Wróć do katalogu

Kanarek a stan wojenny

Opowieść o stanie wojennym.

Marianopublikowano 29 marca 202312 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Nie poszedłbyś jutro na narty? – zapytał mnie kolega. – Pojedźmy autobusem o szóstej do Dąbek i stamtąd spróbujmy przyjść z powrotem. Zgodziłem się i nazajutrz rano stary autobus o zaszronionych szybach powiózł nas do wioski leżącej przy samej granicy. Dzień był mroźny i mglisty. Światła ulicznych latarń ledwie były widoczne, a w górach wszystko tonęło w białej ciszy. Dąbki spały jeszcze i nawet pies nie zaszczekał, gdy na nartach ruszyliśmy w drogę. Wędrowaliśmy cały dzień przez zaśnieżone pustkowia i dopiero około osiemnastej wróciliśmy do miasta. Przez zasnute mgłą i zupełnie opustoszałe ulice doszedłem do mieszkania. Po prysznicu i posiłku, z kubkiem kawy w dłoni rozsiadłem się na kanapie i włączyłem telewizor. Spodziewałem się kreskówki dla dzieci, a zobaczyłem... Generała Jaruzelskiego czytającego swoje "orędzie do narodu". Potem umundurowany spiker przeczytał listę zakazów i nakazów, których od północy powinienem był przestrzegać. Złamałem już, co najmniej dwa z nich: bez zezwolenia opuściłem miejsce zamieszkania i łaziłem po granicy państwa. Mimo popełnionych wykroczeń spałem spokojnie i rano grzecznie poszedłem do pracy. Przed bramą fabryki stał opancerzony transporter i kilku żołnierzy z kałachami. Zaraz po rozpoczęciu zmiany dowiedziałem się, że ja tu nie pracuję, tylko wypełniam powszechny obowiązek obrony państwa, bo nasz zakład został zmilitaryzowany. Niebawem też przybył komisarz wojskowy i rozpoczął lustrację fabryki, czyli zaglądanie do wszystkich zakamarków – nie wyłączając ubikacji. Któregoś dnia komisarz zawitał do budynku centrali telefonicznej i zażądał wezwania jej szefa, czyli mnie. Pobiegłem tam, czym prędzej i zobaczyłem grubego pułkownika w towarzystwie jednego z naszych strażników i sekretarza czy adiutanta z notesem w dłoni. – Nazywacie się... – powiedział pułkownik i zawiesił głos. Przedstawiłem się imieniem i nazwiskiem, uzupełniając rozpoczęte przez niego zdanie. – Zapisać – rozkazał właścicielowi notesu. – Mieszkacie... – kontynuował komisarz. Podałem mój adres, który też wylądował w notesie. – Numer telefonu... – Nie mam telefonu – odpowiedziałem. – Jak to? – zdziwił się pułkownik. – Odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu! A jakby trzeba było was wezwać w nocy? Jakby wybuchł jakiś pożar albo co? – Moje podanie o telefon czeka już pięć lat – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Zapisać – rozkazał komisarz i skierował się do wyjścia. Następnego dnia fabryka oddała do mojej dyspozycji jeden ze swoich numerów wraz z nowiutkim aparatem telefonicznym marki "Tulipan". Komisarz nadal krążył po zakładzie i któregoś dnia zawitał do naszego warsztatu. – A! To wy – przywitał mnie łaskawie. – Co tu się robi? – zapytał. Wyjaśniłem mu, co robimy i byłby już sobie poszedł, gdyby nie... kanarek. Mieliśmy bowiem w warsztacie kanarka Wacka, który przyśpiewywał nam do pracy. Wacek wyraźnie nie rozumiał powagi sytuacji, bo zaczął skakać po klatce, rozsypując dokoła karmę. – Co to? – zdziwił się komisarz. – Ptak w miejscu pracy? Do tego jeszcze brudzi! Struchleliśmy. – Albo pod klatką będzie porządek, albo ten ptak stąd zniknie – zawyrokował komisarz. – Zapisać – rzucił sekretarzowi z notesem. Postanowiliśmy bronić Wacka. Zafundowaliśmy mu nową klatkę i uszczelniliśmy jej dno tak, żeby nic z niej nie wypadało. Gdy nawet coś wypadło, to zaraz było zamiatane i mieliśmy nadzieję, że komisarz będzie zadowolony. Nie wątpiliśmy, że przyjdzie nas sprawdzić i faktycznie po kilku dniach przyszedł. – Widzicie? Można utrzymać czystość na warsztacie – pochwalił. W taki to sposób Wacek dostał nową klatkę, ja upragniony telefon i stan wojenny zapowiadał się nam różowo. Pod koniec lutego spotkałem na ulicy Grzegorza – leśnika romantyka mieszkającego w samotnej leśniczówce. Nie widzieliśmy się już od lata. Chętnie pogadalibyśmy, ale Grzegorz śpieszył się na autobus. – Za dwa tygodnie mam imieniny. Wpadnij do mnie, to pogadamy – powiedział w przelocie. W dzień Grzegorzowych imienin zerwała się zamieć, więc poszedłem do niego na nartach. Imieninowych gości poza mną było tylko dwoje: Halina, nauczycielka z pobliskiej wsi i Andrzej, mechanik z tamtejszego pegeeru. Obydwoje przyjechali tu poprzedniej jesieni, byli zachwyceni górami i planowali zostać na stałe. Usiedliśmy w ciepłej kuchni i rozpoczęły się wieczorne rodaków rozmowy. – Miałem w lecie trochę kłopotów – rozpoczął Grzegorz. – Czterech moich szkolnych kolegów przyjechało tu ze swoimi dziewczynami. Rozbili namioty i zaczęli balować. Wieczorami pili i śpiewali, a we dnie leczyli kaca i kąpali się nago w potoku. Po wsi rozeszło się, że u mnie są jacyś hippisi. Któregoś dnia przyjechali gliniarze, spisali wszystkich i chcieli ich zabrać na dołek. Milicjantów jakoś udobruchałem, a kolegom kazałem się wynosić. Później jeszcze kilka razy milicja sprawdzała, czy jest tu spokój. Sprawa doszła oczywiście do szefostwa i nadleśniczy dał mi za to po uszach. Na początku stanu wojennego myśliwym i leśnikom poodbierano broń. Teraz myśliwym broń już oddali, ale mnie nie, bo jestem podpadnięty. Wychodzę wieczorami przed dom i słucham, jak po górach kłusownicy walą do zwierzyny. Nie mogę nic zrobić, bo bez flinty nie mam czego szukać w lesie – zakończył Grzegorz. – No, to wypijmy za zdrowie milicji – zażartowałem, napełniając kieliszki. – Zdrowie gliniarzy! – zawołał Grzegorz i wypiliśmy do dna. W tejże chwili usłyszeliśmy walenie do drzwi. Grzegorz poszedł otworzyć i po chwili wrócił w towarzystwie... dwóch uzbrojonych milicjantów. – Obywatele okażą dowody osobiste – zarządził jeden z nich, otrzepując ze śniegu buty i kurtkę. Drugi zrobił to samo i na podłodze zaczęła się tworzyć kałuża. Pokazaliśmy nasze dowody.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych