsi. Dałem im pół godziny, choć wiem, że to niewiele czasu na wytrzeźwienie. Musiałem jednak zdążyć zanim dotrą do bacówki, gdzie libacja alkoholowa rozgorzeje na dobre i nie rozstrzygnę wówczas, którzy z nich się nadają. Tak, wiem, co to jest libacja alkoholowa. Zainteresował mnie ten dziwny środek, który powoduje zaburzenia ruchu, mowy, widzenia, a czasem nawet pamięci. Czytałem wiele o skutkach ubocznych i jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem. Mam w planach wypróbować to kiedyś na sobie. Zanim wyskoczyłem na nich z kolejną prośbą, uplotłem z liści coś na kształt krótkiej sukienki, by pokazać, że słucham ich rad i się im podporządkowuję. Czytałem w Vademecum, że uległość buduje zaufanie, te z kolei sympatię, a czasem nawet miłość. Oczywiście nie pragnąłem ich miłości, choć sympatia wiele by mi ułatwiła. - To znowu ten popieprzony dzikus – powiedział mężczyzna w szarym podkoszulku na ramiączkach, kiedy mnie zobaczył. Wychwyciłem w jego spojrzeniu przelotny błysk, tak jakby na chwilę poczuł niepokój. Może zaczynał się mnie bać, gdyż nie rozumiał motywów mojego postępowania, ale wyraźnie kierowała nim wściekłość. Muzyka i śpiewy umilkły momentalnie. Blondyn wymierzył we mnie broń, ale zaraz ją opuścił, bo pamiętał, jakim lękiem napawa mnie widok wylotu lufy. Jeśli chcecie wiedzieć, przypomina mi próżnię w kosmosie, gdzie panuje wieczna cisza, a przestrzeń zabija ogromem. Przeraża mnie dlatego, że czas nie może mieć końca i ratuje mnie tylko myśl o Bogu, który zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nawet my, nędzne i bezwzględnie okrutne stworzenia, wierzymy w jego panowanie. - O co znów chodzi, cholerna kupo gnijącego gówna ?! – warknął na mnie ten w czarnej koszuli ze srebrnymi, metalowymi guzikami. W następnej chwili zgiął się wpół i zwymiotował na ścieżkę żółtawymi grudami. - Zaschło mi w gardle – pożaliłem się – nie piłem nic od trzech dni. Woda w strumieniu jest skażona. Lada moment umrę z odwodnienia. - Mamy to w dupie – oznajmił gruby trzymający gitarę. - Więc nie dacie mi wody? - Mamy tylko wódę. - Jestem tak spragniony, że wypiłbym nawet to. - Że jak? Gardzisz wódą? No to nie dostaniesz. - Macie manierki. - Mam dać ci mój sok z pomarańczy? Wolę go wylać do ścieków, ty obrośnięty krasnoludzie! – wciągnął nosem świeże nocne powietrze i przewrócił oczami – o mamuniu, umyłbyś czasem giry! Wali od ciebie jak od gnojówy! Zbliżyłem się nieznacznie w stronę ludzi, popychany gniewem. Zobaczyłem, że się cofają, a blondyn podnosi flintę, więc sam też stanąłem. Podłość tych stworzeń czasem mnie przeraża. Obłuda płynie w tych żyłach, a podsyca ją alkohol. Nie byłem tu jednak po to, by wyrządzać im krzywdę. Przynajmniej na razie. Jedynie blondyn i kobieta u jego boku wyglądali mi na dobrych ludzi, ale byli zbyt przerażeni moją osobą, by podać mi manierkę z napojem. Myślę, że ten system jest odrobinę niesprawiedliwy. Ci dwaj ludzie nie zasługiwali na taki sam los, co grubas z gitarą, facet z wąskim czołem, czy para trzymająca się za ręce – jednak liczyło się tylko to, że nie pomogli mi w potrzebie, z takich czy innych przyczyn.

Pierwszy podmuch wiatru poruszył lekko dzwoneczkami zawieszonymi nad wejściem do tawerny. Drewniany budynek, otoczony drewnianymi rzeźbami wiedźm i bożków, został ulokowany u podnóży górskiego szczytu. Zjawiało się tu mnóstwo turystów, organizowano imprezy na zamówienie. Następny wir powietrza był wyraźnie silniejszy, unosił z ziemi strzępki zeschłej trawy i kawałki odkruszonej kory. Zapowiadało się na wichurę, o czym świadczył szalejący wiatr, który co chwila zmieniał kierunki i uderzał w ziemię. Bryła powietrza zagrzmociła w okno tawerny, wzbudzając klekot drewnianych obramowań. Wypłoszona z kryjówki łasica wystrzeliła spomiędzy kniei i znikła, pożarta przez ciemność lasu. Polankę wokół budynku zaczął młócić wiatr, z sykiem i gwizdem szarpiąc źdźbła trawy. Chaszcze wirowały w przestworzach, porwane w objęcia trąby powietrznej. Jednak wewnątrz tawerny muzyka grała tak głośno, że chaos za jej ścianami mógł wyrywać drzewa z korzeniami, a szóstka przyjaciół nadal bawiłaby się w najlepsze. Otumanieni hałasem i oparami alkoholu ledwie zdawali sobie sprawę, co dzieje się wokół nich samych. Wystarczyło pół godziny, aby przewrócić mieszkanie do góry nogami. Samymi szkodami nie musieli się przejmować, gdyż pieniędzy mieli wystarczająco dużo, by w okolicy postawić nawet dziesięć podobnych lokali. Główne pomieszczenie w połowie zajmował podłużny stół nakryty czerwonym obrusem. Placki, słodycze, wódka, pogięte puszki po piwie, pucharki z owocami i potłuczone kieliszki ledwie się na nim mieściły. Na podłodze, ze śladami podeszew leżały papierowe talerzyki i połamane, plastikowe sztućce. Popielniczki pozostawione na parapecie dymiły, wypełnione po brzegi popiołem i niedopałkami papierosów. Obok drżącego subufera ktoś położył odpakowane pudełko kondomów. Sztuczny dym zalegał w powietrzu, spomiędzy szarych obłoczków wypływało słabe światło. Niektóre krzesła leżały poprzewracane, ale nawet na stojących nikt nie siedział. Wszyscy rozpierzchli się po tawernie, bawiąc się w osobnych pokojach. Od czasu do czasu ktoś przybywał do głównego pomieszczenia po czteropak piwa albo kolejną butelkę wina. Sam, blondyn posługujący się wiatrówką i Lionella, kobieta, która w drodze na szczyt podążała u jego boku, byli trzeźwi. Zajęli wygodny pokój na górze, z kosmatym tapczanem, kolekcją figurek lisów i szeroką, miękką kanapą. Tawerna oferowała także telewizję, wystarczyło wrzucić dwa złote do automatu, by otrzymać godzinny dostęp do setek kanałów. Woleli pogadać. Mężczyzna w szarym podkoszulku na ramiączkach zasnął w pustej wannie w łazience na parterze. Gitarę zgubił gdzieś po drodze, najpewniej na korytarzu. Chrapał, wypuszczał ze świstem powietrze ciężkie od alkoholowych wyziewów i wołał przez sen, by „ten goły pierun oddał mu jego gitarę”. Wspomnienie dzikusa spotkanego w lesie mogło wydawać się mu odległe, nierzeczywiste, nieprawdziwe i dziwaczne. Po trochu uznawał to za halucynacje wywołane spożyciem nadmiernej ilości wina, ale w kręgach podświadomości stale miał go na uwadze. W podświadomości zwykle odzywał się jego prawdziwy głos, któremu zwykle nie zawierzał. Frank Wusschle, wysoki mężczyzna w dżinsach i czarnej koszuli, tańczył bluesa w swoim pokoju na parterze, przyciskając do ciała butelkę wina, wierną towarzyszkę. Podłoga była zarzygana, ale jemu to nie przeszkadzało. Dreptał w rytm powolnej muzyki, tuląc powietrze, wyimaginowaną kobietę. „Plask”. „Plask”. „Plask”. Zabawa w pianie. Okienne ramy drgały ze stukotem, mocny wiatr to zrywał się, to znów cichł, napierając na wykonane z drewna ściany. Sine niebo zasnuło się czarnymi, postrzępionymi chmurami, z których po chwili lunął rzęsisty deszcz. Dwa żywioły: wiatr i woda, targały potężnymi drzewami, obnażając je z liści i igieł. Nawet zapach ozonu stał się ciężki i gęsty, zwiastując nadejście czegoś złowrogiego. Artur i Zofia, którzy całą drogę na wzgórze trzymali się za ręce, ulokowali się w zacisznym pokoju w rogu mieszkania. Pomieszczenie miało rozmiary mniejsze od pozostałych, ale za to przyczepione do ścian lampy naftowe na podstawkach dodawały mu uroku. Popielate cienie przesuwały się wolno po suficie, jak ciekawskie duchy ludzi, którzy przed wiekami mieszkali tu i przeżywali piękne chwile, zebrane nieodwracalnie kosą śmierci. Szara sofa nosiła jasne plamy po kawie, przypominając do złudzenia odludny księżyc, rozkoszną planetę otoczoną tylko ciszą i spokojem. Na niej się kochali. Żaluzje podniesione były do połowy, wpuszczając do wewnątrz światło księżyca. Płaszczyło się na mahoniowej podłodze, odbijając czarne kształty zasłon. Wkrótce cienie poczęły migotać na niebiesko, gdy wraz z przyspieszającymi oddechami Zofii i Artura rozszalała się burza. Za oknem siekł gęsty deszcz, doskonale widoczny w rozbłyskach piorunów, które rozdzierały niebo jak czarną, jedwabną szatę. Smolistej barwy drzewa uginały się pod naporem wiatru, szeleszcząc ciężko liśćmi. Od czasu do czasu pękały z głuchym trzaskiem konary, lecz odgłosy te były zbyt słabe i ginęły w totalnej zawierusze. Poza ścianami tawerny tylko maślanej barwy księżyc trwał w bezruchu. Chmury gnały po niebie, napędzane wichurą, woda lała się z nich litrami, latały gałęzie, niezliczone ilości pyłu i drobne kamienie – a on patrzył na to wszystko bez emocji. Srebrny plaster światła osiadł na jednej ze ścian, nie podzielony krawędziami żaluzji – a po chwili w jego obrębie pojawił się cień, przypominający ogromną, owłosioną główkę owada. W następnej wdarł się do środka, sypiąc na ziemię odłamkami szkła, wyrwał Artura z ciepłych objęć Zofii i porwał wierzgającego mężczyznę ze sobą. Kobieta zamarła ze zdumienia na parę długich chwil. Potem do pomieszczenia wpadł zimny podmuch wiatru, zapierając jej dech w piersiach. Trafiona w twarz szyszką przewróciła się na kolana i podniosła dłonie do głowy. Pod palcami wyczuła krągły kształt gałek, więc oczy nie odniosły obrażeń, ale w ciemnościach i tak poruszała się jak ślepa. Porywy wiatru zdmuchnęły drobne płomienie w lampach naftowych i wykruszyły resztki rozbitego okna na podłogę. Znów wstała, trzymając się kurczowo rantu łóżka, ale kolejna fala lodowatej nawałnicy rzuciła ją na drzwi. Uderzyła w nie głową, i choć na obrzeżach pola widzenia zarosło jej ciemnością, chwyciła się klamki i podciągnęła. Po białym drewnie spływała krew, w mroku wyglądająca na zupełnie czarną. W Zofię wstąpiła furia i z piskiem na ustach wbiła pomalowane na fioletowo paznokcie w drzwi. Jednym długim pociągnięciem rozdrapała lakierowaną powierzchnię na długości pół metra. Kolejna błyskawica eksplodowała na ścianie srebrzysto – niebieskim kleksem. Głuchy grzmot zatykał uszy i wstrząsał ziemią. Drapała dalej, do krwi, pozbawiona tchu i nadziei, że ktoś usłyszy jej wrzaski. Spojrzała na połamane paznokcie i przez chwilę miała zamiar je odgryźć razem z palcami. Była zbyt słaba, by otworzyć drzwi, wiatr napierał na nie z ogromną mocą. Jednakże rozpłatanie ich paznokciami też nie należało do rzeczy prostych i przyjemnych. Brutalna dłoń wgniatała ją w drewnianą przeszkodę, aż zawiasy dały za wygraną i oboje – drzwi oraz kobieta – polecieli na przeciwległą ścianę budującą korytarz. Uderzyli w nią niemal równocześnie, pozbawiając części tynku, zaś Zofii tchu i orientacji w przestrzeni. Zatoczyła się na bok, unikając kolejnych ciosów wzburzonego powietrza, łapiąc łapczywie oddechy. Przed sobą ujrzała dziwne migawki, jakby syreny wzywające do ucieczki i pobiegła korytarzem, ale po chwili upadła z impetem, gdy dywan spod jej nóg, a ściany zajechały drogę. Jeszcze raz. Dźwignęła się na nogi, słysząc gdzieś w głębi budynku przytłumiony świst wiatru i dzwonienie tłuczonych szyb. Wspomnienie cienia, który zabrał ze sobą Artura uciekło na razie w niepamięć, ponieważ sprawą priorytetową stały się schody. Dwadzieścia skrytych w głębokim cieniu stopni, wykonanych z nadpruchniałego drewna. Bez poręczy. Mogłaby poszukać włącznik światła, tyle, że w obecnym stanie zajęłoby to jej całą wieczność. Zaczęła badać pierwszy z brzegu stopień bosą stopą, wciąż czując się źle. Napęczniałe grudy podchodziły jej do gardła, wzmagane zawrotami głowy, przez co czuła się bardzo osłabiona. Chwila nieuwagi i mogłaby runąć w mrok pod schodami. A gdyby zaczęła teraz wymiotować, nie skończyłaby przed nastaniem świtu. Ostatnią nadzieję pokładała w Samie i Lionelli, którzy byli trzeźwi i mogli jej pomóc w uratowaniu Artura. Wiatr był tak silny, że z pewnością zwrócił ich uwagę. Poza tym przestała grać muzyka. Powinni zjawić się tu lada chwila, ale wolała jak najszybciej znaleźć się na dole. Usiadła u szczytu schodów i powoli zsunęła na niższy stopień. Gładki materiał sukni nie gwarantował jej zabezpieczenia w razie, gdyby zaczęła się niekontrolowanie osuwać ze stromizny. Sprawdzając spodem stopy następny poziom, nie wyczuła żadnego oparcia. Schody nagle urywały się, jakby ktoś uciął pozostały fragment piłą motorową. Zrozumiała, że siedzi na samej krawędzi z nogami w powietrzu, a schody zakręcają o dziewięćdziesiąt stopni, choć z tego, co zapamiętała, wchodząc po nich z Arturem na piętro, powinny biec cały czas prosto. Widocznie była wtedy jeszcze zbyt pijana i tego nie zauważyła. Uniosła wyprostowane nogi i przekręciła się na pośladkach o kąt prosty w lewo. Kiedy znów je opuściła, omal nie spadła w pulsującą czeluść, doznając szoku, kiedy okazało się, że nie ma żadnego zakrętu. Sprawdziła po drugiej stronie i również niczego nie wykryła. Jak to możliwe? Czyżby ktoś odkroił fragment schodów parę metrów nad ziemią? Ale nie to było najdziwniejsze. Chcąc wdrapać się z powrotem na górę odkryła, że znikło również te parę stopni, po których przed chwilą schodziła. Zamarła, zdławiona ogromnym strachem. Zawieszona w przestrzeni na jednym schodku, otulona ciemnościami gęstymi jak smoła, zobaczyła cień podobny do wizerunku wychudzonego jelenia z głową żuka. Sunął po ścianie, ale gdy ją spostrzegł, wyrwał się z dwuwymiarowego świata płaszczyzn i pomknął ku niej w postaci szarej smugi, skacząc jak kangur, tyle, że dwa razy wyżej. Wrzask, jaki wyrwał się z gardła Zofii był bardziej lodowaty niż największy podmuch arktycznego powietrza, potężniejszy niż wichura szalejąca wśród drzew i trwał dopóki chłód nocy nie wstąpił w jej ciało, pozbawiając przytomności.

Sam wysunął z kieszeni skórzany portfel i wydobył z dna dwa złote, żeby skorzystać z telewizji. Spotykał się z Lionellą od kilku miesięcy i dobrze wiedział, że tak jak i on, lubi przed pójściem spać obejrzeć jakiś dobry film. Na stoliku przy kanapie położył cztery złote, przygotowując się na co najmniej trzygodzinny seans. Wsunął krążek w wąską szczelinę i zgasił górne oświetlenie, pozostawiając włączone jedynie słabe światło nocnych lampek. Kiedy ułożył się przy dziewczynie telewizor nadal milczał. Szary ekran przywodził na myśl zamkniętą powiekę zawodowego lenia. Sam podniósł się bez narzekań, ale uderzył w bok urządzenia z taką mocą, że w środku aż coś zadźwięczało. Ekran zabłysnął na czerwono, jakby emitował szkodliwe promieniowanie, ale już po chwili zaszumiał i wyłączył się tak nagle jak zadziałał. - Hej, co jest staruszku? – przemówił do niego Sam, jakby miał przed sobą niesfornego dziadka, który odmawia zażycia kolejnego lekarstwa – chyba nie chcesz, żebym zadzwonił do recepcji, co? Będą cię rozkręcać, wiercić dziury, a co najgorsze wyjmą z ciebie moje dwa złote, które właśnie przetrawiasz. To jak będzie? – znów uderzył w plastikową ściankę, ale mechanizm nie zbudził się do życia nawet na chwilę. Na dywanie za jego plecami stanęła Lionella, oparłszy ręce na biodrach. - Co mu jest? Nie otrzymała odpowiedzi. Sam nagle podniósł się i odszedł na parę kroków od telewizora, stąpając ciężko po trzeszczącej podłodze. Ramiona miał przygrabione, ręce zaś wyciągnięte przed siebie, żeby nie wpaść na ścianę, albo krzesło ukryte w ciemnościach. - Sam, wszystko gra? – zaniepokoiła się. Zmarszczył pobladłe czoło, na którym wystąpiły kropelki potu. Starł je nerwowym ruchem ręki i rzucił: - Nie słychać muzyki. Chyba mamy przerwę w dostawie prądu. - Jesteś pewien, że tylko to? Wyglądasz na przerażonego. - Zdawało mi się... oczywiście tak nie myślałem... już nic. Oddech miał przyspieszony, a lśniące w mroku spojrzenie błądziło od ściany do sufitu. Sprawiał wrażenie, jakby był przekonany, że w pokoju ukryto kamerę, która rejestruje każdy ich ruch. - Sam, o co chodzi? Zachowujesz się jakoś dziwnie, sprawiasz, że zaczynam się ciebie bać! Poruszył się, jakby chciał zrobić krok w przód, lecz potem nagle postawił stopę na tym samym miejscu, co przed chwilą. - Dziwnie to zabrzmi, ale wydaje mi się, że on tu jest. Stoi w cieniu i nas obserwuje. - Kto? - Ten dziadek, którego spotkaliśmy w lesie. Wyszedł do nas bez ubrania i chciał, żebyśmy mu dali swoje manierki. Sam mówił w zamyśleniu, jakby przeżywał wizję, co wzmagało strach Lionelli. - Tak, pamiętam go. Dlaczego myślisz, że on tu jest? - Wcale tego nie wiem. Po prostu... czuję to. Nigdy nie miewasz przeczuć? – warknął na nią, przez co stał się jeszcze mniej podobny do siebie. Nigdy nie podnosił głosu na Lionellę. - Oczywiście, że tak, ale... - Boże drogi, to okropne! Wzdrygnęła się, porażona jego barwą głosu. Zdradzającą bezbrzeżny smutek i grozę. Zdawało się jej, że mrok pokoju wdziera się do duszy Sama. - Co? Co jest okropne? - Zofię dopadło... coś. - Zofię? Naszą Zofię? - Jest pogrążona w smutku. O Boże, Boże, oświeć jej duszę! Słyszeli, jak na poddaszu coś bezustannie trzeszczy, może był to dach, który lada chwila odczepi się od reszty konstrukcji i poleci razem z wiatrem. Kiedy muzyka ucichła, ponure zawodzenie na zewnątrz stało się słyszalne. Uporczywe. Cienkie ściany drgały jak płótno smagane pędzlem szalonego malarza. Wystraszyli się, kiedy na piętrze rozległ się wrzask, nieludzki skrzek człowieka obdzieranego ze skóry. - To na pewno Zofia – rzekł z przekonaniem Sam. Kolejny grzmot przetoczył się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych