Wróć do katalogu

KAROLINA

Perturbacje młodej dziewczyny poszukującej pracy.

benokam, opublikowano , 51 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na południowym końcu miasta, tuż przy ulicy Koszykowej, gdzie jeszcze niedawno panował gwar targowiska teraz pozostał tylko pusty, asfaltowy plac. Gdzieniegdzie kikuty metalowych konstrukcji straganów i różnych targowiskowych pomieszczeń, jakby najeżone kolcami jeża świadczą o byłej świetności tego miejsca. Wypełnione deszczówką wgłębienia w asfalcie służą teraz za miejsca, kąpieli gołębi i wróbli. Od strony zachodniej na poddaszach, w na wpół otwartych oknach nieczynnych strychów, bezpańskie gołębie zrobiły sobie bezpieczne schronienie. Do niedawna ciemno czerwone ściany pomalowane zeschniętym biało – szarym guanem gołębi stworzyły przedziwną kompozycję nieznanego stylu, czy malarskiego kierunku. To zapewne nieświadome swego istnienia gołębie próbowały wymalować tam historię swojego życia i przemijania. One świadczą o niedawnej świetności tego miejsca. W części nieco oddalonej od głównej ulicy było miejsce, gdzie w dni targowe schodzili się wszyscy miejscowi i zamiejscowi hodowcy różnego ptactwa. Kupowali nie tylko stosowną paszę, ale też i ziarna różnych zbóż. To miejsce zawsze jakoś dziwnie specyficznie śmierdziało. Z daleka zapach ten wyczuwało się bezbłędnie. Określenie co tam jest nie było trudne. Szczególnie w piątki gdzie pełno tu było drucianych klatek postawionych jedna na drugiej z ciasno tłoczonym ptactwem w środku. Każde wejście w tych dniach w to miejsce nosiło ryzyko zabrania ze sobą oprócz zakupów ten specyficzny smród. Robert nigdy nie mógł zrozumieć jak ci ludzie tu funkcjonują – jedzą swoje ubogie kanapki ze smalcem popijając ukradkiem piwem. Co niektórzy, jak przystało na panisko przelewało z termosu parującą jeszcze kawę do plastikowego kubka. Bardziej dla zasady, niż z konieczności trzymając w kącikach ust zgaszonego peta tanich papierosów, usiłowali coś tłumaczyć kandydatom na zakup u nich towaru. Obok stały odkryte skrzynie dostawczych samochodów wypełnionych pojemnikami z jajkami. Przyczepione do plandeki kawałki tekturowych szyldów informowały z jakiej to fermy te jaja pochodzą. Miały one stanowić nijako reklamę zachwalającą ich towar, co w rzeczywistości nie miało żadnego znaczenia bo i tak wszystkie pochodziły z takiego samego odżywiania i sposobu chowu, a to oznaczało, że nie były to jaja z drobnych kurników, a całych fabryk jaj. W to miejsce przychodzili tylko ci co naprawdę mieli tu interes. Nie było to miejsce do robienia wycieczek, czy zaspokajania jakiś ciekawości. Między szeregami aut i pionowych klatkowych wież przemykali kupujący taszcząc na ramionach worki z paszą, albo inną karmę dla drobiu. Stały tam tylko dwa słupy z lampami jarzeniowymi, które zimą od wczesnych, porannych godzin mdłym światłem oświecały teren. Z przodu, jak na każdym targu, panował ożywiony ruch. Zwykła gospodyni ocierała się o paniusię z tak zwanych lepszych domów, wybierając ze straganów najlepszy towar. Chociaż sprzedający niechętni byli jak ktoś grzebał w ich towarze, to jednak pokornie znosili te miejskie kaprysy. Jeszcze dziś, gdzieś w górze, można usłyszeć unoszące się nad tym placem nawoływania sprzedawców zachwalających swój towar. W tej części najczęściej unosiła się woń smażonych kiełbasach z grila i szaszłyków. Ten zapach miał swoją moc. Wywoływał u jednych natychmiastowe poczucie głodu – i oni stojąc przy grilu czekali na swoją kolej, a u innych wywoływał mdłości. Byli i tacy co tylko po to tu przyjechali, by choć przez chwilę pobyć w tej atmosferze, gdzie mieszają się różne pragnienia, zapachy i okrzyki, tak różniące się od tych codziennych, niespotykanych w innych miejscach, czy miastach. W te dni wrzało tu jak w ulu. Kobiety kurczowo trzymały swoje torebki pod pachami, bo wystarczała tylko chwila nieuwagi, a ginęła cała ich zawartość. Sprawne palce złodziei przecinały żyletką trzymaną między palcami foliowe torby, czy też plastikowe torebki i jednym ruchem wyciągali co się im nawinęło. Najczęściej były to portmonetki, a bywało, że i dokumenty i klucze do mieszkań. Od nowego roku wszystko to się skończyło. Plac zamilkł. Nie ma już tego charakterystycznego smrodu, brak głośnikowych reklam przerywanych jakąś muzyką i ostrzeżeniami przed złodziejami. Pozostały tylko wierne temu miejscu gołębie. One nigdzie się nie wyniosły, bo gdzie by taką chmarę ktoś przygarnął. Więc są. Nawet w godzinach wieczornych nie świecą już się te mdławe jarzeniówki, bo nie ma komu i po co... Ale stoją tak na wszelki wypadek, że może coś się zmieni i będą jak znalazł. Ale chyba nic się już nie zmieni. Wszystko się skończyło na amen. Pozostały tam tylko dwa kontenery do których sąsiadujący z tym miejscem mieszkający obok wrzucają swoje zużyte życie. Przy ulicy Koszykowej na końcu której jeszcze do ubiegłego roku tętniło targowe życie, pozostało tylko kilka domów z czerwonej cegły. Między tymi domami są bramy przez które jest wjazd na zaniedbane podwórza. Kilka metrów dalej, gdzie jeszcze nie dawno stały komórki o wielo funkcyjnym przeznaczeniu, teraz stoją kontenery na śmieci, z których przez niedomknięte pokrywy wysypują się różne niepotrzebności. Chociaż nikt tu nie wrzuca czegoś co mogłoby się jeszcze raz sprzedać, to jednak od czasu do czasu, jakiś chyba nie tutejszy szperacz z patykiem w dłoni przegrzebywał któryś raz znajdujące się tam resztki. Najczęściej jednak z tych przeszukiwań nic nie wynikało, więc szedł w bogatsze dzielnice w nadziei, że coś znajdzie. Gdyby nie ta ciemnoczerwona cegła, pamiętająca czasy międzywojenne dwudziestego wieku, z różnokolorowymi firanekami w oknach, można by przypuszczać, że jest to scenografia do filmu o biedocie z tamtych czasów, a nie historia mieszkańców tej rzeczywistości. W szerokich bramach, na bocznych ścianach umocowane metalowe drążki służące do trzepania zawieszonych chodników, czy wyblakłych na wpół postrzępionych dywanów. Jest to też swoisty plac zabaw miejscowych dzieci, które wieszając się na rękach wymyślały różne figury akrobatyczne. Sądziły zapewne, że jak zawieszą się na nogach zgiętymi w kolanach głową w dół, to zapewne świat będzie inaczej wyglądał. I wyglądał, tylko, że na krótko i nie tak jakby chciały. Przez otwarte okna, gdzieniegdzie słychać było głośną muzykę, co zapewne miało świadczyć o tym, że lokator tego mieszkania ma radio. W innych znów oknach, otwartych na oścież wyglądały grube gosposie opierając swe obnażone grube ręce na specjalnych poduszkach ułożonych na parapecie. Nie mogło nic ujść im uwadze, co w danej chwili działoby się na ulicy lub u sąsiadki. Tutaj wszyscy wszystko wiedzieli o sobie, jak nie z własnej obserwacji to już na pewno z plotkarskiego nasłuchu. Życie toczyło się tu według ustalonego od dziesiątków lat rytmu. Wszyscy sprawiali wrażenie, że jest im z tym dobrze więc nikt nic nie robił by to zmienić. Nie chciał się wyróżniać, bo i po co – mogliby takiego uznać za dziwaka, a wtedy nie miałby życia. Więc było wszystkim dobrze. A może udawali, że było im dobrze, a faktycznie w wielu głowach rodziła się myśl zmiany tego wszystkiego. W tym przypadku nie mogło by być mowy o jakim takim byle jakim zabiegu kosmetycznym. Tu musiałoby być trzęsienie ziemi, albo inny znaczny kataklizm. Obojętne co, byleby skutecznie raz na zawsze to wszystko szlag trafił. Nie było komu tego zrobić ze zwykłego może wygodnictwa, a może też i z niewiedzy jak to zrobić. Dobrze jest jak jest i wara komukolwiek od tego edenu. Nawet drzwi mieszkań na piętrach tych domów w trakcie wykonywania różnych prac domowych były uchylone, by jedna sąsiadka widziała co robi ta z vis, a vis. Zapach krupniku mieszał się z kapuśniakiem, a ten z kolei z wszechobecnym dymem papierosowym. Z ubikacji na półpiętrze, która służyła dla czterech rodzin często unosił się fetor nie do zniesienia. Głośne awantury i wyzwiska świadczyły, że ktoś zaniedbał swoją kolejkę na posprzątanie w tym przybytku. Życie z dnia na dzień toczyło się wyznaczonym rytmem, który jednak znacznie różnił się od tego u tych z bloków, gdzie wychodek nie był na korytarzu, radio stało w każdym pomieszczeniu, a drzwi mieszkań zamykane były na kilka zamków. Tam w blokach sąsiedzi mówili sobie „pan”, „pani”, a tu wszyscy po imieniu. Nie wiadomo dlaczego władze ten stan tolerują. Ni to skansen, ni to wizytówka miasta choć niedaleko od urzędu. Pewnie dlatego, że smród z tych pół piętrowych wychodków nie dochodzi do ich gabinetów. Od czasu do czasu gruchanie gołębi tworzy nastrój melancholii za lepszym jutrem, ale nikt za bardzo nie wie co to jest to lepsze jutro. Wszyscy tu pamiętają jednak Michała Koteckiego, który wyuczył się na księdza i był chlubą całej tej okolicy. Ale on teraz daleko, nie tylko od tego miejsca, ale gdzieś bardziej daleko, mówią, że w Afryce, czy Ameryce. Ale niech to wszystko jedno – daleko. Dwa lata temu tu przyjechał na urlop, to takie ładne kazanie miał, że część płakała. Jak on im wszystkim dziękował, że tak mu życie pokazali jak chłopcem był, jak ta bieda otworzyła jego oczy i serce na ich krzywdę. Tak zapragnął pomagać innym, że aż do Afryki, czy gdzieś tam musiał pojechać, jakby tu nie było co robić. Nie wiadomo kiedy znów przyjedzie, bo przydałby się tutaj, bo wiara coraz słabsza a nędza coraz większa. Wyburzyli już targowisko, to może i niebawem na te ich chałupy przyjdzie kolej, ale któż to wie, kto się tym interesuje? Targowisko to co innego. Duży plac asfaltowy, to pewnie i dużo kosztuje. Sprzedadzą go to będzie ktoś miał zysk, a kto kupi tych ludzi z ich byle jakim dobytkiem, gdzie zupę czuć na korytarzu, a wychodek na półpiętrze. Kto ich kupi z pustą piwnicą bez węgla na zimę? Kto kupi te dzieci co całymi dniami grają w klasy lub karty, a starsi siedzą na torach i czekają aż pociąg z węglem nadjedzie. Kiedy przestaną ścigać ich między wagonami z workami węgla na plecach. Kto to wszystko załatwi? Czy gdyby dostali to co każdy człowiek powinien mieć z chwilą urodzenia, to czy by tu mieszkali, czy piwnica świeciłaby pustkami, a cały posiłek to zupa. Gdzie są ci mądrale co to mamią z plakatu, co to mówią, że mają czarodziejską różdżkę i wpuście ich tylko do koryta, to oni wszystko zmienią? W tej chwili Robert zdał sobie sprawę, że świat w którym żyje w ogóle nie musi być taki jak sobie wymyślił i w jakim on żyje. Myślał, że wraz z zburzeniem targowiska wszystko się tu rozleci, bo zniknie coś, co łączyło tych wszystkich ludzi. Ale minęło już pół roku i nic takiego nie zaszło. Powstały dwa super - markety i nie trzeba żadnego targu. Tak mówili. A może jednak jest potrzebny, bo teraz ludzie jeżdżą do sąsiedniego miasta, gdzie targ jest prawie dwa razy większy od tego co tu był. Gazeta pisała, że tu też będą budować na drugi rok, ale czy na pewno, licho wie. Może tylko oczy mydlą ludziom dla uspokojenia napięcia z tego powodu. Robert mieszka w tej części miasta, gdzie blok oparty jest o blok, gdzie ludzie mówią sobą pan, pani i nie zna tych realiów, które od kilku dni poznaje. Nikt tu nie czuje zapachu sąsiedniego obiadu, nie słyszy, że deska w kiblu zasrana i trzeba posprzątać. Tu każdy jest tylko dla siebie. Trzepak stoi przed blokiem, a dzieci bawią się w ogródku specjalnie dla nich zrobionym. Nikt nocą nie wybiera się na tory po ciepło dla domu, nie zapali tego samego papierosa po raz kolejny, tak dla oszczędności. Tu jest inne życie. Na zewnątrz bloków po ścianach zwisają kable internetu, telewizor kolorowy to chleb powszedni. Przepaść dla wielu tak wielka, że nawet nie zbliżają się bez powodu do tego miejsca, chyba żeby w śmietniku pogrzebać i kilka puszek po piwie z jakiegoś worka za śmieciami wytargać. Gdy taki ją już znajdzie i rzuci obok, piętą gumowego buta, lub schodzonej tenisówki ze złością zdepcze aż płaska się zrobi, by więcej ich do reklamówki się zmieściło. Gdzieniegdzie na murkach tych śmietników od czasu do czasu ktoś położy woreczek foliowy wypełniony jeszcze miękkimi kromkami chleba niby to dla kur dla kogoś, ale ten ktoś bierze to dla siebie, być może starczy i dla drugiego zostawionego w domu z czerwonej starej cegły, pomalowanej gołębim gównem. A więc przepaść jest, to widać bez wysiłku i trudno to rozstrzygnąć z jakiego powodu. Czy tylko z braku chęci dla robienia czegokolwiek co daje pieniądze, czy z choroby, którzy mądrzy nazywają alkoholizmem lub jak u innych zwykłą biedą, a może zwykłą niezaradnością. Tyle tych wersji słyszał, czemu w ogóle się nie dziwi, bo każda do każdego pasuje. Na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć ile lat ma Robert. Dziecinna twarz pozbawiona prawie zarostu, ciemno zielne oczy o bystrym przenikliwym spojrzeniu, gęsta czupryna blond włosów w ciągłym nieładzie, dodaje powagi tej twarzy cherubinka. Mimo skończonej w ubiegłym roku trzydziestki, nic nie wskazuje, że tyle może mieć na ile wygląda. Zamieszkuje samotnie w dwupokojowej kawalerce kupionej mu przez rodziców w tym „lepszym” świecie. Chociaż nie powinien tak go nazywać, to jednak skoro inni tak ten świat nazywali, to i on, żeby się nie wyróżniać, tak go nazywa. Ale on nie myśli tak całkiem, jak inni, on stara się wszystkich zrozumieć na swój sposób, ale tylko zrozumieć, bo zmienić to on nie będzie mógł, bo nie ma takiej mocy sprawczej. Ale, żeby chociaż jednego z tego marazmu wyrwać... , tak sobie czasami myśli. Mieszka sam w standardowym mieszkaniu, co to wszystko jest na swoim miejscu, a trzyletni komputer to dla niego przeżytek. Regał stojący w mniejszym pokoju pełny książek, co to w bibliotekach nie wypożyczają, tylko w czytelni na parę godzin można przeczytać, świadczy o nieokreślonym horyzoncie jego świadomości i wiedzy. Na parkingu przed domem lśniąca od wosku toyota. Model choć nie najnowszy, ale w idealnym stanie. Pracuje w firmie, której nazwę nawet trudno wymówić, a co dopiero to, czym się zajmuje. Więc pomińmy to, bo to nie jest tu ważne, a ważne jest to, że ma pieniądze i to nie małe. Często wyjeżdża, a właściwie to leci za granicę. Nawet nie ma kwiatka na parapecie, by mu nie było żal, że gdy on wyjedzie, to kwiatek bez wody by usechł. Nie chce też nikomu dawać kluczy od mieszkania by tą czynność za niego wykonywał – woli żeby było jak jest. Mimo wczesnego popołudnia granatowe chmury piętrzące się nad miastem zwiastowały nadejście ulewy. Zrobiło się ciemno jak późnym wieczorem. Dawno takich chmur w tej okolicy nikt nie widział. Słoneczny poranek nie zapowiadał tego czego teraz obawiali się wszyscy. Nikt wychodząc rano z domu nie zabrał nawet parasola, a to teraz miało nadejść lada chwila. Że też akurat, gdy jest pora wracać do domu po pracy. Pół biedy, gdy lunie, gdy chodzić będą między regałami w supermarkecie, albo stojąc gdzieś za ladą innego sklepu dokonując zakupów, czy siedząc w domu. Gorzej jak wpół drogi do domu, albo co gorsze daleko są od domu. Nie wiadomo jak długo to potrwa i co wówczas zrobić. Karolina Buchta w pośpiechu przemknęła przez wahadłowe drzwi urzędu pracy, wybiegając wprost na chodnik. Skierowała wzrok w stronę chmur, które były tak nisko, że wydawało się, że mogłaby je dotknąć. Straciła już rachubę ile razy w tym urzędzie była, ale pamięta, że za każdym razem nie było dla niej pracy – albo jak była, to gdzieś tak daleko, że same dojazdy drogo by kosztowały. Poza tym oferty nie dawały możliwości rozwoju. Bez perspektyw, zamknięta w sklepie za ladą, czy chodzeniem z torbą pełną towaru wziętego za pożyczone pieniądze nie było dla niej. Ona po licencjacie z marketingu, spodziewała się znaleźć coś co nie tylko by dawało pieniądze, ale rozwijałoby jej świadomość o lepszym jutrze. Ona wiedziała, że te lepsze jutro gdzieś tam jest, ale nikt nie mógł jej podać adresu gdzie. Ma opanowane dwa języki obce, jeden jako tako, jak mówiła, ale porozumieć się potrafiła, a drugi można śmiało powiedzieć, że bardzo dobrze, to język niemiecki. W liceum zdawała z niego maturę więc to nie w kij dmuchał ani, żaden blef – umie i koniec. Angielskiego uczyła się po łebkach, bo nie było pieniędzy na szlifowanie zawiłości gramatyki. Drobna brunetka o cerze kości słoniowej, z dużymi brązowymi oczami nad którymi gęste ciemne brwi dodawały im niespotykanego uroku. Długie rzęsy nie wymagały dodatkowego upiększania, bo natura za nią to zrobiła. Jej oczy sprawiały wrażenie jakby ciągle były szeroko otwarte, ciekawe co wokół się dzieje. One już takie były od zawsze, gotowe na zobaczenie czegoś ciekawego. Gruby, szeroko pleciony warkocz sięgał prawie do połowy placów. Buzia drobna z kształtnym, nieco zadartym nosem pod którym był ciemny aksamitny ledwo widoczny wąsik. Można z całą pewnością powiedzieć, że jest ładną, atrakcyjną kobietą, co wiele razy okazywali jej mijający mężczyźni w różnym wieku. Czy ona zdaje sobie z tego sprawę, że z takim wyglądem mogłaby po nie jednym wybiegu chodzić? Tego nie wie bo może nikt jej o tym otwarcie nie powiedział, a że oglądają się za nią, to niech się oglądają – widocznie nie tylko za nią. Błękitny sweterek szczelnie przylegał do wypukłości. Delikatne wcięcie dekoltu wyraźnie oddalało dwie dorodne piersi, o których zapewne nie jeden mężczyzna marzył by były blisko niego. Urokliwość tego miejsca powinno być przepustką do kariery, ale ona nie zwracała na to uwagi. Od dziecka matka zawsze jej wpajała, że nie ważne co masz na zewnątrz, ale co w środku. Mówiąc to zapewne myślała o głowie i sercu. I tak to już zostało i to było jej dewizą. Tylko dlaczego poszukując pracy nikt nie zwraca uwagi na te jej ukryte walory? Czemu nie dadzą jej szansy na pokazanie ukrytych walorów. Ale, czy coś takiego można pokazać na krótkim spotkaniu... ? Tym razem też tak było – brak oferty oddalało czas stabilizacji. Zrezygnowana, prawie biegnąc wpadła do „Sezamu” by kupić najpotrzebniejsze sprawunki dla domu. Wczoraj matka dostała rentę po mężu i zapomogę z pomocy społecznej, więc konieczność zapełnienia starej lodówki była pilna. Na dworze było tak parno, że niektórzy z trudem łapali powietrze, a w oddali słychać było wycie karetek. Niech już w końcu lunie – pomyślała, sądząc, że wtedy szybciej przestanie. Jak ja wrócę do domu z tymi zakupami? – zamartwiała się. Robert w obawie przed burzą, jaka miała niebawem nadejść wyłączył w biurze wszystkie sprzęty z prądu, sprawdził czy okna są dobrze zamknięte i ruszył w kierunku firmowego parkingu, na którym stało jeszcze kilkanaście samochodów lepszych i gorszych od jego auta. Nie przejmował się tymi lepszymi – ważne, że ma czym jeździć i to coś jest na każde zawołanie. Jadąc ulicą Parkową w kierunku swojego osiedla, postanowił wpaść na parę minut do „Sezamu” po pieczywo i czegoś do pieczywa, i coś tam jeszcze, bo to co zostało w domu na pewno nie nadaje się już do niczego, no może tylko dla gołębi pod blokiem. Ledwo wyszedł przed sklep, a grube krople gdzieniegdzie stukały już o markizy i plastikowe zadaszenia. W jednej chwili rzucił zakupy na tylnią kanapę, zapiął pas i ruszył przed siebie. Ludzie biegali w różne kierunki, byleby tylko schować się przed nadchodzącą ulewą. Do najbliższego przystanku autobusowego było kilkaset metrów więc obładowani torbami chcieli czym prędzej się tam znaleźć. Drobna postać kobiety coraz szybciej starała się też w tamtym kierunku biec. Dwie reklamówki obijały się o jej nogi, co utrudniało szybsze poruszanie. Robert bez pośpiechu zbliżał się do krawężnika chodnika nieco wyprzedzając biegnącą kobietę. Uchylił drzwi samochodu od strony pasażera i tonem nie znoszącym sprzeciwu zawołał: - pani wsiada, tylko szybko. Po chwili usłyszał zdyszany głos coś w rodzaju, - nie dziękuję nie trzeba, to tylko jeszcze kawałek. – pani wsiada powtórzył głośniej, czego się pani obawia. Kobieta jeszcze coś próbowała mówić, ale on jeszcze szerzej otworzył drzwi i jedną ręką odebrał podawaną mu reklamówkę, nie przestając ponaglać. Przełożył ją na tylnie siedzenie obok jego zakupów. Gdy już usiadła i położyła drugą reklamówkę na podłodze auta, pomógł zapiąć jej pas bezpieczeństwa i powoli ruszył z miejsca. Nie ujechali kilkaset metrów, gdy w jednym momencie ściana wody ogarnęła cały samochód. Nie było dosłownie nic widać. Wycieraczki nie nadążały usuwać wody. Robert wjechał w boczną ulicę by nie stać na głównej i tam się zatrzymał. Ulewa nie przestawała. Teraz zauważył jak dopiero co zabrana kobieta bacznie się jemu przygląda swoimi szeroko otwartymi oczami. - Co mi się pani tak przygląda? – zapytał – czy coś nie tak. - Nie, nie, wszystko w porządku – mrucząc pod nosem skwitowała pytanie – wszystko dobrze – powtórzyła. Tylko tak myślę, że gdyby nie pan, to jak bym teraz wyglądała? – kontynuowała. - A co, miałem pozwolić by pani zmokła? – zapytał – mówią, że kobiecie deszcz uroku dodaje, ale cóż może taki deszcz dać takiej kobiecie jak pani – uśmiechając się teraz, kokieteryjnie mrugnął do niej. - Pan przestanie – zaprotestowała. - O widzi pani tą kobietę? – mówiąc to wskazał głową kierunek z którego biegła zmoknięta do suchej nitki jakaś postać – wygląda jak mokra kura. Biegnąc wymachiwała rękami trzymając w nich buty. Śledzili ją wzrokiem do czasu aż wbiegła do jakiegoś domu. Wzrok ich tym razem spotkał się nieco spokojniej, bez takich tam wzajemnych ucieczek w różne strony. - Pani z pracy? – zagadnął - Nie, byłam w sprawie pracy i po drodze zakupy chciałam zrobić i masz babo placek, musiał ten deszcz... – tu zamilkła, jakby szukała dalszego usprawiedliwienia na to, że odważyła się wsiąść do samochodu obcego faceta. - Nic nie szkodzi, nie musi mieć pani wyrzutów – starał się pomóc jej w usprawiedliwieniu tego co zrobiła. – nic strasznego się nie wydarzyło. Tak widocznie miało być i kropka, koniec dyskusji. Mówiąc to niby rozkazująco dotknął opuszkami palcy jej ramienia. Deszcz powoli przystawał padać. Wartkie strumienie z impetem płynęły wzdłuż krawężników niosąc za sobą różne śmieci i drobne gałązki. - To ja sobie już pójdę – powiedziała tonem pewnym, robiąc ruch do wysiadania. - Nie, nie musi pani wysiadać, po co ten pośpiech – powiedział tonem spokojnym, patrząc prosto w jej szeroko otwarte oczy – nie trzeba – powtórzył – ja podwiozę pod dom – zdeklarował pomoc. – ja podwiozę – powtórzył – tylko gdzie, czy tu na miejscu, czy gdzieś dalej? - Ależ nie, po co – próbowała oponować – nie trzeba, to tylko kawałek, dwa przystanki, dojdę, już nie pada. O ! niech pan patrzy, chodzą nawet bez parasoli, o tam widzi pan..., - to mówiąc ponowiła ruch jakby chciała wysiąść. - Proszę panią – zaczął spokojnie od nowa rozmowę – zacznijmy to jeszcze raz, od początku tak jakby nie było tej ulewy. - Ale co zacznijmy – dopytywała się – co zacznijmy? - No to, co się stało – prawie szeptem przerwał. - A co się stało? – nadal przekomarzała się kobieta. - Nie wie pani? – zapytał. - A no nie wiem, nie wiem co takiego się stało ? – teraz z wyraźnym zatrwożeniem w głosie ponaglała go do odpowiedzi. - Widzi pani – tu zrobił krótką przerwę - czy to nie ślepy los sprawił, no może zaprzeczy pani, że to nie sprawka losu, że właśnie musiałem na panią trafić. To coś mówiło mi : zatrzymaj się, weź ją do środka, co się wahasz, bierz ją, bo nie zdąży się schronić. Będziesz skończonym cymbałem, idiotą jak ją nie zabierzesz do auta. Drugi raz nie dam ci szansy, zagroził los. Więc co miałem zrobić? A teraz ten sam los drwi ze mnie, że go posłuchałem? Nie, to nie może być tak. Może to pani los, teraz się kłóci z moim który ma rację. Ciekawe co ten pani wymyśli? Mój już wie, powiedział mi, że jeżeli go teraz nie posłucham, to kopnie mnie w tyłek i więcej mam na niego nie liczyć – więc co by pani mu odpowiedziała będąc na moim miejscu? – udając zakłopotanego spojrzał prosto w jej oczy. Nastało milczenie. - Przepraszam, że tak wyszło – zaczął usprawiedliwiać swoją nachalność – przepraszam nie chciałem pani przestraszyć. Nie miałem prawa decydować za panią. Nie tak miało to wyglądać. Mówił coś jeszcze ale słowa, które miały być usprawiedliwienie chyba takimi nie były, a właściwie to on nie wiedział jakie one wywrą na niej skutek. Kobieta tylko słuchała potoku jego gadaniny, zapewne myśląc co to za idiota. - To co jedzie pan? - ni stąd ni z owąt zapytała. - Czy to znaczy, że nasze losy się dogadały? – zapytał teraz tonem energicznym. - Chyba tak, tak myślę – odpowiedziała – nie stójmy, bo znowu będzie lało i tu utkniemy na dobre – teraz uśmiechając się popędzała. - No ! jazda panie kierowco – żartowała. - Czy to było potrzebne proszę pani? – zagadnął przed włączeniem silnika. - Może tak, może nie – stwierdziła enigmatycznie – co pan woli – dodała po chwili. - Skoro mamy jechać, to pani pozwoli – tonem pretensjonalnym przerwał milczenie: - Robert jestem, tylko niech pani mi nie mówi, że ładne imię, błagam, tak bardzo nie lubię tych zdrobnień, bo niech pani posłucha – Robcio, co to za imię Robcio? - E, tam ględzi pan – skomentowała jego wywody na temat swego imienia. - Ja mam na imię Karolina, i co ładne, czy brzydkie? – patrząc prosto w jego twarz oczekiwała odpowiedzi. - Takie sobie – skłamał. Faktycznie to imię wywarło na nim wielkie wrażenie – takiej kobiecie każde imię pasuje – przekomarzał się. - Że też ludzie przywiązują taką wagę do imion. Cóż oni za to mogą, że mają takie imię, jakie im nie pasuje, no cóż z tego, niech pan powie. Nie sądzi pan, że to takie pretensjonalne? – Imię jak imię. Pies też ma imię, a my to nazywamy, że pies się wabi, a on przecież ma imię. Zrobiła się luźna…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych