Wróć do katalogu

John

Nie będzie opisu. Czy można krótko opisać opowiadanie? Chyba nie. Trzeba je przeczytać.

Femma, opublikowano , 15 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzień 1 Do zespołu dołączyłam jako jedna z ostatnich osób. Nie od razu go dostrzegłam, ale on zza swojego biurka na pewno mnie zobaczył. Znał wszystkich i często obserwował naszą prace, ale nikt nie odbierał tego jako pilnowania. Po prostu był z nami codziennie. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do jego osoby. Drażniły mnie powolne ruchy, wyważone wypowiedzi, zaczepianie, ale gdy patrzyłam na moich kolegów, widziałam, że z zadowoleniem i sympatią przyjmują jego zachowanie. Dziwne... Zawsze myślałam, że takich ludzi traktuje się z lekkim lekceważeniem. Pomyślałam, że za dużo rzeczy chce sprowadzić do polskiej rzeczywistości. Tutaj musiało być inaczej.

Dzień 5 Dowiedziałam się, że ma na imię John, czyli polski Janek. Uśmiechnęłam się sama do siebie. W Polsce to imię zostało zapomniane. Dziś prawie nikt nie nazywał tak swoich synów. Jeśli już ktoś to zrobił, wszyscy uśmiechali się pod nosem, gdy usłyszeli – Jan. Tutaj John to bardzo popularne i lubiane imię. Może dlatego, że brzmiało lepiej? Często stał w oknie i patrzył na ruchliwe ulice. Słyszałam, że wychował się z dala od dużych miast w outbacku, więc może fascynowała go szybkość, z jaką ludzie żyją w wielkich aglomeracjach. Z czystej ciekawości spojrzałam w tą samą stronę, co on. Bardzo się zdziwiłam, kiedy zrozumiałam, że nie patrzy na ulicę, samochody czy ludzi. On wdychał głęboko powietrze, jakby próbował się zrelaksować. Czasem tak robiłam, gdy mocno się zdenerwowałam, ale on nie wyglądał na wzburzonego. Był spokojny – jak zawsze... - Lubię zapach eukaliptusa - powiedział nagle i odwrócił się w moja stronę. Drgnęłam. Wiedział, że patrzę na niego i zastanawiam się, czemu stoi w oknie. - Ty nie lubisz? - zapytał cicho. Miał przyjemny, niski głos. - Nie wiem... Nie zastanawiałam się... - odpowiedziałam równie cicho jak on. Nie wiem czemu mówiliśmy szeptem. Zmieszałam się i wróciłam do swoich zajęć. On także odsunął się od okna, rzucił mi dziwne, pożegnalne spojrzenie i poszedł na swoje miejsce. Tego dnia już go nie widziałam. Czułam się okropnie – jakbym przyłapała go na bardzo intymnej, zarezerwowanej jedynie dla wybranych, sytuacji. A przecież stał tylko w oknie... Mimo to w głębi serca narastało dziwne poczucie winy. Co się ze mną działo?

Dzień 9 Od tej pory, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. I o zgrozo, każdego dnia czekałam w napięciu na pojawienie się Johna. W końcu przychodził, czasem spojrzał w moim kierunku i to wszystko. Tłumaczyłam sobie, że to nic mnie nie obchodzi, lecz czułam ukłucie zazdrości, kiedy podchodził do moich kolegów i serdecznie rozmawiał z nimi. Czasem wybuchali śmiechem. Przypominała mi się wtedy szkoła. Zawsze, gdy ktoś się śmiał w ten sposób, myślałam, że szydzi ze mnie. W ten idiotyczny sposób narodziły się moje kompleksy, z którymi nie umiałam sobie radzić. I tak pozostało do dzisiaj. Przykre sytuację przemykały przed oczami – szydercze podszepty, głupie uśmieszki, uwagi nie na miejscu i moje z trudem powstrzymywane łzy. - Dobrze się czujesz? - usłyszałam tuż przy mojej twarzy. John przykucnął przy biurku i wpatrywał się zatroskany w moje oczy. Mrugnęłam powiekami kilka razy, żeby wyrwać się z koszmarnych wspomnień. Jak na złość kilka moich łez spadło na biurko. Popatrzył na nie, potem każdą delikatnie wytarł dłonią. Podniósł na mnie wzrok. - Nie warto, jakikolwiek był ich powód. Odszedł, a ja siedziałam nieruchomo, jakbym zobaczyła przed chwilą swoją zmarłą matkę. Tego dnia długo nie wracałam do domu. Do późna siedziałam w First Fleet Park i rozmyślałam. Aż w końcu podszedł do mnie policjant i zapytał: - Dobry wieczór. Czy nie potrzebuje pani pomocy? Ma pani dokąd pójść? Spojrzałam na niego. Miał przyjemną, całkiem przystojną twarz. Uśmiechnęłam się lekko, a potem rozejrzałam się dookoła. Zrobiło się rzeczywiście ciemno. Grudniowe dni były bardzo długie – musiałam naprawdę się zasiedzieć. - Mam dokąd iść. Dziękuję.

Dzień 13 Nie należę do osób przesądnych. Dlatego nie przeszkadzało mi, że dziś piątek. Śmiało mogę napisać – ten dzień zaliczyłam do udanych. Pracowałam nad nowa książką, coś tam nie wychodziło, ręce robiły zupełnie co innego niż kazała im głowa, ale jakoś specjalnie się tym nie przejmowałam. Chyba po raz pierwszy nie martwiłam się na zapas. John przyszedł dziś zupełnie jawnie, to znaczy nie naszedł mnie niespodziewanie. Widziałam, jak szedł w moja stronę i nawet machnęłam mu ręką na powitanie. Uświadomiłam sobie, że już nie denerwuję mnie jego sposób bycia, tak irytujący na początku. Gdzieś to odczucie zatarło się, jak zacierają się wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętamy jedynie to, co chcemy. A ja chciałam pamiętać dzisiejszego Johna – z piątku trzynastego. - Masz piękny uśmiech - powiedział głębokim głosem, w którym zakochałaby się każda kobieta. Czasem miałam wrażenie, że kochają się w nim wszystkie dziewczyny z biura. - Powinnaś się częściej uśmiechać - dodał po chwili. Milczałam. Nie byłam przyzwyczajona do takich szczerych, niczym nieskrępowanych uwag. - Chyba jednak za dużo wymagam od ciebie... - Dlaczego tak mówisz? - zapytałam. - Masz oczy koloru złota, ale wzrok zimny i twardy jak kryształki lodu. Zastanawiające, co takiego się dzieje, że w człowieku gaśnie radość? Zaniemówiłam. Nie wiedziałam czy traktować to jako uszczypliwość, czy jako zachętę do rozmowy. Musiał wyczuć moje wahanie, bo jednym szybkim ruchem przysunął do siebie krzesło i przysiadł się do mojego biurka. Nie spodziewałam się po nim takiej gwałtowności. - Skąd pochodzisz? - uśmiechnął się serdecznie. - Z Polski. - Aaa. Kraj żubrów, góralskich oscypków i ołtarza Wita Stwosza. Zatkało mnie. Autentycznie nie wiedziałam, co powiedzieć. Wszyscy znani mi obcokrajowcy na dźwięk „Polska” potrafili jedynie powiedzieć, że stamtąd pochodzi Wałęsa i tam urodził się Jan Paweł II, a on zaskoczył mnie informacjami, których w życiu nie spodziewałam się usłyszeć. Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Wszyscy spojrzeli na nas, a ja śmiałam się tak szczerze, jak nigdy od czasu odlotu z warszawskiego lotniska. Wtedy zrozumiałam, że ludzie mogą się śmiać pełna piersią i niekoniecznie ze mnie. -Nareszcie - John odstawił krzesło na miejsce i odszedł do swoich spraw. Po pracy rozmawiałam z kolegami i wyjawiłam im przyczynę mojego wybuchu. Zareagowali podobnie jak ja. I śmiali się też z siebie. Oni także powiedzieliby o papieżu i Wałęsie.

Dzień 20 Mijały dni. Robiło się co raz przyjemniej w mojej nowej pracy. Zapoznałam się bliżej z niektórymi osobami. Byłam nawet na prawdziwym australijskim barbie, gdzie jadłam dobrze wypieczone żeberka, szaszłyki i popijałam zimne piwo na przemian z gorącą, mocną herbatą. Ale najważniejsze rzeczy zawsze działy się w towarzystwie Johna. Tego dnia siedziałam w biurze do późna. Miałam nawał pracy, a że nie lubiłam zabierać jej do domu, zostałam dłużej. Jednak dziś to nie obowiązki zatrzymały mnie w pracy. Chciałam porozmawiać z Johnem. Planowałam skrupulatnie każdy moment naszej rozmowy, ale to on znów mnie ubiegł. Sam przyszedł do mnie. - O czym porozmawiamy? - zapytał wprost. Spojrzałam na niego uważnie. Był prawdziwym mężczyzną. Gdy się śmiał, jego głos rozbrzmiewał głośno i szczerze. Kiedy się złościł, powietrze iskrzyło wokół…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych