Karmelowy świat
Opowieść o muzyku, który decyduje się na ucieczkę ze świata przepełnionego blichtrem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.
Adam Gilmour zagrał ostatnie takty i zakończył swój piętnastominutowy występ. Ukłonił się widzom, pomachał w ich stronę i wolnym krokiem zszedł ze sceny. Żegnały go gromkie brawa i wiwaty, ludzie dopraszali się o jeszcze jeden utwór. Muzyk chętnie wróciłby do nich i zagrał kolejną piosenkę, nie pozwalał na to jednak czas antenowy. Miał przebywać na scenie dokładnie piętnaście minut. Mógł grać, śpiewać, tańczyć albo mówić, to było absolutnie nieważne. Miało to zająć kwadrans, po nim na równo dwie minuty wychodził konferansjer, słał w stronę Gilmoura komplementy i zapowiadał rockowy zespół, który również dostał swoje piętnaście minut. - Przed wami wystąpił najlepszy jazzman Nowego Jorku Adam Gilmour! Jeszcze raz proszę o wielkie brawa dla tego wspaniałego artysty, który uświetnił nasz charytatywny koncert bożonarodzeniowy. Mam dla państwa też poufną informację: podczas występu Adama oglądalność naszego koncertu wzrosła, co z pewnością przełoży się na ilość wysłanych smsów! Wyślijcie sms na numer podany w rogu ekranu. Zróbcie prezent tym, do których Mikołaj w tym roku nie mógł trafić! A teraz przed wami… Dalszego ciągu Gilmour już nie słyszał. Wszedł do swojej garderoby i ociężale usiadł na fotelu. Ręce odmawiały mu posłuszeństwa. Mimo prawie siedemnastoletniej gry na harmonijce ustnej po występie zawsze przeraźliwie bolały go dłonie. Przemógł się, by napić się wody. Suche, zdarte gardło dawało o sobie znać. Z trudem przełknął zimną wodę. Uwielbiał uczucie odblokowującej się krtani, czuł jak odzyskuje głos i możliwość bezbolesnego oddychania. Nienawidził świąt. Nawał pracy, występy na charytatywnych koncertach, wychwalanie go pod niebiosa. Zawsze miał przez to problemy z Millą. Ona chciała, aby był przy niej w święta i Sylwestra. On był niewolnikiem kontraktów, wydawcy i swojego agenta. Musiał grać jako „najlepszy jazzman w Nowym Jorku”. Uśmiechnął się, przypomniawszy sobie słowa konferansjera. W samym Brooklynie było kilku lepszych wiele lepszych muzyków, ich problemem było to, że nikt z muzycznej branży nie włóczył się po knajpach, żeby móc ich usłyszeć.
Do pokoju wszedł Kevin Gordon, manager, z którym harmonijkarz współpracował kilka lat. To dzięki niemu Adam stał się jazzmanem rozpoznawanym w całym stanie, to on włożył całe dnie pracy chodząc od wydawnictwa do wydawnictwa, by wydać debiut Gilmoura. Później promował go we wszystkich lokalnych gazetach, pchał Adama na koncerty, gdzie tylko chcieli wpuścił młodego muzyka na scenę. To Kevin Gordon był twórcą sukcesu „najlepszego jazzmana w Nowym Jorku”. Mimo tego, że Gilmour pracował z nim od początku swojej prawdziwej kariery, nigdy nie nazwałby go przyjacielem. Nie wyjeżdżali na wspólne wakacje, nie wychodzili razem na kawę, nie składali sobie nawet świątecznych życzeń. Wyjątkiem były bankiety lub spotkania promujące nowe płyty Adama, tam zawsze pozowali do zdjęć objęci, zadowoleni i sztucznie uśmiechnięci. - Adam, świetnie, dałeś z siebie wszystko! – Gordon zawsze schlebiał swojemu pracodawcy po koncercie. Starał się tchnąć w niego pozytywną energię, jak powtarzał to w licznych wywiadach. - Dzięki, stary – odrzekł Gilmour widząc Kevina w garderobianym lustrze. - Słuchaj, to wszystko na dziś, nie będzie żadnych rozmów. Jutro też mamy w wolne. W niedzielę grasz kameralny koncert w tym barze na Pięćdziesiątej. Pamiętasz? Byliśmy tam ze trzy lata temu. No, nieważne. W poniedziałek kręcimy spot reklamowy… - Jaki spot, do jasnej cholery, Kevin? W co ty mnie znowu wpakowałeś? - Maszynek do golenia, nieważne, będzie z tego spora kasa, nic się nie martw. We wtorek kręcimy film do zapowiedzi klipów i całej trasy koncertowej, wieczorem występ w jakimś klubie w Queens. W środę trzeba pogadać o projekcie nowej płyty, umówiłem nas na 13 z producentem. - Kevin, potrzebuję kilku dni spokoju. - Adam, nie czas na odpoczynek, mamy koniec roku, nawał roboty, ale obiecuję, że po Nowym Roku będzie lepiej. No, to w środę o 8 podjadę po ciebie, na razie! Zanim Gilmour zdążył skryć w twarz w dłoniach, w drzwiach znów ukazał się Gordon. - Wiesz, czeka tu jeszcze kilku fanów z płytami, obiecałem, że ich nie zawiedziesz. Drzwi się zamknęły i Adam słyszał już tylko stłumione odgłosy publiczności słuchającej koncertu jakiejś nowej, popowej gwiazdki. Gilmour upił kolejny łyk wody i sięgnął do szafki, w której leżał jego telefon i dokumenty. Zaczął mozolnie zbierać się do wyjścia, pomyślał o swojej żonie, Milli, która pewnie już spała w ich wielkim łóżku. Poczuł się strasznie zmęczony, chciał znaleźć się już w ramionach ukochanej, a później uciec z tego gwiazdorskiego świata. Wyszedł z garderoby, minął pilnującego wejścia ochroniarza, przeszedł przez korytarz i znalazł się w ogromnym holu, gdzie czekała na niego około dwudziestoosobowa grupa fanów z płytami i notesami w rękach. - Ładnych mi kilku fanów - pomyślał. Gilmour wiedział, że straci tu co najmniej godzinę czasu, przybrał swój znany, sztuczny uśmiech i ruszył w kierunku zadowolonej grupy. - Adam, twoje wykonanie „Angie” było naprawdę cudowne, słuchałam go wczoraj cały dzień, możesz mi podpisać płytę? - Tak, tak, oczywiście… – smutnym tonem odpowiedział Adam.
2.
Harmonijkarz wsiadł do swojego czarnego Forda kilkanaście minut po dwudziestej pierwszej. Chuchnął w swoje skostniałe dłonie i włączył ogrzewanie. Ten przejmujący mróz to kolejny powód, by nienawidzić świąt. Występy przy padającym śniegu nie należały do najprzyjemniejszych. Poza tym kilkucentymetrowa warstwa śniegu paraliżowała miasto, tworzyły się gigantyczne korki utrudniające jazdę samochodem. Gilmour do swojego domu w Staten Island miał kilkadziesiąt kilometrów, wiedział, że do domu dotrze dopiero przed północą. Rozgrzawszy dłonie Adam ruszył wolno ulicami Brooklynu. To tutaj się urodził, tutaj przeżył swoje najszczęśliwsze lata życia. Znał wszystkie zakamarki tego miasta, wszystkie dobre kawiarnie, wiedział, gdzie lepiej nie pokazywać się po zmroku. Wyprowadził się stąd dopiero przed trzema laty, kiedy wspólnie z Millą zadecydowali, że lepiej osiąść w spokojniejszym Staten Island. Kupili tam dom za honoraria z debiutanckiej płyty Adama. To nie była idealna płyta, prawda jest taka, że sam Gilmour nie mógł jej teraz słuchać bez zażenowania. Jej sukcesem okazały się dwa covery znanych piosenek z lat ’70. Nikt do tej pory nie pokusił się o zaaranżowanie ich na harmonijce ustnej. Gordon szybko zrozumiał, że z tych kawałków trzeba zrobić single, nagrać teledyski i udało się. Ludzie to kupili, w sklepach zaczęto poszukiwać płyt Adama Gilmoura, wytwórnia musiała stale je dotłaczać, a debiut szybko okazał się złotą płytą. Kilku recenzentów, którym manager przelał na konto pokaźnie sumy pieniężne, napisało, że dzięki Gilmourowi jazz się odradza. Adam zaczął jeździć po całym stanie. Zaliczył też długą trasę koncertową po całym kraju. Publiczność zaczęła go kochać. Miał 25 lat, a grał jak doświadczony muzyk. Nie bał się przerabiać niemalże nietykalnych piosenek na swoje harmonijkowe brzmienie. Druga płyta długo gościła na szczytach list sprzedaży, same covery, w których zakochali się nowojorczycy. Na płycie pojawiło się wielu innych znanych jazzmanów ze wschodniego wybrzeża USA. Sukces komercyjny Adam przypłacił problemami w domu, częste wyjazdy oddaliły go od Milli. Żona była jego największą fanka, marzyła jednak o tym, by to ona była na pierwszym miejscu listy priorytetów męża. Gilmour nie nagrał płyty od trzech lat, fani czekali, a Gordon podpisał w imieniu muzyka umowę na kolejne dwie płyty. Dochodziły do tego trasy koncertowe, filmy zapowiadające płyty, wywiady, występy w telewizji i cała masa pracy pijarowej, która nie sprzyjała życiu osobistemu. Adam mógł zerwać kontrakty, mógł odejść z branży i rzucić wszystko. Wiedział jednak, że wielbiciele mu tego nie wybaczą, a Gordon znajdzie go nawet na drugiej stronie globu i będzie błagał, żeby jego maszynka do zdobywania pieniędzy wróciła do nagrywania.
Muzyk minął Brooklyn Academy of Music. Widok tego budynku przypomniał mu zepsute dzieciństwo. Ojciec woził go na prywatne lekcje muzyki. Został zmuszany do grania od trzynastego roku życia, wcześniej słyszał wszystkie znane jazzowe zespoły z kolekcji płytowej ojca. Znał wszystkie dźwięki, które można wydobyć z instrumentów. Długo wybierano instrument dla młodego Adama, w końcu ojciec pod wpływem „Just Like a Woman” Dylana wybrał dla syna harmonijkę ustną. Młody Gilmour musiał przez kilka lat trzy razy w tygodniu uczyć się gry na instrumencie, którego szczerze nienawidził. Nauczyciel chwalił nastolatka od pierwszych zajęć, słyszał, że uczeń z łatwością wydobywa dźwięki z instrumentu. Po kilkunastu tygodniach Adam wystąpił po raz pierwszy. Stremowany trzynastolatek pokazał się przed stu osobami i dumnym ojcem na szkolnej akademii. Traktował granie jak przymus, choć czuł, że dmuchanie w harmonijkę uspokaja go i daje mu ukojenie i wolność. Cztery lata później, gdy młody Gilmour miał już za sobą kilka koncertów i gościnny udział na płycie garażowego zespołu, Adam pokłócił się z ojcem. Powodem awantury było trzymanie syna pod kloszem, którego nie mogły znieść hormony nastolatka. Siedemnastoletni muzyk spakował rzeczy, zabrał kilka swoich płyt, schował harmonijkę w kieszeń i uciekł z domu. Przeprowadził się do małego mieszkania, które dzielił ze starszymi kolegami. Pierwszego dnia po ucieczce kumple poszli zatopić smutki Adama do pobliskiej knajpy. Zamówili kilka piw i słuchali przygrywającego klientom jazzowego zespołu. Podobał się Gilmourowi, jednak po wlaniu w siebie kolejnych kufli złocistego napoju Adam przywołał kelnera: - Oni zawsze tak rzępolą? Powiedz im, żeby spieprzali, bo męczą mi uszy. - Pan jest pijany – kelner spojrzał wymownie na kolegów Gilmoura, którzy byli w lepszym stanie. - Daj spokój, młody – powiedział Bob – chodź do domu. - Zagram lepiej niż oni – krzyknął Adam, patrząc w kierunku zespołu, który właśnie miał przerwę. - Wiem, młody, wiem, wierzę Ci, chodźmy już. Wstawiony nastolatek nie słyszał jednak swojego przyjaciela. Ruszył w kierunku sceny. Za mi odwróciło się kilkanaście głów klientów, z zaplecza zaalarmowany krzykiem wybiegał już właściciel knajpy. - Zagram lepiej niż wy – rzucił do zaskoczonych muzyków, gramoląc się na scenę. - Niech pan stamtąd zejdzie, bo wezwę ochronę – ostro powiedział właściciel. - Daj mi pięć minut. Jak nie zaczną klaskać, to sam wyjdę. – Adam wytrzeźwiał w moment, w ręku trzymał harmonijkę. Spotkało się to z pomrukiem aprobaty wśród klientów baru. Zniechęcony szef musiał ustąpić. Młody harmonijkarz podsunął sobie krzesło, usiadł i zaczął grać. Już pierwsze takty pokazały publiczności, że mają do czynienia z geniuszem. Początkowo nie poznawali granej melodii, byli przekonani, że muzyk improwizuje. Po dwóch minutach rozpoznali „Angie”. W knajpie było słychać tylko Adama, poza dźwiękami jego harmonijki nikt nie ważył się wydawać głosu. Gilmour grając, patrzył kątem oka na oniemiałą widownię. Widział zwrócone ku niemu oczy, widział zatrzymane wpół drogi do ust kufle piwa; zauważył też jedna młodą kobietą, siedzącą samotnie w rogu, która ćmiła papierosa. Adam dograł ostatnie nuty i opuścił ręce od ust. Wokoło rozbrzmiały brawa, nikt w tej knajpie nie słyszał czegoś podobnego. Do Gilmoura biegł zachwycony właściciel baru: - Będziesz u nas grał częściej? Będę dobrze płacił! - Nie ma sprawy, przyjdę do pana później – w tej chwili Adam był skoncentrowany tylko na oczach samotnej dziewczyny, która patrzyła na niego uśmiechając się. - Rzuć tego papierosa i wypijmy porządną kawę – powiedział do niej. – Jestem Adam, a ty? - Milla. Zamów też coś do jedzenia. Umieram z głodu.
3.
Milla Gilmour trzymając w rękach płytę Elli Fitzgerald wkroczyła do łazienki. Włożyła krążek do zestawu muzycznego; Adam zadbał o to, żeby nawet w łazience można było posłuchać muzyki. Co prawda nie postawił tutaj gramofonu, ale wieża wraz z dwiema kolumnami wyglądała w łazience dość dziwnie. Milla zsunęła z siebie szlafrok i weszła do wanny pełnej gorącej wody. Pogrążyła się w pianie i zaczęła myśleć o tym, co wydarzy się za kilkanaście godzin. Adam obiecał jej, że uciekną i gdzieś się ukryją. Nie mogła w to do końca uwierzyć. Przyrzekał jej milion razy, że będzie wracał wcześniej, będzie częściej się nią zajmował i zazwyczaj nic z tego nie wychodziło. Zawsze wykręcał się terminami, podpisanymi kontraktami i nagraniami. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że jeśli mąż tym razem też wycofa się z ucieczki, to nie będzie potrafiła się na niego nawet zdenerwować. Wiedziała, że to mężczyzna jej życia, kochała go i cieszyłaby się nawet z krótkiej chwili spędzonej razem. Uwiódł ją swoją pewnością siebie w barze jedenaście lat temu. Siedemnastoletnia córka bogaczy z Nowego Jorku była pod wrażeniem gry młodego jazzmana. Szybko okazało się, że są rówieśnikami, co więcej chodzili razem do akademii muzycznej. Milla ćwiczyła tam śpiew i choć nigdy nie traktowała tego poważnie, to lubiła śpiewać w domu, szczególnie, gdy była sama. Dawało jej to złudne poczucie braku samotności. Nastoletnia Milla zaczęła spotykać się z Gilmourem, który okazał się doskonałym rozmówcą. Spędzali razem całe dnie, harmonijkarz miał mnóstwo czasu, bo jego jedynym zajęciem było granie w barach. Ojciec Milli załatwił przyszłemu zięciowi pracę w nowojorskiej operze. Co prawda harmonijka ustna rzadko pojawiała się w spektaklach, ale czas spędzony na scenie, pozwalał Adamowi płacić czynszu i rachunki. Cztery lata po pierwszym spotkaniu Milla Johnson i Adam Gilmour pobrali się. Ojciec, Ted Johnson, kupił im mieszkanie w Brooklynie, dzięki czemu młodzi Gilmourowie mieli łatwiejszy start, Milla kończyła studia, Adam grał w operze, a w wolne dni dorabiał występując w barach. Wszystko zmieniło się, kiedy genialnego harmonijkarza odkrył Kevin Gordon, który pewnego dnia zatrzymał się z barze, gdzie występował Adam. Szybko poznał się na talencie młodego harmonijkarza i zaprosił go do studia. To jego Milla obwiniała za kryzys w jej małżeństwie. Gdyby nie pojawił się w ich życiu Adam dalej byłby nieznanym muzykiem, później przejęliby firmę ojca i mogliby wieść spokojne, dostanie życie.
W drzwiach zgrzytnął zamek, do holu wszedł spóźniony o dwie godziny Adam. Najpierw usłyszała jego westchnięcie, a później głos: - Wróciłem już, kochanie. Gdzie jesteś? - W łazience, chodź do mnie – odparła pogrążona w pianie Milla. Harmonijkarz ociężałym krokiem wszedł do pomieszczenia, skąd wydobywał się śpiew Elli Fitzgerald. Spojrzał na nagą małżonkę, która nuciła pod nosem „The Man I Love”. Wyglądała uroczo; pomyślał, że w końcu będzie mógł jej dać to, czego była warta. - Kochanie, przepraszam, że tak długo. Najpierw fani, później ta pogoda… - Nie musisz się tłumaczyć. Wejdziesz? – zapytała, patrząc na niego kokieteryjnym wzrokiem. Uwielbiali wspólne kąpiele, pierwszym ich zakupem w domu była ogromna wanna, w której oboje mogli się bez trudu zmieścić. Adam rozebrał się i zanurzył w ciepłej wodzie. Ponownie skierował wzrok na Millę, przez chwilę patrzył w jej kasztanowe oczy i napawał się pięknem chwili. Widział, że nie złości się o jego spóźnienie, ale też nie jest szczęśliwa. - Jesteś gotowa? – zapytał żonę. - Tak, spakowałam kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Wszystko jest przygotowane. - Dobrze, musimy się pospieszyć, wszystko przez ten koncert, przepraszam, nawet w święta nie mogliśmy być razem. - Przestań, Adam. Teraz wszystko nadrobimy. Kocham cię. - Też cię kocham, Mil. Objął ją mocno, kiedy z głośników zaczęły brzmieć nuty „Dream a Little Dream”. - Zatrzymaj – powiedziała Milla. – Zaśpiewajmy razem ten ostatni raz. Adam sięgnął do spodni leżących obok wanny i wyjął z nich harmonijkę. Włączył ponownie wieżę i zaczął grać równo z trąbką Armstronga. Milla zaczęła śpiewać: {i}„Stars shining bright above you Night breezes seem to whisper "I love you"”{/i} Gdy Gilmour skończył grać ostatnie takty, odłożył harmonijkę i wziął żonę w ramiona. Zaczęli się kochać w wannie, często robili to właśnie tutaj, słuchając jazzu i pogrążając się w gorącej wodzie.
Godzinę później Adam stał gotowy go wyjazdu w sypialni. Patrzył na setki płyt, które zdołał zgromadzić przez wszystkie lata. Mógł rozstać się z nagrywaniem, z bratem, ze znajomymi. Najbardziej uwierała go świadomość, że straci muzykę. Wiedział, że tam, gdzie jadą nie będą towarzyszyć mu instrumenty, ani śpiew. Jego rozmyślania przerwał głos Milli, która ukazała się w drzwiach. - Możemy już jechać. Jestem gotowa. Odpowiedział jej skinieniem głowy. Przeszli wspólnie do holu. Gilmour podszedł do żony, położył jej ręce na ramionach i uśmiechnął się. Odpowiedziała tym samym. Dawno nie widział jej szczerego uśmiechu. - Pocałuj mnie ostatni raz, kochanie, ostatni raz w tym paskudnym życiu.
Było już dawno po trzeciej w nocy, kiedy wsiedli do samochodu. Milla włączyła płytę w odtwarzaczu i podróżowali, słuchając „Stairway to Heaven”. - To nasze schody do nieba, skarbie. Wreszcie zaczniemy życie na nowo. - Nie spodziewałam się, że zrobisz to dla nas, wiesz? Nie myślałam, że będziesz w stanie rzucić granie. - Od dawna chciałem to zrobić. Miałem dość bycia marionetką Gordona. Jesteśmy prawie na miejscu. Znaleźli się na ostrym zakręcie, kilkanaście kilometrów za miastem. Od głębokiej przepaści drogę oddzielał tylko metalowy, kilkudziesięciocentymetrowy płotek. Na oblodzonej drodze, przy wszechogarniającej ciemności i szybkiej jeździe łatwo było o wypadek. Samochód Gilmoura nawet nie zwolnił, runął kilkanaście metrów w dół przerywając płot.
***
- Udało się – powiedział Adam. – Myślę, że będą go wyciągać kilka dni. Stwierdzą, że wilki lub inne drapieżniki zjadły ciała. - Co teraz? – zapytała drżąca z zimna Milla - Sto metrów stąd stoi nasz Buick. - Jak to nasz? - Kupiłem go za pieniądze z konta, założonego na inne nazwisko. Nie wpadną na nasz trop. Weszli do samochodu i ruszyli w dalszą drogę. Przed nimi zostało kilka godzin jazdy. - Adam, a jeśli nas znajdą? - Nie myśl o tym, nie mogą nas znaleźć, wszystko dobrze zaplanowałem. Nawet nie pomyślą o tym, żeby nas szukać. - Carmel Village – powiedziała wesoło Milla – nigdy tam nie byłam, ale ta nazwa jest tak piękna, że chętnie spędzę tam resztę życia. Dobry pomysł z tym kamieniem postawionym na gaz, to takie proste, ale chyba nigdy bym na to nie wpadła – dodała, śmiejąc się w głos. Gilmour poczuł ulgę. Milla jest szczęśliwa, a on będzie mógł jej poświęcić więcej czasu. Uśmiechnął się do siebie i spojrzał na nucącą coś pod nosem żonę. - Cholera – pomyślał – życie jednak może być piękne i wiele do tego nie potrzeba.
4.
W niedzielny poranek Kevin Gordon jadł swoje skromne śniadanie, składające się z kilku kanapek i małej filiżanki mocnej kawy, jak zawsze słuchał przy tym radia. Sprawiało mu to niezwykłą radość, ponieważ właśnie grali jeden z najnowszych utworów jego najlepszego podopiecznego Adama Gilmoura. Było kilka minut przez ósmą, zaraz miały zacząć się wiadomości. Agent lubił wiedzieć, co dzieje się na świecie, bardziej jednak interesowały go wydarzenia na listach sprzedaży płyt. Pociągnął łyk kawy, a gdy poczuł jej smak rozchodzący się po podniebieniu, uśmiechnął się do siebie. Mógł wypijać dziennie litry czarnego napoju; co prawda kawa już kilka lat temu przestała działać na niego energetyzująco, ale kochał jej smak, aromat i rytuał jej picia. Piosenkę Gilmoura przerwało pikanie, zapowiadające serwis informacyjny. Zaczął się nudnymi wiadomościami z giełdy oraz tym, że baryłka ropy znów ma zdrożeć. Gordon na chwilę pogrążył się w swoich myślach jednak na ziemię sprowadziło go nazwisko Gilmoura, usłyszane w radio. - …. czarne volvo należące do Adama Gilmoura. Nie wiadomo jeszcze, czy podróżował nim jazzman. Samochód przerwał metalowy płot i poleciał w dół piętnastometrowej przepaści. Warunki pogodowe nie pozwalają na dotarcie do pojazdu, jednak po upadku z takiej wysokości szanse na przeżycie są zerowe. Prawdopodobną przyczyną wypadku była nadmierna prędkość i słabo oznakowany, ostry zakręt. Jak nieoficjalnie się dowiedzieliśmy w grę wchodzi też samobójstwo, ponieważ na drodze nie znaleziono śladów hamowania. Więcej informacji za godzinę, a teraz serwis sportowy i John Meddick.
Gordon przez kilka długich sekund nie mógł uwierzyć w przekazywaną informację. Adam zginął w wypadku? Nie, nie, to nie mogło się wydarzyć, przecież dzisiaj koncert, przecież ma nagrać dwie płyty. - Jak on mógł mi to zrobić? – spytał sam siebie w myślach. – Samobójca, jasna cholera, co mu strzeliło do łba. „Samobójca” to słowo uspokoiło agenta. Na jego twarzy znów zagościł uśmiech. - Dobra, stary. Teraz wyciągniemy jeszcze więcej kasy. Jego szyderczy śmiech niósł się po całym apartamencie.
***
W tym samym czasie oszołomiony Robert Gilmour wybierał numer komórki brata. Telefon nie odpowiadał, podobnie jak aparat Milli. Próbę dodzwonienia się przerwało pukania do drzwi. Przez judasza starszy brat harmonijkarza zobaczył funkcjonariusza z naszywką NYPD. - Dzień dobry, nazywam się Adrian Hutt, jestem oficerem śledczym. Pracuję nad sprawą dotycząca pańskiego brata – przedstawił się pucołowaty blondyn. – Samochód Adama Gilmoura znajduje się na dnie Big Hole, kilkanaście kilometrów na wschód za miastem. Pana brat nie jest w domu, sprawdziliśmy to. Czy mówił panu o jakichś wyjazdach? - Nie, nie odzywał się od wigilii – odpowiedział skonsternowany Robert. – Nie możecie wyciągnąć tego samochodu? To niemożliwe, żeby on nim kierował, on nigdy nie jeździł przekraczał prędkości… - Każdy tak mówi – przerwał zniecierpliwiony funkcjonariusz. – Sąsiedzi też nic nie wiedzą o planowanym wyjeździe… Wszystko wskazuje na to, że Adam i Milla byli w aucie. Ze względu na ten cholerny śnieg nie możemy zejść do samochodu, to kilkanaście metrów w dół, nie wolno nam ryzykować. Samochód jest w ruinie, tam nikt nie mógł przeżyć. Rozpoznaliśmy właściciela tego volvo po tablicy rejestracyjnej, nie wiemy nawet, kiedy to się stało. Ciała są pewnie w opłakanym stanie… o ile są… - Jak to o ile są? - Wie pan, dawno nie było takiej zimy. Zwierzęta szukają pożywienia… Starszemu z braci Gilmour pociemniało przed oczami. Usłyszał tylko przekleństwo policjanta i poczuł jak sadza go na krześle.
*** {i}Kochany Robercie!
Już w pierwszym zdaniu, muszę cię prosić o to, abyś nikomu nie mówił o tym liście. Od tego zależy moja przyszłość. Tak, przyszłość. Nie wiem, od kogo dowiedziałeś się o naszym wypadku. Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że nam się udało, jest już po pogrzebie i każdy teraz składa Ci kondolencje. Przepraszam, że po raz kolejny dostarczam Ci tylu trosk, kochany Bracie. Przepraszam, że kilka poprzednich dni, było dla Ciebie dniami męki. Musiałem postąpić tak, jak postąpiłem. Przepraszam.
Wiem, że to brzmi teraz groteskowo, ale żyję. Uciekłem z Millą. Nie mogliśmy dalej tutaj żyć, dusiłem się jeżdżąc od miasta do miasta i zostawiając Millę samą w domu. Nie mogłem też odejść z branży, sam wiesz, kontrakty, fani, dziennikarze. Potrzebowałem spokoju. Milla mnie potrzebowała. Przygotowałem cały ten wypadek, wybrałem odludne miejsce, pogoda tylko nam pomogła. Mam nadzieję, że uznali nas za martwych. Nie mogę Ci powiedzieć, gdzie obecnie jesteśmy. Możesz być pewny, że jest tam teraz o wiele lepiej niż było nam w Staten Island.
Mam do Ciebie jedną prośbę. Zaopiekuj się naszym domem, nie sprzedawaj go, nie wynajmuj. Dbaj o to, żeby dalej był w dobrym stanie; jeśli chcesz możesz się tam wprowadzić. Proszę Cię o to, bo jeśli w przyszłości nasze dziecko będzie miało inną niż nasza wizję życia, to chcę mu zapewnić możliwość powrotu.
O ile będę miał możliwość, to będę pisał.
Twój brat Adam
PS. Uważaj na Kevina Gordona, będzie chciał wyciągnąć z Ciebie pieniądze. Zrób z moimi niepublikowanymi nagraniami, co uważasz za stosowne, ale pamiętaj, żeby nie ufać Gordonowi.{/i}
Drżące ręce Roberta Gilmoura nie mogły sobie poradzić z włożeniem kartki papieru do koperty. Czterdziestoletni, potężny mężczyzna z trudem łapał powietrze. - Wszystko w porządku, panie Gilmour? – zapytał adwokat harmonijkarza. - Tak, tak… W porządku….
5
- Obudź się, kochanie – Adam potrząsnął ramieniem Milli. – Dojechaliśmy. Pani Gilmour uśmiechnęła się szeroko do męża. - Która godzina? - Ósma, Broadfoot pewnie już na nas czeka. - Kto? - Zwierzchnik tej wioski, umówiłem się z nim wczoraj na spotkanie. Wysiedli z samochodu. Na zewnątrz panował przenikliwy mróz, a zimny wiatr owiewał im odsłonięte twarze. Ruszyli w kierunku najbliższej chaty, z której wydobywał się dym. Gdy byli kilka metrów od niewielkiego, drewnianego domku, otworzyły się drzwi i ukazał się w nich mężczyzna w średnim wieku. Jego twarz pokrywała charakterystyczna amisza broda, miał na sobie czarną kurtkę narzuconą na niebieską koszulę z szelkami i materiałowe spodnie. Powitał Adama uciśnięciem dłoni i zaprosił ich do środka. - Witajcie, nazywam się Joseph Broadfoot. Przewodzę tutejszej społeczności. - Adam Gilmour - odpowiedział. - To moja żona, Milla. - Musicie być zmęczeni podróżą. Christine, możesz podać nam herbatę? Weszli do niewielkiego pokoiku, gdzie bawiło się troje małych dzieci, a czwarte oglądało wielką książkę z kolorowymi obrazkami. Usiedli przy ogromnym drewnianym stole nakrytym ręcznie robionym obrusem. Milla z zaciekawieniem rozglądała się po ścianach, oglądając obrazy świętych oraz zdjęcia Josepha i jego żony. - To moje dzieci, Caroline, Anna, Cathy i Jim. O, a to moja żona Christina – powiedział Broadfoot wskazując na niską kobietę w długiej spódnicy, chuście na głowie i ogromnych okularach. – Przejdźmy od razu do konkretów. Dlaczego chcecie dołączyć do Amiszów? - Wie pan… - Adamie, możesz mi mówić po imieniu – uśmiechnął się do niego Joseph. - Dziękuję, wiesz, Joseph, jestem muzykiem… – zaczął ponownie Gilmour i w kilku zdaniach opowiedział mu historię swojego życia, które w ostatnich latach stało się dla niego nie do zniesienia. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że życie tutaj, to nie tylko odpoczynek? - zapytał poważnie Broadfoot. - Ludzie często uważają życie wśród Amiszów za krótki przerywnik w życiu, jak wakacje. Często przyjeżdżają tylko po to, by wyjechać bez słowa po miesiącu. Wyczuwam szczerość w twoich słowach, ale nie jestem przekonany co do tego, że sprostacie tutejszym wymaganiom. To mimo wszystko trudne życie. - Tak, wiem, jesteśmy gotowi… - Nie, Adamie, nie jesteście. Zgodzę się na to, żebyście tutaj mieszkali. Obowiązuje was roczny okres próbny, potem cała wioska zadecyduje, czy chce was w Carmel Village. Mamy jedno wolne gospodarstwo, dwa miesiące temu umarł tam najstarszy mieszkaniec wioski, wczoraj posprzątałem tam z Christine. Będziecie mogli się tam wprowadzić. Przez następną godzinę Joseph tłumaczył Gilmourom o zasadach panujących wśród Amiszów. Mówił o potrzebie wzajemnej pomocy, o skromnym ubiorze i religijnym życiu. Wspomniał też o tym, że jeśli przetrwają okres próbny, otrzymają skromny kawałek ziemi, który będą musieli sami zagospodarować. Milla i Adam słuchali Broadfoota z zaciekawieniem i zrozumieniem, co chwila spoglądali na siebie rozentuzjazmowanym wzrokiem, oboje czuli, że bez problemów poradzą sobie ze spartańskimi warunkami panującymi w Carmel Village. Lekkość w ich sercu potęgowało uczucie, że będą mieli teraz więcej czasu dla siebie, a ich życia nie będzie komplikował dzwoniący w środku nocy telefon i fani zaczepiający Adama na ulicy. Później Joseph wprowadził Gilmourów do starej, ale zadbanej chaty. Dostali dwa całkiem duże pokoje oraz sporą kuchnię połączoną z jadalnią. Zwierzchnik oprowadził ich po domu, pomógł wnieść najpotrzebniejsze bagaże i zaprosił ich na kolację. Do tego czasu Gilmourowie mieli się zadomowić, a także odespać zarwaną noc. Kiedy Joseph ich opuścił, a najpotrzebniejsze rzeczy zostały wniesione i poustawiane, Milla położyła się na niewielkim, twardym łóżku. - Połóżmy się spać – powiedziała zalotnym głosem. – Przytul mnie, zimno tutaj. - Trzeba jakoś przywitać to miejsce – Adam odwzajemnił jej uśmiech. - A to nie jest wbrew zasadom naszej nowej wspólnoty? – zażartowała Milla - Nie, w końcu jesteśmy małżeństwem.
***
Przez kilka następnych dni, wspierani przez mieszkańców Carmel Village Gilmourowie, przystosowywali się do życia w wiosce. Ciężka praca ostudziła ich zapał do życia wśród Amiszów; pierwsze doby wymazały sielankowy obraz rolniczego życia. Okazało się ono…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mateos
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…